Historia

Chciał obronić Amerykę przed nią samą. Nie udało się

PRL go nie kupił, paryska „Kultura” przygarnęła, a potem odrzuciła, za oceanem elity najpierw się zachwyciły, a później wypchnęły na margines. Ciężki żywot utalentowanego nonkonformisty.

Sejm ustanowił rok 2020 rokiem Leopolda Tyrmanda, ale postać pisarza została przywołana w gmachu parlamentu już kilkanaście lat wcześniej. W 2003 roku powstała pierwsza w III RP komisja śledcza i zajmowała się wyjaśnieniem tzw. afery Rywina. Podczas przesłuchania redaktora naczelnego „Gazety Wyborczej”, Adama Michnika, posłanka SLD, Anita Błochowiak drążyła okoliczności nagrania propozycji korupcyjnej, jaką złożył Michnikowi producent filmowy, Lew Rywin.

Zirytowany szczegółowością pytań o moment włączenia dyktafonu, Adam Michnik reagował; „I pamiętałaby pani w jakich Lew Rywin był skarpetkach?”. Błochowiak ripostowała: „Nie wiedziałam, że się tak tam panowie poznawaliście”. Michnik na to: „Ależ pani poseł, kolorowe skarpetki były symbolem walki ze stalinizmem, bikiniarze chodzili w kolorowych skarpetkach... Leopold Tyrmand.” „Mówi się, że pedały też” – wypaliła coraz bardziej zadowolona z siebie posłanka lewicy.

Pióropusz romantyków czy Balzak dla gówniarzy?

Ta historyczna wymiana zdań rzecz jasna nie miała wpływu na posłów, którzy po latach przez aklamację podjęli uchwałę o uczczeniu Leopolda Tyrmanda. Przypomina jednak, że już dawno przylgnęły do Tyrmanda te skarpetki. Poza nimi – bikiniarze, jazz i wśród tych, którzy czytają – powieść „Zły”. Książka łącząca kryminał z romansem, pomimo swoich około 600 stron zaczytywana w drugiej połowie lat 50-ych przez wszystkich. Jedynie Marek Hłasko zdobył w tamtych latach porównywalny sukces.
Leopold Tyrmand i jego skarpetki pojawili się w zeznaniach Adama Michnika (z prawej) przed sejmową komisją śledczą badającą sprawę Rywina. Czwarta z lewej Anita Błochowiak. Fot. PAP/Tomasz Gzell
„Zły” osiągał niebotyczne ceny na bazarach i krążył także w odpisach. Dla przypomnienia, wtedy wydawnictwa nie używały rachunku ekonomicznego tylko wskazówek ideologicznych, a władze kulturalne nie były przekonane do Tyrmanda i nie było kolejnych wydań. Oficjalnie trwał jeszcze socrealizm, z którym książka Tyrmanda zrywała, a nie było jeszcze zerwania oficjalnego, czyli druku „Poematu dla dorosłych” Adama Ważyka, w którym ten dotychczasowy piewca stalinizmu napisał czarno na białym to, o czym wszyscy dawno wiedzieli.

„Zły” był fenomenem. W kategoriach przedwojennych to „powieść wagonowa”, „brukowa” i „dla kucharek”. W powojennych to literatura popularna dla masowego czytelnika, której bohaterem jest taki Batman (jeżeli wtedy wiedziano o Batmanie) zaplątany w „Love story”. „Zorro” w dźwigającej się z ruin Warszawie, który nie szpadą, a pięścią walczy ze złem. Niepokonany, jak przystało na takiego bohatera, ma swoją mroczną tajemnicę, a w nim i naokoło niego wszystko tonie w tanim sentymentalizmie i kiczu .

Jak to było zatem możliwe, że Maria Dąbrowska zarywała noce dla tej lektury? „Do trzeciej w nocy czytałam «Złego» Tyrmanda. Wszyscy się z tego wyśmiewają, a ja uważam to za ważną książkę 10-lecia. Może równie ważną, jak w swoim czasie «Dzieje grzechu» Żeromskiego; niższa klasa artyzmu, ale tak samo szmirowato-melodramatyczna; lecz rzeczywistość jest szmirowata i to powinno było znaleźć swój ekwiwalent w literaturze. Pisane, mimo pewnych dłużyzn, z takim talentem, że w miarę czytania robiło mi się słabo i dostawałam bicia serca. Czułam, że sobie szkodzę, a jednak czytałam” .

