Historia

Dla niego kelnerzy podsłuchiwali polityków. Najlepiej opłacany dziennikarz, autor laurek na cześć władzy

Jego artykuły eksponowano na winiecie pisma, a nazwisko drukowano wyjątkowo dużymi literami. Wydawca gazety wypłacał mu miesięczną gażę w wysokości półtora razy większej od zarobków marszałka Polski.

Juliusz Kaden-Bandrowski oceniał Konrada Wrzosa tak: „Chce w swej robocie zostać możliwie najzwięźlejszym I najdokładniejszym. Nie tylko, więc nie dąży do rozbudowy zdania, do rozkołysania prozy, do »blików« czy smaczków prozatorskich, lecz ściąga swą obserwację i jej stylistyczną ekspresję do granic lakoniczności”.

Hazard na czterech kopytach

Faktycznie nazywał się Konrad Rosenberg. Pochodził z żydowskiej plutokracji. Jego ojciec, Stanisław, był współwłaścicielem kilku warszawskich cukierni (m.in. w hotelu Europejskim). Powierzono mu stanowisko sędziego handlowego, rozstrzygającego spory w sądach korporacyjnych stołecznego kupiectwa i finansjery. W rubryce religia wpisywał bezwyznaniowy – podobno rodzina odrzuciła go na wieść o ślubie z gojką.

Czyli z Heleną Gustawą z Erethów, córką rzemieślników wyznania kalwińskiego. Państwo Rosenbergowie doczekali się trójki potomstwa. Pierworodny Seweryn – rocznik 1900 – 19 lat później padł ofiarą epidemii grypy hiszpanki. Córka Maryla po uzyskaniu świadectwa dojrzałości została panią redaktorową. Przyczynił się do tego bohater tego tekstu, jej młodszy brat (ur. 1905), który poznał ją ze swym kolega po fachu, Władysławem Marthem.
Konrad Wrzos jako kierownik warszawskiego oddziału "Ilustrowanego Kuriera Codziennego". Fot. NAC/IKC
Ale trzymajmy się chronologii. Na razie nastoletni Konrad uczęszczał do renomowanego gimnazjum Zgromadzenia Kupców u zbiegu Waliców i Prostej (efektowny gmach został zburzony w Powstaniu Warszawskim). Z ułamków wspomnień przyszłego czempiona żurnalistyki wynika, iż jedynie języków uczył się chętnie. I chyba miał w tej dziedzinie talent, po latach mógł się pochwalić biegłą znajomością angielskiego, francuskiego, niemieckiego, portugalskiego i rosyjskiego.

W wakacje roku 1922 kieszonkowe otrzymywane od rodziców przestało mu wystarczać. Wspominał: „kilka razy dziennie chodziłem do kinoteatrów, opychałam się łakociami, pływałem statkami po Wiśle, kusił mnie hazard na czterech kopytach – na torze przy Polu Mokotowskim me przegrane zapewniły wtedy owies niejednemu rumakowi”.

Najpierw, by mieć grubszy portfel, zakołatał do redakcji „Robotnika”. Czemu wybrał akurat organ prasowy Polskiej Partii Socjalistycznej?: „Najpierw usiłowałem zaczepić się w «Kurierze Warszawskim», bo jego siedziba znajdowała się najbliżej mego mieszkania, ale mnie przepędzono.”

„Robotnik” też działał niedaleko. Terminowanie pod czujnym okiem jego ówczesnego redaktora naczelnego Feliksa Perla („zwalczał antysemityzm w każdej postaci. [...] Bolało go szczególnie i niepokoiło zwalczanie Żydów asymilatorów, współuczestniczących w kulturze I dążeniach narodu polskiego” – pisał historyk Krzysztof Dunin-Wąsowicz) zainaugurował przepisywaniem na maszynie ogłoszeń dostarczanych przez nadawców w formie rękopisów. „Stukałem w klawisze leciwego «Underwooda» najpierw jednym palcem prawej ręki, ale po tygodniu już wszystkimi obu”.

Repertuar stołecznych przybytków sztuki, typy i wyniki wyścigów konnych spisywał więc już sprawniej. W końcu posadzono go przy telefonie, by notował informacje od cynkierów. Tym mianem określano płatnych informatorów redakcji. Dyskontując przecieki od służb mundurowych zawiadamiali – odpłatnie – redakcje o wypadkach, pożarach, kradzieżach, pyskówkach, bójkach...

