Historia

Rywka z listy Ładosia. Żyje, choć paszport do niej nie trafił

„Ocalałam. To przeznaczenie” – mówi. Przyznaje, że nie wyobraża sobie, aby podczas wojny żydowska rodzina chciała narażać się dla goja jak Gawlikowie dla niej. Wspomina o hucpie i zarozumiałości. „Czy to nie antysemickie?” – pyta osoba przeprowadzająca wywiad. „Obiektywne” – odpowiada.

Rywka Telner ma 85 lat i żyje w Gdyni. Choć mogłaby w Asunción, bo polscy dyplomaci wspierający Żydów podczas II wojny światowej wystawili jej paszport Paragwaju. Jest jedyną posiadaczką dokumentu, która mieszka w Polsce.

Kamil Kopera, specjalista ds. badań i dokumentacji w Muzeum Polaków Ratujących Żydów w Markowej odebrał telefon od emerytowanego stolarza z Łańcuta, który na strychu swojego domu – budynek z późnego PRL, żadna przedwojenna kamienica – odnalazł żydowski glejt z 1940 roku. Opowiadał, że trafił do niego przypadkiem 25 lat temu wraz z meblami do renowacji, wypadł podczas pracy nie wiadomo skąd. Starszy pan schował znalezisko i znów gdzieś przepadło, teraz też go nie interesuje, bo nie ma takich korzeni ani powiązania z tematem. Może muzeum jest zainteresowane?

I owszem! Taka sytuacja to ewenement nie tylko na Podkarpaciu, bo strychy domów dawno już przebrano, dokumentów historycznych nie odkrywa się co dzień, do zebrania muzealnikom zostały ustne relacje od świadków zdarzeń, po latach niekompletne, bez nazwisk i imion, jedynie z przydomkami, przy braku pewności dotyczącej szczegółów, kamyki w ogrodzie pamięci.

Tu był konkret: pożółkła kartka w formacie A5. Nakaz zapłaty kwoty 15 marek – stawka obejmowała wrzesień i październik 1940 roku, należało ją uiścić w ciągu dwóch dni od daty wystawienia 14 października – na rzecz Obozu Pracy w Będzinie, co zatwierdził miejscowy Zarząd Przedstawicielstwa Ludności Żydowskiej. Dane adresata wykaligrafowano piórem: Hersz Telner, Podwale 1.
Znalezisko z Łańcuta. Fot. Muzeum Polaków Ratujących Żydów podczas II wojny światowej im. Rodziny Ulmów w Markowej
***

Jego śladów Kamil Kopera z Markowej zaczął szukać w IPN, Yad Vashem, Stowarzyszeniu Dzieci Holocaustu, ambasadzie polskiej w Bernie i wielu innych instytucjach. I ustalił, że chodzi o Hersza Icka Telnera, syna Henocha i Fajgli z domu Honer, który urodził się 29 maja 1904 roku w Pińczowie, choć międzywojnie spędził w Będzinie. Miasteczko było wówczas znanym ośrodkiem tekstylnym na Śląsku, przy okazji typowym sztetlem, gdzie Żydzi stanowili większość mieszkańców (80%) i – mówi Rywka – wszystko było żydowskie. Jej ojciec Hersz jak wszyscy wokół inwestował w tekstylia: dorobił się hurtowni i sklepu z ubraniami roboczymi, miał znajomości wśród kupców. Na początku lat 30. posiadał pierwszy telefon w mieście.

Spełniony zawodowo, zadbał o życie prywatne: poślubił Frajdlę z domu Glejtman (urodzoną 20 czerwca 1908, miała siedmioro rodzeństwa), z którą doczekał się dwóch córek: Sury Gitli (1 września 1929) i Rywki Dwory (17 marca 1935). Przed wojną Hersz udzielał się społecznie w prowadzeniu szkoły talmudycznej Mizrachi w Będzinie, ale Frajdla nie gotowała koszernie. Rywka nie pamięta przedwojennej synagogi, zresztą kobiety i dzieci nie były tam najważniejsze.

