Historia

Wywiesiliśmy proporce: z barwami narodowymi na rufie, z godłem na dziobie… Jak Francuzi odkrywali Amerykę

Dwie wątłe łódki i szalone żywioły wielkich amerykańskich rzek i jezior: w ten sposób czterech młodych ludzi postanowiło pokonać - przewiosłować – 4565 kilometrów, czyli 2837 mil od Trois-Rivières w Quebeku do Nowego Orleanu, przez jeziora Huron i Michigan, rzekami Wisconsin i Missisipi. Płynęli od maja do grudnia, bez żadnego zaplecza technicznego, bez towarzyszących samochodów z wyposażeniem i bez nawigacji, nie mówiąc o telefonach. Był rok 1949.

Ten szalony pomysł zrealizował z przyjaciółmi Jean Raspail, wybitny francuski pisarz (1925-2020) i podróżnik, wtedy wciąż jeszcze w mundurze skautów, których do 1947 roku był drużynowym w II dzielnicy Paryża, na plebanii zapomnianego kościółka Matki Bożej Dobrej Nowiny, rue de la Lune, numer 12.

Załoga wyprawy przyjęła imię Marquette’a, Czarnej Sukni – jak Indianie nazywali jezuitów – czyli pochodzącego z Pikardii ojca Jacques’a Marquette’a, który w 1673 roku wyruszył z Trois-Rivières w towarzystwie podróżnika Louisa Joliota, odkrył Missisipi i umarł z wyczerpania w drodze powrotnej tam, gdzie dziś znajdują się wieżowce Chicago. Niemal zapomniany we Francji – pisze Raspail – ma swój pomnik na Kapitolu, tuż obok Lincolna.
Indiański most nieopodal wioski Hazleton w kanadyjskiej prowincji Kolumbia Brytyjska. Fot. Getty Images
Prezentujemy fragment opowieści „Na królewskim szlaku” - młodzieńczego dziennika podróży wydanego w postaci książkowej we Francji dopiero w 2005 roku - zmarłego wiosną Jeana Raspaila, wielkiego przyjaciela Polski i Polaków, którym poświecił niezwykłą przedmowę w ostatniej swojej książce „Miłosierdzie”.

Krajobraz się zmieniał. Płonące czerwienią granitowe skały teraz przybrały szaro-niebieską barwę. Zagajniki sosen i brzóz ustąpiły miejsca dębom i bukom. Dookoła ani żywej duszy, ale czuliśmy, że to się niedługo skończy. W oddali śmigały szybkie wodoloty. Mała latarnia i kilka boi dawało poczucie, że w tym labiryncie wysepek zaczyna panować jakiś porządek. Wysp wciąż było wiele, tworzyły wzdłuż brzegu kolejne archipelagi, pomiędzy którymi kluczyliśmy przy pomocy kompasu, osłonięci od dużych fal.

Często się myliliśmy. Wybieraliśmy niewłaściwy szlak. Mapa okazywała się niedokładna. Musieliśmy zawracać. Traciliśmy czas i tak naprawdę nie posuwaliśmy się do przodu. W tym tempie nie było szans, byśmy zdążyli. Trzeba było zmienić kierunek, zrobić skrót, a to oznaczało wypłynięcie na środek jeziora, dwadzieścia pięć mil na południowy zachód, azymut 220, bez osłony, na łasce i niełasce hulających nad Wielkimi Jeziorami nagłych wiatrów i gęstej mgły, która w upalne, letnie dni, około południa, otula wszystko płaszczem z waty.

W połowie drogi jest pusta wyspa Thessalon. Nie należało jej przegapić. Nie mieliśmy innego wyjścia, jak zdecydować się na ten kierunek. Dawni wioślarze, którzy – według mojej „biblii” – dokładnie w tym miejscu stawali przed identycznym wyborem, mówili, że trzeba podjąć ryzyko.

Wichry i burze

Po raz pierwszy odkąd wypłynęliśmy z Trois-Rivières, straciliśmy z oczu brzeg, nie widząc jednocześnie tego, ku któremu zmierzaliśmy. Kiedy się jest młodym i siedzi w kanu z wiosłem w ręku, z początku wyobraźnia nadaje wszystkiemu wymiar epicki. Wywiesiliśmy nasze proporce – ten z barwami narodowymi na rufie, ten z godłem wyprawy na dziobie. Byliśmy jakby francuską flotą – okręt flagowy płynął na przedzie, bo tam znajdował się kompas.

