Historia

Gdyby przeżyli, to byłbym dzisiaj z medalem Yad Vashem...

Teraz ich odwaga nie zostanie zapomniana. Ich ofiara znana będzie przynajmniej w rodzinnym miasteczku; kamień pamiątkowy przez kilkadziesiąt lat nie zarośnie mchem. Tyle można zrobić.

Projekt Instytutu Pileckiego został uruchomiony półtora roku temu: pierwsze zorganizowane w jego ramach upamiętnienie Polaków zamordowanych za niesienie pomocy Żydom miało miejsce w marcu 2019 roku. W Sadownem koło Ostrowi Mazowieckiej odsłonięto wówczas kamień, upamiętniający Leona, Mariannę (na zdjęciu powyżej) i Stefana Lubkiewiczów. Rodzina miejscowych piekarzy została rozstrzelana przez Niemców 13 stycznia 1943 roku.

Od tego czasu uhonorowano ponad dwadzieścia osób: jedyna spośród nich szerzej znana, przynajmniej historykom, to Jadwiga Długoborska – czynna na wielu płaszczyznach konspiracyjnego życia, o wyjątkowo dramatycznych losach. Inni – Lubkiewiczowie, Postkowie, Krasuscy – obecni byli dotąd, w najlepszym razie, w długich indeksach nazwisk osób represjonowanych czy straconych. Teraz ich odwaga, ich ofiara znana będzie przynajmniej w rodzinnym miasteczku; kamień pamiątkowy przez kilkadziesiąt lat nie zarośnie mchem. Tyle można zrobić.
Kamień i tablica upamiętniające zamordowanych przez Niemców za pomaganie Żydom Antoniego Prusińskiego i Piotra Leszczyńskiego w miejscowości Poręba-Kocęby koło Ostrowi Mazowieckiej. Fot. Instytut Pileckiego
Przy inicjatywach tego rodzaju zawsze pojawia się pytanie o szale, na których leżą starania o wizerunek kraju i najzupełniej prywatne obowiązki. Wiadomo, jak fatalnie przesunięte są w świecie proporcje zasług i win, jeśli idzie o obraz Polski i Polaków w latach drugiej wojny światowej i o skalę udziału poszczególnych Polaków w Zagładzie.

Na całkowitą ignorancję w kwestii przebiegu wojny 1939 roku i okupacji, w kwestii dysproporcji kar i represji za ukrywanie Żydów (Belgia – kara pozbawienia wolności lub grzywna; Polska – wyrok śmierci dla całej rodziny osoby ukrywającej) nakładają się kolejne przekłamania:

• „nadreprezentacja” procesów o kolaborację z Niemcami, w tym współudział w Zagładzie, procesów, organizowanych w pierwszych powojennych latach przez nowe władze również z powodów politycznych. Brak zainteresowania władz PRL upamiętnianiem polskich Sprawiedliwych.

• żywe zainteresowanie uczestników europejskich „gier o wizerunek” opisaniem możliwie wielu polskich szmalcowników.

• publikacje badaczy ostatnich lat, w których emocje biorą nieraz górę nad dociekliwością. Potrzeba polemiki z takim wizerunkiem jest oczywista. Na wystawie „Zawołani po imieniu” wybrzmiewa ona wyraźnie, nie tylko za sprawą jej „dwujęzyczności” (przekład tekstów i objaśnień na język angielski to już dziś wystawienniczy standard, nieczęsto jednak napisy w obu językach są tej samej wielkości), ale i perswazyjności niektórych cytatów i aranżacji,

Zestawienie kar za ukrywanie Żydów w poszczególnych krajach okupowanej Europy, emocjonalna deklaracja polsko-żydowskiego pisarza Romana Fristera (Jakie ja mam prawo ich potępić? Dlaczego niby mieli oni ryzykować życie własne i swoich rodzin dla żydowskiego chłopca, którego nie znali? Czy ja zachowałbym się inaczej? Znałem odpowiedź również na to pytanie. Nie podniósłbym nawet małego palca, aby im pomóc. Wszyscy bali się jednakowo!) są pewnie adresowane w pierwszej kolejności dla turystów, którzy skręcą na wystawę, idąc Krakowskim Przedmieściem. W Polsce dysproporcje kar, jak i powszechność zagrożenia są znane, nieraz przywoływane, również jako usprawiedliwienie czyjejś bierności czy obojętności.

Czy to zadziała? Nie wiem. Niebanalne rozwiązania ekspozycyjne (litania nazwisk zabitych Polaków, uruchamiana przyciskiem, dzięki której rzeczywiście dokonuje się, aż nazbyt literalne, „zawołanie po imieniu”), ich rozmach (dwujęzyczne ulotki-książeczki z biogramami zabitych) mogą się okazać jednym z wielu kamyków, od których zmieni bieg lawina łatwych zagranicznych osądów.
Duży ładunek edukacyjny i perswazyjny mają materiały przygotowane przez Instytut: szczegółowe mapy terenów, z których pochodzili Polacy zamordowani za niesienie pomocy Żydom, ukazujące, jak gęsta była sieć placówek Sipo (Sicherheitspolizei czyli nazistowskiej Policji Bezpieczeństwa), Wehrmachtu, żandarmerii i granatowej policji: to ukrywanie dokonywało się nie tylko na równinie, w głodzie, pod nieżyczliwymi, niejasnymi spojrzeniami sąsiadów, ale i w terenie rozjeżdżonym przez patrole, zdeptanym przez donosicieli. Ale zasadniczy cel i sens projektu i dokumentującej go wystawy wydaje mi się inny.

