Cywilizacja

Covidowcy, czyli trędowaci 2020. O chorobowej stygmatyzacji

Komentując relację wyleczonego Igora Zalewskiego w Tygodniku TVP „Wirus ostro mnie przeczołgał”, dziennikarka Agata Puścikowska napisała: „Przeszłam w chorobie piekło. Mam powikłania (…), ale już publicznie o tym nie mówię i nie piszę, bo szurnia posądziła mnie o: 1. Branie kasy od Szumowskiego; 2. Psychiczny odlot, czyli uleganie psychomanipulacji. Przecież nie mogłam mieć COVID, do tego zapalenia ciężkiego płuc i nerek, bo to tylko zwykły wirus. Jakich wiele; 3. Zabieranie lekarzy i kasy z NFZ naprawdę chorym, czyli onkologicznie; 4. Karę za zasłużone grzechy”.

Jeszcze w kwietniu, gdy w Polsce przeważał lęk przed koronawirusem – gdyż spodziewano się raczej, że przy stanie naszej służby zdrowia, „państwie z dykty” oraz polskim pechu epidemia nas powali – pojawiły się przykłady odrzucenia zakażonych oraz pracowników służby zdrowia. Prasa i media społecznościowe donosiły o pielęgniarce, której dziecka nie przyjęto do przedszkola, piekarzu, który nie chciał obsługiwać medyków, o czym informował kartką wywieszoną na drzwiach swego sklepu, czy pacjentach, których nie chciała zabrać karetka, bo poza poranionymi stopami czy wywichniętymi rękoma mocno kaszleli i mieli nieszczęście być w dodatku bezdomnymi.

Podobnie, tylko gorzej (lub częściej to opisywano), było we Francji. Wieczorami bito im brawo, a o poranku pielęgniarki i lekarze paryscy czy strasburscy znajdowali za wycieraczkami swoich pojazdów karteczki od życzliwych sąsiadów, którzy nie życzyli sobie, aby służby medyczne mające „kontakt z zarazą” parkowały pod ich domem. Omawiane szeroko w mediach akty solidarności z personelem medycznym, osobami starszymi, ludźmi na kwarantannie czy ich psami, które trzeba było wyprowadzać, nie zerowały tej, wcale nie tak rzadkiej, stygmatyzacji. De facto one ją uwypuklały.

Dziennikarz wyleczony z COVID-19: wirus ostro mnie przeczołgał

Relacja Igora Zalewskiego, który przeszedł zakażenie koronawirusem SARS-CoV-2.

zobacz więcej
Dziś chorzy i rekonwalescenci COVID-19 są stygmatyzowani społecznie w Polsce głównie jako „roznosiciele paniki i kłamstwa”. To przecież rząd światowy zgotował nam ten los, aby nas kontrolować. I furda, że pół roku temu ten rząd światowy chciał nas wszystkich sfotografować w celu kontroli, dziś zaś każe nam w celu kontroli nosić maski i cały jego precyzyjny plan masowego rozpoznawania twarzy właśnie idzie się czesać… Teorie spiskowe nie muszą być spójne. „Logika to suka” i nie ma co się nią kłopotać, budując je każdego kolejnego dnia dla ich notorycznych wyznawców.

Liczy się tupet, parcie na szkło i świetne wyczucie nastrojów

Problem ozdrowieńców z COVID-19 polega na tym, że samą swoją egzystencją przeczą obowiązującej w polskim internecie wersji zdarzeń, że żadnej pandemii „nie było, nie ma i nie potrzeba”. Ci, co do dziś się nie mogą pozbierać po chorobie, mają się zamknąć. Bo na pewno kłamią i w ogóle im zapłacono. Tak jak płaci się lekarzom za diagnozę COVID-19. Każdorazowo tysiąc dolarów (chyba zimbabwańskich).

Najlepiej by było, aby owi „kowidowcy” jakoś zniknęli. Jeśli nawet im wierzymy, to jednak tak trochę na siłę. To im przynajmniej sugerują nie tak nieliczni znajomi z mediów społecznościowych. Aby się wynieśli, gdzieś daleko od nas, a nie zawracali głowę tym nieistniejącym problemem. Wzbudzają niechęć. A że jest ich w Polsce niewielu, wykluczenie ich, najpierw ze świadomości, jest proste i bezkarne.