Ten moment radosnej egzaltacji minął bardzo szybko. Przede wszystkim musieliśmy walczyć z silnym wiatrem, który wiał ukośnie od sterburty, i – jak się mówi w Bretanii – fale stawały się kędzierzawe. Wiatr wzbijał nad ich grzbietami wodny pył jak podczas przyboju, a mój kompas wskazywał odchylenie o jakieś pięć do dziesięciu stopni od kursu na wyspę Thessalon, która rysowała się na horyzoncie.

Ksiądz, który zabił swoje dziecko i kochankę. Opowieść o grzechu i nawróceniu

Na początku była prawdziwa historia podwójnego zabójstwa. Duchowny wydobył dziecko z łona swojej kobiety. Ochrzcił je i zamordował.

zobacz więcej
Ten fragment opowieści zatytułujmy „Burza”. Chętnie byśmy się bez niego obyli, ale nic na to nie poradzę, że się tu znalazł. W teatrze elżbietańskim autor ograniczał się do wypuszczenia na scenę statysty z planszą, na której widniał napis informujący widzów, że właśnie rozszalała się niebezpieczna burza, czyli to, co nas spotkało pięć minut później. Ponieważ byliśmy pewni, że wszyscy czterej zginiemy tam niechybną śmiercią, pozwolę sobie nieco ten opis rozwinąć.

Wszystkiemu winien był błąd, za który ponoszę pełną odpowiedzialność. Przede wszystkim źle oceniłem odległość, jaka nas jeszcze dzieliła od wyspy. Wydawało mi się, że leży o wiele dalej, niż była w rzeczywistości, oraz że nie damy rady do niej dopłynąć z powodu fal niebezpiecznie załamujących się nad naszymi kanu. Uznałem więc, że popychani falą i wiatrem, powinniśmy zawrócić do brzegu, od którego przypłynęliśmy.

Zrobiliśmy zwrot przez burtę, nabierając sporo wody. Lekarstwo okazało się gorsze od choroby. To prawda, że fale nas pchały ze zdumiewającą prędkością, ale ponieważ były od nas szybsze, podrywały rufy kanu i wlewały do środka hektolitry wody, której nie sposób było się pozbyć. Jednoczesne wiosłowanie, by utrzymać jaki taki kurs, i wybieranie wody to czynności zupełnie nie do pogodzenia.

Krótko mówiąc, płynąc z wiatrem, ryzykowaliśmy, że utoniemy. Każdy marynarz prędzej czy później staje wobec takiego niecierpiącego zwłoki wyboru – płynąć z wiatrem czy sztormować. Jeśli o mnie chodzi, popełniłem błąd. Nie pozostawało nic innego, jak znów zrobić zwrot przez burtę, a kanu zanurzały się coraz głębiej. W tamtej chwili nie myśleliśmy o świętej Annie. Ale bez wątpienia czuwała ona nad nami nieprzerwanie, dzięki czemu mogliśmy skorzystać z kilku mniej groźnych fal i obrócić kanu, nie nabierając zbyt dużo wody. Na pokładzie Nura i Gryfa Philippe i Yves, nasi szlakowi, dokonywali cudów, ustawiając kanu dziobem do fali, podczas gdy sternicy, czyli ja i Jacques, wściekle wybieraliśmy wodę, jakby zależało od tego nasze życie, co w sumie było bliskie prawdy. Wiosłowaliśmy i wybieraliśmy wodę, wybieraliśmy i wiosłowaliśmy…

To była bardziej woltyżerka niż nawigacja. Tymczasem największe natężenie burzy minęło. Dopłynięcie do Thessalon zajęło nam jeszcze dwie godziny. Dobicie do brzegu było trudne. Przeciskaliśmy się między skałami, stojąc w wodzie i walcząc z przybojem, prowadząc kanu to w przód, to w tył, aż do piasku plaży, którą niemal ucałowaliśmy z wdzięczności za wygranie tej nierównej walki.

Are you OK.?