Telnerowie żyli dostatnio w czteropokojowym mieszkaniu z nianią, guwernantką i praczką. Z tego czasu Rywka ma jedno wspomnienie: rodzinne wczasy w Rabce, gdzie gospodarze hodowali piękne kwiaty, a Sura zachorowała na ospę i nosiła czapkę zakrywającą krosty. 1 września 1939 roku starsza z sióstr obchodziła dziesiąte urodziny i cała rodzina z dziadkami bawiła w Pińczowie, 100 kilometrów na wschód od Będzina, bo Hersz uważał, że przy granicy nie jest bezpiecznie, a przecież Niemcy nie wejdą w głąb Polski… Niebawem i tam wybuchły pożary. Rywka pamięta, że z mamą Frajdlą siedziały w jakiejś piwnicy i po raz pierwszy usłyszała: „Raus, raus”.

Żydowskie losy. Wśród ludzi, podludzi i nadludzi

Jak to się stało, że Żydzi – przeważnie inteligenci, byli adwokaci (a większość oficerów policji żydowskiej była przed wojną adwokatami) – sami przykładali rękę do zagłady swych braci? Jak doszło do tego, że Żydzi wlekli na wozach kobiety i dzieci, starców i chorych, wiedząc, że wszyscy idą na rzeź? – pytał w 1942 roku Emanuel Ringelblum.

zobacz więcej
Wszystkich mężczyzn Niemcy mieli rozstrzelać, ale z niewiadomych powodów puścili wolno. Wtedy Hersz – jego samochód został zarekwirowany – pożyczył we wsi konia z wozem i woźnicą, by wrócić 100 kilometrów do Będzina. Ich mieszkanie stało nietknięte, choć spalono synagogę. I zaczęło się życie okupacyjne, którego Rywka nie odczuwała mocno. W domu zaciemniano okna, ale czuła się bezpieczna. Pamięta tylko wieszanie kilku Żydów przy rynku: pobiegała zobaczyć i doznała szoku.

Hurtownię Hersza Telnera przejął niemiecki zarządca Alfred Rossner, który przed wojną pracował w fabryce włókienniczej w Berlinie, należącej do polskiego Żyda Arje Ferleigera – gdy został wydalony z Niemiec, trafił do Będzina i podczas wojny Rossner zatrudnił go do pomocy! Z miejsca stał się największym lokalnym pracodawcą z setkami szyjących dla niego Żydów, którym pomagał żyć: karmił i poił, ostrzegał przed deportacjami i zatrudniał po ostatecznej likwidacji getta, za co był aresztowany przez gestapo i stracony w styczniu 1944 roku. W 1995 roku uznano go Sprawiedliwym wśród Narodów Świata. Rywka mówi o Rossnerze: wybawiciel.

***

W maju 1942 roku Żydów z Będzina zamknięto w getcie, które nie przypominało warszawskiego: Rywka nie pamięta trupów na ulicach ani wielkiego głodu. Telnerowie dostali jeden pokój dla całej rodziny z babcią, bo dziadek szczęśliwie nie dożył tej wojny. Nie mieli wiele, przenosili się jedynie z torbami podręcznymi.

Małej Rywki nie sposób izolować od rozmów dorosłych: nie wszystko rozumiała, ale znała sytuację, bo na placu w getcie w Będzinie często dokonywano selekcji – Życie, Śmierć lub Obóz. Ona biegła w stronę życia, nikt nie odważył się strzelić do dziecka. Telnerom udawało się przetrwać, choć Hersz musiał się ukrywać i rzadko wracał do domu.

