Cywilizacja

Od zarażonej Anglii chcą się odgrodzić granicą

Takie filmy jak „Braveheart” czy „Rob Roy” odegrały niemałą rolę w podsycaniu nastrojów narodowych. Pełniły podwójną rolę: z jednej strony przypominały o dawnych dziejach, z drugiej zaś nasilały niechęć do Anglii. – Gdy wyszłam z kina po obejrzeniu „Braveheart”, czułam, że każdego napotkanego Anglika mogę rozszarpać na strzępy – opowiadała mi znajoma Szkotka, pani w zaawansowanym wieku, z pozoru niepodatna na tak skrajne doznania.

„Nie jestem Anglikiem, nigdy nie byłem Anglikiem i nie chcę nigdy nim być. Jestem Szkotem! Zawsze nim byłem i będę”. „Przestawienie się na akcent angielski to dla mnie odejście od tego, kim jestem”. „Mam prawo interesować się Szkocją i włączać się w jej sprawy. To prawo urodzenia. Bo urodziłem się w Szkocji”. „Jestem pełen nadziei co do przyszłości Szkocji. Bardziej niż kiedykolwiek wierzę, że niepodległość Szkocji jest na wyciągnięcie ręki”.

To, wypowiadane przy różnych okazjach, słowa Seana Connery’ego. Jeśli po jego śmierci Szkocja pogrążyła się w żałobie, to nie dlatego, że do wieczności odszedł znakomity aktor, pamiętny (według niektórych najlepszy) agent 007 James Bond, tylko dlatego, że zmarł „największy z żyjących Szkotów” – jak powszechnie widzą go rodacy. W dodatku człowiek, który stale przypominał o swym szkockim pochodzeniu, nie krył miłości do Szkocji i niezmiennie dawał wyraz wierze, że pewnego dnia jego ojczyzna znów stanie się suwerennym krajem – „jak wszystkie inne kraje świata”, jak lubił mawiać.

Tę niezłomną wiarę podkreślał tatuaż, jaki od młodości miał na przedramieniu: „Scotland forever” – Szkocja na zawsze. A także wsparcie ideowe i finansowe dla Szkockiej Partii Narodowej, ugrupowania nacjonalistów, które przez lata było na marginesie, a teraz, nie bez wpływu sir Seana, rządzi Szkocją.

Nic więc dziwnego, że już w parę godzin po jego śmierci w sieci sypnęły się pomysły, jak uhonorować wielkiego syna szkockiej ziemi. Pomysły konwencjonalne: zorganizować poświęconą mu wystawę albo postawić pomnik, naturalnie w Edynburgu, jego rodzinnym mieście. I bardziej oryginalne, takie jak myśl, by nazwać jego imieniem ulicę West Approach Road. Przechodzi ona niedaleko miejsca, w którym znajdował się skromny dom, gdzie przyszedł na świat. Pojawiła się nawet propozycja, by przyszły Dzień Niepodległości nazwać Dniem Seana Connery’ego.

Portret na powitanie

Szkocja nie jest nieznaną krainą, o której mało kto słyszał. Wprost przeciwnie – ma mocne miejsce w historii Europy, w literaturze, sztuce i nauce. Ale to Sean Connery jak nikt inny przydawał Szkotom blasku. Trudno go było nie dostrzec, gdy podczas ważnych uroczystości – otrzymując tytuł szlachecki albo honorowego obywatela Edynburga –występował w klasycznym szkockim kilcie, ze wszystkimi szykanami. Nawiasem mówiąc, przyjętą dziś elegancką formę kiltu stworzył książę Karol Edward Stuart, zwany Bonnie Prince Charlie, prawnuk Jana III Sobieskiego.
Sean Connery (1930 - 2020) jak nikt inny przydawał Szkotom blasku. Fot. Ron Sachs/CNP/Getty Images
Wśród współczesnych Szkotów Sean Connery nie jest jedyną wielką sławą. Jest też Joanna Rowling, autorka książek o Harrym Potterze, malarz Jack Vettriano, aktorka Emma Thompson, tenisista Andy Murray czy piłkarski trener Alex Ferguson. Wszyscy czasem zabierają głos na tematy narodowe, bo w Szkocji nie da się tego uniknąć, ale ich uwagi nie wywołują większego oddźwięku.