Być może była to tylko skromna burza, małe poruszenie na powierzchni wody, które każdemu wysokopokładowemu statkowi, tankowcowi czy trawlerowi zdałoby się ledwie igraszką. Philippe powiedział:

– Nie wiem, czy to nasze kanu są za małe na te jeziora, czy też te jeziora są zbyt wielkie dla naszych kanu, ale najwyraźniej coś tu nie gra…
Nisko lecący hydroplan, którego pomarańczowy kadłub nosił amerykańskie oznaczenia i czarny napis U.S. COAST GUARD cztery razy przeleciał nad naszym obozem... Fot. William C. Shrout/The LIFE Picture
Jak na jeden dzień dość mieliśmy emocji. Była prawie piąta. Postanowiliśmy rozbić obóz. W naszej kolekcji bezludnych wysp Thessalon stanowi bardzo miłe wspomnienie.

Na plaży, poza zasięgiem fal, leżało dużo wyrzuconego na brzeg suchego drewna, a kilka metrów wyżej odkryliśmy ułożony ludzką ręką krąg z otoczaków o średnicy około dwóch metrów. Unosił się nad nim mocno już zetlały zapach ognia, choć po popiele czy nadpalonym drewnie nie było już ani śladu.

Przypomniałem sobie, że moja „biblia” mówi coś o forcie Thessalon, miejscu odpoczynku załóg Kompanii Północno-Zachodniej. Rozpaliliśmy ognisko. Wszystko musieliśmy suszyć – pościel, ubrania, nas samych. Jakiś podejrzany płyn sączył się z worka z bielizną. Kufer z zapasami nie był nieprzemakalny i przedstawiał widok iście rozpaczliwy – zlepiona, cukrowo-solno-czekoladowo-kawowo-ryżowo-makaronowo-margarynowa masa. Tego wieczora ryż ze słoniną numer trzydzieści sześć miał dziwny smak, ale i tak wydawało nam się, że lepszego w życiu nie jedliśmy.

Płomienie strzelały bardzo wysoko i Jacques słusznie zauważył, że jesteśmy widoczni z odległości wielu mil dookoła, zupełnie jakbyśmy wzywali pomocy. Załoga Marquette’a wzywająca pomocy? Nigdy! Naprędce rozbiliśmy namiot i wbiliśmy w ziemię maszt z flagą.

Uporządkowaliśmy nasze bambetle. Ustawiliśmy porządnie kanu, pochowaliśmy worki i kufry. Założyliśmy mundury i chusty. Gdyby nagle pojawił się jakiś statek, ten niemal wojskowy sznyt miał być dowodem na to, że całkowicie panowaliśmy nad sytuacją.

Wirtualna granica ze Stanami Zjednoczonymi znajdowała się w odległości dziesięciu mil na południowy zachód. To właśnie stamtąd zjawili się goście – nisko lecący hydroplan, którego pomarańczowy kadłub nosił amerykańskie oznaczenia i czarny napis U.S. COAST GUARD. Cztery razy przeleciał nisko nad naszym obozem.

Przy drugim nawrocie zrzucił mały, płócienny woreczek zawierający krótką wiadomość: Are you O.K.? Potem wrócił po odpowiedź, którą przekazaliśmy, radośnie potrząsając pięściami i uniesionymi w górę kciukami.

Trzeci nalot i kolejna wiadomość: Friendly welcome to Marquette Team from Governor of Michigan and President of the Boy Scouts of America. Good luck and see you next time in Mackinac. Ostatni nawrót, kołysanie skrzydłami na pożegnanie i hydroplan odleciał w stronę zachodzącego słońca, zostawiając nas z rozdziawionymi gębami – jak to zapisałem w dzienniku pokładowym.

– Dobry początek – skomentował Yves.

– Może zbyt dobry – dorzucił Philippe.

Jeszcze tylko dwa dni i będziemy na miejscu. Tym bardziej, że pogoda wyraźnie się poprawiła.

W imieniu króla

Tego wieczora długo rozmawialiśmy, popijając grog na rumie. Zmienialiśmy rozdział naszej podróży oraz krainę, ale wciąż byliśmy na szlaku wodnym króla Francji.

Podróż za dwa wyroki

Rozemocjonowana fabułą widownia włączała się do akcji, rzucając nożami lub strzelając do aktorów odtwarzających czarne charaktery…

zobacz więcej
W czerwcu 1671 roku niedaleko stąd, w Sault-Sainte-Marie, królewski oficer, Daumont de Saint-Lusson, wraz z piętnastoma Francuzami wziął w posiadanie ten punkt strategiczny, gdzie trzy wielkie jeziora – Huron, Michigan i Jezioro Górne, łączą się ze sobą poprzez sieć przesmyków i cieśnin.

