Rozmowy

Beck rozumiał, że Hitler chce Polaków „zhołdować” pokojowo

Dlaczego w końcu marca 1939 roku Polacy mieliby powiedzieć Niemcom „tak”? Kraj, który idzie na ustępstwa terytorialne, zjeżdża na dno swojej egzystencji. Jedno ustępstwo pociąga za sobą następne. Końca nie ma. Minister Beck na pewno tak to rozumiał.
Führer i czołowi naziści postrzegali Słowian jako wschodnią barbarię, hołotę, która zasiedla tereny należące się Rzeszy – mówią historycy, profesorowie Marek Kornat i Mariusz Wołos.

W listopadzie 2020 ukaże się biografia Józefa Becka ich autorstwa.

Niemiecki minister: Albo rozumne relacje z Führerem, albo Polskę wchłonie bolszewicka Rosja

Hitler nie skorzystał z sugestii i nie rozmawiał z ministrem Beckiem z pozycji siły. Powtórzył jednak: Gdańsk jest niemiecki i prędzej czy później wejdzie w skład Niemiec.

zobacz więcej
TYGODNIK TVP: W ostatnich latach minister spraw zagranicznych II RP Józef Beck jest coraz mocniej odsądzany od czci i wiary choćby przez takich publicystów jak Piotr Zychowicz czy Rafał Ziemkiewicz jako ten, który nie poszedł z Hitlerem na Moskwę, ale wybrał egzotyczny sojusz z Wielką Brytanią. Słusznie?

MARIUSZ WOŁOS:
Nawet oddanie Rzeszy Wolnego Miasta Gdańska i zgoda na eksterytorialną autostradę przez Pomorze nie powstrzymałyby Hitlera przed kolejnymi żądaniami. Optymistów, którzy twierdzą, że kanclerz Niemiec nie posunąłby się dalej, chciałbym zapytać: dlaczego w takim razie po Kraju Sudeckim przyszła pora na rozczłonkowanie Czechosłowacji i zajęcie przez Wehrmacht Pragi? A to, że Hitler do 1939 roku nie używał w rozmowach sloganerii antypolskiej, świadczy tylko o tym, że był inteligentnym paranoikiem, który umiejętnie kamuflował swoje antysłowiańskie uprzedzenia.

Führer i czołowi naziści postrzegali Słowian jako wschodnią barbarię, hołotę, która zasiedla tereny należące się Rzeszy. Mogli z nimi wchodzić w taktyczne układy na krótszy czy dłuższy czas, które przyniosłyby doraźne i wymierne korzyści Niemcom, jednakże w dłuższej perspektywie skazywali Słowian na unicestwienie lub przeznaczali dla nich rolę niewolników. Weźmy Josepha Goebbelsa, który w 1934 roku odwiedził Polskę i zapisał, że Kraków to miasto kultury niemieckiej. Z takimi ludźmi mieliśmy wchodzić w sojusz?

Owszem, z punktu widzenia Berlina oferta wobec Polski była umiarkowania, ale spójrzmy na nią oczami Becka. Eksterytorialność autostrady oznaczała np., że sprawca wypadku na niej byłby sądzony przez sąd niemiecki, że porządku na tym terenie strzegłaby niemiecka policja, wreszcie, że Niemcy zyskaliby prawo do przewozu nią nieograniczonej liczby żołnierzy, broni i amunicji. Jak moglibyśmy zgodzić się na te warunki po rozbiciu Czechosłowacji w październiku 1938 i marcu 1939? Kto dałby gwarancję, że autostrada nie stałaby się punktem wypadowym do ataku na Rzeczpospolitą?

