Cywilizacja

Bez pieniędzy rodzin nie byłoby Igi, Agnieszki czy Janowicza

Zawodowy rozbieg był i pozostaje problemem w tym sporcie. Nie wszystkie federacje mogą pomagać. Amerykańska akurat może. Tamtejszy związek wprowadził w życie rodzaj tenisowej gospodarki zcentralizowanej. Szkoleniem objęto dziesięciolatków. Federacja płaci za wyżywienie i zakwaterowanie w ośrodku. A także za treningi, sprzęt i podróże. Najzdolniejszym znajduje sponsorów.

Zwycięstwo Igi Świątek w Paryżu rozpętało narodowy szał. Po pierwsze dlatego, że nikt się tego nie spodziewał. Po drugie wygrała turniej Wielkiego Szlema. Po trzecie nastolatka zaimponowała stylem i brawurą w połączeniu z inteligencją gry.

Ten zestaw pobudzający musiał zadziałać i zadziałał. Nie tylko w Polsce, lecz i na świecie. Iga przeszła przez Roland Garros jak tornado. Nie straciła nawet seta. Z kryzysów wychodziła wzmocniona. Skupiała się wyłącznie na grze.

Wystarczyło jej sił nie tylko na występ indywidualny, lecz i na debla. Jakby miała w sobie baterie, które same się ładują. Gem za gemem, mecz za meczem, a uderzenia szybkie jak piorun. Podziw był w pełni uzasadniony.

Przy okazji nastąpiła w kraju rewitalizacja tenisa. Po skończeniu kariery przez Agnieszkę Radwańską ten sport zaczął pokrywać się kurzem. W każdym razie w powszechnym odbiorze. Melomani nigdy nie odpuszczają.

Tenis jest sportem kosztownym. Droga na szczyt jest stroma. W każdej zresztą dyscyplinie drogi na szczyty są strome. Ale nie w każdej można się tak łatwo potknąć i przewrócić przez brak pieniędzy, własnych albo rodzinnych.

Mistrzyni z Paryża ma cichy plan, a właściwie dziewczęce marzenie. Chciałaby przez swoją karierę wypromować ten sport do rangi narodowej. A gdyby się udało, to wprowadzić go nawet do szkół. Ale ona karierę dopiero zaczęła, chociaż nie wczoraj.

Wystrzał talentu

Iga nie ma papierów na kapryśną gwiazdę, ale ma na wielką zawodniczkę. Wykazuje niezwykłą równowagę między talentem a pokorą. Takie przypadki zdarzają się rzadko. Dziś pewne jest to, że idzie najlepszą z możliwych dróg.
Iga nie ma papierów na kapryśną gwiazdę - zauważa autor. Na zdjęciu: mistrzyni French Open z trofeum na dachu paryskiej Galerii Lafayette. Fot. IAN LANGSDON/EPA/PAP
Jej talent wystrzelił w Paryżu, co nie znaczy, że wcześniej go nie objawiała. Odnosiła wybitne sukcesy jako juniorka. Urodziła się z talentem, solidnie nad nim pracowała, krok po kroku pięła się w górę.

Lecz ten październik na Roland Garros wystrzelił ją na orbitę. Ujawnił skalę tego talentu, który zapowiada więcej, dużo więcej i lepiej. Bo naprawdę wielki talent potwierdza tylko nagłe przyspieszenie mierzone konkretnym wynikiem.

Przeważnie mijają lata zanim taki strzał nastąpi. Tak było choćby z Usainem Boltem. Bił kolejne rekordy świata, będąc juniorem, jako senior na krótko zniknął, aż na igrzyskach w Pekinie wypalił ten kosmiczny wynik na sto metrów.

Ojciec Igi przypominał jej w kółko o koniecznej pokorze. Córka lekcje odrobiła, chociaż czasem męczyły ją te wykłady. Ale tata wiedział, o czym mówi. Sam był wioślarzem, olimpijczykiem, naukę wyniósł z doświadczenia.

