Cywilizacja

Debata była jak z magla. Czy „nagie głosy” zdecydują, kto będzie prezydentem USA?

Donald Trump ostrzega przed oszustwami w wyborach korespondencyjnych. Przytacza przykłady skradzionych kart wyrzucanych do rzek i strumieni czy sprzedaży pakietów przez listonoszy. Cała machina Partii Republikańskiej ma na celu skłonienie sympatyków do bezpośredniego głosowania 3 listopada.

Informacja o tym, że Donald Trump i jego małżonka Melania mają koronawirusa na moment kazała zapomnieć o kampanii wyborczej i przebiegu niedawnej debaty prezydenckiej.

Para prezydencka czuje się dobrze, została poddana kwarantannie, ale nie ulega wątpliwości, że choroba Trumpa może się stać w kampanii ważkim politycznym argumentem – demokraci od początku oskarżali prezydenta, że lekceważy COVID-19 i dziś mogą powtarzać, że sam poniósł konsekwencje swojej niefrasobliwości, a wcześniej na to samo ryzyko naraził całe Stany Zjednoczone. Lada dzień, lada godzina amerykańska kampania powróci więc na dawny poziom agresji i brutalności.

Najlepszym przykładem jak owa brutalność i agresja wyglądają w praktyce była wspomniana pierwsza debata telewizyjna pomiędzy kandydatami w listopadowych wyborach.

Naprzeciw siebie przed kamerami w Cleveland stanęli republikański prezydent Donald Trump i były wiceprezydent USA, kandydat Partii Demokratycznej, Joe Biden. Przegrywający w ogólnokrajowych sondażach kilkoma procentami 74-letni obecny lokator Białego Domu nie potrafił zadać decydującego retorycznego nokautu rywalowi. Z kolei 77-letni Biden zdał egzamin, pozbywając się wizerunku starszego pana z demencją w starciu, które zostało obwołane „cyrkiem”, „obrazą Ameryki”, „debatą z piekła rodem”.

Dekoracja była taka sama jak przed czterema laty i wcześniej. Ciemnogranatowa podłoga, czerwono-niebieskie motywy, białe gwiazdki. „Uważamy następujące prawdy za oczywiste: że wszyscy ludzie stworzeni są równymi, że Stwórca obdarzył ich pewnymi nienaruszalnymi prawami…” – na niebieskich zastawkach wypisane na biało słowa z Deklaracji Niepodległości Stanów Zjednoczonych. Dwie mównice, pośrodku siedzący za stolikiem prowadzący. Nad scenografią orzeł – symbol USA, trzymający w dziobie szarfę „unia i Konstytucja na zawsze”.

Jednak próżno było we wtorek w Columbus w stanie Ohio szukać twardej, ale merytorycznej debaty. To była raczej walka dwóch bokserów wagi ciężkiej, którzy – jak na polityków z kategorii 70 lat+ przystało – najlepsze lata z szermierki na pięści mają już za sobą. Żadnych nokautów czy ciosów, po której któryś zawodnik padł na deski, trochę celnych ciosów, masę poniżej pasa, ale przede wszystkim liny: jakiś niekończący się klincz na linach. Coś jak walki Jake’a LaMotty sportretowane w znakomitym filmie Martina Scorsese z 1980 r. „Wściekły byk”.
Jazda bez trzymanki

Odmiennie niż w debatach obyło się bez uścisku dłoni na powitanie. Zdecydowały względy bezpieczeństwa (pandemia COVID-19, która wykluczyła też szerszą publiczność), jednak dobrze to nadało ton starciu dwóch, nie tylko nie szanujących się – ale wręcz nie cierpiących się – kandydatów.

A potem zaczęła się trwająca 90 minut wymiana retorycznych ciosów, ocierająca się momentami o sprzeczkę w publicznej pralni, gdzie wszyscy krzyczą, a nikt nie słucha. Wymiana czy raczej ciągłe przerywanie sobie – pomimo wcześniejszej zgody na reguły – często ocierało się zwykłe chamstwo, nad czym nie mógł zapanować prowadzący debatę, doświadczony dziennikarz stacji Fox News, Chris Wallace.

• 17 minuta debaty. Biden o Trumpie: „On jest kłamcą. Wszystko co powiedział, to kłamstwa…”

• 21 minuta: „Zamknij się, facet… to zachowanie niegodne prezydenta” Biden do Trumpa, gdy ten po raz kolejny mu przerwał, nie pozwalając dokończyć. „Kłap dalej jęzorem, facet” – dorzucił, naśladując dłonią efekt mówienia.