MAREK KORNAT: Popatrzmy na sekwencję wydarzeń, poszukując analogii. Jesienią 1938 dyktator niemiecki domaga się od Czechosłowacji Sudetów. Czesi ostatecznie się godzą na cesję tego terytorium, następuje okrojenie kraju. Hitler żąda jeszcze zgody na eksterytorialną autostradę, łączącą przez Brno, Wrocław z Wiedniem. Również tu Praga ustępuje, stosowna umowa zostaje zawarta 30 grudnia 1938. W połowie marca 1939 roku Niemcy zajmują okrojoną Czechosłowację, organizują Protektorat Czech i Moraw, a nad Słowacją ustanawiają swój protektorat. Przecież Polacy o tym wszystkim wiedzieli. I dlaczego mieliby w końcu marca powiedzieć Niemcom swoje „tak”? Kraj, który idzie na ustępstwa terytorialne, zjeżdża na dno swojej egzystencji. Jedno ustępstwo pociąga za sobą następne. Końca nie ma. Beck na pewno tak to rozumiał. Nie mam wątpliwości. Zresztą, wypowiedź Hitlera do gen. von Brauchitscha z 25 marca 1939 wyraźnie sugeruje, że dyktator niemiecki kierował się myślą o daleko idących żądaniach terytorialnych, tylko nie chciał ich stawiać już w tamtym momencie. Chciał Polskę „zhołdować” pokojowo.
Rok 1939. Wizyta ministra spraw zagranicznych Niemiec Joachima von Ribbentropa (pierwszy z prawej) w Polsce. Przyjmuje go na Zamku Królewskim w Warszawie prezydent RP Ignacy Mościcki (drugi z prawej), obecny jest także Józef Beck (pierwszy z lewej). Fot. NAC/IKC
Czy minister nie powinien jednak przewlekać rozmów z Niemcami, aby zyskać na czasie?

M.K.:
To wielka naiwność tak myśleć. Ulegają jej niektórzy publicyści i historycy. Niemcy już w październiku 1938, a więc w momencie składania Polakom swej „wspaniałomyślnej oferty” w sprawie Gdańska i eksterytorialnej autostrady przez Pomorze, uznawali ją za niepodlegającą żadnej modyfikacji. Należało ją przyjąć albo odrzucić. Między sprawą Gdańska a kwestią autostrady występowało ścisłe iunctim. W Berlinie wychodzono z założenia, że Beck czy marszałek Śmigły-Rydz powinni być im dozgonnie wdzięczni za takie umiarkowanie.

W polskim MSZ prowadzono prace nad kontrpropozycją. Pojawiała się myśl o „autostradzie specjalnej”, a więc zniesieniu kontroli paszportowo-celnej wobec Niemców, ale bez eksterytorialnego statusu terenu przeznaczonego na to połączenie. Nie ma najmniejszego śladu, aby ktokolwiek w Berlinie okazał tym zainteresowanie, mimo aluzyjnych wzmianek na ten temat, czy to ze strony Becka, czy ambasadora Lipskiego.

Dwa tygodnie w zawieszeniu

Moskwa, wrzesień 1939. Dlaczego polski ambasador Wacław Grzybowski nie przewidział zagrożenia?

zobacz więcej
A jak ocenić postawę Becka wobec Związku Radzieckiego w 1939 roku? Wydaje się, że oskarżenia o naiwność nie są bezzasadne, skoro jeszcze 12 września w Krzemieńcu minister zapewniał wysłannika marszałka Śmigłego-Rydza, że sowiecka pomoc dla Polski (w wojnie z Rzeszą) nie jest wykluczona.

M.K.:
W dostępnych źródłach nie znajdziemy jakichkolwiek słów Becka, świadczących o tym, że latem 1939 poważnie brał pod uwagę napaść Sowietów, i to w czasie agresji i wojny z Niemcami, którą brał pod uwagę już od stycznia tego roku. Co z tego wynika? Moim zdaniem, w myśleniu ministra kluczową rolę odegrały sojusze z mocarstwami zachodnimi. Beck liczył na to, że Stalin nie odważy się wystąpić przeciw Polsce, bo oznaczałoby to konflikt z koalicją polsko-brytyjsko-francuską.

Dysponujemy instrukcją wiceministra spraw zagranicznych Jana Szembeka dla ambasadora w Bukareszcie Rogera Raczyńskiego. Pochodzi ona z 2 września. Padają w niej słowa, że zbrojne wystąpienie Sowietów jest możliwe w razie rychłej klęski polskiej armii na froncie (przeciw Niemcom). To ważny ślad, bo wskazuje, że jednak dopuszczano ewentualność inwazji Armii Czerwonej. Pewnie ta refleksja wiceministra Szembeka oddaje też myślenie jego zwierzchnika.

Kalkulacja ministra Becka w przeddzień i na początku wojny była dość racjonalna: konflikt polsko-niemiecki to pierwszy, wielotygodniowy, etap wojny europejskiej. Związek Sowiecki będzie się temu wszystkiemu przyglądał, nie wykaże inicjatywy militarnej, czekając na rozstrzygnięcie. W związku z tym, przynajmniej na jakiś czas da to spokój na granicy wschodniej.

