Cywilizacja

Zrozumiały strach lekarzy. Który może skończyć się tragedią dla Polski

Koronawirus zniszczył jej życie towarzyskie. Od dwóch miesięcy nie może umówić się na randkę. Gdy mężczyźni dowiadują się, że jest pielęgniarką, rezygnują...

Nawet 30 tys. zł – tyle może wynieść grzywna dla medyków za niestawienie się w wyznaczonym przez wojewodę szpitalu. Pomimo tak wysokich kar, przedstawiciele rządu w terenie skarżą się, że ich apel jest głosem wołającego na puszczy.

Podobny problem wystąpił już podczas pierwszej fali epidemii. Wówczas lekarze i pielęgniarki kierowani chociażby przez wojewodę mazowieckiego do pracy w lokalnych domach pomocy społecznej, po prostu się tam nie pojawiali. W kwietniu na 100 osób, które dostały skierowania, zgłosiło się jedynie 15.

Identycznie było w Koninie. Wiosną mieszkańcy tego 70-tys. miasta przeżywali prawdziwy dramat, bo jedyny miejski szpital przestał funkcjonować. – Nie pomogły prośby ani podwyżka – mówił wówczas Leszek Sobieski, dyrektor szpitala wojewódzkiego w Koninie. Zdesperowany sam poprosił wojewodę o wydanie nakazów pracy 34 lekarzom, którzy notorycznie odmawiali dyżurowania.

Dlatego Ministerstwo Zdrowia przygotowało ustawę nazywaną w środowisku prawem o „dobrym samarytaninie” – obecnie zajmuje się nią parlament. Z jednej strony przepisy precyzyjnie regulują, kto z medyków może być powołany przez rząd na front walki z epidemią, a kto jest z tego zwolniony. Z drugiej strony dają spore gratyfikacje finansowe za dołączenie do kowidowych szpitali. To aż 100 proc. podwyżki.
W czasie epidemii wiele szpitali z różnych powodów odmawia przyjmowania chorych. Na zdjęciu kolejka karetek pogotowia przed szpitalem we Wrocławiu 20 października 2020. Fot. Krzysztof Zatycki/NurPhoto via Getty Images
Wydaje się jednak, że tym razem nie tylko o pieniądze tu chodzi. We wspomnianym już Koninie stawka godzinowa dla lekarza doszła do 130 zł. Przy 12-godzinnym dyżurze wychodzi – jakkolwiek liczyć – 1,5 tys. zł. dniówki. Mimo to chętnych nie było. Postanowiliśmy więc sprawdzić, jakie są prawdziwe motywy lekarskiej „dezercji”.

Chorobę mogę przejść ciężko

Od początku trwania epidemii do 20 września w Polsce zakażenie koronawirusem potwierdzono u 1389 lekarzy, 3276 pielęgniarek, 268 położnych, 103 diagnostów, 113 dentystów, 83 farmaceutów i 312 ratowników medycznych – wynika z danych Ministerstwa Zdrowia.

Jeszcze gorzej wygląda to, gdy weźmiemy na warsztat objętych kwarantanną. To ponad 10 tys. lekarzy, 21 tys. pielęgniarek oraz niemal 2 tys. położnych. To mniej więcej 10 proc. polskiego personelu. Podczas pierwszej fali pandemii mówiło się, że aż 17 proc. ogółu zachorowań to byli właśnie pracownicy służby zdrowia.

