Kultura

Po Oscarach czas na poprawność muzyczną

Mimo deklarowanej poprawności lista 500 najlepszych albumów wszech czasów nie tylko pomija płyty ze świata, ale też pomniejsza rolę brytyjskich wykonawców w historii muzyki. Dziejowa „sprawiedliwość” dotknęła przede wszystkim Beatlesów. Siedemnaście lat temu w pierwszej dziesiątce znalazły się ich cztery albumy. Teraz tylko jeden, „Abbey Road”, i to na miejscu piątym.

22 września amerykański miesięcznik „Rolling Stone” po raz trzeci opublikował listę 500 najlepszych albumów wszech czasów. Najnowszy ranking znacznie różni się od tego z 2003 roku, który stał się punktem odniesienia dla wszelkich podsumowań muzyki popularnej.

Lista sprzed 17 laty nie była ani odkrywcza, ani do końca obiektywna, ale zyskała największy rozgłos. Jej znaczenie wynikało z samego faktu, że opublikował ją najpopularniejszy periodyk, wówczas dwutygodnik, poświęcony kulturze popularnej. Jednocześnie zestawienie umacniało pogląd, wedle którego sukces komercyjny jest równie ważny jak nowatorstwo muzyczne.

Lektura obowiązkowa yuppiesów

„Rolling Stone” pod wodzą Janna Wennera z kontrkulturowej biblii przeistoczył się w głos tej części generacji dzieci kwiatów, która zamiast „odlecieć” stworzyła klasę pracowitych yuppiesów. Magazyn nie koncentrował się wyłącznie na muzyce i filmie, lecz poświęcał swoje łamy również polityce. To właśnie na jego stronach rozkwitła nowa forma subiektywnego reportażu nazwanego „gonzo”. Jego gwiazdami byli Hunter S. Thompson, Tome Wolfe i P.J. O’Rourke. W piśmie wielkie kariery rozpoczynali: scenarzysta Joe Eszterhas, fotografka Annie Leibovitz czy reżyser Cameron Crowe.

Pod wodzą Wennera „Rolling Stone” przez ponad 40 lat był bastionem ideologii liberalnej, a na jego łamach regularnie ukazywały się wywiady z demokratycznymi prezydentami (Jimmy Carter, Bill Clinton, Barack Obama). Konserwatywny felietonista Jonah Goldberg stwierdził wręcz: „Rolling Stone stał się zasadniczo organem Krajowego Komitetu Partii Demokratycznej”.
Jann Wenner, legendarny naczelny magazynu „Rolling Stone” w swoim gabinecie w 1975 roku. Fot. Stephanie Maze/San Francisco Chronicle via Getty Images
Dzięki tak prowadzonej polityce „Rolling Stone” był w Ameryce pismem obowiązkowym dla wielkomiejskiej klasy średniej. W szczytowym okresie popularności rozchodził się w ponad milionowym nakładzie i miał 21 wydań lokalnych na świecie m.in. w takich krajach jak Bułgaria, Rosja, Chiny czy Indonezja. Pod koniec lat 90. Wenner, odrzucił ofertę sprzedaży „RS” za pół miliarda dolarów! W 2016 r. sprzedał jednak 49 proc. udziałów firmie BandLab z Singapuru za… 40 mln dolarów.

Politpoprawnościowy liffting

Od grudnia 2017 r. jedynym właścicielem pisma jest korporacja Penske specjalizująca się w mediach cyfrowych. Nowi właściciele znają wartość marki, ale też doskonale rozumieją współczesną rzeczywistość. Obowiązująca w amerykańskich mediach poprawność sprawiła, że dla nowych właścicieli lifting „Rolling Stone’a” stał się koniecznością. Uznano, że ofensywę należy zacząć od listy 500 nawspanialszych albumów wszech czasów. Nie przypadkiem, gdyż jest to wciąż najchętniej odwiedzana strona internetowa amerykańskiego magazynu (w ubiegłym roku miała 63 mln wyświetleń).