Hersz ratował też rodzinę przez polskich dyplomatów w Bernie, którzy stworzyli system nielegalnej produkcji fałszywych paszportów dla Żydów z całej Europy, nie tylko z Polski. Pod wodzą Aleksandra Ładosia – polskiego posła, któremu Sejm, zgodnie ustalili posłowie wszystkich frakcji, zadedykuje patronat nad rokiem 2021 – powstała grupa wydająca obywatelstwa i paszporty Paragwaju, sporadycznie też innych krajów Ameryki Południowej. Ocalono w ten sposób 10 tysięcy Żydów! Dokumenty mówią, że cztery paragwajskie paszporty Telnerów wystawiono w grudniu 1942 roku, ale nigdy do nich nie trafiły.
Fałszywy paszport Paragwaju ma – jak większość takich dokumentów – styl pisma polskiego konsula Konstantego Rokickiego – napisał na Facebooku Jakub Kumoch, za którego sprawą Instytut Pileckiego opublikował listę 3262 Żydów z paszportami wystawionymi przez Grupę Ładosia. Telnerowie mają numery 2637-2640. Nigdy nie otrzymali dokumentu, Rywka zobaczyła go teraz pierwszy raz. Fot. printscreen konta Fb Jakuba Kumocha
Rossner zarządzał Obozem Pracy w Będzinie, na rzecz którego Hersz uiszczał miesięczną daninę jak w znalezionym glejcie. Jego centrala nazywała się Schneidersammelwerkstatt, miejscowi Żydzi mówili po staremu – Szop. Produkowano tam płaszcze z flauszu dla żołnierzy Wehrmachtu, uznane za niezbędne podczas wojny, dlatego wszyscy zatrudnieni posiadali specjalną niebieską przepustkę Sonderausweis, aby zachować ciągłość produkcji.

***

Po rozpoczęciu deportacji z getta w grudniu 1942 roku legitymacja od Rossnera stała się szczególnie pożądana, bo zabezpieczała pracownika i dwóch członków jego rodziny, co zadowalało Telnerów. Z czasem i to nie wystarczało: dla Hersza, Frajdli i Sury zorganizowano pracę w Szopie, ale Rywka była za mała i – proponował Rossner – trafiła do ludzi dobrej woli.

Miała iść na przechowanie do cioci z Zawiercia, zapytała, czy są tam Żydzi i odmówiła przenosin, po co zmieniać dom na równie niebezpieczny? Tego samego dnia Hersz spotkał na ulicy Józefa Gawlika, znajomego kupca z Piekar Śląskich, który powiedział, że weźmie Rywkę do siebie, choć sam miał czworo dzieci. „Czy są tam Żydzi?”. „Nie ma”. Rywka zgodziła się i trafiła do Piekar trzy dni przed likwidacją getta. Frajdla stała się persona non grata w rodzinie, przecież własnego dziecka nie zostawia się u obcych!

Kilkanaście kilometrów, inny świat. Józef i Hildegarda byli Ślązakami, mówili po niemiecku, którego Rywka nie znała, bo w Będzinie obowiązywał polski i czasem żydowski. Ich dom w Piekarach Śląskich, ceglana dzielnica Szarlej, był zimny, panował w nim wojskowy dryl, dlatego Rywka obiecywała sobie, że jej własny będzie inny. Miała siedem lat i wiedziała czemu się przeprowadza, choć po przyjeździe do Piekar usiadła na parapecie i trzy dni płakała. „Byłam nieszczęśliwa, że nie jestem z mamą” – mówi, że życie zwyciężyło. Miała tam bardzo dobrze, Gawlikowie traktowali ją jak własną córkę. Czasem przedstawiano ją jako krewną z Poznania i Rywkę zmieniono na Renię, aby nie było wątpliwości, choć w górniczym miasteczku ludzie zajmowali się swoimi sprawami.

Wszystko, co działo się w Polsce z Żydami, działo się też w dużej mierze z Polakami

Problem roszczeń jest poważny i nie można go bagatelizować – mówi Mariusz Pilis, reżyser filmu „Skrzywdzeni. O Polakach i Żydach”.

zobacz więcej
Nie miała żadnych papierów i wiedziała, że trzeba podporządkować się otoczeniu. Szybko nauczyła się mówić po niemiecku, wystarczył miesiąc letnich wakacji na wsi z Gawlikami. Gdy Frajdla zadzwoniła po jej powrocie – ich jedyna rozmowa telefoniczna w czasie wojny – nie chciała wierzyć, że to jej siedmioletnia córka! „Żeby żyć, musiałam mówić po niemiecku i modlić się po niemiecku” – wspomina Rywka, która z Gawlikami chodziła do kościoła katolickiego, znała pacierze i pieśni. „Modliłam się do Boga. To najważniejsze”.

