Rozmowy

Być jak Szalony Koń, który pobił białego generała

Niektórzy robią w Polsce pokazy indiańskie w pióropuszach, a w ustach trzymają fajki – naruszają tym dwa elementy wciąż święte dla Indian. Oni do tej pory palą tytoń podczas modlitwy. Pióropusz zaś może założyć tylko wojownik, weteran wojenny, czyli obecnie ktoś, kto służył na misjach w Afganistanie, Iraku, walczył podczas II wojny światowej czy w Wietnamie – mówi Dariusz Szybka z Polskiego Ruchu Przyjaciół Indian Ameryki Północnej.

Opowiada o współczesnych i dawnych Indianach. O krzywdach i okrutnej historii, gdy z wrogów zdzierali skóry i zjadali ich organy w rytualnym kanibalizmie. O ich mądrości, humorze, ceremoniach, jak rytuał uzdrawiania duszy. I o Polaku, który pół życia tworzył największy na świecie pomnik – wodza Siuksów.

Indianista kulturą tej społeczności zajmuje się ponad 20 lat. W swojej indiańskiej wiosce „Fort Wapiti” w Zalasowej koło Tarnowa prowadzi warsztaty oraz wykonuje rękodzieło indiańskie, tradycyjnymi metodami. Większość jego kolekcji to stroje i rzeczy codziennego użytku Indian Wielkich Równin: Czejenów, Siuksów, Crow, Kiowa. Posiada również eksponaty Indian z Regionu Wielkich Jezior: Irokezów, Algonkinów, Ottawów.

TYGODNIK TVP: Co Polacy mają wspólnego z Indianami?

DARIUSZ SZYBKA:
Indianie, którzy odwiedzili Polskę, zauważyli dużo podobieństw z nami. Przede wszystkim naszą gościnność, która też ich cechuje. Ponadto my w przeszłości również musieliśmy walczyć o swoje ziemie i wolność. No i – jak zauważyli – mamy także swoje „bizony”, które żyją na wolności. Mowa oczywiście o żubrach. Dodatkowo orzeł, który widnieje w polskim godle odgrywa bardzo dużą rolę w kulturze indiańskiej. Według nich jest świętym ptakiem, łącznikiem ze Stworzycielem. W przeszłości Indianie najbardziej zasłużeni w walce nosili orle pióra. To były ich ordery.

Skąd się u pana wzięło zamiłowanie do kultury indiańskiej?

Rodziło się od wczesnych lat dzieciństwa. Ojciec każdego roku zabierał mnie na cały sierpień w Bieszczady pod namiot. Obozowaliśmy w terenie dzikim, z dala od turystów, nad potokiem. Miejsce to udostępniał nam leśniczy. Chodziliśmy po górach, korzystając ze ścieżek zwierzyny leśnej, a omijając te turystyczne, mocno zatłoczone. Podczas biesiadowania przy ognisku tata opowiadał mi ciekawe historie, dotyczącego naszego kraju, ale też innych kultur, w tym Indian. Sam był pedagogiem, uczył historii w szkole. Bardzo dużo czytał i zaraził mnie miłością do książek. Często podsuwał mi różne pozycje.
Wodzowie Siuksów po spotkaniu w Białym Domu w Waszyngtonie, około 1877 roku. Siuksami nazwali Francuzi konfederację Dakotów, czyli Indian Ameryki Północnej z Wielkich Równin. Dzielą się na trzy grupy: wschodnią Santee, środkową Yankton i zachodnią Teton. Nazwali się „sprzymierzeni”, „przyjaciele” i co wymawiali różnie w swoich dialektach: Dakota-Lakota-Nakota. Byli też określani Oceti Sakowin (Siedem Ognisk Rady), bowiem tworzyli siedem plemion. Fot. Photo12/Universal Images Group via Getty Images
W tym czasie spodobała mi się literatura przygodowa, w tym trylogia Krystyny i Alfreda Szklarskich „Złoto gór czarnych”. Opowiada dzieje Santee Dakotów na przestrzeni kilku pokoleń, opisuje polowania na bizony, wierzenia, walki międzyplemienne czy z białymi ludźmi. Podobały mi się też książki polskiego pisarza o pseudonimie Yáckta-Oya (właściwie Sławomir Bral), na przykład „Fort nad Athabaską” o początkach kolonizacji amerykańskiej czy „Leśny goniec”, którego akcja rozgrywa się w drugiej połowie XVII wieku w Nowej Francji (dzisiejsza Kanada). Głównym bohaterem jest tu handlarz skór, zwany leśnym gońcem, Paul Bresson – skupuje futra od Indian.

