Rozmowy

Rządzą ludzie, których ręce są ubabrane po łokcie we krwi

O czasach stalinowskich możemy mówić, że nas wtedy nie było. Ale inaczej jest z tym, co się wydarzyło przez ostatnie blisko 30 lat. Jesteśmy świadkami tej historii. Tymczasem żaden polityk nie powie o tym otwarcie. Nawet główny opozycjonista Aleksiej Nawalny – a życzę mu dużo zdrowia – mówi wyłącznie o korupcji na szczytach władzy – zwraca uwagę rosyjski pisarz Siergiej Lebiediew.

W sobotę 17 października zostanie ogłoszony tegoroczny laureat Nagrody Europy Środkowej Angelus. Wśród kandydatów do niej jest Siergiej Lebiediew za powieść „Dzieci Kronosa” .

TYGODNIK TVP: W pańskiej, wydanej niedawno powieści „Debiutant” jednym z głównych wątków jest zbrodnicza działalność rosyjskich służb specjalnych. Chodzi konkretnie o używanie przez nie w celach operacyjnych środków trujących. Czy impulsem do podjęcia tego tematu był zamach na Siergieja Skripala i jego córkę w roku 2018?

SIERGIEJ LEBIEDIEW:
Tak naprawdę myślałem o tym już wcześniej. Jak wiemy, Siergiej Skripal nie jest pierwszą ofiarą zamachu, w którym rosyjskie specsłużby użyły trucizny. Wcześniej choćby już byli – ze skutkiem śmiertelnym – Aleksander Litwinienko i Jurij Szczekoczichin (dziennikarz śledczy – red.). Także Annę Politkowską próbowano otruć.

A ostatnio Aleksieja Nawalnego…

Myślałem o tym wszystkim w kontekście historii Związku Sowieckiego i Rosji w XX wieku oraz historii narzędzi represji. Dlatego, że możemy tę historię podzielić na dwa okresy. Pierwszy z nich obejmuje masowe prześladowania. To epoka Lenina i Stalina, kiedy – mówiąc cynicznie – zapotrzebowania na trucizny nie było. Ludzi unicestwiano całymi klasami i całymi grupami etnicznymi. Zamachy na pojedyncze osoby stanowiły rzadkość.

Ale wraz z odwilżą polityka państwa sowieckiego zaczęła się zmieniać, stała się – przynajmniej patrząc z zewnątrz – bardziej miękka. W partii komunistycznej mawiano, że została osiągnięta jedność narodu sowieckiego i klasy zostały zlikwidowane. Wówczas pojawiło się zapotrzebowanie na inne straszliwe metody. Ponieważ celem były już nie klasy i grupy etniczne, ale pojedynczy ludzie uznani za elementy antysowieckie. I rosyjska nauka pomogła swoim panom wynaleźć nowe środki.

Dlatego dla mnie dyskusja o truciznach jako broni dotyczy totalitarnego charakteru sowieckiego i w następstwie rosyjskiego państwa. Bo przecież nowiczok – preparat użyty przeciw Skripalowi – nie został wynaleziony wczoraj. To jest środek produkowany w Związku Sowieckim, dziecko zimnej wojny…
Samotny protest w Petersburgu przeciwko otruciu Aleksieja Nawalnego. Fot. Roman Pimenov\TASS via Getty Images
Tu drobna dygresja, która należy się polskim czytelnikom. W pańskiej powieści tytułowy debiutant – w oryginale rosyjskim słowo to brzmi dokładnie tak jak po polsku – jest nazwą trucizny. Ale w wariancie rosyjskim wychodzi z tego gra słów. Nowiczok to po rosyjsku nowicjusz albo w bardziej wąskim znaczeniu – mówiąc kolokwialnie – prawiczek. A więc właściwie znaczy to samo, co debiutant. Napisał pan powieść będącą komentarzem do bieżącej rzeczywistości…

Dziś, kiedy widzimy, że takie środki jak nowiczok są znowu w użyciu, uświadamiamy sobie jednak, że owo zło ma swoją genealogię. I w „Debiutancie” właśnie się nią zająłem. Ale ostatecznie momentem, w którym zrozumiałem, że tę powieść należało napisać, był zamach na Siergieja Skripala. Uważnie śledziłem ówczesne wydarzenia. I spośród zalewu newsów wyłowiłem pewną nazwę, która większości odbiorców nic nie mówiła. Dowiedziałem się, że nowiczok został opracowany w zamkniętym mieście Szychany. Panu nic to nie powie, mnie też mogłoby nic nie mówić. Ot jakieś małe zamknięte miasto w głębi Rosji. Rzecz w tym, że wcześniej pisałem powieść o Rosji i Niemczech, o koszmarnych stosunkach między nimi na przestrzeni dwóch stuleci.