• Kilka minut później, gdy rozmowa schodzi na liczbę ponad 200 tysięcy Amerykanów, którzy zmarli już z powodu pandemii: Biden: „Umrze o wielu więcej Amerykanów aż on” – tutaj wskazanie palcem na prezydenta – „zmądrzeje”.

• Trump: „Nie używaj przy mnie słowa mądry. Bo nie ma w tobie nic mądrego, Joe”.

• Około 50 minuty – Biden: „To rasista (…) Naprawdę trudno coś powiedzieć przy tym klaunie (…) Ta osoba…” tutaj kandydat nie dokończył, choć w powietrzu wisiało już grubsze słowo.

• Sześćdziesiąta któraś minuta – Biden: „To fakt, że ten człowiek nie wie o czym mówi… Ten gość jest naprawdę… To piesek Putina”.

Poza tym Trump powiedział do Bidena: „Joe, Chińczycy zjedzą twój obiad”, a także „twoja partia chce socjalistycznego lekarstwa, socjalistycznej opieki zdrowotnej i oni – radykalna lewica – zdominują cię, Joe”. Biden nie pozostał dłużny, nazywając Trumpa „najgorszym prezydentem w historii Ameryki”, za którego rządów Ameryka stała się „słabsza, głupsza, bardziej podzielona, z większą ilości przemocy”

Trump zmarnował okazję

Jak lapidarnie podsumował Mike Allen z portalu Axios, który codziennie rano dostarcza swoim czytelnikom zwięzłą acz niezwykle treściwą analizę wydarzeń politycznych, ta debata „była jak nasz kraj: każdy mówi, nikt nie słucha, niczego się nie nauczyliśmy. To jest bajzel”.

Pożegnanie z prezydentem? Jego następcą może być zwolennik ochrony wszelkich mniejszości

Wirus z Chin dał opozycji szansę na zwycięstwo.

zobacz więcej
Jego koleżanka z CNN – Dana Bash była bardziej dosadna, mówiąc tuż po debacie: „To był prawdziwy rozp… l «shitshow». Przepraszam za może nieco zbyt brutalny język, ale to jest naprawdę określenie, które otrzymuję w wiadomościach tekstowych od przedstawicieli obu stron i myślę, że to jedyne określenie, które naprawdę opisuje debatę”. Inni używali podobnych określeń: „cyrk”, „paskudne widowisko”, „mordobicie”…

Generalnie panuje przekonanie, że to była zmarnowana szansa Trumpa. Przegrywając stale w kilkoma procentami w ogólnokrajowych sondażach, obecny prezydent miał szansę retorycznie zmieść ze sceny Bidena, pokazując, że rywal należy – nie tylko wiekiem, ale przede wszystkim ze względu na poglądy – do przeszłego świata. Jednak w tak tradycyjnym dla siebie braku dyscypliny i wypowiedziach zamieniających się w serię improwizowanych, niezbornych strumieni świadomości, wszystko zamieniło się w kakofonię dźwięków dwóch spierających się rywali.

Biden tymczasem przeszedł próbę, choć poprzeczka nie była – trzeba przyznać – zawieszona zbyt wysoko. Kandydat Demokratów, którego bladość twarzy i wyraźne zmarszczki na czole aż nadto zdradzały wiek (jeśli wygra w listopadzie, w styczniu zostanie zaprzysiężony jako najstarszy w historii, bo 78-letni prezydent), udowodnił, że ma dobry kontakt z rzeczywistością i z werwą potrafi odpierać najbardziej nawet brutalne retoryczne ataki Trumpa.

Łącznie – transmitowaną na żywo przez 16 stacji telewizyjnych – debatę zobaczyło 73 miliony Amerykanów. To mniej niż pojedynek Trump-Clinton sprzed czterech lat (84 miliony widzów) a nawet potyczkę Carter – Reagan z 1980 r. (80,6 mln), ale więcej niż każde inne wydarzenie na żywo z w wyjątkiem finału ligi futbolu amerykańskiego, Super Bowl.

Co dalej? Przed nami jeszcze trzy debaty. 7 października w jedynej debacie wiceprezydenckiej w Salt Like City (stan Utah) zmierzą się obecnie sprawujący tę funkcję Mike Pence i kandydatka Partii Demokratycznej, sen. Kamala Harris. Dwa kolejne starcia Trump-Biden zaplanowano na 15 października w Miami na Florydzie (stanie kluczowym dla wyborów) oraz 22 tego miesiąca w Nashville. Jednak czy się one odbędą, jak zaplanowano… też nie można powiedzieć ze stuprocentową pewnością.