Co sądzą o zerwaniu unii z Anglią? Joanna Rowling i Emma Thompson są temu przeciwne, Murray i Ferguson zachowują wstrzemięźliwość. Vettriano, choć popiera suwerenność, zbyt mało jest znany szerokiej publiczności, by mieć wpływ na jej opinie.

Nazywam się Bond, James Bond. Jestem żywym trupem

Agent 007 przeżył 130 zamachów, a w jego stronę oddano 4622 strzały. Powalił go dopiero COVID-19.

zobacz więcej
Sławny, znany wszystkim, rozpoznawalny sir Sean – to zupełnie co innego. Gdy na początku lat 90. XX wieku wziął udział w programie telewizyjnym wraz z politykami z SNP, do partii zaraz potem wpłynęło tysiąc wniosków o przyjęcie! Jej działacze nie mieli wątpliwości, komu zawdzięczają tak bezprzykładny sukces. Dla partii, która, choć istniała już od ponad 60 lat, dopiero zaczynała wypływać na szerokie wody i zyskiwać większe poparcie, pomoc słynnego aktora była na wagę złota.

Podobnie jak regularne wsparcie finansowe. Od dawna było wiadomo, że Sean Connery przekazuje SNP spore sumy pieniędzy, jej przedstawiciele jednak nie byli skorzy do ujawniania szczegółów. Dopiero gdy parlament w Londynie zajął się sprawą dotacji dla partii politycznych, opinia publiczna dowiedziała się, że partia szkockich separatystów otrzymuje od aktora sumę 5 tys. funtów miesięcznie – odsetki od kwoty, jaką zdeponował w jednym z banków off-shore. Sprawa nieco się skomplikowała, gdy w 2000 roku partiom zakazano przyjmowania dotacji od osób mieszkających na stałe za granicą. Connery, który przeniósł się najpierw do Marbelli, a później na Bahamy, mógł wspierać SNP, gdy w poprzedzającym roku pracował nad filmem w Wielkiej Brytanii. Przepisy później zmodyfikowano, ograniczając wysokość dopuszczalnych dotacji.

Nie wiem, czy w siedzibie SNP w Edynburgu naprzeciwko głównego wejścia nadal wisi duży portret sir Seana. Wyglądał, jakby witał wchodzących. Był tam, gdy przed laty, zbierając materiały na temat dążeń Szkotów, odwiedziłam SNP. Dziś tym bardziej zasługuje na swoje miejsce, skoro, jak po jego śmierci napisała SNP na Twitterze, Sean Connery „przez całe swe życie był ikoną i ambasadorem Szkocji, adwokatem sprawy jej niepodległości. Mamy wobec niego wielki dług wdzięczności”.

Wszystko przez Anglików

Sean Connery nigdy bodajże nie zagrał w filmie, który traktowałby o Szkocji i jej trwających od średniowiecza konfliktach z Anglią. W filmie „Robin Hood, książę złodziei” wcielił się w postać angielskiego króla Ryszarda Lwie Serce, ale nie miał okazji grać władców Szkocji ani żadnego ze szkockich bohaterów. Tymczasem obrazy takie jak „Braveheart” czy „Rob Roy” odegrały wcale niemałą rolę w podsycaniu nastrojów narodowych, które zresztą nigdy w Szkocji nie wygasły, najwyżej słabiej dawały o sobie znać.
Mel Gibson wyreżyserował „Braveheart” i zagrał w nim główną rolę. Fot. 20th Century-Fox/Getty Images
Tego rodzaju filmy pełniły podwójną rolę: z jednej strony przypominały o dawnych dziejach, z drugiej zaś nasilały niechęć do Anglii. – Gdy wyszłam z kina po obejrzeniu „Braveheart”, czułam, że każdego napotkanego Anglika mogę rozszarpać na strzępy – opowiadała mi znajoma Szkotka, pani w zaawansowanym wieku, z pozoru niepodatna na tak skrajne doznania.

Nacjonalizmu czy też separatyzmu Szkotów nie da się zrozumieć bez odniesienia do historii, która w rozpowszechnionym odczuciu sprowadza się do zmagań z coraz silniejszym angielskim wrogiem. I jest to w dodatku historia żywa. Szkockie księgarnie pełne są publikacji opowiadajacych o historii Szkocji – jej wojen, sojuszy, zdrad i minionej chwały.