Pokory w sporcie nie należy mylić z upokorzeniem. Nie należy mylić z uległością, poddaniem się czyjejś władzy. Ten rodzaj pokory to umiejętność oceny. Tego, co potrafię z tym, czego chcę. Wynik się nie bilansuje, bo zawsze jest coś do poprawienia.

Agnieszka Radwańska: Nadal wierzę w świętego Mikołaja

– Nie ma nic za darmo, na pstryknięcie palców, trzeba robić swoje i pracować. Z roku na rok coraz ciężej – mówi tenisistka, która na początku listopada wygrała WTA Finals w Singapurze.

zobacz więcej
Obie te rzeczy widać było na korcie. Polska nastolatka grała jak rutyniara. Wygrane piłki nie dawały jej poczucia spełnienia, ładowały nową energią. Chyba raz rzuciła rakietą, lecz nie dlatego, że obraziła się na świat, tylko wkurzyła się na siebie.  

Tak się objawia sportowa pokora. Człowiek uczy się polegać na sobie i wymagać tylko od siebie. Pierwszym adresem, pod który wnosi pretensje, jest on sam. Spokój w meczu, panowanie nad nerwami i radość z gry, to tego skutki, a nie przyczyny.

Kreatywna rola ojców

Powyższe dotyczy jednak bardziej ducha niż materii. Kariery tenisowe to najczęściej rodzinne inwestycje i takież ryzyko. Kariera Agnieszki Radwańskiej kosztowała rodzinę około 2 mln złotych. Ojciec sprzedał sklep, a dziadek kolekcję obrazów.

Obaj byli sportowcami. Dziadek hokeistą, tata tenisistą. Trudno wyrokować, czym się kierowali, wchodząc z impetem w karierę młodej. Bardziej intuicją czy też wiarą i nadzieją, gdyż pewności żaden mieć nie mógł, bo takiej nikt nie ma.

Ogólnie warto było. Agnieszka jako pierwsza Polka zarobiła na korcie milion dolarów. Do końca kariery 105 mln złotych plus kilkadziesiąt milionów z reklam oraz innej aktywności poza kortem. Inwestycja okazała się rentowna.
Papa Williams z córkami Venus (z lewej) i Sereną w 1991 roku. Fot. Paul Harris/Online USA/Getty Images
Z kolei siostry Williams nie miały dzieciństwa. Miały tenis i tatusia, który miał świra. Nie tyle na punkcie tej gry, ile pieniędzy, jakie córki mogą mu zarobić. Serena miała cztery lata, gdy ojciec uznał, że jest gotowa robić karierę.  Bardzo się nie pomylił.

Z podręcznika dla trenerów, który kupił w księgarni, nauczył się nowego fachu. I co ciekawe, okazał się zdolny, bo sam trenował swoje córki, oszczędzając na trenerach indywidualnych. Oszczędzał też na kortach, bo nie było go na nie stać.

Dziewczynki odbijały piłkę na zdewastowanym obiekcie publicznym, rządzonym przez lokalne gangi, grając po 6 godzin między sobą. Tak było do czasu aż przybył Ricki Macci, trener Jennifer Capriati (mistrzyni olimpijska, zwyciężczyni trzech turniejów wielkoszlemowych w grze pojedynczej) i Mary Pierce (francuska tenisistka, zwyciężczyni wielkoszlemowych turniejów Australian Open i French Open), żeby popatrzeć na córy Williamsa.

Nie robiły na nim wrażenia aż Venus oznajmiła, że musi na siusiu i zeszła z kortu na rękach. Ten występ akrobatyczny zadziałał. Macci przyjął obie siostry do swej elitarnej szkoły na Florydzie. W wieku 11 lat wystartowały do prawdziwej kariery.