Ale z drugiej strony sama śmiertelność personelu medycznego jest bardzo niska – od początku roku to 8 lekarzy, 6 pielęgniarek i jeden ratownik medyczny. Mimo to medycy najzwyczajniej w świecie się boją. Paweł, lekarz z Wrocławia, prosi o niepodawanie nazwiska:

– Mam 40 lat, żona jest o 2 lata młodsza. Mamy dwójkę dzieci. Moi rodzice nadal żyją i regularnie się z nimi spotykamy. Małżonka jest nauczycielką, więc gros domowego budżetu to moja wypłata. Jestem w takim wieku, że chorobę mogę przejść bardzo ciężko lub co gorsza w ogóle jej nie wytrzymać. A są przecież jeszcze najbliżsi. Rodzice tym bardziej mogą już z tego nie wyjść. Gdy masz tak dużą odpowiedzialność za wielopokoleniową rodzinę, seniorów, domowe wydatki to permanentnie siedzi ci to w głowie. Codziennie idąc do pracy, myślisz wyłącznie o tym, by nic nie przyciągnąć do domu. Gdyby to trwało miesiąc, dwa – to jeszcze można by wytrzymać. Ale ja mam do czynienia z koronawirusem praktycznie od początku pandemii. Jak silnym trzeba być psychicznie, by tak funkcjonować.

Nasi rozmówcy twierdzą, że najtrudniejszy jest wzrok partnera, gdy wychodzi się do pracy. Czy wrócisz? Czy ja też mogę być chory? Przecież dr Li Wenliang, pierwszy lekarz, który ostrzegał przed koronawirusem zmarł na niego jeszcze na początku grudnia. Miał zaledwie 34 lata.

Potrzebne wsparcie psychologów

Gdy rozmawiamy z medykami, to większość, czasami podświadomie, potwierdza, że brakuje im przede wszystkim wsparcia psychologów. Odpoczynku psychicznego. Kogoś, kto mógłby zdjąć z głowy czarne myśli.

Ale o taką pomoc już w marcu zadbała Okręgowa Izba Lekarska w Warszawie. Każdy jej członek mógł zgłosić się na spotkanie z psychoterapeutą lub porozmawiać z nim telefonicznie. Także zespół Psychologowie dla Społeczeństwa już w maju uruchomił nocną, bezpłatną pomoc psychologiczną dla medyków. Z podobną akcją wyszło Centrum Profilaktyki Stresu i Wypalenia Zawodowego.

Dziennikarz wyleczony z COVID-19: wirus ostro mnie przeczołgał

Relacja Igora Zalewskiego, który przeszedł zakażenie koronawirusem SARS-CoV-2.

zobacz więcej
Trudno nie rozumieć, że lekarze się boją. Boimy się wszyscy. Tyle, że strach lekarzy – często przesadny – może mieć tragiczne konsekwencje dla całego społeczeństwa.

Przychodnie Podstawowej Opieki Zdrowotnej przestały funkcjonować. Dosłownie. Aż w 79 proc. sprawdzanych przez Rzecznika Praw Pacjenta placówkach POZ nie można zarejestrować się osobiście do lekarza, gdyż brak jest w ogóle możliwości wejścia do budynku. Do 12 proc. placówek nie można się dodzwonić, a w 8 proc. kontakt jest utrudniony. W 13 proc. placówek, pomimo kontaktu telefonicznego, nie było możliwości uzyskania świadczenia zdrowotnego, zarówno w dniu zgłoszenia, jak i kolejnych dniach.

Choć, jak twierdzi Bartłomiej Chmielowiec, Rzecznik Praw Pacjenta „zgodnie z obowiązującymi przepisami prawa przychodnie POZ powinny zapewnić dostępność do świadczeń lekarza podstawowej opieki zdrowotnej w miejscu ich udzielania od poniedziałku do piątku, w godzinach pomiędzy 8.00 a 18.00”.

Szczytem wszystkiego był proceder z Tarnobrzega. Chmielowiec przypomina nagłośnioną przez media sytuację, gdy, aby uzyskać kontakt z lekarzem, należało „udać się na tył przychodni i stukać kijem w parapet czwartego okna przychodni”. Obiekt był bowiem całkowicie zamknięty.

Jakby tego było mało, przekazywanie wyników badań następowało przez okno. „Pacjenci za pomocą kija stukają w okno przychodni, przez które następnie pracownik podaje papierowe skierowanie lub wyniki badań”.