Nacjonalizm szkocki (nacjonalizm w dobrym znaczeniu tego słowa, bo jego istotą jest szacunek dla cech i wartości własnego narodu, a nie pogarda dla innych) najlepiej zdefiniować przez antyangielskość. Istotnym jego elementem jest świadomość doznanych krzywd. Anglicy są winni wszelkiego zła: gwałtów, grabieży, mordów i oszustw. Choć gwoli prawdy nie należy zapominać, że szkockie rody nie inaczej poczynały sobie w waśniach wewnątrzszkockich, a jednoczyły się przeciwko Anglikom – a i to nie zawsze.

Separatyzm w natarciu. Katalonia zapoczątkuje lawinę?

Niemal 30 regionów na Starym Kontynencie walczy o niepodległość.

zobacz więcej
Jak w tych warunkach mogło dojść do powstania wspólnego państwa – Wielkiej Brytanii? Dzieki woli Anglii i sprzedajności szkockich panów. Unia szkocko-angielska z 1707 roku została zawiązana dzięki angielskim pieniądzom, którymi przekupiono szkockich możnowładców. Tak uważało wówczas i nadal uważa wielu Szkotów, poczynając od poety Roberta Burnsa, jednego z wielkich Szkotów, według którego „garstka łajdaków Szkocje sprzedała”.

Od tej chwili było już tylko gorzej. Szkoci, mniejszy i słabszy element unii, zostali na trzy stulecia zepchnięci do roli obywateli drugiej kategorii. Fatalnie dotknęła Szkocję już rewolucja przemysłowa, bo to właśnie tu, według znanego powiedzenia, „owce pożerały ludzi”, gdy pola zaczęto przekształcać w pastwiska. To Szkoci także pierwsi doświadczyli bolesnych skutków reform rynkowych podjętych przez Margaret Thatcher – zamykania kopalń i próby wprowadzenia podatku od osób, znanego pod nazwą poll-taxu. Nic dziwnego, że Żelazna Dama jest w Szkocji postacią znienawidzoną.

Wielcy ludzie z małego narodu

Rekompensatę duchową stanowi świadomość, jak wiele wniosła Szkocja do wspólnego państwa, i to najdosłowniej w każdej dziedzinie. Na długiej liście wielkich Szkotów są filozofowie i pisarze, odkrywcy i wynalazcy. Bez żadnej przesady można powiedzieć, że świat nie byłby taki, jaki jest, gdyby nie niezwykła kreatywność małego narodu (obecnie 5 mln), żyjącego na malowniczej północy Wysp Brytyjskich.
Kto pamięta, że słynnego detektywa stworzył Szkot? Na zdjęciu: tabliczka w miejscu, gdzie w Londynie miał mieszkać Sherlock Holmes. Fot. Dan Kitwood/Getty Images
Przypomnijmy choć parę dobrze znanych nazwisk: to pisarze Walter Scott, Arthur Conan Doyle (twórca Sherlocka Holmes'a) i Robert Louis Stevenson (m.in. „Wyspa skarbów”, „Doktor Jekyll i pan Hyde”), myśliciele David Hume i Adam Smith (autor „Bogactwa narodów”), wynalazcy Alexander Bell (telefon), James Watt (maszyna parowa) i Alexander Fleming (penicylina), a także misjonarz i podróżnik David Livingstone. Nawet tworzenie brytyjskiego imperium kolonialnego byłoby pewnie trudniejsze, gdyby nie młodzi Szkoci, którzy wobec braku perspektyw we własnym kraju postanowili wyruszyć w świat.

Szkoci zatem naprawdę mają się kim pochwalić, ale w beczce miodu jest też, i to całkiem spora, łyżka dziegciu: poczucie, że świat o tym nie wie. Większość ludzi nie tylko nie ma pojęcia, że wielcy Szkoci byli Szkotami, ale na domiar złego ich dokonania przypisuje Anglikom, w najlepszym zaś razie Brytyjczykom.