Z ojcami Wasowskiego i Giełżyńskiego

Tymczasem zaczął się końcowy rok edukacji gimnazjalnej. „Przedostatni semestr jakoś z trudem przebrnąłem, lecz wiosnę roku 1923 trafiałem do «Kuriera Polskiego» i pogodzenie pracy z nauką okazało się niemożliwe”. Dlaczego zmienił pracodawcę? Podobno w „Robotniku” zaczynał się szarogęsić, marzyło mu się dziennikarstwo polityczne, a do tej roli aspirowały już bardziej doświadczone persony.

Zdegustowany Wrzos – takiego pseudonimu zaczął już używać – zmienił, mówiąc językiem terminologii sportowej, barwy klubowe. Drugim przystankiem na jego dziennikarskim szlaku stał się „Kurier Polski”, trybuna sfer ziemiańsko-konserwatywnych. Szefował mu wówczas Ignacy Rosner, tytułowany Panem Radcą.

W II RP jednym tekstem postawił klinikę. W PRL był przemilczany, zapomniany, zmanipulowany

Gdyby w Polsce przed 1939 rokiem rozwinęła się telewizja, byłby jej twarzą! – mówi autor książki „Kiedy Zygmunt Nowakowski wróci wreszcie do Krakowa?”

zobacz więcej
„Wszystko, co pisał było tak świetne i tak przekonujące, że artykuły Rosnera (...) czytało się z najwyższą przyjemnością. Napisane były one po literacku, wyborną polszczyzną i miały w sobie coś artystycznego, jakieś pomysły prawie powieściowe, porównania i przenośnie godne najlepszego pióra” – wspominał Antoni Słonimski, współpracownik pisma obok m.in. Jarosława Iwaszkiewicza, Tadeusza Hołówki, Józefa Wassercuga-Wasowskiego (ojca Jerzego) i Witolda Giełżyńskiego (taty Wojciecha).

Zrazu Konrad redagował rubrykę „Z życia młodzieży". „Jedna (...) zwróciła uwagę Rosnera. Ku wielkiemu zdziwieniu Wrzosa zaproponował mu pisanie kroniki politycznej. (...) Dawał mu sugestie dot. tzw. «sensacyjnych wiadomości». (...) Pan Radca redukował je do jednołamowych informacji, uważając, że ich wymowa jest wtedy większa”.

Obowiązki zawodowe sprawiły, że uczeń Rosenberg nie został dopuszczony do egzaminu maturalnego. „Musiałem repetować klasę, lecz stanowczo mnie się to nie uśmiechało. Wiedziałem już, co chcę robić. I postawiłem na swoim. Rodzice nałożyli na mnie embargo ekonomiczne. Ale wierszówka gwarantowała finanse na wynajęcie skromnego pokoju, opierunek i wikt”.

Wkrótce matka z ojcem przekonali się do decyzji nastolatka. Za sprawą informacji z pierwszej ręki i ciętego pióra zyskiwał coraz większe uznanie i poczytność. „Mój syn, redaktor Wrzos” – przedstawiał go z dumą tata.

Tymczasem po rozłamie w redakcji „Kuriera Polskiego” nasz bohater wraz z większością zespołu – wylądował w efemerycznym „Nowym Kurierze Polskim”. Kilkanaście dniu przez zamachem majowym opublikował tam rozmowę z Józefem Piłsudskim. To był zwrotny punkt kariery dziennikarza, niemniej szeroko komentowany tekst nie uratował pisma od plajty.

Pod koniec 1926 r. Wrzos zaczepił się w „Epoce” – organie Zjednoczenia Pracy Miast i Wsi. Gdy i ten tytuł zbankrutował, dołączył do „Gazety Polskiej”. Chwilowo, ponieważ „była wtedy wiernopoddańczą sanacji, nie chciałem zostać wtłoczony w nachalną propagandę”. Trochę to dziwi, bo w kolejnej dekadzie wielokroć wychwalał rządy piłsudczyków.