A Tadeusz Konwicki tak wspominał kontakt z książką: „Tyrmand wydał książkę pod intrygującym tytułem «Zły» i ta książka od razu stała się fenomenalnym bestsellerem. Rzecz jasna, byłem zbyt dumny, żeby sięgać po jakiś kryminał napisany przez wroga klasowego. Jednakże długo nie wytrzymałem. Sięgnąłem po egzemplarz zaczytany już do ostatka i nie wypuściłem go z ręki przez dzień i noc, póki nie skończyłem lektury. Co tu kryć, padłem do tyłu z zachwytu”.

Bardzo wymagający Witold Gombrowicz – pisał z przekąsem nawet o Sienkiewiczu – zareagował na powieść Tyrmanda: „Tyrmand! Talent! To jak warszawska bosa dziwka w oczach wyrostka, jak tłusta warszawska kuchta w oczach uczniaka, jak kurwa pijana w oczach ulicznika. Brud i taniocha – a pożądana i zachwycająca! Jakiż sex-appeal ma ta saga, na 300 procent warszawski, ten sam co niegdyś czaił się w bramach kamienic na Hożej czy Żelaznej […]. Tyrmand jest najdoskonalszą kontynuacją naszej romantycznej poezji, on przejął jej pióropusz, on pisze jej ciąg dalszy…”

Brud i taniocha w pióropuszu romantycznej poezji – to był fenomen, powieść dla wszystkich gustów i poziomów, której trudno się było oprzeć – pomnikowo się noszący Jarosław Iwaszkiewicz także ją czytał, bo mało kto na przełomie lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych jej nie czytał.

Bauman. Jak komunistyczny aparatczyk i oficer KBW został myślicielem

Lekceważenie jego przeszłości może świadczyć o tym, że w Europie nie podjęto refleksji nad diabolicznością doktryny, która namieszała w umysłach wielu wybitnych i zarazem wpływowych osób.

zobacz więcej
Leopold Tyrmand podpisał z wydawnictwem „Czytelnik” umowę (jak głosił jej tekst) na „powieść sensacyjną o chuliganach i bikiniarzach” i wiele recenzji traktowało ją jak utwór mający głównie dostarczać rozrywki, pozbawiony wartości społecznych, czy artystycznych. Wytykano braki i recenzenci donosili beznamiętnie o swoich rozczarowaniach. Z pasją odezwał się w tym chórze Andrzej Kijowski nazywając Tyrmanda „Balzakiem dla gówniarzy”. „

Zły” wymknął się recenzentom, nie potrafili nazwać zjawiska. Jedynie cytowani wyżej wybitni pisarze zrozumieli z czym mają do czynienia – „Tyrmand! Talent!”. Tylko tyle i aż tyle.

Zbyt antykomunistyczne nawet jak na odwilż

Wydanym w grudniu 1955 roku „Złym” Tyrmand pokazał swoje możliwości i winda kariery ruszyła. Przeprowadził się z pokoiku w domu YMCA przy Konopnickiej do prawdziwego mieszkania, kupił pierwszy samochód. Skończyła się izolacja pisarza, w jakiej tkwił po rozproszeniu przez władze zespołu „Tygodnika Powszechnego” za odmowę wydrukowania na pierwszej stronie nekrologu Stalina.

Przed „Tygodnikiem” stracił już raz pracę w „Przekroju” za zwrócenie uwagi w sprawozdaniu z zawodów bokserskich na stronniczość radzieckich sędziów. Jako sprawozdawca sportowy po raz pierwszy wykazał się nonkonformizmem ostentacyjnie klaszcząc w stadionowej milczącej loży prasowej, gdy na trybunę wszedł wicepremier Stanisław Mikołajczyk.