Nic dziwnego, że włodarze poszczególnych miast stracili cierpliwość i zaczęli naciskać na lekarzy, by ci w końcu otworzyli się na społeczeństwo. – Mając na uwadze głosy mieszkańców, zwracam się z gorącą prośbą o to, by w zastosowaniu zasad reżimu sanitarnego decydować się w uzasadnionych przypadkach na bezpośrednie kontakty między lekarzem a pacjentem – apelował niedawno Łukasz Kurzyna, wiceprezydent Suwałk.

Niełatwo przywyknąć do widoku śmierci

Część lekarzy mówi, że dawka stresu przekracza ich możliwości. Boją się, że nad Wisłą może dojść do takiej sytuacji jak ta z początku roku z Włoch. Gdzie było trzeba decydować, komu przekazać respirator. Twierdzą, że zwłaszcza młodzi i niedoświadczeni jeszcze medycy obawiają się wzięcia na swoje barki odpowiedzialności. – Po ostatnim dyżurze już wiem, co czuli lekarze z Lombardii – mówił Jakub Kosikowski, lekarz pracujący w jednoimiennym szpitalu w Puławach. W ciągu doby zmarło tam 5 jego pacjentów.

Bo napięcie psychiczne to nie tylko troska o swoje zdrowie i swoich najbliższych. To również potężny stres w samej pracy. Kasia, pielęgniarka z kilku letnim stażem, opowiada nam, że wbrew pozorom nie jest łatwo przywyknąć do widoku śmierci. – Wiadomo, że w ten zawód jest to wpisane. Ale gdy jednego dnia przywożą 30-letniego mężczyznę w sile wieku, a dwa dni później bezsilnie musisz odłączyć respirator i pozbierać po nim pościel, to coś w tobie pęka.
Polacy przed dłuższy czas z uznaniem wypowiadali się o pracownikach służby zdrowia i dziękowali im za bohaterską postawę w czasie epidemii. Fot. Artur Widak/NurPhoto via Getty Images
W takich warunkach nietrudno więc o konflikty wśród załogi. Ratowniczka medyczna opowiada sytuację, gdy wysłano ich zespół z pacjentem w karetce spod Warszawy do Radomia. Dyspozytorka nie chciała jednak przyjąć 57-latka. Po 10-minutowej kłótni i rozmowie z lekarką, zdecydowano, że znajdzie się dla niego miejsce. Ratownicy przybyli na miejsce, przekazali pacjenta, ale nie otrzymali potwierdzenia jego przyjęcia. Ubrani w specjalistyczne kombinezony na pieczątkę czekali 40 minut. Dopiero, gdy zagrozili, że wezwą policję, kobieta łaskawie przybiła im potwierdzenie. Zwłoka miała być karą dla całego zespołu za to, że zdecydowali się przywieźć mężczyznę.

Takie konflikty międzyludzkie i brak odpowiedniej komunikacji między placówkami mogą spowodować tragedię. Karetka ze Szczecinka przywiozła nieprzytomnego 73-latka do Szpitala Wojewódzkiego w Koszalinie (to 70 km i ponad godzinna podróż autem). Zespół czekał kilka godzin na przyjęcie pacjenta. Nie doczekali się. Szpital człowieka nie przyjął, bo ten nie miał badań na koronawirusa. Mężczyznę z powrotem odwieziono do Szczecinka (kolejna godzina), ale tam również nie miał szczęścia. Nadal trwała dezynfekcja szpitala. Nad chorym zlitował się Wałcz (kolejne 70 km i kolejna godzina). Pacjent przeżył, ale traktowanie go jak worka ziemniaków jest skandaliczne. Skarga trafiła do NFZ.

Z kolei 16-latka ze zdiagnozowanym koronawirusem była odsyłana od szpitala do szpitala. Wymagała nagłej hospitalizacji, jednak kilka świętokrzyskich szpitali odmówiło jej pomocy, mimo że służby medyczne wiedziały o jej problemach kardiologicznych. Spędziła w karetce 6 godzin i dotarła do Skarżyska-Kamiennej, gdzie... nie było oddziału zakaźnego. Musiała wyruszyć w kolejną podróż. Tym razem do oddalonej o 150 km i 2 godziny jazdy Warszawy.

