Rozmowy

Rumuni wywożą z Polski tony grzybów. Czy ubędzie nam rydzów, prawdziwków?

W Szwajcarii prowadzono długookresowe badania i okazało się, że systematyczne zbieranie nie ogranicza liczby grzybów, a nawet niektórych gatunków jest więcej, np. kurek. Nie trzeba do tego setki Rumunów. Znam pewną panią w Świętokrzyskiem, która trzy lata temu, gdy był niesamowity wysyp prawdziwków, zaniosła do skupu ponad tonę tych grzybów. W pojedynkę – mówi Marek Snowarski, mykolog, założyciel portalu grzyby.pl.


TYGODNIK TVP: Słyszał pan, że Rumuni penetrują lasy na południu Polski, a ostatnio zasadzili się na rydze? Podobno wywożą za granicę setki kilogramów grzybów.

MAREK SNOWARSKI
: Już w ubiegłym roku pojawiły się takie informacje i wtedy myślałem, że to żart. Ale w tym roku postanowiłem to sprawdzić i rzeczywiście na Podkarpaciu, a wcześniej w Świętokrzyskiem pojawili się rumuńscy grzybiarze. Granice mamy otwarte. Miejscowym na pewno nie jest miło, gdy większa ekipa pojawia się w ich okolicy i zbiera wszystko, jak leci. Myślę jednak, że tzw. mafia rumuńskich grzybiarzy to bardziej zjawisko medialne, niż realny problem.

Na forach oburzeni internauci piszą, że rumuńska mafia okrada lasy, że po takiej ekipie, która wyzbiera wszystko do ostatniego grzyba, później nowe już nie urosną. Czy to jest prawda?

Nieprawda. W Szwajcarii prowadzono długookresowe badania nad tym, jak systematyczne, ciągłe zbieranie grzybów na określonym terenie wpływa na ich pojawianie się w kolejnych sezonach. Okazało się, że systematyczne zbieranie nie ogranicza liczby grzybów, a nawet niektórych gatunków jest więcej, np. kurek. Natomiast obawy miejscowych są o tyle zrozumiałe, że jeżeli na ich terenie pojawia się masa obcych, to zawsze budzi to niepokój. Sam nie chciałbym, żeby po „moim” lesie przewalały się tabuny ludzi.
Serce grzybiarza podpowiada panu: „moje miejscówki mam tylko dla siebie”?

Każdy grzybiarz tak ma, ale żyjemy w społeczeństwie i trzeba się liczyć z tym, że na tzw. naszym terenie pojawiają się i inni ludzie. Ten terytorializm nie jest cechą wyłącznie Polaków. Byłem ostatnio na Słowacji, gdzie wszędzie przy drogach rosną orzechy włoskie. Na takim terenie niczyim, przy potoku, poza działkami, pod wyraźnie bezpańskim drzewem zebrałem kilka orzechów z ziemi, a tu znienacka pojawił się Słowak i miał pretensje, że to jego drzewo i jego orzechy.

Czy jest możliwe, że setka Rumunów może wynieść z lasów kilka ton grzybów, jak twierdzą internauci?

Oczywiście. Nie trzeba do tego setki Rumunów. Znam pewną panią w Świętokrzyskiem, która trzy lata temu, gdy był niesamowity wysyp prawdziwków, zaniosła do skupu ponad tonę tych grzybów. W pojedynkę. Oczywiście nie na raz. Codziennie wyprawiała się na grzyby i to był dla niej sposób na sezonowe dorabianie.

Zatem wierzę w informacje nawet o tonach wywożonych grzybów. Jeżeli Rumuni przyjeżdżają na rydze, to ewidentnie gdzieś dostają dobrą cenę za swój zbiór, skoro opłaca im się jechać pół dnia samochodem na grzybobranie, a potem odstawiać zdobycz gdzieś do chłodni.

Ale pewien też jestem, że rydze na pogórzu występują masowo co roku. Sosnowe, lepsze, bo mają mniej goryczki, są chętnie zbierane, ale te świerkowe, trochę gorsze, masowo gniją albo zjadają je zwierzęta. Więc chyba nie ubędzie nam tych grzybów.