Wychował się pan na dość romantycznym obrazie Indian. W literaturze są przedstawiani zazwyczaj jako dzielni wojownicy, uciemiężeni przez blade twarze, a jak było naprawdę?

Muszę przyznać, że wtedy ujęło mnie właśnie to wyobrażenie Indian. Byli przedstawiani z niemal samymi zaletami jako szlachetni, prawdomówni, braterscy i bardzo przywiązani do rodziny. To oczywiście jeden z powielanych stereotypów.

Owszem, na przestrzeni kilku wieków Indianie zostali pozbawieni ziemi albo siłą, albo w wyniku różnych machlojek ze strony białych, ale to nie było tak, że przed ich przybyciem żyli sobie pokojowo na rajskiej wyspie. Grupy różnych plemion indiańskich nieustannie walczyły ze sobą, bardzo często w dość okrutny sposób. Na przykład te pochodzące z północno-wschodnich obszarów leśnych Ameryki Północnej, jak Irokezi czy ludy algonkińskie, torturowali wielokrotnie swoich wrogów, przypalając ich ogniem czy zdzierając z nich skóry. Wycinali na żywca organy człowieka, a nawet zjadali pewne części ich ciała. Był to tak zwany rytualny kanibalizm. To dotyczyło zarówno wrogich plemion, jak i białych.

Wierzyli, że jeśli człowiek zacznie się bać i krzyczeć podczas tortur, to jego dusza nie dostanie się do krainy, którą my nazywamy niebem. Natomiast byli przekonani, że sami wszyscy się tam kiedyś znajdą… I będą robić tylko przyjemne rzeczy, takie jak choćby polowanie czy palenie tytoniu.

„Lepiej bym zjadł Cię ja, który Cię kochałem, niż robaki”. Dlaczego przestaliśmy być kanibalami?

Zarażenie następowało podczas konsumowania ciała zmarłego męża i ojca, ale także podczas nacierania twarzy żałobników jego mózgiem.

zobacz więcej
Była oczywiście grupa plemion nastawiona pokojowo. Na przykład Indianie Pueblo z południowego zachodu kontynentu. Na co dzień zajmowali się rolnictwem, uprawiali kukurydzę, fasolę i dynię. Niestety od czasu do czasu byli napadani przez Apaczów, którzy zabierali im plony. Tymczasem w książce Karola Maya „Winnetou” Apacze są przedstawiani jako szlachetni ludzie. Częściowo zajmowali się myślistwem, ale częściowo utrzymywali się również z grabieży sąsiednich plemion.

To okrucieństwo powinno pana zrazić do ich kultury, a stało się wręcz przeciwnie.

Kiedy zgłębiłem wiedzę na temat życia Indian w przeszłości, to zafascynowała mnie przede wszystkim ich struktura społeczna. To byli ludzie całkowicie wolni. Poza pewnymi wyjątkami, jednostka mogła robić to, co chciała. Na przykład w obozach najbardziej znanych Indian Wielkich Równin – Siuksów, Czarnych Stóp czy Czejenów – jeśli komuś nie podobały się rządy czy decyzje wodza, to mógł się oddalić i przejść do innego obozu bez żadnej konsekwencji.

Wtedy obozowano w małych grupkach na terenach, gdzie było dużo zwierzyny leśnej i pastwisk, co pozwalało im bez problemu wykarmić siebie i swoje olbrzymie stada koni. Razem gromadzono się raz w roku w jednym miejscu i to był czas uroczystości religijnej i inicjacyjnej, która nazywała się tańcem słońca. Towarzyszyły temu uczty, modlitwy i pieśni cierpienia, a sam taniec stanowił punkt kulminacyjny, podczas którego młodzieńcy byli poddawani próbom męstwa, połączonym z torturami.