Kelnerskie podsłuchy w warszawskich restauracjach

Karierę rozwinął w „Ilustrowanym Kurierze Codziennym”. W końcu lat trzydziestych stał się jednym z trzech najlepiej zarabiających dziennikarzy w Polsce. Obok Ludwika Rubla, redaktora naczelnego tego periodyku (nawiasem mówiąc ojca Małgorzaty, bogdanki Leopolda Tyrmanda, z racji panieńskiego nazwiska obdarowanej przez niego ksywką „Kopiejka”) oraz Zygmunta Nowakowskiego, najpopularniejszego felietonisty międzywojnia.

Wrzos zarabiał 4,5 tys. złotych. Porównajmy to z zarobkami w innych branżach w roku 1939. Sędzia lub prokurator I grupy: 1,1 tys. złotych; oficer policji w stopniu inspektora 1 tys. złotych; wojskowy w stopniu marszałka lub pracownik administracji najwyższej grupy: 3 tys. złotych).
Ludwik Rubel (w środku) w redakcji "Ilustrowanego Kuriera Codziennego" w roku 1932 w towarzystwie Tadeusza Boya-Żelenskiego (z prawej) i redaktora Jana Stankiewicza. Fot. NAC/IKC
Początkowo zajmował się reporterką parlamentarną. Całe dni spędzał w sejmowych i senackich kuluarach, gdzie zaznajamiał się z tematami obrad oraz posłami i senatorami. A wieczorem podążał ich śladem do knajp. „Najczęściej „Pod Bachusem” (skrzyżowanie Widok i Marszałkowskiej), „Gastronomia” (róg Smolnej i Nowego Światu), „Cristal” (u zbiegu Alej Jerozolimskich i Brackiej, „Simon i Stecki” (przy Krakowskim Przedmieściu), „Narcyz” (Krucza) „Kokos” i „Astoria” (Nowy Świat).

„Zamawiałem herbatę i najtańszą przekąskę – cynaderki albo serdelka zazwyczaj – dyskretnie śledząc odbywające się nieformalne konwentykle. Dawałem napiwki kelnerom, by obsługiwali politycznych gości częściej, dłużej i wolniej, wsłuchując się w treść rozmów.”

Ze zdawkowych relacji personelu, notowanych naprędce nierzadko na serwetkach, tkał informacje, które następnie odbierał goniec, dowożąc je – rowerem lub dorożką – do warszawskiej agendy „IKC”. Po adiustacji Giełżyńskiego ukazywały się w wydaniu porannym, częstokroć zaskakując opisanych. Grozili redakcji sankcjami prawnymi, ale na tym się zwykle kończyło. Sprostowania drukowano sporadycznie.

Wrzos bił konkurencję sprytem. Ilustruje to następujący incydent: „Rada Ministrów ze względu na wyjątkową tajność przedmiotu obrad postanowiła zwołać posiedzenie nie u siebie, lecz w apartamentach Banku Gospodarstwa Krajowego (monumentalny gmach przy obecnym rondzie de Gaulle’a), którego prezesem by Roman Górecki. Zaczęły się obrady, aż tu nagle coś poruszyło się za kotarą. Odsunięto zasłonę i oczom zdumionych ministrów ukazał się red. IKC-a Konrad Wrzos.”

Był jedynym dziennikarzem, który dotarł do więźniów brzeskich. Poddano go gruntownej rewizji, przesiedział się też godzinę samotnie w celi, za jedyną lekturę mając regulamin więzienny, lecz mógł obserwować osadzonych na spacerniaku. „IKC” zamieścił reportaż o Brześciu, a jego autorowi pozostała pamiątka, książka komendanta twierdzy płk. Wacława Kostki-Biernackiego z osobliwą dedykacją „Dla red. Konrada Wrzosa, jedynego więźnia, który nie ma pretensji".

Akurat był przejazdem i napisał książkę

W roku 1933 Marian Dąbrowski, prężny wydawca „IKC” i medialny hegemon II RP, powierzył mu nowe zadanie. Wszędobylskość i kontaktowość Wrzosa w połączeniu z jego talentami lingwistycznymi sprawiła, iż w roli korespondenta z obrad Ligi Narodów w Genewie wypadł świetnie. Dowodem drukowane w numerach dimanszowych (weekendowych w dzisiejszej nomenklaturze) wywiady z osobistościami europejskiej polityki.