Media rozmaite najpierw aż dronem latały za tym pierwszym polskim zarażonym (co było SKANDALEM), dziś jednak jakoś brak im chęci do wysłuchania tych setek, które może by się i podzieliły tym, chwała Bogu nie tak częstym u nas nadal doświadczeniem, jak pełnoobjawowy COVID-19 u młodych, zdrowych, pięknych i szczęśliwych. Opowieść o swoim społecznym doświadczeniu „po kowidzie” moich przyjaciół-rekonwalescentów daje się zwerbalizować tak: „Wyobraź sobie, że cię zgwałcono. I przełamujesz się i opowiadasz o tym ludziom – czasem krzycząc, bo to było straszne – bo wydaje ci się to ważne, aby walczyć z gwałtem. A oni kiwają głowami, mówią: – Tak, tak, no oczywiście, my ci absolutnie wierzymy, ale widzisz… no tak w ogóle to ludzie przecież nie gwałcą ludzi tak na ulicy, nie?”.

Aby nie zburzyć sobie tej wizji świata, którą już przyjęliśmy, wśród „znajomych z FB” mówimy zatem ozdrowieńcom, choć niekoniecznie dosłownie (mimo, że czasem są naszymi przyjaciółmi i znamy się „z realu”): „wierzę ci, ale jakie to ma znaczenie to twoje doświadczenie? Statystycznie żadne”. Dajemy sygnał, że nie będziemy już tego słuchać nawet z tak minimalnym zrozumieniem, na jakie się zdobyliśmy tym razem, więc oni się wycofują.
Protest przeciwko restrykcjom wprowadzonym z powodu pandemii COVID-19. Warszawa 12 września 2020 r. Fot. PAP / Abaca, Omar Marques
I zostają ze swoim doświadczeniem sami, choć zdawało im się wcześniej, że ich znajomi byli normalnymi empatycznymi ludźmi, nawet dobrymi chrześcijanami. Boli? Musi. Zamyka się ich w mediospołecznościowej kwarantannie, którą ostatecznie sami pilnie zachowują, bo od przyjaciół spotkała ich często co najwyżej akceptacja, od znajomych obojętność, a od obcych wrogość, hejt i zniewagi. Znikają z pola widzenia, aby zachować wewnętrzny spokój i unikać ciosów. Kto chciałby się kopać z koniem?

W Polsce właściwie nie zamieszcza się takich relacji, jak ta, którą opublikował Tygodnik TVP – znanego dziennikarza Igora Zalewskiego wyleczonego z COVID-19: „Wirus ostro mnie przeczołgał”. W komentarzu na Facebooku odnoszącym się do tego artykułu pani Agata Puścikowska, dziennikarka m.in. „Gościa Niedzielnego”, tak opisała z kolei swoje życie „po COVID-19”: „Podziwiam za odwagę i pisanie publiczne o tym doświadczeniu. Przeszłam w chorobie piekło. Mam powikłania do tej pory bardzo poważne. I nie wiadomo co dalej. Chciałam przez chwilę mówić o tym, by po prostu ostrzec lekkoduchów. Ale już publicznie o tym nie mówię i nie piszę, bo szurnia posądziła mnie w listach i komentarzach o: 1. Branie kasy od Szumowskiego; 2. Psychiczny odlot, czyli uleganie psychomanipulacji. Przecież nie mogłam mieć COVID, do tego zapalenia ciężkiego płuc i nerek, bo to tylko zwykły wirus. Jakich wiele; 3. Zabieranie lekarzy i kasy z NFZ naprawdę chorym, czyli onkologicznie; 4. Karę za zasłużone grzechy i brak modlitwy. Bo jak się człowiek modli, to COVID go nie łapie. Wiadomo”.


Po co ich słuchać, po co im wierzyć? Jest przecież pieśniarka po technikum pszczelarskim, jej kolega po fachu ze znacznie mniejszym talentem i tylko jednym przebojem, jest nawet pewien popularny od lat telewizyjny producent oraz nie mniej, a nawet bardziej znany bloger, który lubi być kontrowersyjnym, jest i tłumacz z licznych języków, znający się też nieźle na kursie dolara w czasie. Żadna z tych oraz licznych innych internetowych sław z tysiącami wejść na YT czy FB nie posiada cienia wykształcenia lub choćby doświadczenia takiego „frontowego”, typu harcerz po przeszkoleniu pierwszej pomocy ze sprawnością „pielęgniarz”, pozwalającego w ogóle zabierać głos na tematy chorób, w tym zakaźnych, oraz epidemii. Ale kto by dziś się przejmował takimi detalami, jak brak kompetencji w momencie wypowiadania się? Liczy się tupet, parcie na szkło i świetne wyczucie nastrojów, by wpisać w nie swoją narrację.

