Felietony

Pistolety rzucane do niemieckich koszy i płynąca fala warszawiaków. Koniec powstania na placu Politechniki

Piątek to ostatni dzień, kiedy w naszym oknie powiewa biało-czerwona flaga: wisiała tu przez sześćdziesiąt trzy dni, od 1 sierpnia. Ale 2 października tego roku miała jeszcze jedno zadanie. Oto w rocznicę kapitulacji Powstania Warszawskiego odsłoniliśmy – nareszcie – tablicę upamiętniającą powstańców i mieszkańców stolicy, którzy przez plac Politechniki, ulicami Śniadeckich i Nowowiejską wychodzili z niezwyciężonego miasta do niemieckiej niewoli. Odsłoniliśmy – miasto i my, mieszkańcy – bo to z naszej inicjatywy powstała tablica.

Od wielu lat właśnie 2 października zapalamy tu znicze ułożone w wielki biało-czerwony znak Polski Walczącej. Świeci długo, niekiedy do rana. Trzymamy krótką wartę i chętnie odpowiadamy na pytania przechodniów. Skąd, zwłaszcza młodzi, mają wiedzieć o tym historycznym wydarzeniu z 1944 roku, skoro tablice informacyjno-historyczne (jedna wisi, druga stoi pośrodku placu) nic o tym nie mówią. – Choć owszem, przypominają, że tu, w Politechnice Warszawskiej odbył się w 1948 roku nieszczęsny zjazd połączeniowy dwóch partii i nawet plac od tej fałszywej jedności nazywano przez cały PRL – mówi z niesmakiem profesor Joanna Papuzińska-Beksiakowa, która na ulicy Lwowskiej spędziła dzieciństwo. (Chodzi o utworzenie 15 grudnia 1948 PZPR, która powstała poprzez połączenie Polskiej Partii Robotniczej i Polskiej Partii Socjalistycznej po wcześniejszym przeprowadzeniu czystek – przyp. red.)


Pani profesor jako dziecko przeżyła powstańczą epopeję, potem powrót do cudem ocalałej ulicy i kamienicy spoglądającej na powstańczy cmentarzyk – dziś są tam trawniki wydziału elektroniki PW. Studenci też zapewne nie mają pojęcia o historyczności tego miejsca. Joanna Papuzińska wspaniale opisała swoje wojenne dzieje w niezwykłych książkach dla dzieci „Asiunia”, „Krasnale i olbrzymy” oraz „Mój tata szczęściarz”. I była z nami na odsłonięciu tablicy!

Kiedy kilkanaście lat temu zaczynaliśmy celebrować upamiętnienie – nie myśląc jeszcze o tablicy – żyli jeszcze „nasi” powstańcy: ojcowie, wujowie i ciocie, bohaterowie naszych reportaży.
Prof. Joanna Papuzińska (w środku) podczas uroczystości odsłonięcia tablicy upamiętniającej żołnierzy Armii Krajowej wziętych do niewoli niemieckiej oraz mieszkańców stolicy wypędzonych z miasta po zakończeniu Powstania Warszawskiego. Tablica zawisła przy ul. Lwowskiej 2a w Warszawie. Fot. PAP/Radek Pietruszka
To w tym miejscu ojciec mojego męża Renisław Kowalski, „chłopak z Woli”, jak lubiliśmy go nazywać do końca jego długiego (92 lata) życia, a w tamtym czasie zaledwie 19-letni „Czerkies” wychodził po skończonej powstańczej walce do niewoli. Obok szedł „Smukły”, jego niewiele starszy brat z tego samego oddziału kpt. Stanisława Stefańskiego ps. Stefan, Rejon III, Obwód III Wola, pod dowództwem mjr. Jana Tarnowskiego ps. Waligóra. Powstanie rozpoczęli mszą św. w kościele św. Klemensa na ulicy Karolkowej, gdzie cały oddział otrzymał rozgrzeszenie in articulo mortis, co chłopcy pamiętali do końca życia. Na ul. Młynarskiej dostali granaty, walczyli wzdłuż ruin getta, do Dworca Gdańskiego. Potem Stare Miasto przez 2 - 3 dni, a następnie Państwowa Wytwórnia Papierów Wartościowych, słynna Reduta PWPW.