Chodzi o „Dzieci Kronosa”…

Pracując nad tą powieścią, dokładnie badałem dzieje współpracy Niemiec ze Związkiem Sowieckim przełomu lat 20. i 30. XX wieku. I właśnie wówczas zetknąłem się z nazwą Szychany. Poligon w Szychanach został zorganizowany w roku 1927 jako tajne miejsce, gdzie Niemcy i Sowieci mogli pracować nad bronią chemiczną. Traktat wersalski zakazywał bowiem państwu niemieckiemu produkcji tej broni. W roku 1933 ta współpraca się skończyła, Niemcy wrócili do siebie, niektórzy z nich zostawili po sobie dzienniki i dotyczące tej współpracy dokumenty. Ale rzecz najważniejsza – rozmawiamy teraz o nowiczoku. A nowiczok ma odległą, straszliwą przeszłość.

Chorym truciznę wstrzykiwali jako leki, zdrowym podawali w jedzeniu i nasączali nią poduszki

Zabójcze toksyny w służbie Sowietów. Jak po cichu usuwano zdrajców i „wrogów ludu”.

zobacz więcej
To znaczy?

Na tej truciźnie kładzie się cieniem dorobek chemików sowieckich i niemieckich, którzy mają na swoim koncie koszmarne wynalazki. Wiemy, co to jest cyklon B. I w tym szerokim kontekście historycznym trzeba rozpatrywać takie wydarzenia jak zamach na Skripala.

Zrozumiałem, że powinienem napisać tekst, w którym zostaną postawione pytania, których faktycznie w Rosji nie słychać. Dotyczą one odpowiedzialności uczonych oraz ich etyki.

Kiedyś ten wątek próbował podjąć Aleksander Sołżenicyn w powieści „Krąg pierwszy”. Występuje w niej uczony, który zostaje zamknięty w tak zwanej szaraszce. To miejsce odosobnienia przeznaczone dla naukowców pracujących pod nadzorem bezpieki. Ów człowiek ma do wyboru: pomagać swoim nowym panom w wynalezieniu aparatury, która pomoże im podsłuchiwać takich jak on lub zostać zesłanym do obozu. I wybiera obóz. Ale niestety odnoszę wrażenie, że powieść ta nie została w Rosji zgłębiona. Dlatego żadnej dyskusji o etyce nauki i wiedzy w służbie państwa się u nas nie prowadzi. A ja chciałbym, żeby można było ją jednak usłyszeć.

Wspomniał pan o współpracy naukowców sowieckich z niemieckimi, również tymi, którzy później pracowali nad narzędziami ludobójstwa. Tymczasem w rosyjskiej zbiorowej świadomości Związek Sowiecki uchodzi za państwo dające odpór III Rzeszy. Rosjanie chlubią się zwycięstwem ZSRR nad nazistowskimi Niemcami. Czy nie narusza pan tabu, które leży u podłoża mitologii kształtującej myślenie Rosjan o przeszłości?

Zacznijmy od tego, że w Rosji obowiązuje dziś odpowiedzialność karna za rewizję lub podawanie w wątpliwość rezultatów drugiej wojny światowej. Chodzi zatem o kwestię współpracy nie sowieckich i niemieckich uczonych, lecz polityków stojących na czele ZSRR i III Rzeszy oraz o problem współudziału Związku Sowieckiego w wojnie przeciw Polsce. Mówimy tu więc o pakcie Ribbentrop-Mołotow i jego wojennych konsekwencjach. Nikt z rosyjskich oficjeli nie chce przyznać, że ZSRR brał udział w rozpętaniu drugiej wojny światowej. Temat wojny to wciąż olbrzymi kapitał moralny dla Władimira Putina na arenie międzynarodowej i wewnątrz kraju. Po upadku Związku Sowieckiego i krachu komunizmu Rosja nie ma światu nic do zaproponowania. Może tylko powtarzać, że była tą siłą, która ocaliła ludzkość od brunatnej zarazy.
Nikt z rosyjskich oficjeli nie chce przyznać, że ZSRR brał udział w rozpętaniu drugiej wojny światowej - przypomina pisarz. Na zdjęciu spotkanie sowieckich i niemieckich dowódców w Brześciu około 20 września 1939 r. Fot. Keystone-France/Gamma-Keystone via Getty Images
W „Debiutancie” ważną postacią jest duchowny protestancki z jednego z krajów, które po drugiej wojnie światowej znalazły się w bloku wschodnim. Służby totalitarnego państwa okazują się wobec tego człowieka bezradne. Skądinąd książkę czyta się i jak kryminał, i jak prozę psychologiczną, i jak thriller metafizyczny. Czy ta powieść nie dotyczy jednak problemów dużo bardziej uniwersalnych niż użytek czerpany z nauki przez ludzi władzy w ZSRR i potem w Rosji?

