Cywilizacja

iPhone 12 debiutuje w 20. rocznicę powstania smartfona. Dwie dekady temu telefon przestał być… telefonem

W Kraju Kwitnącej Wiśni w roku 2000 zaczął być sprzedawany pierwszy telefon mający funkcję aparatu cyfrowego. I choć ilość pikseli (110 tys.) była aż 100 razy mniejsza niż w obiektywie obecnego zwykłego smartfona, to w pełni wystarczyło, aby nastała epoka selfie.

20 lat temu rozpoczęła się jedna z największych rewolucji technologicznych. Wprawdzie powstanie telefonu komórkowego datuje się na lata 80. XX wieku, gdy na rynku pojawiły się pierwsze „komórki” okazałych rozmiarów, ale momentem przełomowym w tej dziedzinie wcale nie było odłączenie aparatu od kabla, czy wprowadzenie ekranu dotykowego i pierwszego iPhone’a. Smartfon stał się smartfonem w roku 2000, gdy wprowadzono dwie innowacje, dziś uznane za kluczowe w samej definicji tego urządzenia.

Czy stworzenie smartfona może być stawiane w historii świata w jednym rzędzie z wynalezieniem druku w XV wieku i wprowadzeniem maszyny parowej w XIX? Ano można to zaryzykować. Skala zmian, jakie spowodował w życiu ludzi, jest bowiem ogromna. Pozwala nam nie tylko na komunikację, ale i naukę, zastępuje gazetę, umożliwia czytanie i słuchanie książek, muzyki, radia, oglądanie filmów, działanie w internecie, robienie zdjęć, zakupów, przelewów czy korzystanie ze środków transportu. I to tylko część jego możliwości. To nasz życiowy asystent, elektroniczne „ja”.

A że każda epoka chce mieć swój przełom i legendarnego innowatora, to prawo do tego roszczą sobie właśnie smartfon i Steve Jobs, zmarły w 2011 roku założyciel firmy Apple (choć pewnie o to miano konkurują z nimi Facebook i Mark Zuckerberg). Czy słusznie?
Steve Jobs demonstruje funkcjonalność żyroskopu w iPhonie 4 podczas Apple Worldwide Developers Conference (WWDC) w San Francisco, 7 czerwca 2010 r. Jobs przedstawił przeprojektowany smartfon, mający o 24 procent cieńszą obudowę i 100 nowych funkcji. Fot. David Paul Morris/Bloomberg via Getty Images
Spory o to, kto tak naprawdę zrewolucjonizował telefon komórkowy ciągle trwają, a Jobs, który w roku 2007 zaprezentował pierwszego iPhone’a, przez lata odpierał zarzuty o podkradanie technologii konkurencji. Złośliwi wielokrotnie przypominali mu słynną wypowiedź w jednym z wywiadów, parafrazującą słowa Pabla Picassa: „Dobrzy artyści kopiują, wspaniali — kradną”.

Twórca najbardziej rozreklamowanego urządzenia telekomunikacyjnego, a takim jest amerykański iPhone, zawsze chciał być uznawany za największego wizjonera naszych czasów. Tylko, że to nie jego innowacje uczyniły telefon smartfonem. Powstały bowiem w krajach, które dziś działają na peryferiach tego biznesu. W czasie, gdy wizjonerowi z Apple’a nie śniło się produkowanie „komórek”. Polegały na podłączeniu telefonu komórkowego do internetu i wyposażeniu w aparat fotograficzny.