Prasa jednak światowa, z krajów, którym SARS-CoV-2 pokazał, że potrafi zarażać i wykańczać z wystarczającą dla budzenia lęku częstością, czyli np. USA, Brazylii, Indii, pozwala zakażonym i ozdrowieńcom mówić. Da się też tam przeczytać o sytuacjach, jak w Nepalu, gdzie pracownicy służby zdrowia zostali wyrzuceni z wynajmowanych mieszkań. Na Haiti zaatakowano szpitale leczące pacjentów z COVID-19. Niektórzy zaś lekarze w Chennai w Indiach unikali badań ze względu na kłopoty, jakie mogliby napotkać z sąsiadami, gdyby okazało się, że są zakażeni SARS-CoV-2, i roznosili chorobę. Niewiedza i ignorancja budzi lęk, lęk zaś (najczęściej nieuświadomiony) jest źródłem stygmatyzacji i odrzucenia „innego”. Klasyka.

Zabić Kotańskiego i rodzinę jego

Stygmatyzacja w przypadku COVID-19 jest paradoksalnie źródłem rozprzestrzeniania się choroby, a nie jej ograniczania. Bo ludzie unikają testów, by nie narazić się na społeczne reperkusje. I sieją koronawirusem. Oczywiście często do tego swojego unikania testów dorabiają sobie liczne racjonalizacje.

Wychodzą na ulice, bo nie chcą nosić masek. Niemcy, którzy nie wierzą w pandemię

Nonkonformiści mają imponujący potencjał mobilizowania protestujących.

zobacz więcej
Na łamach prestiżowego periodyku naukowego „Science” przedstawiono niedawno historię hinduskiej stomatolog Azmery Shaikh z Bombaju. Ta lekarka zaangażowana jako wolontariusz w organizacji „Doctors for You”, niosącej pomoc medyczną do slumsów, nie była zdziwiona, gdy tam spotykała się z wrogością, rozstawiając swój „namiot diagnostyczny”. Diagnoza pozytywna COVID-19 oznacza bowiem w slumsach wyrzucenie z budy na ulicę, a to może być początek staczania się na samo dno. Ale ludzie ze slumsów nie mają na ogół żadnej, nawet najbardziej podstawowej edukacji, co ich po prostu usprawiedliwia. Gdy jednak dr Shaikh uległa zakażeniu i poczuła się bardzo źle, by ostatecznie wraz z także pozytywną w teście na COVID-19 matką zostać zabrana przez specjalną karetkę ze swego pięknego domu w dobrej dzielnicy, zobaczyła sąsiadów. Nie telefonowali z troską zapytać się pozostałych domowników, umieszczonych w domowej kwarantannie, jak można pomóc. Sfilmowali natomiast z wielu telefonów całą sytuację i natychmiast upublicznili z prześmiewczymi lub złośliwymi komentarzami. Tę stygmatyzację indyjska lekarz uznała za bardziej traumatyzującą od samej choroby [1].

Czy ktoś jeszcze, tak jak ja, pamięta, jak 30 lat temu pandemia AIDS przyszła i do nas? Nagle jakaś „gejowska dżuma” z San Francisco ląduje w Polsce z dziesięcioletnim poślizgiem. Jeszcze nie wśród środowiska rozpracowywanego od lat przez SB w ramach operacji pod kryptonimem „Hiacynt”, ale wśród jakże licznych i nic nie mających oczywiście wspólnego z socjalistyczną ojczyzną i jej przejściowymi trudnościami, narkomanów. Najpierw stołecznych, potem prowincjonalnych.

Tu upada z hukiem komunizm, a tu AIDS, najpierw kilku, kilkunastu, wreszcie kilkudziesięciu zarażonych! I staje Marek Kotański (Człowiek przez wielkie „C”, który moim zdaniem powinien mieć pomnik w każdym większym polskim mieście), a potem dwóch ojców Kamilianów i próbują, jak to się dziś ładnie mówi „ogarnąć temat” nosicieli HIV wśród narkomanów. Kotan wraz ze śp. Kuratosią (senator Zofią Kuratowską) i śp. marszałkiem Sejmu Mikołajem Kozakiewiczem (tym wybranym „z ziemi polskiej”) zakładają stowarzyszenie „Solidarni wobec AIDS Plus”. Pamiętacie jeszcze państwo nazwy takich miejscowości, jak Kawęczyn, Głoskowo, Rybienko pod Wyszkowem?