Gdy Hildegarda ziębiła dom w Piekarach, Józef handlował futrami i brylantami, w interesach bywał nawet w Wiedniu. Gawlikowie prowadzili sklep-przykrywkę, gdzie sprzedawali watolinę i szmaciane chusty; bywało, że Rywka stawała za ladą, choć w Szopie w Będzinie nie było to możliwe. Hersz wysyłał Gawlikowi bele materiału, który podbierał Niemcom z magazynu. Gawlik przyjeżdżał do niego ze znaczkiem SS wpiętym jako kamuflaż, bo nie miał nic wspólnego z armią. Jego sąsiadem w Szarleju był SS-man, który zmarł podczas wojny i Rywka była na pogrzebie: wszyscy ludzie płakali, ona się uśmiechała.

W 1996 roku za pomoc Rywce małżeństwo Gawlików uznano Sprawiedliwymi wśród Narodów Świata. W 1942 roku trafiła do nich żona najstarszego brata Frajdli z córeczką Rózią, ale zaczęła „odstawiać sceny”: mówiła po polsku, marudziła i kaprysiła – Gawlikowie przestraszyli się denucjacji i obie wróciły do Będzina. Nie wiedzieć, albo i wiedzieć czemu, ciotka powiedziała wtedy Herszowi, że Rywka nie żyje. On przeżył gehennę, chciał koniecznie zobaczyć córkę, bo nie starczały mu jej listy, dostarczane przez Gawlika, który zapewniał, że wszystko w porządku.

Latem 1944 roku Gawlik przywiózł Rywkę do Sosnowca do umówionego mieszkania, aby spotkała się z rodzicami. Hersz był już na miejscu, Frajdla spóźniała się. Gawlik zostawił ich samych, miał wrócić po dwóch godzinach, ale Rywka wciąż pytała o mamę, a ojciec rwał ostatnie włosy z głowy i lamentował, co to będzie jeśli Gawlik nie wróci? Frajdla wreszcie przyszła, miały mało czasu, wkrótce wrócił Gawlik i Rywka pojechała z nim do Piekar, choć bardzo chciała z nimi do Będzina. Ostatni raz widziała wtedy ojca i miała później wyrzuty, że tak mało z nim rozmawiała. Płacze.
Frajdla Terner na zdjęciu z okładki książki „Kobiety z Ravensbrück” stoi w pasiaku z torebką w dłoni. Fot. materiały wydawcy Pruszyński i S-ka
***

W sierpniu 1943 roku likwidowano getto w Będzinie i każda żydowska rodzina musiała oddać kogoś do – obiecywano – obozu pracy. Sura zdecydowała, że z Telnerów pojedzie ona, bo Hersz z Frajdlą nie mogą się rozstać – wtedy oboje zginą. Tak trafiła do Auschwitz, skąd z Będzina było bardzo blisko – 45 kilometrów. Sura przebywała tam z kuzynką – córką najstarszego brata Frajdli, przeżyły obie. W 1945 roku szły w Marszu Śmierci, wyzwoliły je wojska amerykańskie. Nigdy potem o pobycie w obozie nie chciała opowiadać.

Herszowi i Frajdli udało się – dzięki Rossnerowi – przeżyć pacyfikację i do września 1944 roku – nawet po jego śmierci – pracowali w Szopie. Potem nie było już odwrotu i wysyłano oboje do obozu pracy w Annabergu. Stamtąd Hersz, przez Auschwitz, trafił do Mauthausen, gdzie zmarł na tyfus kilkanaście dni przed zakończeniem wojny.

Frajdla pojechała do Genshagen pod Berlinem i malowała części do samolotów. I do Ravensbrück, skąd z dwoma tysiącami kobiet uratował ją Szwedzki Czerwony Krzyż i akcja „Białe Autobusy”, która z obozów wydobywała skandynawskich więźniów, co rozszerzono na inne nacje – Frajdla wyjechała do Szwecji pierwszym transportem w lutym 1945 roku. Jej zdjęcie wydrukowano na okładce książki „Kobiety z Ravensbrück” Sarah Helm (2017) – stoi w pasiaku z torebką w dłoni.