Od 1946 roku, kiedy wrócił do kraju, pisywał w wielu tytułach o muzyce, przede wszystkim o ukochanym jazzie, sporcie, modzie i obyczajach. W miarę krzepnięcia nowego ustroju miejsca dla Tyrmanda pozostawało coraz mniej.

Dokładnie opisał to w „Dzienniku 1954” – jak sądzi wielu – swojej najlepszej książce. „Dziennik” obejmuje tylko trzy pierwsze miesiące 1954 roku, dla pisarza miesiące bezrobocia i beznadziei. Dokładnie wiedział, co trzeba zrobić, by być drukowanym – od czasu do czasu oddać hołd stalinizmowi, potężnemu wciąż, choć już bez Stalina. Opowiedzieć się, pochwalić, korzystnie przeciwstawić jedynie słuszną rzeczywistość tej niesłusznej po tamtej stronie żelaznej kurtyny, nie dostrzegać absurdów nieludzkiego systemu.

Nie mógł i sam się analizował dlaczego, przecież dobrze pisze i umiałby uprawiać Ketman nie gorzej, niż koledzy, którzy mają samochody, wyjeżdżają za granicę i w Związku Literatów jedzą porządne obiady, nawet z winem, na które go nie stać. Kolegom nie szczędził celnych złośliwości w „Dzienniku” i mimo wszystko bywał w towarzystwie. Jeżeli w kontaktach był w części tak złośliwy, jak w swoich zapiskach to musiał być postrachem przyjęć, bankietów i wernisaży.

W „Dzienniku 1954” pisząc o kolegach po piórze nie dyskredytował ich warsztatu ani zdolności. Podstawowy zarzut to to, że się sprzedają. On tez by mógł, bo wiedział co trzeba by pisać, ale właściwie nie mógł sprzeniewierzyć się sobie.
Leopold Tyrmand podczas meczu Pucharu Davisa Polska-Wielka Brytania na kortach Legii 15 maja 1947 r. Fot. PAP
„Dziennik” urywa się w pół zdania, bo Tyrmand zasiadł do pisania „Złego”. Do pisania „Dziennika” już nie wrócił. Już na emigracji zrobił jedynie drobne poprawki stylistyczne.

Gdy w 1956 roku nastąpiła zmiana ekipy rządzącej a w kulturze tzw. odwilż czytelnicy byli przekonani, że teraz otworzą się szuflady, do których – co było oczywistą legendą – pisali twórcy w latach stalinizmu. Szuflady pisarskie okazały się puste. Jedynie Tyrmand miał swój „ Dziennik”, ale to było zbyt antykomunistyczne nawet jak na odwilż.

Tyrmand nie miał nigdy kwalifikacji na zostanie poważanym polskim pisarzem. Od pisarza w Polsce wymaga się pisania o doniosłych abstraktach, takich, jak ojczyzna, naród , kondycja człowieka. Tyrmand był blisko życia, ale jego opisy przerabiania koszul, czy golenia we wspólnej łazience z „Dziennika” dają wszechstronną wiedzę o systemie.

Zwracając na przykład uwagę na garnitur opisywanego prominenta informuje o wszystkich skłonach i prysiudach prze władzą, jakich trzeba dokonać, aby taki w PRL mieć. Metoda pisarska od szczegółu do ogół, gdzie szczegół jest świadkiem, a to co zeń wynika, świadectwem epoki. Po odwilży właściwa nie tylko Tyrmandowi, ale „Dziennik” świadczy, kto był prekursorem takiego patrzenia na rzeczywistość.

Sprzedajność i zakłamanie elit

Wspominający Leopolda Tyrmanda często pamiętają, że zawsze się wyróżniał, był przekorny, egotyczny i mitologizował siebie. W tym wszystkim nadaktywny tak, że mógł bywać nieznośny, ale przyganiał kocioł garnkowi – pisarze przeważnie tacy są. Tyrmand we wczesnym PRL wydawał się nieznośny, szczególnie kolegom, bo był chodzącym wyrzutem sumienia, bo on się nie sprzedał.