Na odsiecz Serenie. Jak poprawność polityczna zjada własny ogon

Satyrycy doskonale wiedzą, z czego śmiać się należy – na przykład z białego, heteroseksualnego katolika – a z czego nie wypada.

zobacz więcej
Szybko poszło, bo były utalentowane. Ojciec zadbał o legendę, która zwiększała ich medialną popularność. Wątek biednych dziewczynek ze slumsów, zbierających piłki tenisowe na śmietnikach sprzedawał się znakomicie.

W przypadku siostrzyczek z Ameryki rodzina nie musiała bankrutować, zresztą nie miałaby z czego. Inwestor ograniczył się do wkładu intelektualnego oraz zdolności marketingowych. Serena dotychczas zarobiła na korcie 53,9 mln dolarów.

Venus 86 aż procent mniej. Chyba opacznie zrozumiała zasadę, jaką wpajał im ojciec, że „granicą jest tylko niebo”. Ta zasada wskazywała kierunek, nie gwarantowała miejsca na Olimpie. Venus dopiero po latach przyznała, że popełniła poważny błąd. W wywiadzie dla „New York Times” powiedziała: „Nigdy mi nawet przez myśl nie przeszło, że ktokolwiek mógłby być lepszy ode mnie. A jak tylko się tak pomyśli, zaraza zaczyna się przegrywać”. I tak to jest.

Historia Sofii Kenin to ilustracja amerykańskiego snu. Jest Amerykanką o rosyjskich korzeniach. Jej rodzice (Swietłana i Aleksander) wyjechali z ZSRR – gdzie im się nie przelewało – do USA, gdzie żyło im się jeszcze trudniej. To było w roku 1987.

Po 11 latach wrócili do Moskwy, bo Swietłana była w ciąży, a w Rosji mogła liczyć na pomoc dziadków po porodzie. Kilka miesięcy potem byli znowu w Nowym Jorku. Po jakimś czasie wylądowali na Florydzie i to był przełom.
Sofia jest wiecznie niezadowolona z siebie - pisze autor. Na zdjęciu w czasie meczu z Igą Świątek w Paryżu. Fot. IAN LANGSDON/EPA/PAP
Sofia miała 5 lat, kiedy wzięła do ręki rakietę. Ojciec, który w młodości amatorsko grywał w tenisa, szybko się zorientował, że mała ma do tego niebywały dryg. W domu była bieda aż piszczało. Podjazd na parking służył za kort. Tak się zaczęło.

Potem były akademie tenisowe, a papa Kenin, podobnie jak papa Williams trzymał nadzór nad karierą. Jako trener i doradca bywa twardy, ale sportowe efekty osiąga. Rola ojców w tenisie jest znacząca, bo kreatywna.

Tegoroczne zwycięstwo Sofii w Australian Open było podobnym strzałem talentu jak zwycięstwo Igi na Roland Garros. Ale osobowości mają różne. Sofia jest wiecznie niezadowolona z siebie, więc niby dobrze, bo ma pokorę.

Jednak nie potrafi tak jak Iga momentalnie oczyścić głowy po złym zagraniu, więc źle. Pod tym względem bliżej jej do Venus, która też nie mogła się pogodzić z momentami słabości i przewagą rywalek.

Żniwa za miliony

Tenis to sport zawodowy. O zajmowanej pozycji decydują talent, trening i charakter. Radość ze zwycięstw, pasja gry to służbowe bonusy tej pracy. Ale na końcu dnia muszą pojawić się kwoty, gdyż po to się pracuje, aby zarabiać.

Zanim one się pojawią, znika rodzinny majątek, jeśli w ogóle był. Jak nie, przybywa długów, a strach zagląda w oczy. Im dłużej trwa rozruch kariery, tym bardziej. A pełny rozwój tenisisty zajmuje zasadniczo 12 lat.

Od 1 czerwca 2019 do 1 czerwca 2020 Roger Federer zarobił 106,3 mln dolarów, Novak Djokovic – 44,6 milionów, a Serena Williams – 36 mln dolarów.