A było tak: „Na przystankach autobusowych pojawiają się kartki z hasłem »Zabić Kotańskiego i rodzinę jego«. […] Chłopi, za pomocą furmanek i przyczep do ciągników, blokują drogę do ośrodka, piszą petycję w proteście przeciwko obecności zakażonych: »nikt na czele z panem Kotańskim nie zagwarantuje nam, że nasze dzieci w drodze do szkoły będą bezpieczne«. Organizatorzy protestu rozsiewają plotki: o strzykawkach walających się wokół ośrodka, o tym, że AIDS spłynie Wilgą przez Garwolin aż do Wisły. […] Na Kotańskiego czekają z kijami, grabiami i kamieniami. »Spierdalać stąd! Spalić ich, zrównać to z ziemią!«, krzyczą pod adresem trzech nosicieli sprowadzonych przez niego do ośrodka.
Marek Kotański psycholog, terapeuta, założyciel Monaru, podczas mityngu z okazji Dnia Pamięci i Mobilizacji w Walce z AIDS. Warszawa, maj 1994. Fot. PAP/Wojciech Stein
– Jak zwykle wszedłem w tłum i zacząłem spokojnie tłumaczyć: Ludzie, pozwólcie nam być. Jesteśmy normalnymi pacjentami! »Zaraza, która zniszczy nasze dzieci i nas!«, otrzymałem w odpowiedzi. Jeden z mężczyzn popchnął mnie, a drugi, wykorzystując tę sytuację, uderzył mnie z całej siły pięścią w twarz. Kopnięto mnie i powiedziano: »Masz, skurwysynu, trzy minuty na opuszczenie tego domu. Razem z twoimi śmieciami-pacjentami« – opowiadał Kotan po zajściu, do którego doszło 8 listopada 1990 r.”. [2]

Ja pamiętam te protesty sprawozdawane w telewizji i te same twarze, dziś krzywiące się z YT o „plandemii”, wtedy jeszcze jarych, a dziś już tylko starych polityków w eleganckich muszkach, z wypielęgnowaną „konserwatywną” bródką, podobno dziś licytowaną, pitolących (przepraszam za wyrażenie, ale jako wówczas już licealistka i olimpijka z biologii po prostu miałam świadomość, że gadają głupoty, bo tylko tyle rozumu mają, lub świadomie konfabulują) o tym, jak to piekarz zbankrutuje, bo komary przenoszą „tego wirusa”. Nie przypominam sobie, by ci, co wtedy robili „chlew” i podburzali ów tłum z widłami, kiedykolwiek przyznali: „w sprawie AIDS gadaliśmy głupoty, zachowywaliśmy się jak wieprze i tak uczyliśmy ludzi”.

W Indiach chorych na trąd nadal się wyrzuca

Po tych dzisiejszych akcjach „budzenia myślenia” w kwestii innego wirusa, też nas nikt nie przeprosi. Przecież to ci sami ludzie, a już widać, że nie do wszystkich „mądrość sama z latami przychodzi”. A może jednak? Wtedy mówili, że nawet komary go rozniosą i nikt nie jest bezpieczny, dziś zatem nauczeni błędem ówczesnym twierdzą dokładnie przeciwnie, że nie rozniesie go nikt i w ogóle ściema. Znaczy może się uczą na błędach, tylko jakoś tak bezmyślnie?

Żeby nie było, że to jedynie liderzy polityczni, co ciągle bez powodzenia próbowali zdobyć rząd dusz i prezydenturę, a dochowali się równie mądrych jak oni sami następców, byli tacy ciemni, obrazek z Ministerstwa Zdrowia AD 1990: „Aby uniknąć tragedii, wiceminister Krystyna Sienkiewicz zabiera pięcioro mieszkańców pałacyku (w Kawęczynie – przyp. MK-S) do siedziby resortu, gdzie zostają tymczasowo umieszczeni w sali kinowej. – Cyrki się działy – pracownicy ministerstwa nie chcieli pracować, wydzielono część z oddzielnymi ubikacjami, naczynia wyrzucano po jednym użyciu – opowiada Antoni Kraus, który obecnie prowadzi własne stowarzyszenie pomagające chorym na AIDS, a wtedy zaczynał działalność u boku Kotańskiego”. [2]

Druga fala pandemii – czy koronawirus wróci jak mściciel, silniejszy i bardziej zabójczy?