Winda do nieba częstych wydań, przedruków, tłumaczeń, wywiadów i nagród, która ruszyła po wydaniu „Złego” wnet stanęła między piętrami. Pisarz mógł wydać tom opowiadań, nową powieść, napisać scenariusz, ale w latach 1956 – 1965 był właściwie na bocznym torze, przynajmniej jak na swoje możliwości. Nie był prześladowany, ale skutecznie zaciszany i eliminowany.

Paszport wydano mu raz, w 1956 i na następne wydanie musiał czekać 9 lat. Władze kulturalne PRL mu nie ufały, a ze środowiskiem żył w szorstkiej przyjaźni, która zamieniła się w otwartą wrogość po druku fragmentów „Życia towarzyskiego i uczuciowego” w tygodniku „Kultura”. Ta ostatnia powieść napisana w kraju jest opisem sprzedajności i zakłamania elit intelektualnych, drobnych i większych świństw i dużych kompromisów.

Pod pseudonimowanymi postaciami ludzie z opisywanego kręgu, a nawet uważniejsi czytelnicy mogli bez trudu odczytać o kim mowa. Tyrmand zanosił „Życie...” wydawnictwom, ale bezskutecznie. Tym razem, to nie wszechmocna cenzura stała za niewydaniem książki, a sportretowane w niej środowisko.

Prowokacja w ubikacji i inne anegdoty z literackich salonów

W Polsce Ludowej chlali wszyscy: od pracownika fizycznego do profesora. W tej sprawie komunistom udało się doprowadzić do równości.

zobacz więcej
W 1965 roku Leopold Tyrmand wyjeżdża do Francji i Izraela, gdzie po latach spotyka się z matką. W Paryżu odnawia kontakty z Jerzym Giedroyciem i jego miesięcznikiem „Kultura”.

Ma ze sobą maszynopisy „Dziennika” i „Życia towarzyskiego i uczuciowego” i od wydania tej książki w kraju uzależnia decyzję o powrocie. Wydania nie ma, pisarz udaje się do Stanów Zjednoczonych, gdzie Departament Stanu przyznaje mu stypendium. Tam winda do doczesnego raju intelektualistów ponownie szybko rusza w górę, pisarz zaczyna współpracę z „New Yorkerem”, gdzie opowiadania publikują między innymi Vladidmir Nabokov czy D.J. Salinger.

„New Yorker”, przepustka do prestiżu

Dostał kartę wstępu na Olimp. Zaczął od „Dziennika amerykańskiego”, wrażeń o Ameryce przybysza z Europy Wschodniej. To były sprawozdania z pierwszych wrażeń obcego, dotyczące codzienności i różnic obyczajowych. Tyrmand odniósł tym cyklem duży sukces czytelniczy, napłynęło sporo listów do redakcji.

„The New Yorker” to była przepustka do innych prestiżowych tytułów i zaczyna dzwonić telefon z prośbą o komentarze i opinie w różnych sprawach. Cykl się rozrósł o tematykę społeczno-polityczną, i w późniejszym wydaniu książkowym był znany jako „Zapiski dyletanta”.

Amerykańska winda staje po czterech latach, gdy pisarz posyła do redakcji tekst znany w potem wśród polskiej emigracji jako „Cywilizacja komunizmu”. Ma formę poradnika przeżycia w systemie i jest, jak na klimat w wiodących mediach Ameryki początku lat siedemdziesiątych, skrajnie antykomunistyczny. Fundamentalny antykomunizm był traktowany w kręgach opiniotwórczych w USA jako łagodna paranoja i tego się „nie nosiło”.

Nie znaczy to, że wśród nowojorskich elit było dużo komunistów, nie było ich prawie wcale. Dominujący trend intelektualny to było bycie anty-antykomunistą i bycie krytycznym wobec własnego kraju. Tradycyjne wartości amerykańskie były na cenzurowanym, trwała wojna w Wietnamie, nie dawno skończyły się zamieszki na uniwersytetach, przez uczelnie kroczyła rewolucja obyczajowa, maszerowały Czarne Pantery i głowę wysoko podnosiła Nowa Lewica. Tymczasem Tyrmand powtarzał, że przyjechał bronić Ameryki przed nią samą, czyli bronić Ameryki tradycyjnej przed Ameryką liberalną.