To jest powieść o Rosji w takim stopniu, w jakim „Faust” Goethego jest dramatem o Niemczech. Oczywiście punktem wyjścia są wydarzenia, które dzieją się w Rosji. Ale nie tylko. Widzimy, że ta powieść nie ma granic. Tak jak nie istnieją granice dla tych morderców, którzy podróżują z walizeczkami, z substancjami w sprayu, po całej Europie. Żelazna kurtyna jest bardzo przeźroczysta.

Dlatego według mnie to powieść o trójkącie. Jeden kąt to państwo jako siła, drugi – uczony jako człowiek dysponujący wiedzą, która może służyć zarówno dobru, jak i złu, wreszcie trzeci – człowiek jako osoba, jako żywa dusza, która dokonuje wyboru. I rzecz jasna to jest powieść o tym, jak są tworzone współczesne potwory, chimery, hybrydy. W mitologii greckiej były one płodzone w związkach bogów z ziemskimi istotami. Sądzę, że te współczesne technologiczne potwory są płodami państwa z ludźmi nauki, obdarzonymi wiedzą, której nie powinni w ten sposób wykorzystywać. Już w samym takim związku tkwi sprzeczność i amoralność.

Wreszcie sama trucizna symbolizuje zło. Nie przypadkiem mamy konwencję zakazującą stosowania broni chemicznej. Ludzie jednak rozgraniczają wykorzystywanie zwykłej broni i broni symbolizującej coś, czego nie sposób zaakceptować w jakichkolwiek okolicznościach. Oczywiście tę straszliwą broń wykorzystują nie tylko władze rosyjskie. Można wymienić Koreę Północną i inne reżimy dyktatorskie. Ktoś je w taką broń wyposaża.

Otrucie Nawalnego. Fachowcy od zapachów i aromatów

Opiekowali się truchłem Władimira Lenina, wypychali je odpowiednimi ziołami. I przygotowywali trucizny.

zobacz więcej
A może problem, który pan formułuje, dotyczy dziedzictwa oświecenia. Chodzi o traktowanie uczonych niemal jak kapłanów prowadzących ludzkość na drodze postępu…

Jeszcze ćwierć wieku temu mówiło się, że internet będzie skokiem ku wolności. Teraz zaś widzimy, że ten skok do wolności jest wykorzystywany zarówno przez reżimy autorytarne, jak i firmy wdrażające nowe technologie cyfrowe. Tymczasem dyskusji na temat odpowiedzialności za wdrażanie tych technologii nie ma. Więcej, wspomniane przez pana dziedzictwo oświecenia jest w ogóle zapomniane. Kiedy docierają do nas wiadomości z Regionu Autonomicznego w Sinciang-Ujgur w Chinach, gdzie każdy człowiek ma w smartfonie aplikację, która go śledzi, i zewsząd patrzą na niego kamery, to przecież trzeba mieć świadomość, że ktoś te aplikacje i kamery wyprodukował i sprzedał. Za tym stoi potężny sztab ludzi. To się dzieje obok nas. I my będziemy musieli prędzej czy później takie wykorzystywanie zdobyczy nauki przemyśleć.

Ale w „Debiutancie” chyba potężniejszą siłą niż nauka okazuje się wiara chrześcijańska. Przypomina mi się słynne pytanie Stalina: „Ile dywizji ma papież?”. Bo w pańskiej książce to wspomniany już przeze mnie skromny pastor jest tym, z którym machina totalitarnego państwa nie daje rady wygrać. Czy to nie jest tak, że tacy ludzie, jak ksiądz Jerzy Popiełuszko – jego nazwisko również pada w „Debiutancie” – okazali się dla komunizmu dużo trudniejszymi przeciwnikami niż wojska mocarstw zachodnich?