To, co mnie jeszcze ujęło u Indian, to ich bohaterstwo. Na przykład w XIX wieku był taki wódz Siuksów Szalony Koń. Nie uzyskał tej funkcji z racji dziedziczenia, ale zdobył ją dzięki swojej odwadze, szczodrości i szlachetności. Był doskonałym myśliwym i pomagał innym członkom plemiona, którzy głodowali – dostarczał im mięso bizonów. Walczył też zaciekle o wolność swojego narodu. Wygrał słynną bitwę z generałem Georgem Custerem w 1876 roku nad Little Bighorn.
Od lewej: Crazy Horse, wódz Dakotów Tetonów z plemienia Oglalów, którego misją było ratowanie niezależności Siuksów i ich obrona przed wtargnięciem białego człowieka na Wielkie Równiny. Obok Korczak Ziółkowski w Górach Czarnych w 1950 r., podczas pracy nad monumentem Szalonego Konia. I pomnik w 1919 r. Fot. Universal History Archive/Universal Images Group i Doreen Spooner/Keystone Features via Getty Images oraz Mjmacarty - Praca własna, CC BY-SA 4.0, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=81806208
Amerykanin polskiego pochodzenia Korczak Ziółkowski wyrzeźbił w kamieniu postać Szalonego Konia. Indianie przeznaczyli na ów pomnik 200-metrową skałę w Górach Czarnych w Dakocie Południowej. Ziółkowski pracował nad nim od 1947 roku aż do swojej śmierci w 1982. Został pochowany u stóp pomnika. Po jego śmierci prace są nadal kontynuowane, a środki na pokrycie kosztów dynamitu i użycia ciężkich maszyn pochodzą z datków na rzecz fundacji Crazy Horse Memorial Foundation, w której działają dzieci i wnuki Ziółkowskiego. Gdy pomnik zostanie ukończony, ma być największym na świecie: 195 metrów długości oraz 172 m wysokości. (Dla porównania, w odległości 15 kilometrów znajduje się pomnik, w którego wznoszeniu Ziółkowski też brał udział – Mount Rushmore National Memorial z czterema głowami znaczących prezydentów: USA: George’a Washingtona, Thomasa Jeffersona, Theodore’a Roosevelta i Abrahama Lincoln. Każde popiersie ma „zaledwie” 18 m wysokości – przyp. red.)

A jacy są współcześni Indianie? Kiedy po raz pierwszy osobiście się pan z nimi zetknął?

W Biskupinie w 2003 roku. Tamtejsze muzeum organizowało festyn archeologiczny „Indian Summer”. Brały w nim udział Czarne Stopy z Montany. Obozowałem z nimi przez tydzień. Byli dla mnie fascynujący. Przede wszystkim biła od nich mądrość życiowa i spokój wewnętrzny. Wcześniej wyobrażałem sobie Indianina z kamienną twarzą, który nigdy się nie uśmiecha, a tymczasem byli to ludzi pełni humoru i serdeczni.

Ujęła mnie też ich hojność. Potrafią rozdać cały swój majątek przy jakieś okazji. Mój kolega mieszkający w rezerwacie w Stanach Zjednoczonych dostał samochód od jednego z członków starszyzny plemiennej.

W samych Stanach Zjednoczonych żyje 2,5 miliona Indian, należą do 500 plemion. Milion z nich mieszka w ponad trzystu rezerwatach. Tworząc je, rząd federalny utrzymywał, że ma to na celu integrację tej społeczności. Tymczasem takie izolowanie mniejszości etnicznych budziło i nadal budzi kontrowersje.

Miałem okazję osobiście zobaczyć rezerwat w Browning w północnej Montanie, w którym żyją Czarne Stopy. To niewielkie miasteczko u stóp Gór Skalistych, skupiające kilka tysięcy mieszkańców. Na pierwszy rzut oka nie różni się od miejsca, w którym żyją tylko biali Amerykanie. Domy są jedynie skromniejsze. Panuje tam dość duże bezrobocie.