Tam „Czerkies” został ranny w klatkę piersiową, ze szpitalika PWPW brat, kolega „Mundek” (Edmund Soporek, po wojnie zegarmistrz w kultowym dla wielu warszawiaków zakładziku na rogu Żelaznej i Złotej, gdzie spotykali się powstańcy z dziećmi i wnukami - i nie tylko reperowali tam zegarki) oraz dwie sanitariuszki zabrali go w ostatniej chwili. Potem całe życie żartowali, że nie wiadomo, kto komu uratował życie: oni rannemu, że go zabrali zanim Niemcy wymordowali pacjentów razem z lekarką dr. Hanną Petrykowską ps. Krzywda (nota bene, rodzoną siostrą dr. Jana Żabinskiego, twórcy warszawskiego ZOO). Czy raczej on im, bo ze względu na rannego „Czerkiesa” zostali wszyscy wpuszczeni do kanału na ul. Długiej w pierwszej kolejności.

Warszawa pokrzyżowała plany Stalina

Romuald Szeremietiew: Bez Powstania Warszawskiego nie byłoby Solidarności i odzyskania przez Polskę niepodległości po 1989 roku.

zobacz więcej
Wyszli na ul. Wareckiej i zawsze, kiedy tamtędy idę, wspominam opowieść teścia: „Wyszliśmy z piekła, a tu szok – na Nowym Świecie wolna Polska, chłopaki w oficerkach, dziewczyny uśmiechnięte, wszystko jeszcze przed nami”.

Po wyleczeniu ran „Czerkiesa” chłopcy poszli dalej walczyć: na Powiślu i na Czerniakowie. Przed kapitulacją młody żołnierz zamienił pistolet VIS na „belgijską szóstkę” i pieniądze. Zrobił tę zamianę z kolegą, który po kapitulacji postanowił zostać w Warszawie. „Czerkies” razem z bratem za pieniądze kupili jesionki, bo robiło się zimno. Pistolet ukryli w sali kinowo-teatralnej budynku YMCA. „Czerkies” odzyska pistolet, kiedy w lutym następnego roku dotrze do zrujnowanej Warszawy.

4 października 1944 roku kto jeszcze miał broń, musiał ją zrzucić właśnie na placu Politechniki na oczach Niemców, którzy ustawili tu posterunek. Chrzęst, czy może raczej zgrzyt, rzucanych do niemieckich koszy pistoletów „Czerkies” słyszał jeszcze długo. Opowiedział nam o tym, kiedy przeprowadziliśmy się w okolice placu Politechniki.
Cywilni mieszkańcy Warszawy po upadku postania wychodzą z miasta. Fot. Bundesarchiv, Bild 146-2005-0040 / Moschner / CC-BY-SA 3.0, CC BY-SA 3.0 de, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=5419787
Postanowiliśmy więc, że skoro już tu zamieszkaliśmy, to nie możemy dać temu wspomnieniu zblaknąć, odejść, przepaść w niepamięci. Że musimy choć raz w roku przypomnieć o tych ludziach – znanych i nieznanych – warszawiakom, którzy przejeżdżają tędy tramwajami piętnastką czy dziesiątką, studentom Politechniki Warszawskiej, którzy płyną falami na zajęcia i z zajęć, często bez świadomości, co tu, na tym placu, się działo. Przypomnieć, że w 1944 roku płynęła tędy inna fala: powstańców i cywilnych mieszkańców Warszawy, którym należy się dziś nasza wdzięczność i cześć.