Początki nie zniechęcają do inwestycji. Pierwsze wydane pieniądze nie prowadzą do bankructwa. Rakieta, piłki, strój oraz zajęcia grupowe to 300-500 zł miesięcznie w polskich warunkach. Treningi indywidualne, np. w Warszawie to dodatkowy tysiąc.

Gdy się okaże, że dziecko ma talent, potrzebny będzie trener indywidualny. Jednak trener i trening to za mało. Aspirant musi grać w turniejach. Wszystko razem będzie kosztować od 8 do kilkunastu tysięcy złotych miesięcznie. Ale schody zaczynają się potem.

Hotele, przeloty, wpisowe idą w dziesiątki i setki tysięcy złotych. Od setnego miejsca na liście rankingowej można się już samodzielnie utrzymać na rynku. Od pozycji 50. zaczyna się zarabiać i odkładać na dalszą karierę.

Tomasz Świątek pytany, ile kosztowała dotychczasowa kariera Igi, odpowiada: „Tyle, co budowa domu”. Domy są różne i różnie kosztują. Według British Lawn Tennis Association dojście do mistrzostwa pochłania 306 tysięcy funtów ( 1,6 mln złotych).

W przypadkach najlepszych graczy niewielu ludzi obchodzą koszty, wszystkich interesują zarobki. Kwoty rzeczywiście imponują. I na tle innych dyscyplin, i w ogóle. Dla  porównania: zwycięzca Tour de France otrzymał w ubiegłym roku 500 000 euro.

Żniwa tenisowe przynoszą miliony. Od 1 czerwca 2019 do 1 czerwca 2020 Roger Federer zarobił 106,3 mln dolarów. On jest liderem listy. Numer drugi to Novak Djokovic – 44,6 milionów. Serena Williams ma numer szósty i 36 mln dolarów.

Wystrzałowy turniej Igi Świątek w Paryżu przyniósł jej około 8 mln złotych za wstęp indywidualny i deblowy. Lecz jej stosunek do pieniędzy jest wybitnie racjonalny. Pytana, co z nimi zrobi, odrzekła: „Pójdą na konto i na karierę tenisową”.

Problem zawodowego rozbiegu był i pozostaje problemem w tym sporcie. Nie wszystkie zdolne i biedne dzieciaki mają tyle szczęścia, co dziewczynki Williamsów i Keninów. Nie wszystkie federacje mogą pomagać.
Nick Bollettieri ma licencjat z filozofii i niezwykłą rękę do gwiazd. Na zdjęciu z małą Anną Kurnikową w akademii tenisowej na Florydzie. Fot. Simon Bruty/Allsport/Getty Images
Amerykańska federacja akurat może. Tamtejszy związek wprowadził w życie rodzaj tenisowej gospodarki zcentralizowanej. Szkoleniem objęto dziesięciolatków. Federacja płaci za wyżywienie i zakwaterowanie w ośrodku. A także za treningi, sprzęt i podróże. Najzdolniejszym znajduje sponsorów.

Amerykanie zabrali się do rzeczy z rozmachem. Przenieśli bazę szkoleniową z Kalifornii na Florydę. Wybudowali 100 kortów o różnych nawierzchniach. Produkcja ruszyła pełną parą. Tradycje mają, efekty nowej formuły mają mieć.

Prywatne akademie tenisowe działają w USA od dawna, choć nie za darmo. Taką akademię prowadzi Uniwersytet w Montanie. Tenis to jeden z kierunków kształcenia. Pobyt kosztuje 50 000 dolarów.

Ta najbardziej legendarna to  Nick Bollettieri Tennis Academy, założona w 1981 roku. Nick ma licencjat z filozofii i niezwykłą rękę do gwiazd. Andre Agassi, Boris Becker, Jim Courier, Marcelo Rios, Martina Hingis, Monica Seles, Maria Szarapowa i siostry Williams to jego  szkoła.


W Polsce też istnieją akademie. Absolwent sopockiej, Janusz Conradi został nawet uznany za trenera roku przez Amerykański Związek Tenisowy. Jednak to nie ta skala i nie ten rozmach. Bez pieniędzy rodzin nie byłoby Igi, Agnieszki czy Janowicza.