Inna sprawa, że pisarz miał wyidealizowany obraz Ameryki. Mawiał, że Europejczyk ma dwie ojczyzny – swój kraj i Amerykę czyli ten, chyba urzeczywistniony, ideał tego, co w cywilizacji europejskiej najlepsze. Tymczasem, po przyjeździe, szybko zauważył, że dominująca kultura liberalna wiedzie Amerykę tam, skąd on wyemigrował, do totalitaryzmu.

Wtedy pewnie przesadzał, choć kto wie? Miał piekielną intuicję i po latach jego opinię z 1983 roku można czytać jak proroctwo: „Wynikiem liberalnego upojenia jest gnijąca cywilizacja, zdeprecjonowana kultura, zdezintegrowany człowiek i nihilistyczny etos społeczny".
Leopold Tyrmand z muzykami na Festiwalu Jazzowym w Sopocie w 1957 r. Fot. PAP/CAF
Czego oczekują liberalne elity

Ale to diagnoza już po rozstaniu „New Yorkerem” i najprawdopodobniej w czasach współpracy z tym tygodnikiem pisarz nie był jeszcze tak jednoznaczny choć neokonserwatysta, Norman Podhoretz, naczelny „Commentary” przypuszcza, że „New Yorker” drukował kilka lat Tyrmanda nie zorientowawszy się z kim ma do czynienia.

Odrzucony przez „New Yorkera” tekst „Notes on the Communist Life” („Cywilizacja komunizmu”) wyszedł w 1972 roku w wydawnictwie Mac Millan jako: „The Rosa Luxemburg Contraceptives Cooperative” z podtytułem „A Primer on Communist Civilization” („Spółdzielnia produkcyjna środków antykoncepcyjnych im. Róży Luksemburg”, „Elementarz komunistycznej cywilizacji”).

Był to – jak już była mowa – poradnik życia w komunizmie i podobno miał być niezrozumiały dla Amerykanów. Jednak proste rady dla żyjących w obozie komunistycznym, jakie dawał autor, nie były im potrzebne. To tylko forma przekazania nic nie wiedzącym jak się tam urodzić, przeżyć szpital położniczy i żłobek, być dzieckiem, chodzić do szkoły, przejść przez uniwersytet nie straciwszy wiary w życie aż do – jak umrzeć. Egzotyka codzienności przekazana w formie poradnika niby dla żyjących w komunistycznej Polsce.

Dla nowojorskich liberałów nie do wiary było, że komunizm jest taki, jak go opisuje Tyrmand. Czarne i ponure wizje zabierały nadzieję. Wiedziano, że totalitaryzm i ogólnie brak wolności, ale idea przecież szlachetna. Tyrmand bezwstydnie ujawnił swój antykomunizm. Na salonach liberalnych można było być ogólnie antytotalitarnym, nawet do łagodnego anarchizmu i wtedy obejmowało to jakoś blok radziecki, ale nie wprost bezpośrednio antykomunistycznym. Jane Fonda fotografująca się przy działach przeciwlotniczych w Hanoi mogłaby tego nie zrozumieć.

Tyrmand, podobnie jak w Polsce, wiedział czego od niego oczekują media liberalne i umiałby te oczekiwania spełnić, ale nie chciał, a może nie mógł nie pozostać sobą. Znowu, jak niegdyś w Polsce, robi się wokół pisarza pusto. Nie tylko nowojorskie salony się na nim poznały, zerwała kontakty także paryska „Kultura”.

Wbijanie gwoździa w palce zamiast w drzewo

Redaktor naczelny „Kultury”, Jerzy Giedroyć bardzo liczył na współpracę z Tyrmandem w wydaniu amerykańskim antologii tekstów „Kultury” a później kwartalnika „Culture”, gdzie miały ukazywać się bieżące teksty miesięcznika. Sprawa była omówiona z uniwersytetem w Albany, który w tym celu zatrudnił Tyrmanda na etacie.