Czy ten pogląd zachwiał się u Becka wraz z błyskawicznymi postępami Wehrmachtu? – nie umiem powiedzieć. List jego do marszałka Śmigłego-Rydza z 11 września nie zawiera żadnych treści, które pozwoliłyby to przypuszczenie uprawdopodobnić. Nie o wszystkim się jednak pisze, o czym się myśli, zwłaszcza w chwilach tak pełnych napięcia.
Józef Beck z żoną Jadwigą w ich warszawskim mieszkaniu. Fot. NAC/IKC
Beck, a raczej sanacyjne kierownictwo państwa jest krytykowane nie tylko za to, że Polska została zaskoczona przez agresję ZSRR, ale również za niewypowiedzenie wojny Sowietom po 17 września. Dlaczego właściwie Polska nie wypowiedziała im wojny?

M.K.:
Niemcom też nie wypowiadaliśmy wojny. Napadnięty nie ma takiego obowiązku. Ma natomiast obowiązek stwierdzić agresję i zakomunikować ten fakt społeczności międzynarodowej w sposób właściwy dla norm prawa międzynarodowego.

Polski rząd tak właśnie dział. Beck polecił ambasadorowi w Moskwie, Wacławowi Grzybowskiemu niezwłoczne opuszczenie stolicy. Wydał też instrukcję ambasadorom w Paryżu i Londynie. Nakazywały one Juliuszowi Łukasiewiczowi i Edwardowi Raczyńskiemu poinformować rządy sojusznicze o niesprowokowanej agresji sowieckiej na Rzeczpospolitą. Tak się też stało. Obaj ambasadorzy z kolei wydali instrukcje innym placówkom, aby we wszystkich stolicach zakomunikować o tym lokalnym rządom.

Polska u boku Hitlera rusza na Sowietów. Co by było, gdyby…

Namiestnikiem Adolfa Hitlera w Polsce zostaje Władysław Studnicki, zwolennik sojuszu z Niemcami. Powołuje dwie dywizje Waffen-SS, aby na nich oprzeć obronę kraju...

zobacz więcej
Problem polega na tym, że polskie władze na uchodźstwie nie dysponowały już własnym terytorium. Generał Władysław Sikorski był „premierem bez ziemi”. Taki rząd nie ma środków do „postawienia na swoim”. Mógł więc polski premier powtarzać do woli, że jesteśmy w stanie wojny z ZSRR, a Francuzi i Brytyjczycy wzruszaliby ramionami, odpowiadając: „cóż nam do tego?”. Niestety, rządy w Paryżu i Londynie zdecydowały się przejść do porządku dziennego nad sowiecką napaścią, w imię nieczynienia niczego, co by prowadziło do zacieśnienia niepisanego sojuszu Berlin-Moskwa. Wyobraźmy sobie np. sankcje ekonomiczne przeciw Sowietom za agresję na Polskę. Przecież to by tylko cementowało ich bliskie relacje z Niemcami. Nie mieliśmy realnych argumentów, aby się przeciwstawić takiemu myśleniu.

Stan wojny między Polską zostałby na pewno potwierdzony i zakomunikowany światu, gdyby wojna zimowa (czyli fińsko-sowiecka) nie skończyła się już w marcu 1940 i potrwała choć trochę dłużej. Wówczas na front dotarłaby z pewnością polska Brygada Podhalańska. Wymiana jej ognia z Armią Czerwoną byłaby nieunikniona.

Wieczorem 17 września 1939 roku prezydent RP Ignacy Mościcki, naczelny wódz Edward Śmigły-Rydz i premier Felicjan Sławoj Składkowski z rządem przekroczyli granicę z Rumunią i zostali tam internowani. Szef polskiej dyplomacji ostatnie lata życia spędził w odosobnieniu. Podupadał na zdrowiu, a do tego doszła, rosnąca z miesiąca na miesiąc, inwigilacja. Smutny koniec, jak na tak prominentnego polityka.