W chorobie są superroznosiciele i to oni (maksymalnie 10 procent zakażonych) odpowiadają za 80 proc. wszystkich zakażeń wirusem SARS-CoV-2.

zobacz więcej
Ktoś by dzisiaj się odważył tak zachowywać wobec zakażonych wirusem HIV? Co się zmieniło? Minęło 30 lat i wzrosła świadomość, wiedza na temat AIDS. Dziś też, dzięki wysiłkom nauk medycznych, chorzy żyją znacznie dłużej i choć nie udało się opracować szczepionki, w kwestii leczenia i profilaktyki jest po prostu o niebo lepiej, niż dawniej. Tak wśród personelu medycznego, polityków, jak i ludzi po prostu. Oczywiście AIDS nadal żeruje na problemach społecznych (pisałam o jednym z nich, chemseksie), ale nie zabija już tak bezpardonowo i szybko oraz nie paraliżuje myślenia ani w Pierwszym, ani w Trzecim Świecie.

Traktowanie wszelkich chorych zakaźnie oraz pracujących dla ich ratowania lekarzy, pielęgniarek, opiekunów społecznych tak, jak „by byli trędowaci”, to standard. Mamy nawet w sobie specjalny, behawioralny układ odporności. To on jest źródłem naszego obrzydzenia pewnymi zapachami i wyglądem ludzi, zwłaszcza skóry. Obrzydzenie jest naszym ewolucyjnie wypracowanym mechanizmem minimalizowania ryzyka zakażenia. Więcej pisałam o tym zjawisku i sile jego oddziaływania na nasze codzienne zachowania tu: „Odporność na randki…”.

Mamy mechanizm, to nie znaczy, że nie mamy rozumu, żeby z naszymi mechanizmami sobie jakoś radzić. Wychowano nas, należymy do pewnej cywilizacji, a ową reprezentuje bardziej św. Franciszek opiekujący się trędowatymi, niż „konserwatywna” muszka i społeczny darwinizm. Jest to wciąż jeszcze, choć podobno ma się ku końcowi, cywilizacja wrażliwości na drugiego, pochylenia się nad nędzą tego świata, miłosierdzia i ofiary z siebie, poświecenia, pielęgnowania, okazywania męstwa, by otaczać opieką, czyli dająca się opisać terminami ze słownika etyki chrześcijańskiej i humanizmu. W tej cywilizacji trędowatych, chorych, umierających, zakaźnych, słabszych się nie odrzuca. Co nie znaczy, że w uzasadnionych przypadkach się ich na określony czas nie izoluje.

Jeśli chcemy zrozumieć ten mechanizm „czynienia trędowatym” warto czasem porozmawiać z kimś, kto się od dawna zajmuje trądem. Miałam tę okazję, poznałam bowiem w Internecie panią dr Helenę Pyz, od 31 lat lekarkę w Ośrodku Rehabilitacji Trędowatych Jeevodaya w Indiach. Odbyłyśmy jakiś czas temu rozmowę o bakterii wywołującej tę chorobę, diagnozie i terapii w warunkach niemal polowych i o odwiecznej stygmatyzacji trędowatych [3].
Dr Helena Pyz od 31 lat jest lekarką w Ośrodku Rehabilitacji Trędowatych Jeevodaya w Indiach. Fot. Archiwum Sekretariatu Misyjnego Jeevodaya
Sama przykuta niegdyś do wózka przez polio (to choroba wirusowa, której już dziś niemal nie ma, bo jest przeciwko niej skuteczna szczepionka, co działa oczywiście na niekorzyść owej szczepionki w tym świecie, gdzie liczy się tupet i ignorancja), pani dr Pyz pojechała do Indii, by diagnozować i leczyć prawdziwych trędowatych. Leczyć także ze skutków stygmatyzacji, dla której od czasu wynalezienia skutecznych antybiotyków przeciwprątkowych nie ma żadnej przyczyny, a jednak ona trwa. Taka sama od tysiącleci. Dlatego w Jeevodaja – jak głosi nazwa: miejscu „dającym życie” – jest i szpitalik, i szkoła. Tak dobra, że aż integracyjna, dla dzieci leczonych z trądu lub mających trędowatych rodziców, i dzieci zdrowych, z rodzin niedotkniętych chorobą.

Paradoks w tym, że dziś trędowatych nadal wyrzuca się w Indiach poza nawias społeczeństwa, poza granice miast, skazuje na niebyt, żebraninę, życie na dnie właśnie wtedy, gdy zostaną zdiagnozowani i podejmą leczenie, a inni się o tym dowiedzą. Choć właśnie wtedy ci ludzie przestają być zakaźni dla innych, bo już pierwsza dawka leku tak bardzo ogranicza ilość komórek prątka trądu w organizmie chorego. Dziś też, aby zdiagnozować trąd, trzeba być od tego fachowcem. W całej swojej tam karierze pani dr Pyz tylko raz miała kontakt z pacjentem, którego ciało gniło i strasznie śmierdziało, niczym biblijnego Hioba.