Pod wpływem informacji o rumuńskich grzybiarzach rozpoczęła się w internecie taka nieśmiała dyskusja, czy nie powinniśmy wprowadzić ograniczeń w zbieganiu grzybów. W wielu krajach europejskich tak jest. Przykładowo w Niemczech można jednorazowo wynieść z lasu jeden kilogram grzybów.

Ktoś, kto by spróbował w Polsce wprowadzić takie ograniczenie, popełniłby polityczne samobójstwo. Polacy pasjami zbierają grzyby. Zbieractwo jest w nas głęboko zakorzenione kulturowo.

My zjadamy je, one nas. Dają rozkosz, robi się z nich cegły i pośmiertne jesionki. Nieznany świat grzybów

W trumiennym „garniturze grzybowym” został pochowany Luk Perry, gwiazda „Beverly Hills 90210”. Do czego są dzisiaj stosowane grzyby?

zobacz więcej
Wiadomo, że dawniej grzyby to było tzw. pożywienie głodowe – ludzie biedni zbierali je w czasach niedostatku. Wraz ze wzrostem zamożności społeczeństw, skłonność do zbierania grzybów zanikła w niektórych krajach, ale nie u nas. Myślę, że wynika to z pierwotnej potrzeby zdobywania pożywienia, tak samo jak pasja do wędkarstwa. Poza tym, jako społeczeństwo mamy zakorzenione myślenie, że las jest dobrem wspólnym i wszyscy możemy czerpać z niego korzyści.

Kilkanaście lat temu ostrożnie sondowano, czy nie dałoby się wprowadzić płatnych zezwoleń na zbieranie grzybów. Chodziło rzecz jasna o pieniądze. Ale to się rozmyło, bo byłoby to wybitnie niepopularne społecznie.

Podobno jest pan synoptykiem grzybowym? Przewiduje pan gdzie, kiedy, jakie grzyby wyrosną?

Tak, jestem takim „samozwańczym synoptykiem grzybowym”. Ktoś te prognozy wysypu grzybów musiał zacząć wreszcie pisać. Moje się sprawdzają. Opieram je na 20-letnim doświadczeniu. Stworzyłem też model matematyczny, który pomaga mi w tworzeniu prognoz.

To proszę powiedzieć, czy będą jeszcze grzyby w tym roku? Bo ostatnio lasy świeciły pustkami.

Tam, gdzie solidnie popadało, sytuacja z dnia na dzień się poprawia. Myślę, że nie doczekamy się drugiego takiego wysypu, jak w połowie września, ale na podgrzybki brunatne są jeszcze duże szanse. Paradoksalnie na obszarach, gdzie lato było suche, zwłaszcza na Pomorzu, dopiero teraz obserwujemy wysyp kurek. Ale prawdziwki wolą cieplejszą aurę, zatem kto zasadza się na prawdziwki, może się rozczarować.

Czy obecny rok był pod względem wysypu grzybów wyjątkowy, czy zupełnie przeciętny?

To był dobry rok w skali kraju. Powyżej przeciętniej. A stał się taki dzięki drugiej dekadzie września, kiedy obserwowaliśmy obfity wysyp grzybów. Naprawdę rewelacyjny sezon był trzy lata temu i o nim będziemy opowiadać latami.
Czy grzyby w Polsce się zmieniają? Czy wchodzą nowe gatunki, a inne zanikają?

Zmiany są niewielkie, bo grzyby są kosmopolityczne. W ramach jednej strefy klimatycznej w Europie nie ma większych różnic. Od Hiszpanii aż po Ural, rosną przeważnie te same gatunki grzybów. Różnice są nieznaczne, procentowe.

Ostatnio pojawił się u nas nowy gatunek grzyba z Ameryki Północnej. Dotarł do nas przez Litwę albo Łotwę, a po raz pierwszy został zaobserwowany na wybrzeżu Bałtyku w okolicy latarni morskiej Stilo. Prawdopodobnie jego zarodniki zostały zawleczone do Europy z sadzonkami drzew. Mówię o borowiku wysmukłym, nazywanym potocznie amerykanem.

Nazywany jest też wrzosowym.

Tak. Polska nazwa nie jest jeszcze utrwalona. Ten borowik rośnie na piaszczystych, wydmowych terenach leśnych i występuje masowo. Można zebrać dziesiątki kilogramów tego grzyba podczas jednorazowego grzybobrania. Głównie występuje na Pomorzu, ale przechodzi powoli w głąb lądu.