Organizm medyka ma granice wytrzymałości

Szpitale odmawiają przyjmowania chorych także dlatego, że mają za mało lekarzy. W Polsce od lat brakuje personelu medycznego – według najnowszych danych Eurostatu w naszym kraju przypada zaledwie 2,4 lekarza na tysiąc mieszkańców. To najgorszy wynik w całej Unii Europejskiej i jeden z gorszych spośród wszystkich krajów europejskich. Nie lepiej jest z pielęgniarkami. 5,2 na tysiąc mieszkańców przy niemal dwukrotnie wyższej średniej unijnej. Średnia wieku zarówno lekarzy jak i pielęgniarek wynosi aż 52 lata. Lekarza specjalisty to już 54 lata! To długie dekady zaniedbań, które ciężko jest szybko odrobić.

Teraz do tego doszła plaga zwolnień lekarskich, wszystko wskazuje na to, że nie wywołana bezpośrednio przez koronawirusa, ale przez strach przed nim.

Oddział kardiologiczny w Wojewódzkim Szpitalu Zespolonym w Skierniewicach został zamknięty. Zabrakło tam personelu. W dużej mierze z powodu zwolnień lekarskich. Z tej samej przyczyny Wojewódzki Szpital Zespolony w Płocku jest na granicy funkcjonowania. Już 150 pracowników jest na L4. Listę miejsc z identycznym problemem można wydłużać bez końca.

Segregacja pacjentów. Koronawirus stał się parawanem dla eutanazji

Wiele osób zmarło, ponieważ odmówiono im pomocy.

zobacz więcej
Ministerstwo Zdrowia chce, by L4 nie mogło być wymówką od stawienia się na wezwanie wojewody. Takim zwolnieniem mogłoby być jedynie orzeczenie specjalisty z Zakładu Ubezpieczeń Społecznych. Czyli dokument, który jest o wiele trudniej zdobyć.

Rzeczywiście, dzięki L4 część lekarzy uniknęła „poboru”. Niektórzy medycy nie widzą powodu, dlaczego mieliby być bohaterami. – Wymaga się od nas czynów heroicznych. Pracy 24 godziny na dobę. Gotowości do natychmiastowego działania o każdej porze bez względu na obłożenie. Priorytetowego zajęcia się każdym przypadkiem – tłumaczy lekarz z 20-letnim doświadczeniem. – Ale organizm medyka również ma swoje granice wytrzymałości.

Tłumaczy, że jest w stanie zrozumieć swoich kolegów, którzy nie chcą nocować w szpitalu tygodniami. Poświęcić się w imię misji. Bo jest to oczywiście zawód inny niż kasjerka, ale lekarze też muszą mieć swoje życie prywatne.

Zrozumienia dla takiej postawy nie ma jednak były minister zdrowia Konstanty Radziwiłł, także lekarz, a obecnie wojewoda mazowiecki. – Problem jest szczególnie ostry, gdy coraz więcej oddziałów przekształcanych jest w kowidowe. Zdarza się, że po takiej decyzji w krótkim czasie nie ma nagle personelu. Tak było m.in. w szpitalu przy ul. Stępińskiej w Warszawie – opowiada.

Dokładnie taki sam proceder miał miejsce podczas pierwszej fali epidemii. Gdy tyską placówkę chirurgiczną przekształcono w oddział zakaźny, natychmiast dwóch rezydentów poszło na zwolnienie, a niedługo potem złożyli wypowiedzenia. W ślad za nimi poszło 24 lekarzy i 70 pielęgniarek. Dodatkowo z pracy zrezygnowało 100 pielęgniarek kontraktowych. Niemal 200 medyków zostawiło szpital i pacjentów na pastwę losu.