To jest choroba dziś niemal bezobjawowa (słowo to ostatnio zrobiło wyjątkową karierę), bo w ogóle bezobjawowa czy niskoobjawowa przez 5 do 20 lat od zakażenia. A diagnozowana obecnie wcześniej, bo na podstawie analizy bakteriologicznej, mikroskopowej, wymazu z np. niewielkiego przejaśnienia skóry w jakimś niekoniecznie dobrze widocznym miejscu, czasem sporego oparzenia, którego chory nie zauważył, bo jego czucie w jakimś miejscu skóry jest już mocno ograniczone, a z nim wrażliwość na ból. To jest dziś choroba w pełni uleczalna i na trąd ludzie już zasadniczo nie umierają.

Czy to czyni z trądu chorobę, którą można się przestać przejmować i zajmować? O bynajmniej! Kurczenie się jej występowania nawet w miejscach endemicznych, jak Indie, jest bowiem wynikiem skuteczności współczesnych środków medycznych, umożliwiających jak najwcześniejszą diagnozę i skuteczne wyleczenie nawet w świecie masowej, niewyobrażalnej biedy. Gdy tych środków zabraknie, trąd powróci taki, jaki był jeszcze 150 lat temu, gdy leprozoria były w Europie, np. w Norwegii. Tamże zresztą prątek trądu został odkryty przez dr. Armauera Hansena.

W Indiach odrzucą od siebie trędowatych, i myślenie o nich także, ludzie wykształceni, elity społeczne i kulturalne, niepozbawione wiedzy, jaka jest realność trądu w dobie współczesnej medycyny. Ba, odrzucą ich także lekarze. Bo jak wyjaśnia dr Pyz, studia medyczne są drogie, a jak jakiś lekarz zacznie diagnozować i leczyć trąd, to inni pacjenci od niego odejdą – i nigdy tych studiów nie spłaci. Furda zatem fakty, bo liczą się indywidualne sukcesy biznesowe oraz opinie. Zwłaszcza zaś opinie tych, co o danej medycznej kwestii wiedzą niewiele lub nic i nie posiadają żadnego związanego z nią doświadczenia, natomiast mają sporo przesądów. Dlatego nadal, w różny sposób, ale z tych samych względów, choroby zakaźne stygmatyzują.

– Magdalena Kawalec-Segond

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy



Przypisy:

[1] https://www.sciencemag.org/news/2020/09/how-stigmatizing-disease-covid-19-hiv-creates-vicious-cycle-sickness

[2] https://www.tygodnikprzeglad.pl/zabic-kotanskiego-rodzine/

[3] https://www.youtube.com/watch?v=qE68zVJSQ-o&list=PLgItcKew0VyyGi9ZsXEpUJeEkWTi4-Ou-&index=7

Zdjęcie główne: Lekarz opiekuje się pacjentem chorym na COVID-19 na Oddziale Intensywnej Terapii szpitala zakaźnego na Bulovce w Pradze, Czechy, 5 października 2020 r. Fot. PAP / CTK, Ondrej Deml
Zobacz więcej
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Od milionera do zera. Czyli: czego nie życzymy Idze Świątek
Polska tenisistka na kortach zarobiła już grubo ponad 10 mln złotych. Ale musi pamiętać, że większość gwiazd sportu bankrutuje krótko po zakończeniu kariery.
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Kim są panie, które każą „wypier…”? Mapa polskiego feminizmu
Przyszłość polityki czy gwiazdy jednego sezonu?
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Wojna siedemdziesięciolatków. Czy o wyniku zdecydują „wstydliwi”?
Już wiadomo, kto przez najbliższe 4 lata będzie lokatorem Białego Domu: biały mężczyzna o w podeszłym wieku o jasnych włosach.
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Nowe zaburzenie w czasach pandemii: lęk przed odcięciem od lajków
Czy można zachować psychiczną równowagę, gdy zarówno nauka, czas wolny, jak i kontakty z rówieśnikami są on line?
Cywilizacja Poprzednie wydanie
Zrozumiały strach lekarzy. I jego możliwe tragiczne skutki
Dlaczego medycy „dezerterują” w czasie pandemii?