M.W.:
Internowanie w Rumunii to równia pochyła, kolejne miejsca pobytu Becka były coraz gorsze. O ile pierwsze pół roku Beck spędził z rodziną w hotelu w Braszowie, gdzie warunki były przyzwoite, to po upadku Francji został przewieziony do willi nad jeziorem Snagov – tam znalazł się pod ścisłą kontrolą kilkunastu agentów. W tych okolicznościach, w październiku 1940, podjął próbę ucieczki – niestety nieudaną, za co Rumuni wtrącili go do więzienia. Dotkliwie pogryziony przez szczury i insekty, opuścił celę po kilku dniach, a ostatnim miejscem jego pobytu okazała się opuszczona szkoła wiejska w Stănești. Panujące w niej katastrofalne warunki – obdarte mury, dziurawy i przeciekający sufit itp. – dobiły Becka, który od 1942 roku zmagał się z gruźlicą. Zmarł 5 czerwca 1944 roku.
Józef Beck lubił wodę: wędkować, ale przede wszystkim żeglować. Fot. NAC/IKC
W powszechnej świadomości utrwalił się wizerunek Becka jako osoby nieprzystępnej, zdystansowanej, wręcz kostycznej. Porozmawiajmy więc może nieco o tym, jakim był człowiekiem. Okazuje się na przykład, że dużo czytał, a jednym z jego ulubionych autorów był Joseph Conrad – do tego stopnia, że żona nazywała go „Jimem” – od „Lorda Jima”.

M.W:
Nie tylko żona – najbliższe otoczenie Józefa Becka najczęściej zwracało się do niego „drogi Jimie”, zresztą na jego życzenie. Przydomek upowszechnił się na tyle, że nawet po śmierci męża Jadwiga Beckowa pisała o nim w ten sposób w prywatnej korespondencji.

A jeśli chodzi o lektury, to prócz dzieł Conrada, Beck namiętnie pochłaniał kryminały, m.in. autorstwa Agaty Christie. Myślę, że dobrze czuł się nie tylko czytając książki, ale i obracając się wśród bohemy artystycznej – regularnie spotykał się ze skamandrytami, a jego postać pojawia się w dziennikach Jana Lechonia. Przyjaźnił się też z Ryszardem Ordyńskim, skądinąd swoim nauczycielem z Krakowa. Beck, podobnie jak wielu piłsudczyków, był inteligentem, który dla walki o niepodległość przywdział mundur, ale nie zapomniał o swoich ambicjach kulturalnych.

Lubił też spędzać czas nad wodą, nie tylko wędkując, ale przede wszystkim żeglując – stąd sympatia do literatury marynistycznej. Chciałbym wspomnieć o jeszcze jednej pasji bohatera naszej rozmowy, jaką było modelarstwo. Beck już jako nastolatek zdołał skonstruować szybowiec, a w latach internowania w Rumunii spod jego rąk wyszedł żaglowiec wenecki. Na jego prośbę bliscy kupowali nawet, w sklepach w Bukareszcie, niezbędne elementy modelu.

Zaremba do Zychowicza i Ziemkiewicza: Musicie się bardziej starać, panowie rewizjoniści

O perspektywie walki Polski u boku swastyki myślę ze wstydem.

zobacz więcej
Niechętni Beckowi politycy i publicyści zarzucali mu alkoholizm i megalomanię. Ile w tym prawdy?

M.W.:
Owszem, Beck nie wylewał za kołnierz, ale nie sposób go nazwać uzależnionym od alkoholu. Był za to nałogowym palaczem.

Nie mógł się też pochwalić ustabilizowanym życiem rodzinnym – Jadwiga Beckowa była jego drugą żoną, pierwszą Marię Słomińską zostawił, gdy była w zaawansowanej ciąży.

M.W.:
Cóż, pierwsze małżeństwo Józefa Becka popadło w kryzys na początku lat 20., gdy pełnił funkcję attaché wojskowego w Paryżu, a rozpadło się kilka lat później, gdy w drodze był syn Andrzej. Relacje ministra z synem określiłbym jako skomplikowane. Andrzej przez wiele lat nie mógł mu wybaczyć opuszczenia matki. Niemniej, ostatnie przedwojenne wakacje spędzili razem, a w latach 80. Beck junior uporządkował zaniedbany grób ojca w Rumunii. Dbał też o kultywowanie jego pamięci. Jestem pewny, że minister kochał syna – dowodem choćby fakt, że kazał się pochować tylko z jego zdjęciem i fotografią Józefa Piłsudskiego, zapisał mu też osobiste pamiątki w rodzaju zegarków i papierośnicy. Bardzo ciepłe relacje Beck utrzymywał też z pasierbicą, córką Jadwigi – Joanną.
Józef Piłsudski (w środku) miał słabość do Wieniawy (z prawej) i Becka. Na zdjęciu z 1927 roku przed wyjazdem na sesję Rady Ligi Narodów. NAC IKC
Na przełomie lat 20. i 30. Beck był najbliższym współpracownikiem Józefa Piłsudskiego. Znamienny jest choćby cytat ze „Strzępów meldunków” Sławoja Składkowskiego: „Pułkownik Beck będzie koordynował pracę wszystkich ministrów […] Komendant zapytuje ministrów, czy zgadzają się na takie postawienie sprawy. […] Pan Marszałek uprzedza, że w razie sprzeciwu kogokolwiek przeciw Beckowi, wybierze na pewno Becka”.