Animozje szkocko-angielskie zawsze były tak silne, że czasami przybierały formy zgoła komiczne, niekiedy zaś wręcz niebezpieczne. W kategorii zabawnych mieszczą się opowieści Anglików, którzy mówią, że w Szkocji na ulicy bali się otworzyć usta, by nie zdradzić, kim są, i nie narazić się na nieprzyjemności. Wyrazem powszechnych nastrojów są też deklaracje, że w sporcie kibicuje się każdemu zawodnikowi i każdej drużynie, którzy rywalizują z Anglią. W kategorii niebezpiecznych mieszczą się bójki Szkotów z Anglikami i starcia uliczne, do jakich nie raz dochodziło po meczach przeciwko Anglii.

Bardzo postępowi nacjonaliści

Remedium na uspokojenie nastrojów miała być dewolucja – autonomia i utworzenie regionalnego parlamentu i rządu o szerokich uprawnieniach (co objęło zresztą nie tylko Szkocję, ale także Walię i Irlandię Północną). Wprowadzono ją w życie, po pewnych perypetiach (w latach 70. sami Szkoci ten pomysł odrzucili), pod koniec lat 90. XX wieku. W 1997 roku Szkoci w referendum zaakceptowali dewolucję, a w dwa lata później odbyły się wybory i powstał pierwszy po 292 latach szkocki parlament. – To najpiękniejszy dzień mojego życia – mówił wzruszony Sean Connery, zaproszony na inaugurację.

Dewolucja nie tylko jednak nie zaspokoiła aspiracji nacjonalistów, ale rozbudziła oczekiwania i nadzieje tych, którzy uznali, że pora sięgnąć po więcej. W Szkocji, której sytuacja ekonomiczna bardzo się poprawiła, zapanowało przekonanie, że jako suwerenny kraj mieć ona będzie mocne podstawy gospodarcze. Nie stracił aktualności sztandarowy postulat, jakim od dawna było przejęcie całości dochodów z wydobycia ropy naftowej na Morzu Północnym (hasło „It’s Scotland’s oil!” – Ropa należy do Szkocji). Istnienie rozwiniętego sektora bankowego, trzeciego w Europie po Frankfurcie i Londynie, dochody z rybołówstwa i turystyki – to wszystko umacniało poczucie, że nowe państwo szkockie na pewno da sobie radę.
Rozbudzone oczekiwania szkockich nacjonalistów. Na zdjęciu: rok 2016 przed siedzibą SNP w Glasgow. Fot. Jeff J Mitchell/Getty Images
Szkocka Partia Narodowa z wyborów na wybory zyskiwała coraz więcej głosów, a od 2007 roku sprawuje rządy. W tej chwili w szkockim parlamencie ma 61 mandatów na 129, ale jeśli nic się nie zmieni, w kolejnych wyborach, które mają się odbyć w maju przyszłego roku, powinna zdobyć większość. Co z tego wyniknie dla aspiracji niepodległościowych, na razie trudno powiedzieć.

Za to na polu wewnętrznym SNP mieć będzie swobodę w realizowaniu wszystkich planów – bardzo, dodajmy, postępowych. Premier Nicola Sturgeon chętnie mówi o klimacie i przestawianiu gospodarki na zielone tory, wychwala modną obecnie ideę różnorodności i deklaruje otwarcie granic nowej Szkocji dla tak potrzebnych jej imigrantów – odmiennie, podkreśla, niż Wielka Brytania, która próbuje zamknąć przed nimi drzwi.

Pole LGBT nie wymaga aż takich starań, bo tu zrobiono już niemal wszystko, co można było zrobić. SNP jest nawet za tym, by w dokumentach dzieci zamiast ojca i matki wpisywać: rodzice A i B. Tego rodzaju postępowość niespecjalnie pasuje do wizerunku partii o charakterze narodowym, ale jest faktem. A podczas gdy wiele partii ma swe organizacje młodzieżowe, przy SNP afiliowane jest skrzydło LGBT!

Oparcie w Europie

Tak się paradoksalnie składa, że Sean Connery zmarł w czasie, gdy poparcie dla niepodległości wyraźnie przybiera na sile. Kwestie narodowe nigdy nie zniknęły tu z pola widzenia i fakt, że referendum niepodległościowe z 2014 roku przyniosło nacjonalistom porażkę – tylko 44,7 proc. głosów za niepodległością, 55,3 proc. przeciwko – niczego w tej mierze nie zmienił. Kwestia ponownego zorganizowania referendum niezmiennie jest na porządku dziennym, choć doprowadzić do niego będzie trudno z prostego powodu: decyzja w tej sprawie należy do parlamentu w Londynie. W dodatku ustawa zezwalająca na poprzednie głosowanie zawierała zastrzeżenie, iż może się ono odbyć „raz na pokolenie”.