Rywka pamięta, że przed zakończeniem wojny Gawlik zabrał ją do sklepu-przykrywki w Piekarach, gdzie wisiał ogromny portret Hitlera, który wspólnie porąbali na kawałki i spalili w kozie, na ogniu podgrzali kiełbaski wiedeńskie – bardzo jej smakowały! I dobrze zrobili, bo wkraczający do miasta żołnierze Armii Czerwonej doszczętnie niszczyli wszystkie hitlerowskie symbole, sklep Gawlika oszczędzono.

Rywka opowiada o dantejskich scenach, Sowieci zachowywali się jak zwierzęta, wszystko plądrowali i demolowali, kradli na potęgę. Wagi z szalką brali za zegary i mieli pretensje, że „czasy” nie tykają! Szczęśliwie dom Gawlików też zostawili w spokoju, bo stacjonował u nich główny lekarz ze szpitala w Będzinie i dzięki niemu było bezpiecznie.

Wyciąganie wniosków, że więcej Żydów przeżyło w obozach niż u Polaków, jest niepoważne

Dr Jacek Proszyk zrezygnował z napisania rozdziału do słynnej pracy „Dalej jest Noc”. – Żydowi łatwiej było napisać, że wyszedł z obozu, niż że przeżył podając się za Niemca czy uciekł z Armii Czerwonej – opowiada o wojennej i powojennej sytuacji w Bielsku-Białej.

zobacz więcej
Po wyzwoleniu dzieci Gawlików chodziły do szkoły, Rywka zostawała w domu i czekała na cud. Traciła nadzieję. W Boże Ciało 1945 roku, 28 czerwca o poranku, wracała tramwajem od krawcowej z Bytomia, gdzie odebrała różowe sukienki dla siebie i młodszej córki Gawlików – miały sypać kwiaty podczas procesji. Wysiadła w Piekarach, z tramwaju szło się do domu jeszcze trzy kilometry. Na przystanku czekała starsza córka Gawlików z „kimś koszmarnym”. „To twoja siostra” – powiedziała.

Sura wyglądała makabrycznie: kościotrup w pasiaku i bez włosów. Rywka jej nie poznała i nie dowierzała, że to jej śliczna siostra, bo niby gdzie czarne warkocze? Starsza opowiadała młodszej, że znalazła ją po firankach z kordonków ręcznej roboty, które przed wojną szyła Frajdla – szła główną ulicą w Piekarach, patrzyła w okna, wypatrywała firanek i trafiła do Gawlików. Długo rozmawiały, Rywka pytała o rodzinne szczegóły, w końcu przekonała się, że to Sura. Gdy w domu u Gawlików ktoś zażartował, że dała się nabrać – dostała spazmów i wybuchła płaczem.

***

Rywka nie chciała już mieszkać w Piekarach i obie z Surą pojechały do komitetu żydowskiego w Katowicach, który wysłał je do żydowskiego domu dziecka w Chorzowie. Przebywały tam dziecięce wraki wyciągnięte z lasów i obozów, zawszone i zaświerzbione, jedynie Rywka z dobrego domu, więc spadły na nią wszelkie przypadłości. Przed wojną też była chorowita, przechodziła anginy, dyfteryty i szkarlatyny, jedynie u Gawlików nie miała nawet kataru!

Następnego dnia po spotkaniu sióstr do Gawlików przyszedł telegram ze Szwecji, który przetłumaczyli ze szwedzkiego, że Hersz i Frajdla ocaleli. Rywka powiedziała wtedy, że jej ojciec nie żyje – nie wie, skąd wiedziała. Radiotelefonem poszła informacja zwrotna, że córki Frajdli czekają. I łączność została zerwana do jej powrotu, pierwszym statkiem ze Szwecji do Polski, w grudniu 1945 roku.

Miała propozycję, aby zostać i sprowadzić dzieci, ale znajomy napisał, że Hersz najpewniej jest w Szwajcarii i ma stamtąd trafić do Polski, lecz jemu nie gwarantowano przyjęcia i wróciła. Na miejscu dowiedziała się, że mąż zmarł w obozie. Długo była zagubiona. Miała 36 lat, wciąż młoda i piękna, nie mogła się na nic zdecydować. Szukała rodziny w USA, aby wyjechać z córkami, ale nie dostały wizy i zostały. Frajdla pracowała w domu dziecka w Chorzowie jako szefowa kuchni do jego likwidacji w 1947 roku.