Antologia wyszła, ale nie spodobała się redaktorowi Giedroyciowi, szczególnie, że na obwolucie, wprawdzie z tyłu, ale zawsze, było duże zdjęcie Tyrmanda, które mogło sugerować, że polskie pismo w Paryżu robi ten pan na fotografii. Tyrmand pewnie był hucpiarzem, zbyt wiele różnych osób tak go wspomina, aby w to nie wierzyć, ale redaktor zazwyczaj umiał wznieść się poza osobiste urazy. W tym przypadku poszło o co innego.

Antykomunista, krytyk Trumpa, przyjaciel demokratów. Czy, gdyby został prezydentem, nie doszłoby do tragedii smoleńskiej?

Atakowano go za to, że jest za stary. Odpowiadał, że w „Indianie Jonesie” „starszy gość wygrywa”.

zobacz więcej
W 1968 roku świeży emigrant Tyrmand złożył w „Kulturze” tekst pod tytułem „Porachunki osobiste”. Wydrukowali, ale Tyrmand moralista rachujący się ze sprzedajną śmietanką artystyczną w PRL budził niesmak w redakcji sterującej wyraźnie na lewo.

Po liście Kuronia i Modzelewskiego do partii komunistycznej z 1966 roku, który po trockistowsku postulował więcej komunizmu, Jerzy Giedroyć orientował się na dysydentów i nie chciał ich sobie zrażać. Bezkompromisowo antykomunistyczny Tyrmand nie pasował do „Kultury”, a jeszcze – last but not least – ta antologia.

Panowie się rozstali. O tym, że to jednak sprawy ideowe a nie autoreklamiarstwo Tyrmanda spowodowały rozejście świadczy list Juliusza Mieroszewskiego do Giedroycia. Teksty Mieroszewskiego wyznaczały linię ideową pisma, oczywiście, za pełna zgodą Giedroycia, stąd jego głos jest miarodajny dla poglądów w redakcji.

„Tyrmand jest równie antyrosyjski i antykomunistyczny jak Józef Mackiewicz. To są utalentowani panowie i wszystko jest w porządku, dopóki nie piszą o polityce. W Polsce są niestety tłumy reakcyjnych czarno-podniebiennych Józefów Mackiewiczów – lecz to nie racja, byśmy ich drukowali. W przeciwnym wypadku zatrze się zupełnie różnica pomiędzy nami a (londyńskimi) «Wiadomościami». W «Kulturze» chciałbym widzieć artykuły rewizjonistów. Dzięki obecności Tyrmanda wielu ludzi, którzy by do nas napisali – nie napisze" – tak Juliusz Mieroszewski w liście z Londynu do Jerzego Giedroycia zareagował na „Porachunki osobiste” Leopolda Tyrmanda.

Być jak Józef Mackiewicz z czarnym podniebieniem – niżej już nie można upaść. Upadły Tyrmand reaguje także listem do redaktora na kierunek ideowy, w jakim zmierza „Kultura”: „Ja nie stawiam na schizmatyków. Rozwalanie komunizmu trockizmem to wbijanie sobie gwoździa w palce zamiast w drzewo".

Ciosy na oślep poza głównym nurtem

Osamotniony Tyrmand publikuje poza liberalnym głównym nurtem i spotyka się z zarzutami, że jest zbyt bezpośredni i zarazem pompatyczny, można by zgadnąć, że stąd w ocenie świata liberalnych idei brakuje półcieni i o to chodzi, gdy redaktorzy chcą redagować jego teksty. W PRL redaktor był przedskoczkiem cenzora i pamiętając to Tyrmand zawsze mówi – no way.

Publikuje coraz mniej, od dawna nie wykłada na Uniwersytecie Columbia literatury polskiej, ale jakoś wiąże koniec z końcem – siedzibę zapewnił „New Yorker”, bo zapłacili dobrze za odrzuconą „Cywilizację komunizmu” i starczyło na dom.