Na początku września Amerykańska Akademia Sztuki i Wiedzy Filmowej ogłosiła nowe kryteria, które będą obowiązywały od 2022 r. w walce o Oscary. Przy kwalifikacji kandydatów do miana najlepszego filmu brany będzie pod uwagę procentowy udział w produkcji osób o różnej płci, orientacji seksualnej, tożsamości etnicznej i rasowa, jak też liczba pracowników niepełnosprawnych fizycznie lub intelektualnie zatrudnionych przy produkcji. Podobnie ma się rzecz z obsadą – co najmniej jeden z aktorów pierwszoplanowych ma reprezentować mniejszość rasową lub etniczną, a aktorzy wcielający się w drugoplanowe role powinni reprezentować inne mniejszości: np. osoby niepełnosprawne czy środowiska LGBTQ+.

Kobiety, geje, kolorowi, niepełnosprawni – święte słowo różnorodność

Czy w składzie Komisji Europejskiej nie należałoby zagwarantować miejsca osobom niebinarnym?

zobacz więcej
Dwa tygodnie po komunikacie amerykańskiej Akademii „Rolling Stone” opublikował trzecią listę albumów wszech czasów (druga uwzgledniająca płyty wydane w pierwszej dekadzie tego wieku ukazała się w 2012 r.). We wstępniaku czytamy: „Żadna lista nie jest ostateczna – zmieniają się gusta, pojawiają się nowe gatunki, historia muzyki jest ciągle przepisywana. Postanowiliśmy więc przerobić naszą listę najlepszych albumów od zera. W tym celu zestawiliśmy listy 50 najlepszych albumów przysłane przez ponad 300 artystów, producentów, krytyków i postaci z branży muzycznej (od programistów radiowych po szefów wytwórni)”.

By wyniki były zgodne z oczekiwaniami obecnej redakcji, szczegółowo dobrano listę osób uprawnionych do głosowania. Swoje typy przesłało 54 przedstawicieli przemysłu muzycznego, 111 dziennikarzy i 135 artystów. We wstępniaku wymieniono jedenaście nazwisk wykonawców dobranych tak, by stworzyć pozory jak najszerszej reprezentacji branży zarówno pod względem wielości gatunków muzycznych jak i wieku artystów.

Za godnych wymienienia uznano: Beyoncé, Taylor Swift, Billie Eilish, Adama Claytona i Edge’a z zespołu U2, Raekwona z Wu-Tang Clan, Gene Simmonsa z Kiss i Stevie Nicks z Fleetwood Mac. Po analizie pełnej listy zaproszonych do głosowania artystów widać, że preferowano młodych Amerykanów o ciemniejszych odcieniach skóry. O wielu z nich nigdy nie słyszałem. Wymienię, dla przykładu, kilku gwiazdorów, z początku i końca listy, których pseudonimy nic mi nie mówią – Big Boi, Branko, Chicano Batman, Casanova, Tainy, Yola czy Yebba.


„Oczywiście można argumentować, że rozpoczęcie takiego projektu w erze internetowego streamingu i postępującej fragmentacji gustów słuchaczy jest niemożliwe. Ale, właśnie to sprawiło, że ponowne stworzenie RS 500 było fascynujące i przyjemne. Osiemdziesiąt sześć albumów z listy ukazało się w XXI wieku, a sto pięćdziesiąt cztery płyty debiutują w zestawieniu. Klasyka to wciąż klasyka, ale kanon jest szerszy i lepszy” – tłumaczy zachwycona z siebie redakcja.

Kulturowa czystka

Lista z 2003 r. była krytykowana za to, że dominowały na niej stare płyty głównie męskich wykonawców z anglo-amerykańskiego obszaru kulturowego. Edna Gundersen z „USA Today” uznała listę za przewidywalną i „zdominowaną przez napędzany testosteronem vintage rock”.
Lista 500 najwspanialszych albumów wszech czasów w ubiegłym roku miała 63 mln wyświetleń. Fot. Print screen strony
Po opublikowaniu najnowszego zestawienia Alex Young z internetowego magazynu „Consequence of Sound” napisał, że: „Największą zmianą jest wyraźnie zmniejszona reprezentacja białych muzyków rockowych”. Według Leah Asmelash z CNN: „To ogromna zmiana w profilu magazynu, który obecnie skupia się na bardziej współczesnych albumach prezentujących szerszy zakres gustów muzycznych”. Natomiast Bonnie Stiernberg z portalu „Inside Hook” zaznaczyła, że lista „wywołała wiele debat, złości rockmanów, a cynicy zapytują, czy niektóre albumy umieszczono tylko, dlatego że zostały stworzone przez wykonawców, którzy nie są białymi mężczyznami”.