Organizująca debaty specjalna komisja, chce zmian po pierwszej, zakończonej chaosem potyczce. Stwierdziła ona, że „należy dodać dodatkowy element” do formatu, aby pozostałe debaty były „bardziej uporządkowaną dyskusją o zagadnieniach” a nie słowną nawalanką. Wśród dyskutowanych rozwiązań jest wyposażenie prowadzącego w możliwość wyłączania mikrofonu debatującym, rzecz bez precedensu.

Tymczasem głosowanie już trwa

Choć wybory prezydenckie odbywają się tradycyjnie „w pierwszy wtorek po pierwszym poniedziałku listopada” a więc 3 listopada, za sprawą głosowania korespondencyjnego Amerykanie już oddają swe głosy. Jako pierwszy stan, już 4 września, wysyłkę rozpoczęła Karolina Północna.
Urzędnicy przygotowują pakiety wyborcze do wysyłki w Raleigh w Północnej Karolinie 4 września 2020. Fot. REUTERS/Jonathan Drake
W całym miesiącu wrześniu wysyłka kart do głosowania (obowiązkowo na 45 dni przed dniem wyborów) trwała w 29 stanach, a po pierwszym tygodniu października, głosować będą wyborcy w 42 stanach. Do 19 września wysłano wszystkie karty do głosowania dla wojskowych przebywających poza granicami kraju.

Nie istnieje jeden, powszechny, federalny system wyborczy, gdyż tę sferę regulują samodzielnie stany. Dlatego mamy do czynienia z 51 oddzielnymi wyborami (50 stanów plus dystrykt stołeczny obejmujący Waszyngton). Obawy związane z pandemią koronowirusa tylko zwiększyły nacisk na upowszechnienie głosowania korespondencyjnego.

W efekcie dziewięć stanów i Waszyngton (w tym uchodzące za kluczowe dla wyniku wyborów – Nevada i Kolorado) wysłały karty do głosowania do wszystkich zarejestrowanych wyborców. W stanach Oregon i New Jersey wybory odbywają się wyłącznie za pośrednictwem poczty – a więc w dniu wyborów w lokalach nie będzie żadnych maszyn umożliwiających głosowanie. Kolejnych 36 stanów umożliwia głosowanie drogą pocztową na żądanie. Tylko w pięciu stanach, rządzonych przez Republikanów stanach, trzeba podać przekonujący powód niemożności przybycia do urny, aby otrzymać kartę do głosowania pocztą. Kolejna kwestia dotyczy zaliczenia głosów jako ważne. W 24 stanach, karty do głosowania muszą dotrzeć do dnia wyborów, w pozostałych 26 i w Waszyngtonie – muszą mieć stempel pocztowy nie późniejszy niż 3 listopada, mogą przyjść nawet kilka dni po tej dacie i tak zostaną zaliczone jako ważne. W tych ostatnich stanach mieszka 65% potencjalnych wyborców, co oznacza, że na oficjalne wyniki możemy poczekać dni, albo – jeśli wyniki będą zbliżone do remisu – nawet tygodnie. Jakby tego było mało: aż 8 stanów nakazuje rozpoczęcie otwierania nadesłanych kopert i przeliczenie głosów nie wcześniej niż 3 listopada.

Wysłać ważny głos

To daje pojęcie jak bardzo skomplikowany jest system głosowania korespondencyjnego. A do tego dochodzą jeszcze możliwości oszustw wyborczych, na które z wielkim uporem zwraca uwagę prezydent Donald Trump. „Jeśli chodzi o wysyłkę kart do głosowania, to jest prawdziwa katastrofa” – przekonywał w czasie wtorkowej debaty Trump, przytaczając przykłady skradzionych kart wyrzucanych do rzek i strumieni czy sprzedaży kart przez listonoszy oraz wielkiej ilości unieważnionych głosów w niedawnych wyborach lokalnych i prawyborach.

Choć media starają się przekonywać, że to odosobnione przypadki, bez wpływu na wyniki, większość Republikanów wierzy Trumpowi i zamierza zagłosować osobiście. Cała machina wyborcza Partii Republikańskiej ma na celu skłonienie jak największej liczby sympatyków do głosowania 3 listopada. Pomimo obostrzeń związanych z pandemią tysiące wolontariuszy puka do drzwi wyborców, aby – jak w starych, dobrych czasach przed koronawirusem – namawiać ich do pójścia na wybory właśnie tego dnia.

„Cudowna broń” w kampanii. Skąd sztaby wiedzą wszystko o wyborcach?