Skok na internet i przekleństwo selfie

Finlandia w latach 90. była nie tylko ojczyzną najlepszych skoczków narciarskich, ale miejscem największych innowacji w dziedzinie telekomunikacji. Nokia, spadkobierczyni XIX-wiecznej firmy produkującej kable do telegrafów, pod koniec XX w. zdominowała branżę. Fińska marka, będąca w ostatniej dekadzie zeszłego wieku wręcz synonimem słowa „komórka”, w roku 1998 była globalnym liderem w produkcji telefonów i do dziś dzierży palmę pierwszeństwa w liczbie sprzedanych sztuk jednego modelu: Nokia 1110 z roku 2006 znalazła aż 250 mln nabywców, więcej niż kultowy model 8110, zwany bananem z powodu kształtu obudowy, na który szał zapanował, gdy w 1999 r. pojawił się w filmie „Matrix”.
Keanu Reeves jako Neo i Carrie-Anne Moss jako Trinity – rozmawia przez komórkę, tzw. banana. Przez łącza telefoniczne niepodłączeni do Matrixa ludzie przenikali ze świata realnego (jest w nim rok 2199), opanowanego przez sztuczną inteligencję, do tego programu komputerowy symulującego świat idealny z roku 1999. Film rodzeństwa Wachowskich został w 1999 roku wyprodukowany przez studia Warner Bros. i Village Roadshow Pictures. Fot. Kadr z „Matrixa” – printscreen
I to właśnie na północy Europy na przełomie XX i XXI wieku po raz pierwszy opracowano standard GPRS, czyli udostępniania pakietów danych, zamiast przekazywania danych poprzez zwykłe połączenie telefoniczne. Nokia z początkiem nowego tysiąclecia rozpoczęła globalną sprzedaż modelu 7110, będącego pierwszym aparatem posiadającym przeglądarkę WAP. Globalna sieć dostępna w kieszeni użytkownika stała się faktem.

Być on-line w każdym miejscu i czasie? To oczywiście na przełomie wieków nie mieściło się w głowie. Jeszcze bardziej fantastycznie wyglądał pomysł połączenia telefonu z aparatem fotograficznym. Gdy w Polsce zaczynaliśmy zachwycać się aparatami cyfrowymi i faktem, że nie trzeba już kupować klisz światłoczułych, Japończycy byli dwa kroki dalej. W Kraju Kwitnącej Wiśni w roku 2000 zaczął być sprzedawany Sharp J-SH04, pierwszy telefon mający funkcję cyfrówki. I choć ilość pikseli w aparacie (110 tys.) była aż 100 razy mniejsza niż w obiektywie obecnego zwykłego smartfona, to w pełni wystarczyło, aby nastała epoka selfie. Narcystyczna zaraza i koszmar naszych czasów rozpoczęła się równo z obecnym millenium.

Firmy, które wdrożyły te dwie wielkie innowacje, wylądowały niestety na obrzeżach historii smartfona. Ich rewolucyjne, jak na owe czasy, modele można oczywiście znaleźć w zbiorach kolekcjonerów lub muzeach techniki. Fińscy innowatorzy z Nokii nie potrafili jednak nadążyć za coraz szybszym pędem konkurencji. Marka została wykupiona przez Microsoft, ale to nie pomogło, gdyż Bill Gates również nie odnalazł się w świecie telefonii, a mobilny system Windows zakończył swój żywot w roku 2007. Dziś nieliczne nokie są produkowane na licencji przez inną firmę, a legendarne przedsiębiorstwo bardziej specjalizuje się w tworzeniu sieci 5G. Z kolei Sharp nie jest już firmą japońską, został przejęty przez koncern z Tajwanu i wypadł z branży producentów komórek.
Rozrywkowe show „Saturday Night Live” amerykańskiej telewizji NBC. Jay Pharoah jako prezydent Barack Obama i Kate McKinnon jako premier Danii Helle Thorning-Schmidt – para polityków w grudniu 2013 r. zasłynęła gafą: podczas pogrzebu Nelsona Mandeli robili sobie wspólne selfie. Fot. Dana Edelson/NBCU Photo Bank/NBCUniversal via Getty Images
Konkurencji na agresywnym rynku nie wytrzymały także inne przedsiębiorstwa, których modele znamy z dawnych lat: amerykańska Motorola, japońsko-szwedzki Sony Ericsson, którego modeli używał w serii o Jamesie Bondzie bohater grany przez Daniela Craiga, czy niemiecki Siemens reklamowany przez słynnego brazylijskiego piłkarza Ronaldo. Nadeszły bowiem nowe czasy. Rynek urządzeń przeszedł radykalną monopolizację (ekonomiści używają tego pojęcia twierdząc, że de facto w tej branży każdy posiada swoje produkty i trudno ją nazwać oligopolem), a smartfon po 20 latach swojej historii także przestaje być już tylko smartfonem.