Zanim przeanalizuję najnowszą listę przytoczę bardziej konkretne zarzuty, jakie skierowano wobec zestawienia z 2003 roku. Po pierwsze, w pierwszej pięćdziesiątce było tylko 12 albumów autorstwa wykonawców o ciemniejszym odcieniu skóry, po drugie tylko 3 płyty podpisały kobiety i to wyłącznie białe i po trzecie najmłodsza z płyt pochodziła z 1991 r. Dlatego najnowszy ranking 500 najwspanialszych albumów wszech czasów faworyzuje czarnoskórych wykonawców, doceniona została twórczość pań, a 86 płyt z listy zostało nagranych w tym wieku. Co więcej do rankingu trafiło 154 albumów (30 proc.), których wcześniej nie było! W ten sposób dokonano kulturowej czystki zgodnej z wymogami dzisiejszych czasów.

Punk rock. Ostatnia rewolucja w świecie dobrobytu

Krytyka rządów sprzed 1979 roku, która utorowała Margaret Thatcher drogę do władzy, współbrzmiała z głosami muzyków punkowych.

zobacz więcej
Wyrównywanie krzywd

Mimo deklarowanej poprawności lista nie tylko pomija płyty ze świata (w setce znalazły się jedynie dwie płyty Boba Marley’a, oczywiście zaśpiewane w języku angielskim), ale też pomniejsza rolę brytyjskich wykonawców w historii muzyki. Dziejowa „sprawiedliwość” dotknęła przede wszystkim Beatlesów. Siedemnaście lat temu w pierwszej dziesiątce znalazły się ich cztery albumy. Teraz tylko jeden, „Abbey Road”, i to na miejscu piątym.

Dotychczasowy pewniak do pozycji płyty wszech czasów, „Sgt Peppers Lonely Hearts Club Band”, wylądował na pozycji 24. To i tak nieźle, jeśli wziąć pod uwagę, że album „Rubber Soul” spadł o 30 pozycji, a „Let It Be” aż o 266 miejsc. Debiutancka płyta czwórki z Liverpoolu, „Please, Please Me”, wyleciała z listy, a w 2003 roku była na miejscu 39.

Kanoniczna płyta Johna Lennona „Plastic Ono Band” zjechała o 62 pozycje, debiut Led Zeppelin poleciał o 72 miejsca w dół, „Joshua Tree” U2 - o 108 miejsc, a „Beggars Banquet” Rolling Stonesów o -127 pozycji. Jedynym brytyjskim zespołem, którego albumy poprawił notowania jest Radiohead („Kid A” – miejsce 20 skok o 400 pozycji; „OK Computer” – miejsce 42, skok o 119 pozycji).

Oczywiście na liście dominują Amerykanie, ale stara hierarchia została wywrócona do góry nogami na korzyć wykonawców czarnoskórych. W pierwszej pięćdziesiątce są 24 albumy Afroamerykanów, a liczba płyt hip-hopowych w porównaniu z listą z 2012 r. wzrosła o jedną trzecią. Do grona największych gigantów muzyki popularnej dołączył Kanye West, który pod względem liczby albumów w zestawieniu (6 pozycji) uplasował się na miejscu czwartym razem z Rolling Stonesami.
Co zdecydowało: czy to, że jest genialny, czy czarny. Na zdjęciu: Marvin Gaye w czasie koncertu na uniwersytecie Detroit Fieldhouse w 1976 roku. Fot. Leni Sinclair/Getty Images
Za najlepsza płytę wszech czasów uznano arcydzieło Marvina Gaye’a „What's Going On” z 1971 r.