Jeszcze Warłaam Szałamow w „Opowiadaniach kołymskich” pisał, że wśród więźniów obozu to ludzie religijni charakteryzują się najbardziej zrównoważonym zachowaniem i siłą ducha. Kiedy mówimy o historii represji w ZSRR, to od samego początku do końca istnienia władza sowiecka nie miała silniejszych wrogów niż rozmaite grupy religijne. Przy czym nie mam tu na myśli Rosyjskiej Cerkwi Prawosławnej, którą udało się złamać, podporządkować i objąć taką czy inną kontrolą. Mam na myśli protestantów, katolików, buddystów, muzułmanów. Z dokumentów sowieckiej bezpieki wynika, że ludzie twardo wierzący w Boga uchodzili za najbardziej niebezpiecznych wrogów władzy sowieckiej.

Jeśli chodzi o pastora z mojej powieści, prototypów było wielu. Wśród nich jest rzeczywiście ksiądz Popiełuszko. Jest też ojciec Aleksander Mień, rosyjski prawosławny duchowny z ekumenicznym nastawieniem. Został on zamordowany w roku 1990 w niewyjaśnionych okolicznościach. Nie ma żadnych wątpliwości, że była to robota KGB.
Pisarza zainspirowała między innymi postać prawosławnego duchownego ojca Aleksandra Mienia. Na zdjęciu: duchowny z rodziną Pokrowskich w 1974 r. Fot. By Hexaemeron – Praca własna, CC BY-SA 3.0, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=27798407
Zresztą znamienne, że było to w czasach pierestrojki, czyli wydawałoby się, że system komunistyczny nie represjonował już dysydentów…

Ale jest jeszcze ktoś. To pastor z Litwy, o którego istnieniu dowiedziałem się z archiwów. Jego losy świadczą o tym, że rzeczywiście byli tacy ludzie, z którymi zło nic nie mogło uczynić. Mogło ich tylko zabić. Ale dla tych, którzy wierzyli, że życie nie kończy się na tym świecie, to nie jest śmierć w takim sensie, w jakim ją pojmowali funkcjonariusze KGB.

I kiedy myślałem, kto może przeciwstawić się takiej sile tego państwa, sile tych morderców, którzy wyposażeni są – proszę mi wybaczyć – w najwyższe osiągnięcia myśli naukowej, zrozumiałem, że nieuchronnie wyłania się obraz duchownego. Sądzę, że w Polsce to jest bardziej oczywiste niż w Rosji, gdzie oficjalna Cerkiew była bardzo stłamszona i bardzo lojalna wobec władzy. O ile mi wiadomo, w Polsce historia była bardziej skomplikowana. Tak jak zresztą w Niemczech Wschodnich, gdzie w kręgach kościelnych organizowała się opozycja. Poza tym protestanci i katolicy mieli związki z zagranicą, mieli współbraci w wierze poza granicami swoich krajów. I to wywoływało szczególną wrogość sowieckiego reżimu. Ale ona nie przeminęła.

Proszę zobaczyć, jaka jest sytuacja w Białorusi. Znamienne, że Aleksander Łukaszenka nie chciał wpuścić z powrotem do kraju arcybiskupa Tadeusza Kondrusiewicza. Historia się powtarza – to strach przed katolickim hierarchą. Łukaszenka w zawoalowany sposób groził arcybiskupowi Kondrusiewiczowi. Dzieląc duchownych na dobrych, czyli wobec władzy lojalnych – i złych, czyli wobec władzy nielojalnych, dał mu do zrozumienia, że należy on do tych drugich. To jest to, co się działo na początku lat 80. ubiegłego wieku w Polsce. Teraz to się dzieje w sąsiedniej Białorusi.

Stalin na ścianie świątyni. Putina usunęli. Czy Matka Boska objawiła się Armii Czerwonej?

Protodiakon kontra protojerej. Starcie w Cerkwi.

zobacz więcej
A dlaczego Rosyjska Cerkiew Prawosławna dała się złamać, a inne wspólnoty wyznaniowe – nie? Czy rzeczywiście można to tłumaczyć tylko tym, że głowa Kościoła katolickiego urzęduje w Rzymie, a w przypadku patriarchatu moskiewskiego – w stolicy Rosji?