Debiutem książkowym dziennikarza był wydany w roku 1933 tom reportaży „Oko w oko z kryzysem”, plon kilkumiesięcznej podróży po Polsce nękanej skutkami Czarnego Czwartku na Wall Street. Doczekał się entuzjastycznych recenzji i przekładów. Czytany po przeszło ośmiu dekadach wciąż zachwyca wielopłaszczyznową narracją i przenikliwością spojrzenia.

Jego gazety lekceważyły zasady ortografii, epatowały zbrodnią i seksem, kupowały tajne informacje od morderców

Przyjaźnił się z Kornelem Makuszyńskim i Janem Kiepurą. Finansował budowę „zakopianki” i Pomnik Nieznanego Żołnierza. Stworzył największe w Polsce imperium prasowe.

zobacz więcej
Niebawem redakcja wysłała autora za granicę. Rok po objęciu władzy przez Adolfa Hitlera miał zdiagnozować możliwość konfliktu zbrojnego w Europie. Kilka tygodni jeździł po Niemczech, a potem odwiedził jej sąsiadów: Austrię, Czechosłowację, Danię, kraje Beneluksu oraz Francję. Tak powstał kolejny bestseller „Kiedy znowu wojna”. Trafnie przewidujący zarówno kolejność podbojów Trzeciej Rzeszy, jak i czas wybuchu nowej wojny na Starym Kontynencie.

„Tymczasem stosunki polsko-niemieckie uległy (...) normalizacji. [...] Obydwie strony mają spokój na 10 lat. [...] Niemcy tego czasu nie zmarnują, będą szkolić swoje rezerwy, będą się zbroić. Nie może go też zmarnować Polska” – apelował.

Kolejne cztery książki Wrzosa tak spektakularnego sukcesu nie osiągnęły. „Wulkany Europy” traktowały o Bałkanach, akcentując uśpione niebezpieczeństwo –pod postacią antagonizmów etniczno-religijno-terytorialnych – tkwiące w zadawnionych waśniach pomiędzy nacjami zamieszkującymi Jugosławię (ich eskalacja nastąpi prawie pół wieku później, po rozpadzie państwa południowych Słowian). „Rewolucję w Grecji” napisał à la minute. Akurat był przejazdem w Atenach, kiedy wybuchła.

„Yerba mate” powstała na zamówienie. Polskie władze prosiły go o opis naszych enklaw emigracyjnych w Brazylii i Argentynie, pokrywając niemałe koszta ekspedycji.

A „Francja dzisiejsza” prezentowała ów kraj – niemal dwie dekady po Traktacie Wersalskim – poprzez rozmowy z jego politykami. Podobną formułę zastosował w przypadku „11 głów”, zawierających wywiady przeprowadzone z osobistościami Starego Kontynentu. m.in. z Benito Mussolinim, kanclerzem Austrii Engelbertem Dolfussem, prezydentem Czechosłowacji Tomaszem Masarykiem, regentem Węgier Miklocsem Horthym, szefem francuskiego sztabu generalnego gen. Maurice Gamelinem...

Potem powstały jeszcze dwie książki – peany na cześć sanacji. Laurka „O Piłsudskim i piłsudczykach”, wznowiona ja kilka lat temu przez oficynę LTW, oraz bezkrytyczny konterfekt ministra spraw zagranicznych Józefa Becka, opublikowany kilka tygodni przed spektakularną klęską jego politycznej wizji. Mówiąc nawiasem Wrzos współpracował z najwybitniejszymi edytorami międzywojnia: Hoesickiem, Gebethnerem i Wolffem oraz Rojem.

Dymek rozjaśnia umysł

O jego życiu osobistym wiadomo niewiele. Najwyraźniej hołdował zasadzie: my home is my castle. Nie to, co niejeden współczesny dziennikarz mainstreamu. Snop światła na vie privee Wrzosa rzucają strzępy wspomnień jego kolegów po fachu. Witold Giełżyński napomyka o elegancji każdorazowo wyrażanej w ubiorze. „Do szewca Hiszpańskiego miał dwa kroki, podobnie jak do magazynu mody męskiej «Old England» b-ci Aronson. Obydwa sąsiadowały niemal z jego luksusowym mieszkaniem w skrzydle Pałacu Czapskich (Krakowskie Przedmieście 5, dziś ASP)”.
Marszałek Senatu Julian Szymański (z lewej) w towarzystwie kierownika warszawskiego IKC Konrada Wrzosa w roku 1929. Fot. NAC/IKC
Pięciopokojowy apartament odwiedziła dziennikarka popołudniówki „Dobry wieczór! Kurier Czerwony” Karolina Beylin:

Dwa pokoje gospodarz zamienił w biblioteki. Oszklone regały od podłogi po sufit wypełniają tysiące książek.