Los się uśmiecha w 1976 roku, kiedy Tyrmand publikuje w „The American Scholar” artykuł „The Media Shangri-La” („Raj mass-mediów”). Pisarz tam mówił, że media nie służą opisowi rzeczywistości. Poprzez tendencyjny dobór materiałów i wręcz tworzenie faktoidów służą ideologicznej krucjacie, która wiedzie ku ujednoliceniu poglądów, co, oczywiście, zagraża demokracji, bo za demokratyczną fasadą mediów głównego nurtu nie ma demokratycznego ducha.
Wspomnienie o Leopoldzie Tyrmandzie pióra wybitnego ameerykańskiego intelektualisty i katolickiego kapłana Richarda Johna Neuhausa na stronie internetowej pisma "Chronicles". Fot. printscreen/ www.chroniclesmagazine.org
Tekst przeczytał John A. Howard, rektor Rockford College i dyrektor Rockford College Conservative Instytute w stanie Illinois. Odnalazł Leopolda Tyrmanda i zaproponował mu posadę wicedyrektora Instytutu Rockford. Uległ osobowości pisarza, jego wierze w słowo i zaakceptował projekt stworzenia pisma przy instytucie pod redakcją Tyrmanda. Powstało „The Rockford Papers” i wkrótce „Cronickle of Culture”.

Tyrmand z żoną, Mary Ellen, musiał się przeprowadzić z Canaan odległego o 40 mil od Nowego Jorku na prawdziwa prowincję. Warunki finansowe były dobre, stabilizacja, ale znaczenie miało to, że była szansa stworzenia konserwatywnego ośrodka intelektualnego, konkurencyjnego wobec nowojorskiego i waszyngtońskiego salonu.

Tyrmand postanowił tę szansę wykorzystać. Czy się udało? Nie. Zgodna opinia sprzed lat mówi, że ośrodek w Rockford nie wywarł wpływu nawet na myśl konserwatywną w USA, nie mówiąc o konkurencji z liberalnym głównym nurtem.

Marginalizowany Tyrmand teraz, osiadłszy w Rockford zdawał marginalizować się sam, „Chronicles of Culture” kpiła i deprecjonowała wszystko, co stanowiło o obliczu kulturalnym Ameryki. Wydano wojnę Hollywood i tu do jednego worka ze szmirą włożono Roberta Altmana i Francisa Forda Coppolę, nie do przyjęcia był Bob Dylan, a Mick Jagger przypominał pastora Jonesa z Gujany, no i precz z Kurtem Vonnegutem, Josephem Hellerem i Normanem Mailerem. Tyrmand słał ciosy trochę na oślep, bo gdyby przyjrzał się bez uprzedzeń na przykład Altmanowi, czy Vonnegutowi, to powinien zobaczyć sojuszników.

Za czasów Tyrmanda „Chronicles of Culture” miała przynajmniej 15 tysięcy subskrybentów. Po śmierci pisarza na zawał w 1985 roku liczba ta zmalała do 8 tysięcy. Umarła także idea Tyrmanda o znaczeniu kultury w kształtowaniu społeczeństw. Po śmierci pisarza ośrodek w Rockford zajął się innymi wątkami w konserwatyzmie.

Nonkonformizm nie na pokaz

„Szokujący” zwrot Tyrmanda na prawo nie uszedł uwagi Polaków na emigracji i później w kraju. Ten warszawski liberał, twórca festiwalu Jazz Jamboree, który mówił o sobie: „jestem dziwkarz i bokser”, bikiniarz (nieortodoksyjny) i zawołany nonkonformista z warszawskich czasów, w Ameryce został prawicowcem. Do dzisiaj liberałowie w Polsce próbują to sobie jakoś wytłumaczyć lub zbywać milczeniem, żeby ten Lolek w kolorowych skarpetkach pozostał ich luzackim Lolkiem.

Leopold Tyrmand pozostał sobą. W Warszawie, Nowym Jorku i w Rockford. Zawsze był antykomunistą i to w Ameryce przegrywającej wojnę w Wietnamie niekoniecznie w dżungli, a pod ostrzałem ABC, CBS i NBC , za fasadą hipisowskiej kontrkultury przełomu lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych dostrzegł czające się widmo komunizmu. Naturalnie, nie dokładnie tego znanego mu z Warszawy, ale zawsze znoszącego wolność jednostki.