Scena jak z Iliady. Księża, myśliwi, setki „dzikusów” ubranych i przystrojonych zgodnie z leśną modą przybyli w kanu z wszystkich stron. Stanęli w kręgu wokół Saint-Lussona mającego u boku cztery Czarne Suknie i Louisa Jolieta, tropiciela i myśliwego. Marquette jeszcze nie przybył.

Podobnie jak w forcie Frontenac, Francuzi wbili w ziemię krzyż i słup z nabitym godłem króla Francji. Po Exaudiat oraz Vexilla Regis odśpiewanymi przez czterech jezuitów, Saint-Lusson uczynił teatralny salut szablą, po czym wyrwał z ziemi kępkę darni, którą potrząsnął niczym trofeum. Następnie wygłosił długie przemówienie.

Być może okoliczne lasy zachowały echo jego głosu, natomiast sam tekst przechował się w Relacjach jezuitów:

„W imieniu najwyższego, potężnego i surowego władcy, Ludwika Czternastego, króla Francji i Nawarry, bierzemy w posiadanie to miejsce nazwane imieniem Świętej Marii, Jezioro Attangouais, Wielkie Morze, Jezioro Illiniweków, jako i wszystkie pozostałe krainy, rzeki, jeziora i strumienie, zarówno te odkryte, jak i jeszcze nieodkryte…”

–Jean Raspail

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy


Powyższy tekst jest fragmentem książki Jeana Raspaila „Na królewskim szlaku. W kanu od rzeki Świętego Wawrzyńca do Missisipi” („En canot sur les chemins d'eau du Roi. Une aventure en Amérique”). Przekład Beata Biały. Wydawnictwo Dębogóra 2020. Publikacja za zgodą wydawcy, tytuł pochodzi od redakcji.
Jean Raspail, „Na królewskim szlaku. W kanu od rzeki Świętego Wawrzyńca do Missisipi”
Jean Raspail (1925-2020) był francuskim pisarzem i podróżnikiem, konsulem honorowym Królestwa Patagonii, którego historię opisał w powieści „Król Patagonii”. Za tę książkę otrzymał Wielką Nagrodę Powieściową Akademii Francuskiej. Jest także laureatem Nagrody Chateaubrianda (1986) i Literackiej Nagrody Wartburga (2009). Opublikował m.in. „Obóz świętych”, „Oczy Ireny”, „Siedmiu jeźdźców”, „Pierścień Rybaka”, „Miłosierdzie”, „Sire” i „Król zza morza”. Zdjęcie autora: Wikimedia/ Ayack - Praca własna, CC BY-SA 3.0
Zdjęcie główne: Kanadyjska prowincja Ontario, lata 30-40 ubiegłego wieku. Fot. H. Armstrong Roberts/ClassicStock/Getty Images
Zobacz więcej
Historia Poprzednie wydanie
Dla niego kelnerzy podsłuchiwali polityków. Najlepiej opłacany...
Kiedy zaczęły się obrady rządu, coś poruszyło się za kotarą. Odsunięto zasłonę i oczom zdumionych ministrów ukazał się…
Historia Poprzednie wydanie
Polskie Kresy wstępują do sowieckiego raju
Żeby był porządek na jeden mandat z okręgu był uzgodniony tylko jeden kandydat.
Historia Poprzednie wydanie
Mało biłam dzieci. Jeżeli je biłam, to tylko na polecenie
Zła, okrutna. Nigdy nie widziałam jej bez pejcza. Traciłyśmy przytomność – mówią jej ofiary.
Historia wydanie 16.10.2020 – 23.10.2020
Nie tylko Haberbusch i Schiele. Jak Niemcy zostawali Polakami
Ojciec poety był weteranem powstania styczniowego, dziad – listopadowego. Ale prapradziad przybył z Turyngii.
Historia wydanie 9.10.2020 – 16.10.2020
Polski papież i Narody Zjednoczone
Nie istnieje jeden tylko model politycznej i ekonomicznej organizacji ludzkiej wolności – mówił Jan Paweł II.