I wujowi Kazikowi Łotkowskiemu ps. Dr Zan, dzielnemu lekarzowi z powstańczego szpitala na Goszczyńskiego. I panu Franciszkowi Szafrankowi „Frasza”, który w moim rodzinnym Słupsku, razem z księdzem Janem Zieją i kolegami z powstania: Marią Zaborowską, Stefanem Wysockim czy Jerzym Bytnerowiczem, już w 1945 roku upamiętnili powstańczy zryw i swoich towarzyszy walki, stawiając im pomnik, na którym odbierałam właściwe wychowanie, podobnie jak następne pokolenia młodych słupszczan. Historia tego pomnika towarzyszy mi przez całe dziennikarskie życie, trudno więc żebym o nim nie wspomniała właśnie teraz. Podobnie jak o Aleksym Makowelskim ps. Kruk, sąsiedzie moich rodziców z jakże warszawskiego powojennego Słupska, dwukrotnym kawalerze orderu Virtuti Militari, który walczył na Kruczej i nie poszedł do niewoli, został w Warszawie jako „robinson” .

I dzielnym ludziom z kamienicy przy Lwowskiej 2a, gdzie zawisła tablica. Mieszkała tu rodzina, której synek, Maciuś Wykusz miał był chrzczony właśnie 1 sierpnia i w rezultacie wszyscy – wraz z jakimiś Niemcami – ugrzęźli w nieodległym kościele Najświętszego Zbawiciela, bo wybuchło powstanie. Matka chrzestna, też żołnierz Armii Krajowej, „Krysienka” Brzozowska opowiadała o tym przyjaciołom do końca swego także długiego (96 lat ) życia.

Rzeczpospolita Gruzów. Miała umrzeć, a życie trwało w niej w ukryciu

„Warszawskim Robinsonom” najbardziej doskwierały samotność i tęsknota za rodziną. Gdy nadchodziło Boże Narodzenie, nawet ci najtwardsi płakali.

zobacz więcej
I jeszcze niezwykła „Alika”, Halina Cieszkowska, dziś pani lat 99 (!), która nie wychodziła wprawdzie z powstania przez plac Politechniki, bo wywieziono ją do niewoli pociągiem z Dworca Zachodniego, gdzie towarzyszyła bratu. Jerzy Chlistunoff ps. Jurek, dzień wcześniej był operowany, miał nogę całą w cudownie uzyskanym gipsie. „Alika”, choć naprawde sędziwa już pani, do dziś nie straciła poczucia humoru jak przystało na autorkę bodaj jedynego tomiku o humorze na barykadzie. Jej pamiętnik z wpisami od koleżanek łączniczek i dowódcy Edwarda Pfeiffera „Radwana”, prowadzony w albumiku znalezionym na powstańczym noclegu w sklepie papierniczym na ulicy Widok, jest absolutnie unikalną pamiątką tamtych dni.

Ta tablica, którą dziś odsłoniliśmy, nie opowie tego wszystkiego. Ale może kogoś zachęci, żeby rozmawiał, zapisywał, dokumentował. Póki można.

Pamiętajmy o powstańcach. Z nich przecież jesteśmy.

– Barbara Sułek-Kowalska

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy

Przerwanie działań wojennych
Zdjęcie główne: 5 października 1944 rok. Po kapitulacji Powstania Warszawskiego powstańcy idą do niewoli ul. Nowowiejską. Fot. Wikimedia
Zobacz więcej
Felietony Najnowsze wydanie
Koguty
Andrzej Krauze dla Tygodnika TVP.
Felietony Najnowsze wydanie
Debata
Komentarze Piotra Młodożeńca w Tygodniku TVP.
Felietony Najnowsze wydanie
Kapłan to nie kawaler na wydaniu
Gdy porzuci powołanie dla kobiety, popkultura przedstawia go jako romantycznego bohatera. Męża porzucającego żonę też?
Felietony Poprzednie wydanie
Oblicza politycznej niepoprawności
Wystawa bez cenzury.
Felietony Poprzednie wydanie
Koniec lata
Andrzej Krauze dla Tygodnika TVP.