– Jak pan znajduje konkretną?

– Układam je alfabetycznie, wedle nazwisk autorów. W jednym pokoju gromadzę polskie, w drugim zagraniczne.

Salon wypełniają antyki oraz pianino.

– Gra pan?

– Za młodu mnie uczono, ale znacznie lepiej palcami operuję przy klawiszach maszyny do pisania – odpowiada prowadząc do niewielkiego gabinetu, gdzie na solidnym biurku z szufladami i lampą dumnie lśni nowy model Remingtona.

W czasie rozmowy towarzyszy nam dźwięk radia. Słucha go niemal na okrągło. „Nie tylko polskich stacji, muszę być au courant”. Dostrzegam wytworny patefon oraz pokaźną kolekcję płyt. Brahms, Schumann, Czajkowski, Moniuszko, Chopin, Schubert, Grieg, Paganini, Berlioz, Mahler, Karłowicz, Bach, Haydn, Haendel i inni klasycy zgrupowani zostali na wyższych półkach etażerki, niższe okupują te z muzyką rozrywkową. Głównie krajową. „Brakuje mi czasu na słuchanie tego wszystkiego” – mówi, zapalając Egipskiego płaskiego. „Nałogowym palaczem nie jestem, ale dymek rozjaśnia mi umysł. Podobnie jak herbata. Czarna, mocna, najlepiej z samowara, Niesłodzona, z odrobiną soku z cytryną albo mleka. I koniecznie ponczowym od Herbaczyńskiego albo pączkiem od Zagoździńskiego.


Tygodnik „Światowid” przytacza inne jego wyznanie: „Wolnych chwil w zasadzie nie miewam, no może poza Bożym Narodzeniem i Wielkanocą. W Druskiennikach, Truskawcu, Juracie, Ciechocinku czy Krynicy bywałem jedynie służbowo”

Adrian Czermiński wspominał proces wytoczony dziennikarzowi przez literata Tadeusza Żeromskiego, sygnującego teksty piosenek pseudonimem Wrzos, żądającego, aby nikt inny tego miana nie używał. Powoda reprezentował adwokat Jan Lesman (jako pisarz podpisywał się Brzechwa), zaś pozwanego mec. Andrzej Szpotański (ojciec Janusza). Postulat Żeromskiego sąd odrzucił.

Król fotoreporterów II RP

Skandal sądowy ani mu szkodził, ani przeszkadzał. Po prostu – dodatkowa forma reklamy. Był trochę romantykiem, trochę fantastą, ale i człowiekiem interesu.

zobacz więcej
A życie uczuciowe Wrzosa? Tu jeszcze mniej danych. „Dziko przystojny” – to opinia Eugeniusza Szrojta. Jacek Frühling dodawał: „Wytworny, nigdy niezapominający, że za żadną cenę nie wolno zapiąć ostatniego guzika kamizelki." Podobno flirtował ze starletką kina, Janiną Wilczówną.

Notes zagubiony na granicy

Przełom lat 1938/39 spędził w USA. Zbierał tam informacje do książki dotyczącej Polonusów. Spostrzegłszy nadciągające z Zachodu nad Polska czarne chmury wrócił do Warszawy. Na krótko, bo w maju „IKC” delegował go do Paryża. „Gaston Palewski, ex-minister, i przewodniczący Rady Konstytucyjnej Francji ujawnił mi, że według informacji przychwyconych przez francuski wywiad plan niemiecki przewiduje zajęcie Polski w ciągu 3 tygodni – między 1 i 21 września” – alarmował polska ambasadę

Gdy z początkiem sierpnia znów był w Warszawie, na śniadanie (menu: twarożek z rzodkiewkami i jajecznica ze szczypiorkiem) zaprosił go min. Beck. „Opowiadał z entuzjazmem, jak to w Krakowie noszono go na rękach. (...) Opierając się na informacjach z Rzymu, upierał się, że wojny nie będzie” – relacjonował Wrzos, ale uspakajające zapewnienia szefa polskiej dyplomacji przyjmował bez przekonania. „Pewności, że pokój w Europie ma się ku końcowi nabrałem dopiero, gdy ogłoszono podpisanie w Moskwie paktu Ribbentrop-Mołotow ” – napisał.