M.W.:
Piłsudski traktował szefa MSZ nie tylko jak bliskiego sobie polityka, ale i jak przybranego syna, podobnym statusem cieszył się Bolesław Wieniawa-Długoszowski. Przygotowywał go przez kilka lat do przejęcia sterów polskiej dyplomacji, a już od 1926 roku widział w gronie swoich najbliższych współpracowników. Nieprzypadkowo w latach 1926–1930 to właśnie Beck pełnił funkcję szefa gabinetu ministra spraw wojskowych, czyli Piłsudskiego. Marszałek mu ufał, powierzał najtrudniejsze zadania, a także konsultował niektóre swoje decyzje – wynika to jasno choćby z diariusza Kazimierza Świtalskiego.

M.K.: Awans Becka – czyli nominacja w wieku 36 lat na wicepremiera – z pewnością mógł dziwić niejednego w elicie obozu pomajowego. Możliwe, że niektórzy piłsudczycy traktowali to jako kaprys Piłsudskiego, ale to Marszałek był ostateczną instancją. Czy Beck był jego najważniejszym współpracownikiem w ostatnich latach życia? Nie przesądzałbym sprawy, ale z pewnością był nim w polityce zagranicznej. Nie jest dziełem przypadku, że to właśnie Beckowi Piłsudski podyktował coś w rodzaju testamentu politycznego. Tak trzeba rozumieć wskazania, aby utrzymać jak najdłużej dobre relacje z Niemcami, pozostać w sojuszu z Francją i walczyć o zbliżenie z Wielką Brytanią. Niestety treść tych zaleceń znamy jedynie z relacji samego Becka. Oczywiście korespondują one z innymi myślami Piłsudskiego o położeniu Polski z doby „pomajowej”.

Skąd takie uznanie dla polityka młodszego o pokolenie?

M.K.:
Piłsudski cenił u niego łatwość decyzji – szef dyplomacji nie znał słowa „hamletyzować”. Kolejna kwestia to zdolność ujmowania skomplikowanych zagadnień w zwięzłych i treściwych skrótach, Beck potrafił w kilku zdaniach oddać sens wielostronicowych raportów. No i świadomość wartości Polski na arenie międzynarodowej – Beck nie ustępował bez potrzeby i nie przejawiał kompleksu niższości wobec zagranicznych partnerów. Nie dopuszczał, aby ktokolwiek, nawet sojusznicy dyktowali nam polską rację stanu.

M.W.: Beck pod koniec I wojny światowej pełnił misje na wschodzie z ramienia Polskiej Organizacji Wojskowej i Piłsudski to doceniał. Musimy zdać sobie sprawę z tego, że taka służba oznaczała działanie w arcytrudnych warunkach, pod okupacją austriacką, niemiecką lub na terenach zajętych przez bolszewików. Takie były losy Becka, ale i Ignacego Matuszewskiego, Bogusława Miedzińskiego czy Wieniawy-Długoszowskiego. Zatem skoro tam sobie poradzili, to poradzą sobie wszędzie – tym przekonaniem kierował się Komendant.

A dodajmy, Józef Beck nie służył w I Brygadzie Legionów. Co więcej, przed I wojną światową, mimo że mieszkał na terenie zaboru austriackiego (w podkrakowskiej Limanowej), nie angażował się specjalnie w działalność paramilitarną. Dopiero w 1912 roku został słuchaczem lwowskiej szkoły Związku Strzeleckiego.

M.W.:
To prawda – w momencie wybuchu Wielkiej Wojny nie był wprawdzie nowicjuszem ruchu niepodległościowego, ale też nie był jego weteranem. W 1912 roku przeszedł we Lwowie kurs strzelecki, ale to tyle.