Innym powodem, dla którego medycy unikają szpitali jednoimiennych jest praca w kilku miejscach jednocześnie. – Przecież w Polsce nie znajdzie się bezrobotnego lekarza – tłumaczy w rozmowie z Tygodnikiem TVP medyk ze Szczecina. – Każdy ma tej pracy aż za dużo. Jeżeli pójdę do szpitala jednoimiennego, to zostawię trzy inne placówki, gdzie przyjmuję.

Rzeczywiście przydział do szpitala kowidowego powoduje, że dany pracownik jest wyłączony z innych miejsc. Mógłby bowiem stanowić zagrożenie zakażenia dla danej placówki.

Hipokrates czy hipokryzja?

Zapytaliśmy medyków, czy ucieczka na L4 nie jest sprzeniewierzeniem się przysiędze Hipokratesa. – Chyba hipokryzji – usłyszeliśmy dosadnie od jednego. – Hipokryzji części społeczeństwa. Bo jak inaczej można to nazwać? Żąda się od nas tytanicznego wysiłku. Poświęcenia swojego zdrowia, a nawet życia w walce z pandemią. A gdy wychodzimy ze szpitala, to sąsiedzi uciekają od nas jak od trędowatych. Znajomi nie chcą zapraszać do siebie. Mówi się o nas, że roznosimy koronawirusa. Wchodzę na fora internetowe, a tam wyciek tysięcy idiotów niewierzących w COVID-19.

Jedna z młodych pielęgniarek poskarżyła się nam, że koronawirus zniszczył jej życie towarzyskie. Od dwóch miesięcy nie może umówić się na żadną randkę. Gdy mężczyzna dowiaduje się, że pracuje w szpitalu, po prostu rezygnuje.
Polscy lekarze narzekają, że nie jest im łatwo przywyknąć do widoku śmierci. Na zdjęciu pielęgniarze przenoszący zmarłago na COVID-19 pacjenta z łóżka do metalowej trumny w szpitalu w Krakowie. Fot. Omar Marques/Getty Images
Tyle tylko, że w obecnej sytuacji obawy pielęgniarki mają zupełnie inną wagę, niż obawy przywołanej wcześniej kasjerki. Skutki strachu medyków możemy w sposób tragiczny odczuć wszyscy.

Maciej Hamankiewicz, były prezes Naczelnej Izby Lekarskiej już podczas pierwszej fali epidemii powiedział dobitnie: „jak ktoś wybiera zawód strażaka, to nie może uciekać przed ogniem. Lekarz, który dezerteruje, kiedy jest epidemia, dyskwalifikuje się jako lekarz”.

Teraz również dał przykład odpowiedzialności. Mimo że jest już na emeryturze, zdecydował się wrócić do zawodu i leczyć ludzi. Zaapelował też do innych lekarzy, również czynnych polityków, by poszli w jego ślady.

– Karol Wasilewski

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy

Zdjęcie główne: Szpital Uniwersytecki w Krakowie w kwietniu 20202. Fot. Artur Widak/NurPhoto via Getty Images
Zobacz więcej
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Lew, Archanioł i odwieczny tryzub. Ukraina szuka herbu
Na obrazoburczym rysunku anioł stoi w dresach i z butelką piwa pod tarczą z napisem „Obmin waljut”.
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Geniusz, demon i „Ręka Boga”, którą Diego Maradona upokorzył sam...
Czy Diego stał się ikoną właśnie przez swoją pogruchotaną, ludzką naturę? Czy jest ikoną przez to, że tyle w nim było zła, głupoty, które przenikały się z talentem?
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Ubrali nas w bezkształtne namioty. Rewolucja japońskiej gwardii
Długo przed nimi w Europie pojawiło się kimono.
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Handel dziećmi, bronią i prochami. Ciemna strona sieci
Przestępcy i terroryści od dawna komunikują się via Dark Web.
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Eksplozja popularności konserwatywnego Twittera
Na Parlerze konta mają dzieci Trumpa: Ivanka (dołączyła 12 listopada, obecnie 452 tys. śledzących) oraz Donald junior (104 tys.).