Dzień później Wrzos ponownie wyruszył do Francji. Podróż „Sobieskim" z Gdyni do Hawru była spokojna, choć w Kopenhadze krążył nad statkiem niemiecki samolot. Wrzos wystąpił na antenie francuskiego radia, udzielił wypowiedzi kilku gazetom.

31 sierpnia ruszył w drogę powrotną, które pieczołowicie zrekonstruowała Krystyna Sanetra w swej pracy dyplomowej, obronionej przed 40-laty na wydziale dziennikarstwa Uniwersytetu Jagiellońskiego (opatrzonej adnotacją red. „Zeszytów Prasoznawczych”: „Z pewnością był Wrzos reżimowym dziennikarzem. Z czołową osobistością II Rzeczypospolitej, min. Beckiem, łączyła go przyjaźń. Linia ideowo-polityczna Wrzosa jest nam obca. Natomiast godna przypomnienia jest jego sylwetka jako znakomitego warsztatowo reportera”.)

Na dworcu w Mediolanie dowiedział się o bombardowaniu Polski. W Jugosławii i Rumunii życie toczyło się zwyczajnie. (...) 3 września dotarł do Lwowa, skąd bezzwłocznie podążył ku Warszawie. Po niemal dobowej eskapadzie, przerywanej nalotami Luftwaffe, poprzez Lublin, Nałęczów i Kazimierz dojechał do Puław, skąd zatelefonował do rodziny w Warszawie. Nakazał rodzicom i siostrze natychmiastowe opuszczenie stolicy. Kiedy 7 IX przybyli do Puław, wyekspediował ich w kolumnie dyplomatycznej zmierzającej ku Krzemieńcowi, a sam powrócił do Lwowa, gdzie spotkał dyrektora „IKC-a” Mieczysława Dobiję, gdyż redakcja została przeniesiona do grodu nad Pełtwią. Tam doszła Wrzosa informacja, iż następnego w Krzemieńcu oczekuje nań Beck. (...) Minister namawiał go, by wyjechał do Francji, pisał w gazetach i mówił przez radio o tym, co dzieje się w Polsce, żeby Francuzi nie myśleli, że swoją oględnością siebie obronią. Gdy się rozstali miasto zostało zbombardowane.
Rozgłośnia Polskiego Radia w Warszawie, sierpień 1935. Konrad Wrzos wygłasza odczyt "Pan Prezydent RP o swojej współpracy z marszałkiem Piłsudskim". Fot. NAC/IKC
Wrzos wyprawił bliskich do Zaleszczyk. Via Rumunia, Turcja, Malta i Maroko w grudniu 1939 roku zakotwiczyli w Nowym Jorku. Tymczasem na jego szlaku wrześniowym kolejnymi przystankami były Tarnopol, Czortów i Kołomyja. Graniczny most na Czeremoszu w Kutach przeszedł 17 września, na wieść o agresji sowieckiej. Zgubił wtedy notes z zapiskami ze swej wojennej odysei.

Polski już nie odwiedził

Prasie rumuńskiej opowiadał o sytuacji w Polsce posiłkując się wyłącznie pamięcią. Gdy relacje o barbarzyńskiej postawie niemieckich najeźdźców trafiły do mediów światowych ich autor spacerował już po Polach Elizejskich. Gen. Władysław Sikorski wraz z kamarylą widzieli w nim piewcę sanacji. Ofert pracy w polskiej prasie emigracyjnej nie dostał.

Żeby uniknąć bezczynności poleciał do neutralnej Portugalii. W Lizbonie spędził ponad dwa lata, funkcjonując jako prasowy freelancer. Nauczył się języka, obserwował eksodus uciekinierów z ogarniętego pożogą kontynentu.