To jest częściowe wyjaśnienie. Na przestrzeni dziejów Rosyjska Cerkiew Prawosławna była podporą, pomocnicą, czasem ofiarą, rosyjskiej władzy państwowej. Ale w latach 20. XX wieku doświadczyła poważnego rozłamu. Wśród wiernych Cerkwi było niemało takich, którzy nie zgodzili się na jej flirt z państwem. Ich unicestwiono fizycznie. I dlatego zostali tylko hierarchowie gotowi uznać władzę sowiecką jako siłę kierującą Cerkwią. Choć jak wiadomo już w latach 50. i 60. działały Cerkwie katakumbowe.

Niemniej sama Rosyjska Cerkiew Prawosławna jako instytucja od czasów sowieckich się nie zmieniła. Dziś nie ma antagonizmu między państwem a Cerkwią, gdyż państwo nie jest ateistyczne. Cerkiew przekształciła się w coś, czym niegdyś był Wydział Agitacji i Propagandy Komitetu Centralnego KPZR. Teraz w owym flircie państwa z Cerkwią nie ma żadnych sprzeczności. Na odwrót – obie strony idą wspólnie ku świetlanej rosyjskiej przyszłości, opierając się na przeszłości.
Kopia rzeźby zatytułowanej „Dziękujemy ci, towarzyszu Stalin za nasze szczęśliwe dzieciństwo” autorstwa Gieorgija Ławrowa w moskiewskim Muzeum Historii Gułagu. Fot. Sergei Fadeichev\TASS via Getty Images
Czyli mimo wszystko to jest inna sytuacja niż w okresie sowieckim. Dzisiejsza władza w Rosji odcina się od ideologii komunistycznej…

Tu trzeba dokonać pewnego rozróżnienia. Dziedzictwo komunizmu rzeczywiście zostało w dużym stopniu odrzucone. Ale dziedzictwo sowieckości już nie. Bo Związek Sowiecki zawierał rozmaite elementy. Owszem, była ideologia komunistyczna. Ale było jeszcze coś takiego, jak sowieckość. Jej dziedzictwo obejmuje między innymi nostalgię za ZSRR i poczucie dumy z wielkiego mocarstwa, jakim było to państwo. W tym sensie sowieckość nie przeminęła, więcej jej dziedzictwo jest bezczelnie i bezwstydnie wykorzystywane.

Tymczasem jedna z pańskich wcześniejszych powieści, „Granica zapomnienia” poświęcona jest tematowi gułagów. Już pan wspomniał o Aleksandrze Sołżenicynie. On pisząc w czasach sowieckich na temat gułagów, dawał świadectwo dotyczące ówczesnego systemu totalitarnego. To jednak już za nami. Dlaczego więc w „Granicy zapomnienia” wrócił pan do tych spraw?

Jeśli chodzi o twórczość Sołżenicyna czy Szałamowa – to proza łagrowa kończy się w chwili, w której człowiek wychodzi z gułagu. A co się z nim dzieje później? Jak on się zachowuje? Jak go przyjmują bliscy? Czy pytają go, co robił podczas swojej nieobecności wśród nich? Jak żyją jego dzieci i wnuki? Jak to traumatyczne doświadczenie przekazywane jest kolejnym pokoleniom? Pisząc „Granicę zapomnienia”, stawiałem sobie właśnie takie pytania. Nie zamierzałem powtarzać tego, co zrobił Sołżenicyn, ponieważ on wyraził już to, co miał do powiedzenia – słowa świadka.

Kolejna sprawa – bardzo dużo zostało powiedziane na temat ofiar represji państwa sowieckiego. Natomiast bardzo mało – o przestępcach i katach. Mamy dziwną sytuację – są zbrodnie, lecz nie ma kar. Państwo sowieckie uznało miliony ludzi zabitych czy zesłanych. Natomiast nie ma prawnie zdefiniowanej zbrodni, którą wobec nich popełniono. Nie istnieje wyobrażenie o przestępczym charakterze państwa sowieckiego. Dlatego, że stalinowskie zbrodnie opisuje się jako masę pomyłek sądowych. To tak jakby powiedzieć, że i Holokaust był masą incydentów, które coś tam łączy, ale nie traktuje się je jako całość.