Jabłko, Google i Chińczycy

Dziś tylko trzy kraje dzielą i rządzą na rynku technologii telekomunikacyjnej: Chiny, Korea Południowa i USA. Korporacje z tych trzech państw zdominowały wcześniejszych rywali i innowatorów ze Skandynawii (Nokia, Ericsson), Niemiec, Japonii i Kanady (z ostatniego kraju pochodził słynny telefon pokolenia yuppies, ale i Baracka Obamy – BlackBerry).

Kraj rynkowego komunizmu, czyli Chiny, powołał do życia trzy giganty: Huawei, Xiaomi i Vivo. Trzecia firma jest zupełnie nieznana w Polsce, ale właśnie w tym roku szykuje wielką europejską ekspansję. Obecnie co trzeci smartfon sprzedawany w Europie pochodzi od jednej z chińskich marek, a większość urządzeń jest produkowana w Państwie Środka. To dziś światowe zagłębie produkcji smartfonów. Nawet amerykański Apple składa swój flagowy produkt rękami chińskich robotników, co może dziwić, gdyż obliczono, iż gdyby miał być wytwarzany w USA, jego cena wzrosłaby raptem o kilkanaście procent.

W ciągu ostatnich lat nastąpiła także kumulacja w zakresie listy systemów operacyjnych, czyli oprogramowania, dzięki któremu działa nasz telefon i zainstalowane na nim aplikacje. Jeszcze w roku 2010, gdy smartfonów na świecie było „tylko” 305 milionów, większość pracowała na prymitywnym dziś Symbianie, a 23 proc. miało dobrze znany nam Android. 16 proc. telefonów wyposażono w zapomniany już BlackBerry, a niespełna 14 proc. stanowił system Apple.
W 2019 roku w 2,5 miliarda smartfonów używanych na świecie był zainstalowany system operacyjny Android. A zatem w około 850 milionach innych działał system iOS, z którego w Polsce korzysta raptem 10 proc. użytkowników „inteligentnych telefonow”. Z ciekawostek: spór USA z Chinami spowodował, że aparaty Huawei przestają być licencjonowane w sklepie Google, co skłoniło chińskiego potentata do prac nad wdrożeniem własnego systemu operacyjnego. Grafika: Anna Tybel-Chmielewska
Dziś na blisko 1,4 miliarda smartfonów na świecie instalowane są tylko dwa systemy. 86 proc. działa na Androidzie, prowadzonym przez konsorcjum firm, ale administrowanym głównie przez wielkiego internetowego monopolistę, czyli Google (Alphabet). Pozostałe są wyposażone w system amerykańskiego Apple’a.

Miliard szpiegów

W tym miejscu kończą się jednak peany nad wspaniałą technologią i wynalazkiem smartfona. Po 20 latach zaczynamy dostrzegać negatywy tej rewolucji w międzyludzkiej komunikacji.

Telefony komórkowe najpierw miały złą prasę z powodu podejrzeń o powodowanie raka mózgu, ale jak widać nikt się tym zbytnio nie przejął. Choć na liście WHO z roku 2011 technologia mobilna była klasyfikowana jako możliwie rakotwórcza, to nikomu nie przyszło (nomen omen) do głowy, aby zakazywać ich użytkowania.

Po latach przekonujemy się, że owszem, wpływają na mózg, ale bardziej w kontekście psychologicznym. Okazuje się, że ich nadużywanie powoduje zaburzenia snu, lęk i niepokój. Psychologowie społeczni przestrzegają, że zbyt częste korzystanie z mediów społecznościowych, bombardowanie się powiadomieniami faktycznie uzależnia nas od ciągłego bycia online, a brak sieci czy dostępu do urządzenia powoduje FOMO (ang. fear of missing out — pol. lęk przed przegapieniem/odłączeniem), zespół niepokoju związanego z brakiem dostępu do informacji i powiadomień.