Język portugalski okazał się być przydatny bardziej, niż Wrzos mógł oczekiwać. W styczniu 1942 roku opuścił Europę przyjmując propozycją kierowania w Brazylii Aliancką Agencją Prasową. Piastował tę funkcję cztery lata. Rozczarowany rezultatami II wojny światowej dla Polski zerwał z dziennikarstwem, stwierdził, że „rozpamiętywanie przeszłości na emigracji nie prowadzi do niczego". Od czasu do czasu dawał się namówić na zwierzenia sekcji polskiej Radia Madryt i londyńskiego „Dziennika Polskiego”. Korespondował w przedwojennymi znajomymi po piórze: braćmi Mackiewiczami, braćmi Zbyszewskimi, Mieczysławem Grydzewskim, Ferdynandem Goetlem, Sergiuszem Piaseckim, Józefem Łobodowskim… Zarabiał pracą tłumacza w latynoamerykańskich filiach europejskich koncernów samochodowych oraz banków.

W 1958 roku opublikował bedeker dla turystów odwiedzających Brazylię. 4 lata później wydał książkę o zamordowanym prezydencie tego kraju, Juscelino Kubitschku, mającym (po matce) czeskie korzenie.

Polski już nigdy nie odwiedził, chociaż bywał w Europie. Małżeństwo zawarte w roku 1945 z Amerykanką Catheriną O’Donnel rozpadło się po paru latach. Żona z córką Gustawą wyjechały do USA.

U schyłku życia, gdy zmagał się z nieuleczalną chorobą nowotworową i postępującym artretyzmem, przyznano mu honorowe obywatelstwo Rio de Janeiro. Do wynurzeń namówił go wtedy peerelowski dziennikarski wagabunda Olgierd Budrewicz, ale ponoć na druk rozmowy w „Życiu Warszawy” nie przystała cenzura.

As dziennikarstwa II RP przeżył 69 lat. W ceremonii pogrzebowej na cmentarzu w Rio żałobników liczono na palcach jednej ręki. Co stało się z archiwum zmarłego – nie wiadomo.

– Tomasz Zbigniew Zapert

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy


Bibliografia:
• O. Budrewicz „Piekło w kolorach”
• J. Frühling „W moim kalejdoskopie”
• W. Giełżyński „Prywatna historia XX wieku”
• J. Iwaszkiewicz „Książka moich wspomnień”
• A. Ochocki „Reporter przed konfesjonałem, czyli jak przed wojną w Łodzi robiło się gazetę”
• E. Moszyński „Ludzie i czasy
• M. Wańkowicz „Tędy i owędy”
• Grzybowski, J. Tebinka „Na wolność przez Lizbonę. Ostatnie okręty polskich nadziei”

Filmografia:
• „Przepis na sukces. Historia największego magnata prasowego II RP” scenariusz i reżyseria R. Geremek

Dziękuję za pomoc w przygotowaniu tekstu Renacie Ceglińskiej, Pawłowi Chojnackiemu i Markowi Telerowi
Dąbrowski od IKaCa
Zdjęcie główne: Maszyna do pisania. Fot. John Greim/LightRocket via Getty Images
Zobacz więcej
Historia Najnowsze wydanie
Słyszałem przez wiatr wołanie o pomoc… Tragedia na Masherbrumie
Przemek i Marek leżeli na śnieżnym zboczu. Bez asekuracji, idąc przodem do stoku z czekanem i młotkiem, doszedłem do nich. Byli zamarznięci.
Historia Najnowsze wydanie
Musieli udowadniać swoją wrogość do „faszystowskiej” Polski
Prasa donosiła o parafianach, którzy prosili papieża, żeby zakazał księżom zajmować się polityką
Historia Poprzednie wydanie
Jak Lenin kupował sznurek od Zachodu
Chińczycy nie byli pierwsi. Przed nimi tego samego spróbowali Sowieci.
Historia Poprzednie wydanie
Żadnych rozmów nie będzie. Ukraińcy oddadzą, co zechcą
„Dar” tak nazwali Sowieci podlegający zwrotowi ułamek polskiego dziedzictwa we Lwowie.
Historia wydanie 13.11.2020 – 20.11.2020
Paniska z Kujaw. Pierwszy, neolityczny podział społeczny
Świat jest podzielony na bogatych i biednych już od 6,6 tys. lat – dowodzi polskie cmentarzysko.