Wypchnie z lasów nasze rodzime borowiki?

Ma nieco inne siedlisko, przystosowany jest do suchych, piaszczystych, ubogich terenów, ale to jest gatunek inwazyjny i wypiera gatunki rodzime. Będziemy obserwować, czy zagrozi naszym borowikom. Zwykle po pewnym czasie pojawiają się też patogeny gatunków napływowych, które ograniczają ich ekspansję.

Smakosz pewnie chciałby wiedzieć, czy borowik amerykański jest w smaku taki sam jak nasze pyszne rodzime borowiki, czy inny?

Tego jeszcze nie wiem, bo osobiście jeszcze nigdy go nie zebrałem, a wierzę głównie własnym zmysłom. Dla mnie clou naszego prawdziwka to jego specyficzny zapach i aromat, zwłaszcza w suszu. I w tej sprawie mam sprzeczne relacje od grzybiarzy – niektórzy twierdzą, że borowik wysmukły ma słabszy aromat od naszych prawdziwych. Gdyby to się potwierdziło, to nie byłoby dobrze, żeby borowik amerykański wyparł naszego rodzimego prawego.
Siedzuń sosnowy (szmaciak gałęzisty), jadalny grzyb leśny. Fot. PAP/Tytus Żmijewski
Na portalu, który pan założył, ostatnio zauważyłam informacje o siedzuniu sosnowym, znanym też pod nazwą szmaciak gałęzisty, który do 2014 roku był pod ochroną gatunkową. Dlaczego został jej pozbawiony? Czyżby było go coraz więcej w lasach?

Przez długi czas na listę gatunków chronionych, obok gatunków zagrożonych wyginięciem, wpisywano także gatunki charakterystyczne. Swego rodzaju symbole, na podstawie których łatwiej było edukować młodzież. W ten sposób na listę gatunków chronionych trafiły też gatunki częste lub pospolite: szmaciak gałęzisty, czyli siedzuń sosnowy, purchawica olbrzymia i sromotnik bezwstydny. W ostatnim dwudziestoleciu ta koncepcja ochrony grzybów się zmieniła i staramy się chronić jedynie gatunki zagrożone. Siedzuń sosnowy nigdy nie był gatunkiem zagrożonym i nie będzie. To jest grzyb pasożytniczy, który żyje na drewnie sosny i występuje dość często.

Znawcy twierdzą, że jest bardzo smaczny.

Trzeba go umieć oczyścić, bo ze względu na kalafiorowatą strukturę niełatwo z niego usunąć piasek. Ale po dokładnym oczyszczeniu, w zupie grzybowej ma bardzo przyjemną konsystencję, podobną do grzybów azjatyckich. Choć w smaku jest lepszy.

Czy są jakieś grzyby, których nie powinniśmy zbierać, żeby nie doprowadzić do zniknięcia gatunku?

W tej chwili na liście gatunków chronionych są grzyby naprawdę rzadkie i zwykle niepozorne, głównie blaszkowe, takie które grzybiarzy nie interesują. Atrakcyjny dla zbieraczy mógłby być jedynie maślak błotny, ale to jest grzyb naprawdę bardzo rzadki, występujący na torfowiskach, gdzie ludzie grzybów raczej nie zbierają. Moim zdaniem grzybiarz nie musi się obawiać, że zbierze jakiś gatunek chroniony.


Grzybiarze dzielą się na takich, którzy uważają, że grzyby trzeba wycinać nożykiem i takich, którzy są za wykręcaniem ich z ziemi. Jedni i drudzy twierdzą, że sposób przeciwników niszczy grzybnię. Czy to prawda?

Racjonalnie rzecz biorąc, dla grzybni jest obojętne, czy grzyb wytniemy, czy wykręcimy, choć przywiązanie do określonej metody zbierania grzybów jest wręcz religijne. Argument przeciwko ścinaniu grzybów jest taki, że w ziemi zostaje podstawa trzonu, która gnije i ta zgnilizna przechodzi na grzybnię. No ale grzyb niezebrany też zgnije, do samego spodu, a grzybnia ma się dobrze. Wykręcanie też grzybni nie niszczy. Osobiście zalecałbym wykręcanie grzyba, bo wtedy widzimy go w całości, a w przypadku grzybów blaszkowych to jest ważne, bo pozwala odróżnić np. gołąbka od muchomora.