Frajdla w spadku po dalszej rodzinie, do której należała kamienica w Katowicach, dostała w tym budynku kawalerkę o powierzchni 9 m2, gdzie ledwo mieściła się z Surą. Rywka znów poszła więc do przytułków w Bielsku i Krakowie, by z matką zamieszkać dopiero w 1951 roku, gdy Sura wyszła za Zygmunta, Żyda z Będzina po Auschwitz, i wyprowadziła się. Rywka miała 16 lat i chodziła do dziewiątej klasy.

Sura po ślubie chciała wyjechać do Izraela, ale Zygmuntowi powodziło się po Politechnice w Gliwicach: znał się na turbinach, nadzorował cukrownie. W 1968 roku, po antysemickiej kampanii władz PRL, wyjechali na zaproszenie kuzyna na urlop do Szwecji i nie wrócili, choć nie traktowano ich jak emigrantów i musieli wszystko wypracować sami. Sura miała nadzieję, że jej 17-letni syn będzie wiódł tam lepsze życie niż w komunistycznej Polsce. Został dermatologiem, założył rodzinę, miał też depresję i schizofrenię, po 20 latach popełnił samobójstwo. Sura nie chciała dalej żyć, w 1995 roku zachorowała na raka i zmarła.

***

Frajdla nigdy nie mówiła o obozach. Była po nich schorowana, jeździła do sanatorium, gdzie poznała Bencjona Wassnera z Gdyni. W 1951 roku – jak Sura z Zygmuntem – postanowili wziąć ślub cywilny. Matka z młodszą córką przeniosła się za mężem nad morze. Rywka skończyła tam szkołę i wybrała budownictwo lądowe na Politechnice Gdańskiej. Pracowała w miejscowym kombinacie budowlanym – pierwsza kobieta-inżynier! Wszyscy wiedzieli, że jest Żydówką. Tłumaczy, że nie było z tego sensacji, bo niczego nie ukrywała, a tylko tak rodzą się problemy.

Ratowali polskich Żydów. Konsul zmarł po latach w przytułku dla nędzarzy

Polacy działali z polecenia Ładosia, zupełnie bezinteresownie. Zagłady uniknęło dzięki nim parę tysięcy obywateli.

zobacz więcej
W 1968 roku kolega powiedział, że jej miejsce jest w Izraelu, dlaczego nie wyjeżdża i po co tu siedzi? Rywka wyjaśnia to kłótnią, ale poszła do dyrektora i więcej się nie powtórzyło. Dla niej najbardziej obraźliwe słowo „żydek” nigdy nie padło. „Uważałam, że jestem lepsza od innych jako Żydówka” – uśmiecha się. Na spotkania gminy wyznaniowej nie jeździła (to Sura paliła świeczki i umiała się modlić). Była skarbnikiem organizacji Dzieci Holokaustu. Do PZPR należała, w przeciwieństwie do męża, wstąpiła do „Solidarności”.

W 1955 roku Rywka ze Stanisławem wzięli ślub cywilny, bo na kościelny nigdy by się nie zgodziła i przyjęła jego nazwisko. Poznali się na ulicy w Sopocie, gdzie zaczepił ją i zaczęli rozmawiać o wspólnych znajomych. Rywka się zakochała, Frajdla lubiła przyszłego zięcia, ale narzekała, że nie jest Żydem, a Żydówce nie wolno bratać się z innymi, wszystko ma zostać w klanie bez wyjątków. Związek Rywki był dla niej ciosem i chciała go rozbić. Teściowie wiedzieli o żydowskim pochodzeniu synowej, które im nie przeszkadzało.

Rywka mówi, że po wojnie chciała do Izraela, co było możliwe przed uszczelnieniem granic. W 1947 roku żydowskie organizacje wymyślały w górach obozy dla wyjeżdżających – ma zdjęcie z takiego zgrupowania w Czechosłowacji – ale wyjechać się nie udało, bo wciąż coś stawało na przeszkodzie. Polska była jej pisana, została na dobre i złe.