I najważniejsze – nigdy, w żadnych okolicznościach, nie było mowy o odpowiedzialności konkretnych osób za zbrodnie – ani odpowiedzialności moralnej, ani prawnej. W rosyjskiej kulturze brak obrazu kata. Jeśli mówimy o rosyjskiej tragedii XX wieku, to nie ma na scenie bardzo ważnej postaci – złoczyńcy. On się schował. Przebrał się w cywilny strój i przestał być tym, kim był.

Niemniej są dziś w Rosji ludzie, którzy uważają, że stało się coś wręcz przeciwnego – że epoka sowiecka została zdemonizowana. Można choćby wspomnieć pisarza Zachara Prilepina, który próbuje wręcz rehabilitować stalinizm, zarzucając współczesnym rosyjskim elitom jego niesprawiedliwe potraktowanie.

Nie jestem w stanie pojąć toku myślenia takich ludzi jak on. Dlatego, że zbrodnie nie zostały ukarane. Oczywiście, że wizerunek dzisiejszej Rosji nie jest stalinowski. Natomiast mamy do czynienia z pełzającą stalinizacją. Rzecz jasna zawsze znajdzie się ktoś w gorącej wodzie kąpany, który będzie nawoływał do tego, żeby przestać udawać i sprawę postawić otwarcie.

Rosjanie cierpią dla ludzkości… Po co Putinowi prawicowy filozof białej emigracji?

W dziełach filozofa białej emigracji mnóstwo jest demagogicznej idealizacji Rosji.

zobacz więcej
A więc głośno zrehabilitować stalinizm…

Wydaje mi się, że źródło problemu tkwi w tym, że oprócz historii epoki sowieckiej istnieje historia czasów postsowieckich. W przyszłym roku będzie ona liczyła już 30 lat. W ciągu tych blisko trzech dekad były dwie straszne wojny czeczeńskie. Tyle krwi na terytorium Rosji nie przelano od rządów Stalina. To straszliwa katastrofa humanitarna. I jak pan myśli – czy ktoś dziś w Rosji, nawet wśród opozycji, podnosi tę kwestię? Nie. Żyją jeszcze ci, którzy wydawali rozkazy. Jeden z nich jest nawet prezydentem Federacji Rosyjskiej.

W Czeczenii znajduje się mnóstwo anonimowych mogił. Takie mogiły zostały również po czasach stalinowskich. Nasza historia weszła w kolejny etap zaprzeczania odpowiedzialności za zbrodnie. Pomijam już agresję na Gruzję i Ukrainę. Jesteśmy wciąż pod względem moralnym głusi i ślepi.

O czasach stalinowskich możemy mówić, że nas wtedy nie było. Inaczej jest jednak z tym, co się wydarzyło przez ostatnie blisko 30 lat. Jesteśmy świadkami tej historii. Ale żaden polityk nie powie o tym otwarcie. Nawet główny opozycjonista Aleksiej Nawalny – a życzę mu dużo zdrowia – mówi wyłącznie o korupcji na szczytach władzy. Boże, o jakich my pieniądzach możemy mówić, kiedy rządzą nami ludzie, których ręce są ubabrane po łokcie we krwi? Pieniądze nie są ważne, ważne są przelana krew, zbrodnie i odpowiedzialność.
Rosyjski specnaz w akcji. Druga wojna czeczeńska, rok 1999. Fot. Alexei Panov; Andrei Babushkin/TASS via Getty Images
Stawia pan sprawę na ostrzu noża…

Obecne antykorupcyjne hasła Nawalnego przypominają pod wieloma względami slogany z okresu pierestrojki nawołujące do walki z przywilejami nomenklatury. Panowało wówczas przekonanie, że są jacyś ludzie, którzy opływają w luksusy i trzeba ich obalić. A przecież pierestrojka – ta faktyczna, a nie formalna – również nie podnosiła kwestii odpowiedzialności za zbrodnie państwa. My od roku 1994 – od wybuchu pierwszej wojny czeczeńskiej – mamy na terytorium Rosji czarną dziurę. Ludzie, którzy byli egzekutorami w Czeczenii, teraz działają na obszarze całego naszego państwa. O tym też piszę w „Debiutancie”. Przy czym chodzi o problem dotyczący nie tylko Rosji, ale każdego kraju, w którym tak potraktowano przeszłość. W Rosji nie zadano hamletowskiego pytania: kto to zrobił? A podjęcie tej kwestii jest kluczowe dla historii i moralności.