Czy też pochodzi od Adama i Ewy? Tajemnicza przeszłość pierwszego Amerykanina

Skąd się wzięli ludzie w Ameryce? Przybyli z Eurazji i Afryki. Ale jak, kiedy, którędy i po co?

zobacz więcej
Pracy jest bardzo mało, Indianie zatrudniani są głównie w handlu, na przykład na stacjach benzynowych czy w sklepach. Mają swoją placówkę opieki zdrowotnej, słowo „szpital” to byłoby w tym przypadku za dużo powiedziane. Mają też gorszy dostęp do edukacji, dlatego niewielu Indian jest wykształconych. Oczywiście mogą się przeprowadzić do większych miast, ale z reguły tego nie robią, bowiem są bardzo przywiązani do rodziny.

Są biedniejsi od białych Amerykanów i nie wpływa na to fakt, że w niektórych obszarach mają większe prawa – np. sklepy i kasyna w rejonie rezerwatów nie muszą płacić podatków. Akurat dzięki temu się nie bogacą. Indianie otrzymują wsparcie od państwa w postaci zasiłków socjalnych, więc jakoś sobie radzą.

Nierówne traktowanie obywateli przez rządzących rodzi napięcia i prowadzi do społecznej dyskryminacji.

To dość delikatny temat w Ameryce, bo jak wiadomo jest wielorasowa. Napięcia na tym tle są od dawna i nie dotyczą tylko Indian, ale też – jak wiemy – czarnoskórych czy Latynosów. Ale to działa w obie strony. Sami Indianie niechętnie przyjmują białych w swoich rezerwatach. Wciąż mają uraz za złe traktowanie w przeszłości, za zabieranie im ziemi i łamanie traktatów. Do czego dochodziło szczególnie wtedy, gdy na danym terenie znajdowano złoża ropy lub innych surowców.

I co właściwie odczuwają do dzisiaj. Przypomnę choćby głośną akcję sprzed kilku lat, związaną z przeprowadzaniem ropociągu przez rzekę na ziemi Siuksów w Dakocie Południowej. Indianie protestowali, bo obawiali się rozszczelnienia rury, co spowodowałoby skażenie jedynego źródła wody pitnej. Protestami jednak nic nie wskórali, ropociąg został zbudowany w tym miejscu, więc jak widać nie zawsze zdanie Indian się liczy.

A jak reagują na to, co pan robi? Niektórzy, zakładając takie wioski indiańskie, próbują wykorzystywać kulturę tej społeczności do celów czysto komercyjnych, co Indian nierzadko obraża.

Od zawsze marzyłem o takiej wiosce indiańskiej. Jestem z zawodu leśnikiem i po kontuzji kolana musiałem zrezygnować z tej pracy. Co w pewnym sensie nie było złe.
W Zalasowej koło Tarnowa Dariusz Szybka stworzył wioskę indiańską, z widokiem na góry. Uczy gości oryginalnej piosenki indiańskiej, tańca oraz zabaw i gier, które kiedyś przygotowywały młodzież plemienną do życia w dziczy. Fot. Dariusz Zaród, archiwum prywatne DS
Na pierwszy zlot indianistów pojechałem do Orłowa na Pojezierzu Mazurskim prawie ćwierć wieku temu. Tam poznałem mnóstwo ludzi pozytywnie zarażonych tą kulturą i zachwyciłem się widokiem ponad stu stożkowatych namiotów tipi. W Małopolsce udało mi się kupić teren na niewielkim wzniesieniu, z ładnym widokiem na góry i tam powstała wioska indiańska. Od tego się zaczęła moja przygoda. Teraz robię to co kocham, to jest moja pasja.

Przez wzgląd na moich znajomych Indian przekazuję prawdziwe i rzetelne informacje na ich temat. Moją wiedzę zdobyłem nie tylko przez osobisty kontakt z nimi, ale też zgłębiając naukę na ich temat i Indianie aprobują to, co robię. Nawet im się to podoba. Podczas spotkania z Czarnymi Stopami w Biskupinie nazwali mnie i innych indianistów ambasadorami kultury indiańskiej w Polsce. Nagrywali nas kamerami. I później te filmy pokazywali swojej młodzieży, która jak w każdym narodzie nie zawsze garnie się do kultywowania kultury swoich przodków. Na szczęście różne ceremonie czy festiwale przypominają im o tym dziedzictwie.