Na kruchym lodzie

Iga Świątek dokonała przełomu w karierze, która pod pewnymi względami przebiega podobnie jak sportowe biografie rywalek. Także zaczęła wcześnie. Też pomagała jej rodzina. Również ojciec był jej wsparciem i mentorem.

Ale on i ona idą własną drogą. Ojciec nie wychodzi z roli ojca, nie udaje, że jest trenerem. Dzieli się sportowym doświadczeniem, bo je ma. Nie był amatorem, był wyczynowcem, a taka wiedza jest bezcenna, bo nie wyczytana z podręczników.

Iga jest poukładaną dziewczyną. Zdała maturę, kocha grać w tenisa i na tym się skupia. Nie wykazuje najmniejszych skłonności do szpanu czy picu. Jest bardzo naturalna i bardzo normalna.

Odesłani do lamusa. Końcówka kariery bywa smutna

Maria Szarapowa kończy karierę. Słynna tenisistka na sportową emeryturę przechodzi w wieku 32 lat. Ale co to jest wiek sportowca?

zobacz więcej
Jednak teraz stanęła na kruchym lodzie. Przed poważnym wyzwaniem, jakim jest nagła i niespodziewana popularność. Już ma fanów, a będzie ich więcej. Media nie dadzą jej spokoju. Czy przejdzie suchą stopą przez ten kruchy lód?

Moim zdaniem ma na to więcej szans niż mniej. Z powodu charakteru i z powodu wychowania. Nikt nie uczy się reakcji na sławę. Lecz gdy ona przychodzi, warto wiedzieć, czego się trzymać, by nie odlecieć i nie gwiazdorzyć.

A Iga raczej to wie. Ojcowe przynudzanie o niezbędnej pokorze, wykłady o zawodowstwie, które wymaga pełnej koncentracji i poświęcenia, zrobiły swoje, co widać po jej zachowaniu poza kortem i na korcie.

Zresztą nieznane doświadczenia z przestrzenią publiczną szybko zrównoważą kolejne turnieje, znane sytuacje, rozpoznane otoczenie oraz sportowe nawyki. Sport skutecznie stabilizuje różne nastroje, a nowe wrażenia przechodzą w rutynę.

Jeżeli tak to się potoczy, będzie dobrze i coraz lepiej. Ale najpierw Iga musi wyrównać loty na dużych wysokościach, na które wskoczyła w Paryżu i świetnie o tym wie. A potem ściągać wolant i szybować tam, gdzie jeszcze nie była. A my trochę razem z nią.

– Marek Jóźwik

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy

Zdjęcie główne: Sukces ojca i córki. Tomasz i Iga Świątkowie po finale turnieju Roland Garros. Fot. YOAN VALAT/EPA/PAP
Zobacz więcej
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Od milionera do zera. Czyli: czego nie życzymy Idze Świątek
Polska tenisistka na kortach zarobiła już grubo ponad 10 mln złotych. Ale musi pamiętać, że większość gwiazd sportu bankrutuje krótko po zakończeniu kariery.
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Kim są panie, które każą „wypier…”? Mapa polskiego feminizmu
Przyszłość polityki czy gwiazdy jednego sezonu?
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Wojna siedemdziesięciolatków. Czy o wyniku zdecydują „wstydliwi”?
Już wiadomo, kto przez najbliższe 4 lata będzie lokatorem Białego Domu: biały mężczyzna o w podeszłym wieku o jasnych włosach.
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Nowe zaburzenie w czasach pandemii: lęk przed odcięciem od lajków
Czy można zachować psychiczną równowagę, gdy zarówno nauka, czas wolny, jak i kontakty z rówieśnikami są on line?
Cywilizacja Poprzednie wydanie
Zrozumiały strach lekarzy. I jego możliwe tragiczne skutki
Dlaczego medycy „dezerterują” w czasie pandemii?