W tej kampanii może być wysłanych nawet 2 miliardy agitacyjnych esemesów.

zobacz więcej
Tymczasem prawie połowa wyborców Bidena chce skorzystać z głosowania korespondencyjnego, Demokraci – bardziej obawiający się pandemii – wręcz namawiają do tego. Efekt jest taki, że ocenia się, że 3 do 4 razy więcej wyborców Partii Demokratycznej niż Republikanów zagłosuje korespondencyjnie. Jednak mogą mieć z tego powodu problemy, gdyż – jak pokazały wybory do Kongresu w 2018 oraz prawybory w tym roku – wiele „pocztowych” głosów jest uznawanych za nieważne. W skali kraju to setki tysięcy, co przy zaciętej i wyrównanej walce pomiędzy Trumpem a Bidenem, może zdecydować o zwycięstwie.

Jednym z głównych problemów są tzw. nagie karty wyborcze (naked ballots), czyli sytuacja, gdy wyborcy odsyłają wypełnione głosy nie wkładając ich do odpowiedniej koperty. Sąd Najwyższy Pensylwanii orzekł niedawno, że w takim przypadku karty nie powinny być uznawane za ważne.

A właśnie w Pensylwanii, jednym ze stanów „wahadłowych”, które zdecydują o prezydenturze, w czasie ostatnich lokalnych wyborów w Filadelfii zdyskwalifikowano aż 6 proc. przesłanych głosów. Przypomnijmy, że w 2016 r. Trump wygrał tam z Hillary Clinton zaledwie 44,3 tysiącami głosów, co stanowiło ledwie 0,72 proc. wszystkich oddanych. To tylko pokazuje jak skomplikowane będzie ustalenie takiego wyniku głosowania, który będzie mógł być zaakceptowany przez większość Amerykanów.

Kampania powyborcza?

Dzisiaj najważniejsze pytanie brzmi: czy Amerykanie, w tych bardzo niewesołych czasach – ponad dwieście tysięcy zmarłych w związku z COVID-19, zrujnowana przez pandemię gospodarka, kryzys i rosnący chaos na całym świecie – wybiorą mówiącego co mu ślina na język przyniesie brutala, który jednak ma wyniki, czy zdecydują się na skok w nieznane z politykiem z dawnych spokojnych czasów.

Problem w tym, że odpowiedzi możemy jeszcze nie poznać 4 listopada nad ranem. Głównie z powodu wspomnianych różnic w strategii głosowania (Republikanie w większości pójdą do urn osobiście, Demokraci głosują już korespondencyjnie) oraz odmiennych sposobów liczenia głosów, pełne wyniki będą opóźnione. Ogłoszony 4 listopada zwycięzca może okazać się przegranym, gdy zostaną doliczone głosy nadesłane pocztą.

W przypadku nikłej różnicy głosów, prawie pewne są protesty i walki prawne przed sądami o każdy zaliczony, bądź niezaliczony głos. W ostateczności, może dojść do powtórki z wyborów Bush-Gore z 2000 r., gdy to ostatecznie Sąd Najwyższy USA zdecydował, kto został lokatorem Białego Domu na kolejne cztery. Jeśli Biden albo Trump nie wygrają 3 listopada z wyraźną przewagą, po rozgrzanej do czerwoności kampanii wyborczej, szykuje się równie gorąca, o ile nie bardziej, kampania powyborcza o to, które głosy zaliczyć a które odrzucić.

– Jeremi Zaborowski z Chicago

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy

Zdjęcie główne: Skrzynka pocztowa na głosy oddawane korespondencyjnie w Nowym Jorku. Fot. REUTERS/Mike
Zobacz więcej
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Od milionera do zera. Czyli: czego nie życzymy Idze Świątek
Polska tenisistka na kortach zarobiła już grubo ponad 10 mln złotych. Ale musi pamiętać, że większość gwiazd sportu bankrutuje krótko po zakończeniu kariery.
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Kim są panie, które każą „wypier…”? Mapa polskiego feminizmu
Przyszłość polityki czy gwiazdy jednego sezonu?
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Wojna siedemdziesięciolatków. Czy o wyniku zdecydują „wstydliwi”?
Już wiadomo, kto przez najbliższe 4 lata będzie lokatorem Białego Domu: biały mężczyzna o w podeszłym wieku o jasnych włosach.
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Nowe zaburzenie w czasach pandemii: lęk przed odcięciem od lajków
Czy można zachować psychiczną równowagę, gdy zarówno nauka, czas wolny, jak i kontakty z rówieśnikami są on line?
Cywilizacja Poprzednie wydanie
Zrozumiały strach lekarzy. I jego możliwe tragiczne skutki
Dlaczego medycy „dezerterują” w czasie pandemii?