Muszę jednak przyznać, że rzeczywiście są takie wioski czy parki rozrywki w Polsce oraz Europie, które obrażają kulturę Indian, naruszają ich obrzędy i pewne ceremonie. Jedni robią to z ignorancji, inni głównie dla korzyści finansowych.

Dla mnie przykładem takiej profanacji jest ceremonia indiańska „Sweat Lodge”, czyli Szałas Potu. Dawniej i dziś jest to ceremonia religijna, oczyszczająca z emocjonalnych ran. Służy również modlitwie w jakiejś ważnej osobistej intencji. W środku niskiego szałasu osoby siedziały wokół dołka wykopanego w ziemi. Rozgrzane w ogniu kamienie wrzucano do tego otworu, a następnie szałas szczelnie zamykano. Gorące kamienie posypywano ziołami, szałwią i słodką trawą i polewano całość wodą. Rytuał duchowy miał przynieść uzdrowienie. Odtwarzanie tej ceremonii bez duchowego kontekstu, tylko dla pieniędzy, jest dla mnie profanacją. A robią to niestety nie tylko biali Europejczycy, ale też sami Indianie.


Są też inne zachowania obrazoburcze dla ich kultury i tradycji. Twórcy niektórych wiosek indiańskich robią pokazy w płóciennych strojach, pociętych na frędzle, zamiast w skórzanych, które kiedyś nosili Indianie. Do tego zakładają pióropusze, a w ustach trzymają fajki. Te dwa elementy są nadal święte dla Indian. Do tej pory palą tytoń podczas modlitwy. Jeśli chodzi o pióropusz, to obecnie, podczas święta muzyki i tańca indiańskiego Pow-wow lub innych ceremonii, może go założyć tylko weteran wojenny, czyli ktoś, kto służył na misjach w Afganistanie, Iraku, walczył podczas II wojny światowej czy w Wietnamie.

Ceremonia Pow-wow, podczas której Indianie są odświętnie ubrani, jest dla nich bardzo symboliczna. To taki indiański pomost między tradycją starą, kiedy jeszcze żyli na wolności, a współczesną, kiedy żyją w rezerwatach.

Szanuję więc te zwyczaje, pokazując jedynie te eksponaty.

W wiosce zgromadził pan w sumie prawie dwieście takich eksponatów. To kopie czy oryginały?

Przedmioty codziennego użytku pochodzą z przełomu XVIII i XIX wieku. Mam trochę oryginałów, które przywiozłem z Ameryki Północnej bądź dostałem w prezencie. Część eksponatów to są też kopie bądź repliki, które sam stworzyłem. Na przykład stroje – mokasyny, koszule, suknie – czy broń – tomahawki, pochwy na nóż – oraz instrumenty muzyczne. Wszystko zostało wykonane według dawnych wzorców. Użyłem tych samych materiałów i technik, jak na przykład ozdabianie kolcem igłozwierza amerykańskiego (Ursona), która jest bardzo starą i niemalże zapomnianą sztuką. Wskazówki, jak wyszywać kolcami igłozwierza przekazywał mi Indianin z plemienia Lakota o imieniu Todd Yellow Cloud, tradycyjny nauczyciel w rezerwacie Siuksów.

Podczas spotkań opowiadam, jak kiedyś żyli Indianie, czym się zajmowali. Uczymy uczestników oryginalnej piosenki indiańskiej czy tańca. Grupy mogą skorzystać z gier i zabaw, które kiedyś przygotowywały młodzież indiańską do życia w dziczy.

Dzieci i młodzież, które wychowują się na grach komputerowych, chyba nie jest łatwo zaciekawić?