Jeśli Nawalny poprzestaje na walce z korupcją, to z tego można wysnuć wniosek, że w gruncie rzeczy dla obecnej rosyjskiej władzy jest poniekąd wygodnie mieć takiego głównego opozycjonistę…

Jako społeczeństwo rosyjskie mamy taką, a nie inną opozycję. Dopiero teraz zaczynamy pomału rewidować naszą przeszłość. Rok 1991 długo jawił nam się jako zwycięstwo wolności. To było złudzenie. Owszem wolność zwyciężyła w państwach będących niegdyś satelitami Związku Sowieckiego – wyszły z nich wojska sowieckie i zaczęły one żyć swoim życiem. Ale w Rosji owo zwycięstwo wolności okazało się pozorne. Zrzuciliśmy pomnik Dzierżyńskiego na Łubiance i wydawało nam się, że to wydarzenie symboliczne. A tak naprawdę należało pójść za ciosem. Nikt tego jednak nie zrobił. I brakuje w Rosji krytycznego spojrzenia na to zaniechanie. Potem były wojny czeczeńskie. I to właśnie wybuch pierwszej z nich w roku 1994 stanowi istotną cezurę.

Dlaczego? Powszechnie w świecie za moment zwrotny przyjmuje się dojście do prezydentury Putina. To on obrał kurs na autorytaryzm, podczas gdy jego poprzednik Borys Jelcyn pamiętany jest jako pod wieloma względami nieudolny, ale jednak, demokrata.

To właśnie wtedy, w roku 1994, Rosja dokonała wyboru, w jakim kierunku pójdzie. Putin tylko kontynuował politykę Jelcyna. Jeśli ktoś wybiera czołgi zamiast dialogu, siłę zamiast negocjacji, to trafia tam, gdzie my się teraz znajdujemy. Mnie dziwi, że rosyjska kultura tych problemów nie podejmuje. Można powiedzieć, że mamy całą listę nienapisanych książek. A w rosyjskiej literaturze istnieje przecież tradycja kojarzona z dziełami Michaiła Lermontowa czy Lwa Tołstoja, w ramach której ważny był Kaukaz. To na Kaukazie mamy starcie dwóch etyk: etyki imperium z etyką podbitych ludów. Kaukaz jest niebezpiecznym miejscem. Czy w minionym ćwierćwieczu została napisana jakaś książka na ten temat? Przypominam sobie tylko powieść „Asan” Władimira Makanina. Ale to przecież zdecydowanie za mało.

Albo inny temat: przez 70 lat żyliśmy w państwie ateistycznym. Gagarin latał w kosmos i obwieścił, że Boga tam nie ma. I potem, jak ZSRR się skończył, nagle się okazało, że wszyscy wierzą w Boga. To ja pytam: co to za wiara, co to za Cerkiew? Sądzę, że gdyby żyli wielcy pisarze, jakich w przeszłości miała Rosja, oni by takie tematy podjęli. Bo przecież mamy tu kapitalne wątki metafizyczne: w jedną noc z kraju niewierzących przemienić się w kraj, w którym na każdym kroku widnieje krzyż. Myślę, że to jest właśnie dziedzictwo sowieckości. Ono tak naprawdę żyje w nas, choć nikt w Rosji tego nie przyzna. Jesteśmy wciąż ludźmi sowieckimi.

W czym się to przejawia?

Człowiek sowiecki pozostaje bezkrytyczny wobec samego siebie, zależny od władzy, która może mu wmówić, że jest on bardzo niezależny. Tak jak to się wydawało uczonym pracującym w jakichś tajnych instytutach i po cichu czytających bibułę, choć swoją pracą wzmacniali potęgę państwa sowieckiego. Dlatego wciąż jesteśmy przed zrozumieniem antropologicznej katastrofy, która się wydarzyła na tej części lądu.
Rok 1995, Grozny. W 1994 wojska rosyjskie najechały Czeczenię. Fot. Malcolm Linton/Liaison
Słuchając pana wywodów na temat dziedzictwa sowieckości, nie mogę powstrzymać się przed zadaniem pytania o źródła sowieckiego komunizmu. Czy było to nowe zjawisko w dziejach Rosji czy też stanowiło ono kontynuację dziedzictwa takich tyranów jak car Iwan IV Groźny?