Największe kontrowersje związane ze smartfonami to sprawa wielkiej polityki międzynarodowej i relacji Chin z resztą świata. Huawei, firma założona przez byłego funkcjonariusza komunistycznego aparatu władzy Państwa Środka, od roku 2004 do dziś sprzedała na świecie ponad miliard smartfonów. Urządzenia podobno mogą mieć wbudowane moduły pozwalające na szpiegowanie użytkowników, choć w obecnych czasach nie powinno to być dla nikogo zaskoczeniem, gdyż cyfrowy ślad pozostawiamy za sobą wszędzie.
Popularność marek wśród użytkowników smartfonów. Huawei 20% udziału w światowym rynku zawdzięcza głównie Chińczykom – tej marki jest tam aż 46%, w USA zaledwie 1%. Sprzęt Apple najbardziej rozpowszechniony jest w… Japonii, gdzie 60 proc. użytkowników ma iPhone’a. To także najpopularniejsza marka w macierzystych Stanach Zjednoczonych i Wielkiej Brytanii. Grafika: Anna Tybel-Chmielewska
Mimo braku konkretnych dowodów na temat tego, że Huawei przekazuje informacje do chińskiej służby bezpieczeństwa, w wielu europejskich krajach część urzędników państwowych ma zakaz używania sprzętu tej marki. W połowie maja prezydent USA Donald Trump podpisał rozporządzenie, które zakazuje amerykańskim sieciom użytkowania sprzętu chińskiej korporacji. Podobne rozporządzenia przyjęły rządy Australii i Wielkiej Brytanii. W ich ślady mają pójść Indie, kraje skandynawskie i prawdopodobnie Polska.

Jest jeszcze inny problem związany z posiadającym świetny marketing chińskim lewiatanem. Zaawansowane technologie mobilne z Chin, w macierzystym kraju stoją za mechanizmami kontroli społecznej, o których nie śniło się nawet autorowi roku „1984” George’owi Orwellowi. „Chiny 5.0” opisał w swojej książce o takim tytule niemiecki korespondent w Pekinie Kai Strittmatter. Wykazał, że dzisiaj to najbardziej totalitarne państwo współczesnego świata. Technologie mobilne służą tam nie tylko do pełnej kontroli obywateli, włącznie z zaawansowanymi mechanizmami rozpoznawania twarzy i linii papilarnych, ale przede wszystkim opresyjnemu aparatowi służby bezpieczeństwa, który blokuje próby powstawania opozycji, prześladuje mniejszości etniczne i religijne, jaki choćby Ujgurów.

Inna sprawa, że wykorzystanie smartfonów do śledzenia obywateli stało się niezwykle przydatne, gdy świat znalazł się w szponach koronawirusa. Chiny od razu włączyły systemy monitorowania wszystkich, którzy w czasie kwarantanny chcieliby opuścić mieszkanie, co oczywiście bardzo pomagało w opanowaniu pandemii (tak brzmi przynajmniej oficjalna wersja rządu w Pekinie). W Indiach kilkadziesiąt milionów obywateli używa aplikacji Aarogya Setu, która pozwala stwierdzić, czy w ciągu ostatnich dni byli w odległości co najmniej 1,5 m od osoby zakażonej. W skutecznie radzącej sobie z epidemią Korei Południowej rekordy popularności biła aplikacja mobilna Corona100m, potrafiąca lokalizować chorych, gdyby mieli – wraz ze swoim smartfonem – pojawić się w odległości 100 metrów od nas.


Oczywiście tego rodzaju aplikacje powstały także w praktycznie każdym kraju Europy, w tym w Polsce (ProteGOSafe), nigdzie jednak ich użycie nie jest obowiązkowe. Przyczyną jest obawa o ograniczanie wolności i gromadzenie prywatnych danych. Dziś, np. Norwegia jest oskarżana przez Amnesty International o to, że aplikacja Smittestopp (pol. zatrzymaj infekcję) pozyskuje zbyt dużo informacji o zachowaniach obywateli.

20 tysięcy boisk

Oczywiście nasze zdrowie, pomimo chwytliwych haseł reklamowych, nie jest głównym powodem troski producentów smartfonów. W pierwszej kolejności liczy się sprzedaż, a ta – co trzeba przyznać – jest obłędna. W wyścigu technologicznych gigantów meta nie istnieje. Nowe modele pojawiają się z każdym sezonem, a koczujący pod siedzibą Apple’a wyznawcy kultu iPhone’a to stały obrazek, towarzyszący premierze kolejnych wersji.