Niepoprawny politycznie antykomunista, wróg aborcji i LGBT pogrąża lewicę

W kapitanie rezerwy jego zwolennicy widzą szeryfa, który rozprawi się z korupcją, kryzysem, przestępczością i przywróci tradycyjne wartości.

zobacz więcej
Antykomunizm kazał mu bronić Ameryki przed nią samą i wbrew wszystkiemu. Jego nonkonformizm nie był przekorą na pokaz, wymagał odwagi i wiary w siebie. A potrafił zaszarżować.

Gdy Wilno zajęli Niemcy, Tyrmand, Żyd z pochodzenia, zgłosił się z fałszywymi wątpliwej jakości papierami na roboty do Rzeszy, w samo oko cyklonu. Po wojnie był już tylko ciągle zagrożony marginalizacją i literackim unicestwieniem przez wielbicieli Stalina. Uważał, być może też trochę szarżując, że aby zrobić karierę po obu stronach żelaznej kurtyny trzeba było mieć w biografii lizanie butów Stalinowi. Mówiąc w przenośni, rzecz jasna.

Po wojnie świat poszedł na lewo, ale nie Tyrmand. I nie było w jego przypadku żadnego niezrozumiałego zwrotu na prawo. Nigdy nie był na lewo ani w Polsce, ani w Ameryce. W „Cywilizacji komunizmu” napisał, że w hitleryzmie, przy całym jego okrucieństwie, „można było umierać godnie, nawet z dumą, nie zapierając się samego siebie", natomiast "komuniści potrafili (...) zabrać ludziom wszystko, nawet ich identyczność, nawet ich cień jak w owej staroniemieckiej bajce, nawet ich przeszłość i przyszłość".

Jak w latach siedemdziesiątych w Ameryce, tak i teraz na świecie są liczne kręgi, dla których ta trafna diagnoza różnic pomiędzy zbrodniczymi totalizmami może świadczyć o prawicowym czarnym podniebieniu piszącego, a może nawet trzeba by z takim do lekarza.

W roku 2020 przypadła setna rocznica urodzin i trzydziesta piąta rocznica śmierci Leopolda Tyrmanda. W uchwale sejmowej oddającej hołd pisarzowi napisano: „Leopold Tyrmand, autor kultowej powieści «Zły» i bezkompromisowego «Dziennika 1954» był jednym z najbardziej oryginalnych prozaików polskich drugiej połowy XX wieku. W najtrudniejszych czasach zachował wymagającą odwagi niezależność intelektualną”.

– Krzysztof Zwoliński

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy


Korzystałem z książki „Tyrmand i Ameryka” Katarzyny Kwiatkowskiej i Macieja Gawęckiego. Niepublikowane listy do Jerzego Giedroycia za: Magdalena Grochowska „Giedroyć pali Tyrmanda” w Gazecie Wyborczej z 18 maja 2012 roku.
Zdjęcie główne: Leopold Tyrmand podczas festiwalu jazzowego w Sopocie w 1956 roku. Fot. PAP/Janusz Uklejewski
Zobacz więcej
Historia Najnowsze wydanie
Japoński dyplomata, który ratował polskich Żydów
Wiedział, że jeśli przeciwstawiłby się rozkazom swoich przełożonych, zostałby zwolniony i okryłby się hańbą.
Historia Poprzednie wydanie
Syberyjski Rockefeller. Polski milioner w Rosji
Produkował dla Rosjan setki tysięcy wiader spirytusu.
Historia Poprzednie wydanie
Freie Stadt Danzig. Niebezpieczna nostalgia nad Motławą
Ulice były wolne dla brunatnych batalionów.
Historia Poprzednie wydanie
Tłum szturmował samoloty, statki i barki. Amerykańska hańba
To moralna porażka Stanów Zjednoczonych – donosił prezydentowi Fordowi Henry Kissinger.
Historia wydanie 10.09.2021 – 17.09.2021
Dekalog dobrego człowieka
Społeczna Krucjata Miłości miała doprowadzić do powstania „nowych ludzi plemienia”.