Aktywnym działaczem Polskich Drużyn Strzeleckich był za to jego ojciec. Starszy z Becków pozyskiwał nawet przed wojną broń dla drużyniaków, dzięki temu Józef wiedział, czym zajmują się PDS. Społecznie zaangażowana była też jego matka, która w rodzinnej Limanowej stworzyła czytelnię dla młodzieży.

Udało mi się dotrzeć do informacji o pierwszym spotkaniu Józefa Becka z Józefem Piłsudskim. Doszło do niego pod koniec 1912 roku we Lwowie, gdy Tadeusz Schaetzel (w II RP oficer wywiadu i dyplomata) zaprowadził Becka na odczyt Komendanta. Nie wiemy, jak ten epizod wpłynął na 18-latka, ale dwa lata później podjął on odważną decyzję, ponoć nagłą, i, jako ochotnik, znalazł się w Legionach. Nigdy nie służył w I Brygadzie, co faktycznie do dziś wzbudza zdumienie – taki piłsudczyk i nie pierwszobrygadowiec?!

Beck trafił do legionów jako niespełna 20-latek.

M.W.:
Przygoda Becka z Legionami rozpoczęła się od I Pułku Artylerii, z którym związał się do końca legionowej epopei. Pierwsze pół roku służby, do marca 1915, spędził w Karpatach Wschodnich – u boku tych pułków piechoty, które potem utworzyły II Brygadę. Nie miało to jednak większego znaczenia, Beck czuł się już wówczas piłsudczykiem. Z Legionami przeszedł prawie cały szlak bojowy, który zakończył w stopniu podporucznika. Z pewnością te pierwsze miesiące uformowały Becka jako żołnierza.

Wyobraźmy sobie – późna jesień i zima, a on, 20-latek, musi przepychać działo przez Karpaty i zmagać się ze śniegiem, wiatrem, deszczem, błotem itd. Te doświadczenia go zahartowały, co dało o sobie znać podczas bitwy pod Kostiuchnówką – w lipcu 1916 roku. Beck pełnił wówczas obowiązki oficera obserwatora i z pierwszej linii kierował ogniem artyleryjskim kolegów. Najpierw telefonicznie, a gdy kable zostały zerwane wskutek nawały rosyjskiej, za pomocą rakietnic – do końca zachował zimną krew, wycofując się w ostatniej chwili. Za ten wyczyn w niepodległej Polsce otrzymał krzyż Virtuti Militari.
Młody Beck jako legionista. Fot. Album Legjonów Polskich, Warszawa 1933, Domena publiczna, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=4797239
W II RP Beck był oficerem wywiadu, ale i attaché wojskowym we Francji. Podjął też studia w Wyższej Szkole Wojennej. Te doświadczenia okazały się przydatne podczas przewrotu majowego, gdy został szefem sztabu zbuntowanych wojsk. Można powiedzieć, że odegrał wtedy istotną rolę?

M.W.:
W 1926 roku Beck to już absolwent Wyższej Szkoły Wojennej, ale przede wszystkim oficer doświadczony w pracy sztabowej, choćby w Biurze Ścisłej Rady Wojennej. Miało to znaczenie podczas przewrotu, gdy naprędce zorganizował sztab tzw. grupy operacyjnej „Warszawa” – sił wiernych Piłsudskiemu. Z pewnością do jego obowiązków należał wywiad – to on koordynował zbieranie informacji, zarówno od wojskowych-piłsudczyków, jak i od pojmanych żołnierzy strony rządowej. W gestii Becka leżała też logistyka, tj. wydawanie rozkazów dotyczących postępowania z jeńcami, odstawiania rannych, zaplecza finansowego walczących czy dostarczania im żywności.

Mówiąc o zamachu majowym, w pierwszej kolejności mamy na myśli starcia zbrojne, ale nie mniej istotne wydarzenia rozgrywały się w zaciszu gabinetów. Tu również Beck odegrał swoją rolę jako emisariusz Piłsudskiego przy marszałku Sejmu Macieju Rataju. Wraz z nim udał się do Wilanowa, gdzie był świadkiem zrzeczenia się urzędu przez prezydenta Stanisława Wojciechowskiego. Dzięki niemu Komendant wiedział z pierwszej ręki, co dzieje się w obozie przeciwnika, ale jeśli chodzi o aspekty wojskowe, chciałbym zwrócić uwagę na coś jeszcze. Żaden poważny oficer sztabowy nie rusza na wojnę bez map, a w te piłsudczycy zaopatrzyli się dopiero 14 maja. Wniosek może być tylko jeden – nie planowano walk.