Celebryci na wojnie o brexit. Hugh Grant i Elton John kontra John Cleese i Elizabeth Hurley

Wielka Brytania opuszcza Unię Europejską. I nic nie pomogły lamenty antybrexitowych celebrytów. Hugh Grant był w tym gronie najbardziej widoczny, ale nie był jedyny.

zobacz więcej
Ale w ostatnich miesiącach dyskusjom wigoru przydały dwie ważkie sprawy: brexit i koronawirus. Brexit – bo Szkoci, w przeciwieństwie do większości Anglików, chcieliby pozostać w Unii Europejskiej. W 2016 roku w referendum europejskim aż 62 proc. głosowało przeciwko wyjściu z Unii. Koronawirus – bo choć epidemia nie oszczędziła Szkotów, sytuacja w Szkocji nie jest tak dramatyczna jak w Anglii.

Władze szkockie, jak wszystkie w Europie, też są krytykowane za nienależytą skuteczność, ale i tak radzą sobie o wiele lepiej niż rząd Borisa Johnsona. A Nicola Sturgeon, jak zauważył jeden z komentatorów, okazała się jednym z tych przywódców, którzy w kryzysie zyskują. Aż 60 proc. Szkotów obdarza ją zaufaniem. Wraz ze swą przywódczynią zyskuje zaś SNP i forsowana przez nią sprawa secesji.

Przesadą byłoby powiedzieć, że suwerenność, również ze względów formalnych, jest już bliska czy przynajmniej na dobrej drodze. Ale poparcie dla idei wystąpienia ze Zjednoczonego Królestwa Wielkiej Brytanii i Irlandii Północnej i utworzenia odrębnego państwa stale rośnie. Z niedawnych sondaży wynika, że popiera ją 54 proc. Szkotów, o wiele więcej niż siedem lat temu w referendum. W dodatku zmienia się struktura społeczna i wiekowa obozu zwolenników secesji. Podczas gdy wcześniej dominowały w nim warstwy niższe, robotnicze, dziś dołączają przedstawiciele klasy średniej. A wśród ludzi młodych, do 35. roku życia, zerwanie z Anglią popiera aż 70 proc.

Niektórzy analitycy sądzą, że czynnikiem przemożnym jest tu lęk przed epidemią: od zarażonej Anglii lepiej odgrodzić się granicą, przynajmniej w wymiarze duchowym (bo w praktycznym byłaby to i tak sprawa na lata). Ja jednak sądzę, że ważniejszy jest brexit. W tych szczególnych warunkach ze zdwojoną siłą dało o sobie znać poczucie więzów z Europą. Przez całe wieki Europa stanowiła przeciwwagę dla Anglii. W Europie, zwłaszcza we Francji, Szkoci zawsze szukali oparcia i pomocy. W ten sposób antyangielskość i proeuropejskość raz jeszcze się ze sobą spotkały.

– Teresa Stylińska

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy

Zdjęcie główne: Sean Connery (pierwszy z lewej) z rodziną i 10 tysięcy szkockich kobziarzy na paradzie w Nowym Jorku w 2002 roku. Fot. David LEFRANC/Gamma-Rapho via Getty Images
Zobacz więcej
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Amerykański spór o prawo do życia. Joe Biden i katolicy
Od sprawy „Roe versus Wade” w USA w wyniku aborcji życie straciło 60 milionów dzieci.
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Państwo, którego nie ma
Czy można odwiedzić kraj, który nie istnieje? Bez problemu. Z Warszawy leci się z dwiema przesiadkami.
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Czy papież traci kontrolę nad Kościołem?
W niemieckiej liberalnej maszynie religijnej coś się zacięło.
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Marine Le Pen odczarowana?
Wynik sondażu był tak zaskakujący, że prasa zastanawiała się, czy w ogóle podać go do wiadomości.
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Sojusznik nie do zastąpienia
Z władzami Izraela Turcja zawsze była w doskonałych stosunkach. Z drugiej strony Erdogan wspierał Palestyńczyków.