Paradoksalnie jedno drugiemu nie przeczy. Był w Rosji podatny grunt dla komunizmu. Rozmaite ruchy rewolucyjne cieszyły się poparciem społecznym już od XIX wieku. Tak więc Lenin nie został wysłany przez Niemców w zaplombowanym wagonie jako jakiś wirus, jakieś ciało obce. I trzeba też wskazać przyzwyczajenie do okrucieństwa, traktowanie przemocy jako czegoś legalnego. Przemoc nie spotkała się w Rosji z takim oporem, na jaki mogłaby trafić w innych miejscach. Przecież w Rosji w ogóle nie ma tradycji oporu. Oczywiście były antybolszewickie powstania chłopskie, akty sprzeciwu wobec kolektywizacji, akty dezercji. Ale to nie zostało w żaden sposób opisane, upamiętnione. Wiemy tylko o władzy, którą można odrzucać lub błogosławić i ofierze – człowieku gołym, stojącym na wietrze dziejów. Ale nie ma bohatera stawiającego czoła tej rzeczywistości.

A dysydenci?

Przy całym szacunku do nich – oni nie stanowią historii oporu. Za to, co teraz powiem, mogą się na mnie obrazić. Dzieje ich działalności są bardzo sowieckie. Weźmy jedno z głównych żądań wysuwanych przez dysydentów – żeby państwo sowieckie przestrzegało swoich własnych praw. To świadczy o tym, że oni nie byli w swoim myśleniu głęboko antysowieccy. Mogli odrzucać przejawy niesprawiedliwości, rezygnować z udziału w życiu społecznym. Ale to nie był ruch oporu w takim znaczeniu, że nie byli oni gotowi iść na ideologiczny konflikt z systemem.

W roku 1991 ta ich słabość została obnażona. Wtedy się okazało, że kręgi dysydenckie nie są zdolne wziąć odpowiedzialności za państwo, przedstawić jakiejkolwiek demokratycznej agendy. Choć ci ludzie dużo mówią o tym, że Związek Sowiecki połamał sobie na nich zęby.

Może i coś w tym było, niemniej fakty są takie, że funkcjonariusze KGB potrafili przenieść się w przyszłość, mieli co zaproponować i potrafili coś stworzyć. A ruch dysydencki – nad czym ubolewam – tego nie potrafił. Oczywiście on był elitarny, trudno sobie wyobrazić jego działalność na masową skalę i masowe poparcie, którym mógłby się cieszyć. Tego z kolei nie można powiedzieć choćby o Solidarności w Polsce. Ją było widać. Bieg historii zmieniają takie ruchy jak ona.

– rozmawiał Filip Memches

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy


Siergiej Lebiediew (1981) – rosyjski prozaik i dziennikarz. Jako nastolatek spędził bardzo dużo czasu w geologicznych ekspedycjach na północy Rosji i w Kazachstanie. Twórczość pisarza przełożona została na wiele języków. Po polsku ukazały się: „Granica zapomnienia”, „Dzieci Kronosa”, „Debiutant” (ta trzecia książka miała w tym roku swoją światową premierę w wersji polskiej).
Zdjęcie główne: Oblężony przez rosyjskie wojsko Grozny, rok 1996. Fot. Eric BOUVET/Gamma-Rapho via Getty Images
Zobacz więcej
Rozmowy Najnowsze wydanie
Kości nigdy nie kłamią, czyli opowieści z sarmackiej krypty
Bolszewicy w 1920 roku, przechodząc przez Kresy pootwierali trumny metalowe tamtejszych rodów jak konserwy, ostrymi narzędziami.
Rozmowy Najnowsze wydanie
Druga gruba kreska III RP
Czyli jeżeli ktoś nakradł, to w interesie publicznym leży przyklepanie tej kradzieży? Najwyraźniej tak.
Rozmowy Poprzednie wydanie
Być jak Szalony Koń, który pobił białego generała
Indianie niechętnie przyjmują białych w swoich rezerwatach. Wciąż mają uraz.
Rozmowy wydanie 16.10.2020 – 23.10.2020
Bóg lubi narwańców
Dominikanin: Było pół godziny nerwów, „wyrzygania się” Bogu – i poczułem Jego działanie.
Rozmowy wydanie 16.10.2020 – 23.10.2020
Przed nami fala śmierci. Konieczny będzie lockdown
Robert Tekieli: Namawiają do wysadzania budynków rządowych. Udają wariatów, ale chodzi im o wywołanie katastrofy.