W 1964 roku Frajdla zmarła na raka. Jej mąż Bencjon wyjechał do Izraela, ale chorował na żołądek i nie przeżył operacji.

Jeszcze w 1968 roku pojawiła się okazja, gdy Sura emigrowała do Szwecji, ale Rywka była w ciąży i nie myślała o wyjeździe. Stanisław też nie chciał, aby nie czuć się obco w Izraelu jako goj. „Ja w Polsce lepiej się czułam jako Żydówka, niż mój mąż czułby się w Izraelu jako Polak” – przyznaje Rywka. Nie żałuje, że została. „Siostra nie jest szczęśliwsza niż ja, choć materialnie ma lepiej” – mówi. Z Surą nigdy nie mieszkały razem, bliższy kontakt miała z Edytą, córką Gawlików.

Rywka urodziła dwoje dzieci, ma czworo wnucząt. Życie zwyciężyło, choć mąż Stanisław nie żyje od 20 lat i mieszka sama.
Charge d`affaires RP w Szwajcarii Aleksander Ładoś i pianista, były premier i minister spraw zagranicznych w II RP Ignacy Jan Paderewski z grupą osób przed wyjazdem do USA. 1940 rok. Fot. NAC/Archiwum Fotograficzne Czesława Datki, sygn. 18-75-1
***

Rok temu za sprawą Jakuba Kumocha, wówczas polskiego ambasadora w Szwajcarii, Instytut Pileckiego opublikował listę 3262 Żydów z paszportami wystawionymi przez Grupę Ładosia. Telnerowie mają numery 2637-2640. W dokumencie lapidarnie ujęto ich los: Hersz – zmarł, Frajdla – przeżyła, Sura i Rywka – los nieznany.

„Rywka Telner z tego paszportu żyje! Ma 85 lat i mieszka w Gdańsku pod innym nazwiskiem. Wczoraj rozmawiałem z nią i z jej córką. Rodzina nigdy nie dostała tego dokumentu i nie odegrał on prawdopodobnie roli w ich ocaleniu. Pani Renata jest jedyną znaną nam posiadaczką paszportu Ładosia, która mieszka w Polsce. Fałszywy paszport Paragwaju ma – jak większość takich dokumentów – styl pisma polskiego konsula Konstantego Rokickiego” – nie dziwi entuzjazm Kumocha, który teraz ambasadoruje w Turcji i pilnuje Sprawy Ładosia.

Jedynym Polakiem mieszkającym w Polsce, któremu wystawiono taki dokument, jest Daniel Adam Rotfeld, były minister spraw zagranicznych (przeżył, ukrywając się w unickim klasztorze na Ukrainie). Dziś wiadomo zatem o dwóch takich osobach.

Rywka pamięta, że podczas wojny ojciec starał się o jakiś paszport, co córka Joanna długo brała za kolejną sensację i nie dowierzała. Wiedziała o Liście Ładosia, ale nie spodziewała się tam informacji o Telnerach i nie zaglądała. Myślała, że mama dodaje kolorów do szarzyzny wojny, bo jej opowieści brzmiały nieprawdopodobnie.

Gdy w latach 90. ze Szwecji do Polski przyjechała z wizytą Sura, pytała Rywkę, czy pamięta to i tamto. Pamięta wszystko. Karol Kopera z Markowej planował nagranie tych opowieści, ale nagrania nie było, ktoś nie dopilnował połączenia przez Internet, choć starsza pani była przygotowana i zraziła się do dalszych rozmów.

Do Gdyni najlepiej dzwonić w asyście córki, bo Rywka ma kłopoty ze słuchem, choć pamięć wciąż ostrą jak drut kolczasty. Joanna dobrze zna dawne historie i daje im wiarę. W przeciwieństwie do matki, nie afiszowała się z żydowskim pochodzeniem, z którego jest dumna, ale boi się oceny innych, bo „w Polsce stwierdzenie, że ktoś jest Żydem, bywa odbierane bardzo negatywnie”. Chucha i dmucha na słowa, ważny jest kontekst artykułu i żeby nie wyszło, że wszyscy Polacy są tacy idealni, bo nie są. Bliżej jej do ostrej oceny, że Polska nie jest łatwym krajem do życia.