Lubił go Piłsudski, podobał się Mussoliniemu. Z taką twarzą mógł zostać aktorem albo dyplomatą

Wieniawa pisał szefowi włoskiej dyplomacji, że ma „żywą sympatię dla narodu włoskiego, dla Pana, dla Duce”.

zobacz więcej
Z zamachem majowym wiąże się jedna z najbardziej tajemniczych spraw międzywojnia – zaginięcie generała Włodzimierza Zagórskiego. Przeciwnik Piłsudskiego od czasów legionowych, podczas przewrotu dowodził rządowym lotnictwem, a po „maju” został osadzony w więzieniu w Wilnie. Na wolność wyszedł w sierpniu 1927 roku i przepadł jak kamfora. O jego porwanie i zabójstwo oskarżano czołowych piłsudczyków, w tym Becka. Czy faktycznie mógł on być w to zamieszkany?

M.W.:
Beck musiał zmagać się z zarzutami nie tylko o to, że był świadkiem śmierci Zagórskiego, ale również, że osobiście go zamordował. Nie ma tymczasem żadnych przekonywujących dowodów, aby był jakkolwiek zamieszany w zaginięcie generała. Powiem więcej – nie wiemy nawet, w jakich okolicznościach zginął Zagórski, czy była to śmierć naturalna, czy do jego śmierci przyczyniły się osoby trzecie. Na ten temat pojawiły się, na przestrzeni lat, dziesiątki fantastycznych teorii, które można włożyć między bajki.

Sam odkryłem w spuściźnie pułkownika Marcelego Kyci opowieść, jakoby Beck miał zabić Zagórskiego, potem poćwiartować jego ciało w Cytadeli Warszawskiej i później mówić o tym podczas zakrapianej imprezy. Jedyny pewny udział Becka w tej sprawie sprowadza się do pisma skierowanego do naczelnego prokuratora wojskowego, gen. Józefa Dańca. Przyszły minister zasugerował w nim dezercję generała, ale to wszystko i wiele wskazuje na to, że tzw. sprawa Zagórskiego pozostanie niewyjaśniona.

W 1929 roku nieoczekiwanie po drugiej politycznej barykady znalazł się ojciec Becka jako sędzia Trybunału Stanu, badający tzw. „aferę Czechowicza”. Przyszły szef dyplomacji nie odczuwał chyba w jakiegoś specjalnego dyskomfortu, skoro rok później, na polecenie Marszałka, nadzorował transport więźniów brzeskich z poziomu... samolotu.

M.K.:
Niestety, nie dysponujemy żadnymi informacjami o reakcji Becka na udział swego ojca w procesie byłego ministra skarbu. Wiemy, że Beck senior (także Józef) został powołany na sędziego Trybunału Stanu w 1929 roku i niemal natychmiast musiał zmierzyć się ze sprawą najwyższej politycznej wagi. Przed Trybunałem stanął przecież były minister, w dodatku oskarżony o przekazanie 8 milionów złotych z budżetu państwa na wyborczą kampanię BBWR. W dodatku uczynił to na polecenie Piłsudskiego, więc proces był tak naprawdę skierowany przeciw Marszałkowi. Beck senior był znany z rzetelnego podejścia do swoich obowiązków i myślę, że jako apolityczny urzędnik (były wiceminister spraw wewnętrznych) „sprawę Czechowicza” traktował jako coś, co należy zbadać. Więcej nie da się tu powiedzieć.

O wiele bardziej piłsudczykom dał się wówczas we znaki sejmowy oskarżyciel ministra, były oficer Legionów – Herman Lieberman. Rok później ciężko pobito go w drodze do Brześcia, a wspominam o nim nieprzypadkowo, gdyż to w jego pamiętnikach znalazł się passus o Becku-nadzorcy, jak i o rzekomym udziale przyszłego ministra w zabójstwie gen. Włodzimierza Zagórskiego w 1927 roku.