Smartfon jest też wielkim symbolem współczesnej gospodarki, gdyż praktycznie żadne urządzenie elektroniczne nie ma tak krótkiego cyklu życia. Co dwa lata nasze telefony stają się przestarzałe, a recyklingu wymaga zarówno aparat, jak i ładowarka. Według Instytutu Gartnera w latach 2007-2020 sprzedano blisko 15 miliardów sztuk smartfonów. Gdyby poukładać je wszystkie blisko siebie na ziemi, szczelnie, zajęłyby powierzchnię... 20 tysięcy boisk piłkarskich. Poukładane jeden na drugim utworzyłyby wieżę o wysokości 100 tysięcy kilometrów. To odległość dłuższa niż jedna czwarta drogi na Księżyc, która wynosi 384 tys. km.

Nawet najbardziej nowoczesne smartfony będą bezużyteczne. Koszty rewolucji 5G

Używanie „komórki” przez 30 minut dziennie przez 10 lat zwiększa prawdopodobieństwo zachorowania na glejaka od 40 aż do 170 procent.

zobacz więcej
Każdego roku sprzedawanych jest około 1,5 miliarda nowych urządzeń, a wszystko wskazuje na to, że ta liczba może znacząco się zwiększyć. Największym trendem technologicznym w komunikacji ma być bowiem w obecnej dekadzie sieć 5G, nowy, znacznie szybszy sposób przesyłania danych w oparciu o częstotliwości tzw. fal milimetrowych.

Hasło „5G” które towarzyszy każdej reklamie usług telekomunikacyjnych i wkrótce smartfonów, jest jednak wielką marketingową manipulacją. Technologiczni eksperci, którzy nie chodzą „na kabelku” koncernów wskazują, że: po pierwsze to, co dziś oferują telekomy, to tak naprawdę pseudo-5G, czyli szybszy internet sprzedawany pod nową nazwą, a po drugie, że nawet jeżeli 5G już się pojawi, to obecnie dla użytkowników telefonów będzie praktycznie bezużyteczna. Nie istnieją jeszcze stacje bazowe tej technologii, a jej specyfika będzie polegała na bardzo gęstym ustawieniu nadajników, np. wzdłuż dróg dla potrzeb pojazdów w sieci 5G.

To stoi w sprzeczności z wolnością dostępu do sieci, którą chcemy mieć niezależnie od miejsca, w którym przebywamy. Fani gadżetów są jednak karmieni obietnicą jeszcze szybszego przesyłania danych, choć dziś praktycznie w każdym polskim mieście możemy bez problemu łączyć się z internetem, oglądać i czy przesyłać wideo.

Niezależnie od wątpliwości, standard 5G jest już uznany za kolejny wielki krok w rozwoju technologicznym. Nie zapominajmy jednak, że będzie on oznaczał wymianę urządzeń, które mamy teraz (4G, LTE) na nowe, obsługujące to pasmo. Historia smartfona i magazyny producentów nie znoszą próżni.

– Cezary Korycki

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy

Zdjęcie główne: Widownia rejestruje na lotnisku Smith Reynolds w Winston Salem w Północnej Karolinie przybycie prezydenta Donalda Trumpa na pokładzie Air Force One, podczas kampanii wyborczej we wrześniu 2020 r. Fot. Sean Rayford / Getty Images
Zobacz więcej
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Od milionera do zera. Czyli: czego nie życzymy Idze Świątek
Polska tenisistka na kortach zarobiła już grubo ponad 10 mln złotych. Ale musi pamiętać, że większość gwiazd sportu bankrutuje krótko po zakończeniu kariery.
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Kim są panie, które każą „wypier…”? Mapa polskiego feminizmu
Przyszłość polityki czy gwiazdy jednego sezonu?
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Wojna siedemdziesięciolatków. Czy o wyniku zdecydują „wstydliwi”?
Już wiadomo, kto przez najbliższe 4 lata będzie lokatorem Białego Domu: biały mężczyzna o w podeszłym wieku o jasnych włosach.
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Nowe zaburzenie w czasach pandemii: lęk przed odcięciem od lajków
Czy można zachować psychiczną równowagę, gdy zarówno nauka, czas wolny, jak i kontakty z rówieśnikami są on line?
Cywilizacja Poprzednie wydanie
Zrozumiały strach lekarzy. I jego możliwe tragiczne skutki
Dlaczego medycy „dezerterują” w czasie pandemii?