Nawet po Katyniu uważał, że trzeba rozmawiać z Sowietami

12 grudnia opublikowano tzw. Listę Ładosia – spis ponad 3,2 tys. Żydów, dla których polscy dyplomaci w Szwajcarii przygotowali latynoamerykańskie paszporty, próbując ratować ich przed Holokaustem.

zobacz więcej
19 marca 1997 roku, dwa dni po 62. urodzinach, Rywka udzieliła wywiadu VHA, Archiwum Historii Mówionej Shoah Foundation, założonej przez Stevena Spielberga w Los Angeles, która nagrywa Świadectwa Żydów, aby zostały na zawsze – na tle gdyńskiej meblościanki mówi do kamery przez dwie godziny. W podobnym nagraniu wystąpili Sura i Zygmunt – rozmowy są po szwedzku, nagrano je w Göteborgu. Materiały można obejrzeć w Muzeum Historii Żydów Polskich POLIN w Warszawie, ich jedynego dysponenta w Polsce, ale pandemia unieruchomiła pracownię filmową i trzeba czekać.

W nagraniu Rywka pokazywała stare zdjęcia, choć bez tego najstarszego, na którym stoi z ojcem Herszem w Szopie w Będzinie. Mówiła, że po wojnie była tam kilka razy: wszystko zostało po staremu, po żydowsku i okropnie, bo tynki spadają i „nikt do tych domów nie dołożył ręki”. Nie mogła na to patrzeć i prosiła męża Stanisława, by pojechali dalej.

„Ocalałam. To przeznaczenie” – mówi Rywka. Przyznaje, że nie wyobraża sobie, aby podczas wojny żydowska rodzina chciała narażać się dla goja jak Gawlikowie dla niej. Wspomina o hucpie i zarozumiałości. „Czy to nie antysemickie?” – pyta osoba przeprowadzająca wywiad. „Obiektywne” – odpowiada Rywka. Proszona o przesłanie dla oglądających, mówi: trzeba robić wszystko, aby nigdy nie było wojny, nie ma gorszej rzeczy.

– Jakub Kowalski

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy

Zdjęcie główne: Rywka, która ma teraz 85 lat, jej siostra i ich matka przeżyły Holokaust, nie wiedząc, że polski konsul w Szwajcarii sfałszował paragwajski dokument, aby je uratować. Nigdy go nie otrzymali i dopiero wczoraj zobaczyli go po raz pierwszy – napisał na Twitterze Jakub Kumoch, który był polskim ambasadorem w Szwajcarii i to za jego sprawą Instytut Pileckiego opublikował listę 3262 Żydów z paszportami wystawionymi przez Grupę Ładosia. Fot. printscreen konta TT Jakuba Kumocha
Zobacz więcej
Historia Najnowsze wydanie
Bohater tak wyjątkowy, aż niemożliwy. Więc ogłoszono, że sypał
Najnowsza historia jest w Polsce bieżącą polityką.
Historia Najnowsze wydanie
„Pamiątki” po Hitlerze. Kłopot czy biznes?
Aligator Führera zdechł rok temu w moskiewskim zoo mając 84 lata. Wypchano go i umieszczono w Muzeum im. Darwina.
Historia Najnowsze wydanie
KGB na tropie Jana Pawła II
Sowieckie służby szybko zrozumiały, jakie zagrożenie dla systemu komunistycznego może stanowić pontyfikat papieża Polaka.
Historia Najnowsze wydanie
Stanął przeciw Piłsudskiemu i nie zamierzał się patyczkować
Gen. Rozwadowski rozkazał „użyć bomb i karabinów maszynowych celem całkowitego rozproszenia nieprzyjacielskich oddziałów”
Historia Najnowsze wydanie
Idę po swoją kulę w brzuch
Słychać było pojedyncze wystrzały z AKS-74: to nasi dobijali rannych duszmanów. Duszmani też nie brali komandosów do niewoli.