Co do Brześcia, Beck miał kontrolować z pokładu samolotu transport posłów opozycji do twierdzy brzeskiej. Cóż – byle komu nie zostałoby powierzone tak odpowiedzialne, a zarazem jakże poufne zadanie. Trzeba jednak podkreślić, że o roli przyszłego ministra spraw zagranicznych w takich „działaniach specjalnych” z polecenia Piłsudskiego wspomina właściwie tylko Lieberman. Nie poświadczają tego żadne dokumenty „nierelacyjne”, a więc nie wytworzone ex post.
Józef Beck senior, sędzia Trybunału Stanu. Fot. NAC/IKC
Jak określiliby panowie miejsce Józefa Becka w polskiej historii? Z jednej strony, jego życiorys to kilkadziesiąt lat działalności niepodległościowej, a potem państwowej. Z drugiej, jako szef dyplomacji, poniósł klęskę, a takim politykom nie stawia się pomników i nie nazywa ulic ich imieniem.

M.W.:
Doczekał się on ulic m.in. w Warszawie, Krakowie i Wrocławiu, ale, istotnie, żadna instytucja nie funkcjonuje pod jego patronatem. Osobiście nie sprowadzałbym oceny Becka wyłącznie do lat 1932–1939. One były najważniejsze w jego karierze politycznej, to prawda, ale – toutes proportions gardées – patrzę na tego człowieka, żołnierza i polityka trochę tak, jak na Philippe’a Pétaina patrzył Charles de Gaulle po II wojnie światowej. Dla de Gaulle’a był to nie tylko kolaborant i przywódca Francji Vichy, lecz także zwycięzca spod Verdun. W przypadku Becka oznacza to, że nim włożył dyplomatyczny frak, był żołnierzem, który narażał życie w walce o niepodległość Polski. W bilansie jego działalności blaski przeważają nad cieniami, niemniej to te cienie czynią z Becka postać kontrowersyjną, a przez to atrakcyjną dla historyków i miłośników historii.

M.K.: W dziejach naszego narodu „polityków klęski” jest wielu. Taką więc ocenę Becka można by odnieść do licznych bohaterów polskiej historii. Uczynił on wszystko, aby zabezpieczyć Polskę przed wojną, a gdy stała się ona nieunikniona – zrobił, co mógł, aby wprowadzić nas w konflikt w zespole koalicyjnym. Wypowiedzenie wojny Niemcom przez Francję i Wielką Brytanię coś jednak znaczyło. To, że oba te mocarstwa nie podjęły przeciw Niemcom poważniejszych działań militarnych już we wrześniu 1939, nie może obciążać polskiego polityka. Żadna dyplomacja nie mogła tego sprawić.

– rozmawiał Tomasz Czapla

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy

Marek Kornat jest historykiem, sowietologiem, edytorem źródeł, eseistą, profesorem nauk humanistycznych i kierownikiem Zakładu Dziejów Dyplomacji i Systemów Totalitarnych w Instytucie Historii Polskiej Akademii Nauk w Warszawie oraz na Uniwersytecie Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie.

Mariusz Wołos jest historykiem i eseistą, profesorem nauk humanistycznych, pracownikiem Uniwersytetu Pedagogicznego im. Komisji Edukacji Narodowej w Krakowie oraz Instytutu Historii PAN w Warszawie.
Zdjęcie główne: Styczeń 1939. Spotkanie szefa dyplomacji Polski Józefa Becka (z lewej) z Adolfem Hitlerem, podczas którego kanclerz Niemiec potwierdził żądanie przyłączenia Gdańska do Rzeszy. Fot. PAP/DPA
Zobacz więcej
Rozmowy Najnowsze wydanie
Kości nigdy nie kłamią, czyli opowieści z sarmackiej krypty
Bolszewicy w 1920 roku, przechodząc przez Kresy pootwierali trumny metalowe tamtejszych rodów jak konserwy, ostrymi narzędziami.
Rozmowy Najnowsze wydanie
Druga gruba kreska III RP
Czyli jeżeli ktoś nakradł, to w interesie publicznym leży przyklepanie tej kradzieży? Najwyraźniej tak.
Rozmowy Poprzednie wydanie
Być jak Szalony Koń, który pobił białego generała
Indianie niechętnie przyjmują białych w swoich rezerwatach. Wciąż mają uraz.
Rozmowy wydanie 16.10.2020 – 23.10.2020
Bóg lubi narwańców
Dominikanin: Było pół godziny nerwów, „wyrzygania się” Bogu – i poczułem Jego działanie.
Rozmowy wydanie 16.10.2020 – 23.10.2020
Przed nami fala śmierci. Konieczny będzie lockdown
Robert Tekieli: Namawiają do wysadzania budynków rządowych. Udają wariatów, ale chodzi im o wywołanie katastrofy.