W trzeciej części wiersza „Pan Cogito o potrzebie ścisłości” Zbigniew Herbert upomina się, jak wiadomo, o imiona tych którzy zginęli / w walce z władzą nieludzką, znikli w przepastnych piwnicach / wielkich gmachów policji. Te wersy mobilizowały czytelników zarówno w czasach śmierci Stanisława Pyjasa, jak dziś:

musimy zatem wiedzieć

policzyć dokładnie

zawołać po imieniu

opatrzyć na drogę


Stąd nazwa projektu, a cały czterowiersz powraca na ścianach ekspozycji. Tyle, że Herbert nie wzywa nas tylko do okrzykiwania imion. Opatrzenie na drogę ma być całkiem konkretne:

w miseczkę z gliny

proso mak

kościany grzebień

groty strzał

pierścień wierności

Amulety


Tym tak naprawdę jest, a przynajmniej być powinna, ta akcja. Kierunek przekazywania darów i tak jest zaburzony: to my gromadzimy i oglądamy kościane grzebienie: na wystawie muszą poruszyć osierocony młynek do kawy, żeliwna pasyjka i wyczyszczone do białości kamienie z fundamentów zburzonego domu, jedyna pozostałość po rodzinie gospodarzy zabitych za ukrywanie Żydów.

Na zdjęciach od prowincjonalnych fotografów ostrzyżone niemal na łyso dziewięciolatki po pierwszej komunii krzepko trzymają swoją świecę chrzcielną. Tak wygląda pamięć wojny w Polsce, tasowana na wielu wystawach, w różnych kontekstach.

To, co może dziś zostać przekazane – obok nastroju powagi i podniosłości, którą ewokuje również niezwykła, czarno-złota kolorystyka całej wystawy – to tych czternaście kamieni, upamiętniających zabitych.

Dokumentacja fotograficzna i dziś jest niedoskonała, uroczystości, które miały miejsce w Nurze, Sterdyniu, Wierzchowisku, mają w sobie rozczulającą urodę niedoskonałości jak z filmów Jiříego Menzla: puzoniście uciekają nuty lub spojrzenie, kilkuletnia prawnuczka zachwyciła się swoją jagodową sukienką. Nie szkodzi. Te kamienie pamiątkowe, osadzone na pospiesznie wyrównanej miedzy, to jedyne, grubo ciosane, pierścienie wierności, jakie jesteśmy w stanie przekazać, z całą świadomością, jak to niewiele.
Obwieszczenie Ludwiga Fischera, gubernatora dystryktu warszawskiego Generalnego Gubernatorstwa w latach okupacji niemieckiej w Polsce. Fot. Instytut PIleckiego
Rodziny zostały zranione, zniszczone – również ci, którzy ocaleli. „O godzinie 22.00 dnia 13 stycznia 1943 roku żandarmi z karnej ekspedycji rozstrzelali wymęczonych i zbitych moich rodziców i brata na podwórku za ratownictwo Żydów w Polsce. Mnie zostawili jako małoletnią, ale cóż z takiego życia, kiedy odebrali mi zdrowie i chęć do życia” – wspomina Irena Kamińska z domu Lubkiewicz. Ci, którzy przeżyli, doświadczali przemilczenia, niezrozumienia, czasem sąsiedzkiej zawiści o „żydowskie złoto”.

Doświadczali jeszcze jednego pozbawiającego sił uczucia: daremności. „Tylu ludzi by się uratowało! Gdyby przeżyli, to byłbym dzisiaj z medalem [Yad Vashem]. Ale ponieważ nie przeżyli, to zostaliśmy takimi sobie ludźmi – zapomnianymi”. To słowa Eugeniusza Sowy, syna zamordowanych za ukrywanie Żydów Franciszki i Józefa.

Dziwnie jednak rymują się z „Bitwą na równinie Sedgemoor”, najbardziej gorzkim opowiadaniem Jarosława Iwaszkiewicza, napisanym jesienią 1942 roku (uciekinierzy z transportu do Treblinki dzielili już w tych dniach między siebie chleb, przyniesiony im z pobliskiego gospodarstwa Lubkiewiczów) – pochwałą (czy może tylko opisaniem?) daremnego poświęcenia.

– Wojciech Stanisławski

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy


Wystawa „Zawołani po imieniu”. Instytut Pileckiego, Warszawa, Krakowskie Przedmieście 11, otwarcie 2 października 2020
Zdjęcie główne: Marianna Lubkiewicz, zamordowana przez Niemców za przekazanie ukrywającym się Żydówkom chleba. Fot. Instytut Pileckiego
Zobacz więcej
Historia Najnowsze wydanie
Od Wańkowicza przez Najdera po Słaunikawą
W czasach PRL nie było większego wroga systemu niż Wolna Europa.
Historia Najnowsze wydanie
Bomby zamiast dzwonków
Kobiety udzielały Komunii św. Wszyscy przyjmowali Pana Jezusa na drogę, a może na śmierć jako wiatyk…
Historia Poprzednie wydanie
Prawdziwe okoliczności pierwszego rozbioru Polski
Spożyjemy hostię: Polskę – pisał król Prus. Manifest zaborców zaczynał się: „W imię Trójcy Przenajświętszej!”
Historia Poprzednie wydanie
Radio dla Warszawy
Stołeczna rozgłośnia była spóźniona o ponad 10 lat w stosunku do innych stacji regionalnych otwartych w Polsce.
Historia Poprzednie wydanie
Żydówka, święta Kościoła katolickiego, patronka Europy
Prosiła, by dołączyć do swej siostry w bydlęcym wagonie. Zginęła w Auschwitz.