Zbiera pan czubajki-kanie?

Tak, bardzo je lubię.

Ja też zbieram i wydaje mi się, że są nie do pomylenia z muchomorem sromotnikowym (zielonawym). A jednak ludzie się mylą. Zatrucia muchomorem sromotnikowym są elementem każdego sezonu grzybowego.

Mnie też się wydaje, że nie sposób pomylić kani z muchomorem. Niestety poziom ignorancji ludzi bywa zadziwiający. Niektórzy widzą tylko kapelusz i nawet nie sprawdzają, czy pod spodem są blaszki, czy rurki. U kani powierzchnia kapelusza jest bardzo charakterystyczna: pokrywają ją grube, odstające, wełniste strzępki, łuseczki. Ale niektórzy ludzie tego nie widzą – dla nich gładki kapelusz czy ze strzępkami to jest wszystko jedno.

Gdy się zbiera grzyby rurkowe, czyli potocznie mówiąc – „z gąbką na spodzie kapelusza”, to nie ma znaczenia, czy się coś o nich wie, gdyż żadnym grzybem rurkowym występującym w naszych lasach nie można się śmiertelnie zatruć. Co najwyżej można się nabawić niestrawności. Ale przy zbieraniu grzybów blaszkowych wiedza o ich budowie jest konieczna. Na grzybach blaszkowych trzeba po prostu się znać.
Spotkałam się z taką teorią, że muchomor, jeżeli wyrośnie w towarzystwie kań, potrafi się do nich tak bardzo upodobnić, że zmyli nawet wytrawnego grzybiarza.

Takiego zjawiska upodabniania się przez sąsiedztwo nie ma. To bzdura. Ale prawdą jest, że grzyby potrafią się silnie zmieniać z wiekiem, albo w zależności od warunków pogodowych. Muchomor sromotnikowy (zielonawy) za młodu jest zielonkawy, a z wiekiem staje się coraz bledszy. Ma też formy albinotyczne, które od początku są białe. Dlatego barwa kapelusza jest kiepską wskazówką, trzeba patrzeć na inne cechy. Główna zasada jest taka, że jeżeli nie znamy grzyba albo mamy wątpliwości, to lepiej go zostawić w lesie niż eksperymentować na sobie. Niestety, trują się ci ludzie, którzy nie mają wątpliwości i przy okazji – wiedzy.

– rozmawiała Eliza Olczyk

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy

Zdjęcie główne: Ktoś, kto by spróbował w Polsce wprowadzić ograniczenie w zbiorze grzybów, popełniłby polityczne samobójstwo. Polacy pasjami zbierają grzyby. Zbieractwo jest w nas głęboko zakorzenione kulturowo. Myślę, że wynika to z pierwotnej potrzeby zdobywania pożywienia, tak samo jak pasja do wędkarstwa p mówi Marek Snowarski. Na zdjęciu I Przygodzickie Grzybobranie odbywające się w ramach Dni Karpia w Folwarku Jeździeckim "Jurand" w Przygodziczkach, wrzesień 2020. Fot. PAP/Tomasz Wojtasik
Zobacz więcej
Rozmowy Najnowsze wydanie
Kości nigdy nie kłamią, czyli opowieści z sarmackiej krypty
Bolszewicy w 1920 roku, przechodząc przez Kresy pootwierali trumny metalowe tamtejszych rodów jak konserwy, ostrymi narzędziami.
Rozmowy Najnowsze wydanie
Druga gruba kreska III RP
Czyli jeżeli ktoś nakradł, to w interesie publicznym leży przyklepanie tej kradzieży? Najwyraźniej tak.
Rozmowy Poprzednie wydanie
Być jak Szalony Koń, który pobił białego generała
Indianie niechętnie przyjmują białych w swoich rezerwatach. Wciąż mają uraz.
Rozmowy wydanie 16.10.2020 – 23.10.2020
Bóg lubi narwańców
Dominikanin: Było pół godziny nerwów, „wyrzygania się” Bogu – i poczułem Jego działanie.
Rozmowy wydanie 16.10.2020 – 23.10.2020
Przed nami fala śmierci. Konieczny będzie lockdown
Robert Tekieli: Namawiają do wysadzania budynków rządowych. Udają wariatów, ale chodzi im o wywołanie katastrofy.