Wbrew pozorom nie jest to takie trudne. Podczas pokazów w wiosce dzieci, ale też dorośli słuchają z uwagą, co mam do powiedzenia.
Generalnie grupy przyjeżdżają na krótki, trzygodzinny program. Zwiedzają tipi, czyli dom indiański, który kiedyś był używany przez koczownicze plemiona. Ich stawianiem zajmowały się kobiety. Pokrycie sporządzano ze skór bizonich. W środku było miejsce na ognisko, a na szczycie otwór dymny.

Oprócz prezentowania obozowiska pokazujemy dzieciom różne gry zręcznościowe, na przykład strzelanie z łuku czy rzucanie włócznią. W tym roku ruszyliśmy z dwudniowymi warsztatami przetrwania. Można się dowiedzieć, jak zrobić prosty szałas w lesie, jak rozpalić ogień w tradycyjny sposób, bez używania podpałki, czy jak własnoręcznie wyprawić skórę oraz uszyć sobie buty indiańskie. Uczymy nie tylko umiejętności przeżycia na dziko, które obecnie zanikły, ale przede wszystkim szacunku do innych kultur.

Czego szczególnie możemy się nauczyć od Indian?

Na pewno hojności, prawdomówności oraz większego poszanowania przyrody. Obecnie wycinamy nadmiernie lasy i nie dbamy o środowisko. Natomiast Indianie opiekują się otoczeniem, w którym żyją. Ziemię, która ich żywiła i nadal żywi, traktują jako świętą. I każdy z nas powinien racjonalnie korzystać z jej zasobów, bo inaczej zginie, a my razem z nią.

– rozmawiała Monika Chrobak, dziennikarka Polskiego Radia

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy

Dariusz Szybka bierze udział w wielu projektach, związanych z przybliżaniem kultury Indian Ameryki Północnej. Jednym z nich jest Wioska Indiańska „Fort Wapiti” w Zalasowej. Występuje też na pokazach współczesnych indiańskich tańców w stylu Pow Wow (m.in. Sala Kongresowa 2007 r., Zamek w Chudowie 2009, 2010 i 2011 r., Muzeum Podkarpackie w Krośnie 2013 r., Pow Wow Uniejów 2003-2016 r.). Jego rękodzieło było wystawiane w Muzeum Etnograficznym Warszawie. We współpracy z Fundacją Dom Kultury w Warszawie prowadził programy dla młodzieży, związane z kulturą indiańską (2008, 2009).
Zdjęcie główne: Indianie aprobują to, co robię. Podczas spotkania z Czarnymi Stopami w Biskupinie nazwali mnie i innych indianistów ambasadorami kultury indiańskiej w Polsce – mówi Dariusz Szybka. Fot. archiwum prywatne DS
Zobacz więcej
Rozmowy Najnowsze wydanie
Polacy zostali sprowadzeni do roli siły roboczej
Kiedy 4 tysiące kilometrów od kraju, na zabitych wsiach zobaczy się ludzi przywiązanych do polskości i wiary katolickiej, to coś człowieka porusza.
Rozmowy Najnowsze wydanie
Zbudował średniowieczny zamek w XXI wieku
Powódź odkryła na tym terenie tajemnicze tunele. Czy były tajnymi przejściami z grodu obronnego? O warownych tradycjach regionu świadczą nazwy miejscowości: Gródek, Stróżna, Podegrodzie czy Stróże.
Rozmowy Poprzednie wydanie
Nikt nie wiedział, kto się kryje za jego pseudonimem. Nawet...
Śmierć pisarza w raporcie SB podsumowano stwierdzeniem: „zaniechanie wrogiej działalności”.
Rozmowy Poprzednie wydanie
Założyciel oaz, teolog wyzwolenia od reżimu i pokus
W Auschwitrz miesiąc przeżył w bunkrze, w którym potem zginął o. Kolbe. Komuniści zamknęli go w celi, w której „za Niemca” przeżył nawrócenie, czekając na wykonanie wyroku śmierci. Ks. Jerzy Blachnicki, ofiara SB.
Rozmowy wydanie 13.11.2020 – 20.11.2020
Wyhodowano sporo wściekłych z nienawiści mutantów
Zostałem dokooptowany do grupy neomarksistów. Będę paprotką na parapecie – mówi plakacista Wojciech Korkuć.