W pierwszej dziesiątce znalazły się jeszcze trzy albumy czarnoskórych wykonawców: „Songs in the Key of Life” Stevie'go Wondera (miejsce 4, skok o 53 pozycje), „Purple Rain” Prince’a (8/+65) i „The Miseducation of Lauryn Hill” Lauryn Hill (10/+308). To zacne albumy, ale na pewno nie zasługujące na tak wysokie pozycje. Szczególnie, że prawdziwe arcydzieła Afroamerykanów jak: „Kind of Blue” Milesa Davisa, „Are You Experienced?” Jimiego Hendriksa, „Live at the Apollo” Jamesa Browna czy „A Love Supreme” Johna Coltrane’a zanotowały znaczne spadki.

Co, więcej młodzi krytycy wydaje się zapomnieli o dokonaniach mistrzów czarnej muzyki i przez to składanki z najsłynniejszymi nagraniami takich gigantów jak: Chuck Berry (-30 pozycji), Ray Charles (-154), Little Richards (-177), Sam Cook (-200), Robert Johnson (-355), Muddy Waters (-445) spadły na liście gwałtownie.

Jeśli chodzi o amerykańskich białych twórców to wyrównanie krzywd poszło sprawnie. Debiutancki album Elvisa Presley’a wylądował na miejscu 276, a jedyna płyta Franka Sinatry „In the Wee Small Hours” uplasowała się cztery pozycje wyżej. Najwyżej notowana płyta muzyki country, zestaw przebojów Hanka Williamsa z lat 40. i 50., zajęła miejsce 132, a najwyżej doceniony album amerykańskiego heavy-metalu, „Master of Puppets” Metalliki znalazł się na poniżającej pozycji nr 97.

Dla porównania podam, że w pierwszej pięćdziesiątce znalazło się 11 płyty hip-hopowych, a jak widomo wykonawcy tego kierunku niezbyt przejmują się poprawnością językową. Dzięki korektom biały testosteron został zastąpiony słuszniejszym, czarnym i do tego przyozdobionym w złote łańcuchy.

Czarny, którego Murzyni odrzucili jak białego. Żeby odejść z wojska przekonał lekarza, że ma „skłonności homoseksualne”

18 września mija 50. rocznica śmierci Jimiego Hendriksa.

zobacz więcej
Bob Dylan jest w Stanach Zjednoczonych twórcą o niekwestionowanym autorytecie. Jego płyty we wszystkich tego typu rankingach na całym świecie zawsze znajdują się na wysokich pozycjach. Dla historii magazynu „Rolling Stone” to postać kluczowa. Tym bardziej należało podkreślić, gdzie dziś jest jego miejsce.

Jeśli chodzi o liczbę jego albumów w zestawieniu (8), wciąż może uchodzić za ikonę. Tylko miejsca tych płyt są nieco inne niż przed laty. Na pozycji dziewiątej znajdziemy jego wspaniały album „Blood on the Tracks” z 1975 r. Inne, niekwestionowane arcydzieła Dylana zanotowały drastyczny spadek. „Highway 61 Revisited” osunął się o 14 pozycji, „Blonde on Blonde” o 29, „John Wesley Harding” o 40, „Bringing It All Back Home” o 150, a „The Freewheelin’ Bob Dylan” o 153.

Kto zatem z białych wykonawców jest dziś szanowany? O dziwo płyta „Pet Sounds” zespołu Beach Boys utrzymała drugą pozycję. Na trzecim miejscu, zgodnie z wytycznymi, znalazła się kobieta – Joni Mitchell z równie wspaniałym albumem „Blue”. Na szóstej pozycji jest Nirvana z „Nevermind”. Na kolejnych miejscach są płyty wykonawców bezpiecznych, które odniosły wielki sukces komercyjny – Fleetwood Mac „Rumors” (7), Carole King „Tapestry” (25), Paul Simon „Graceland” (46).
Trzecie miejsce przypadło Joni Mitchell z albumem „Blue”. Na zdjęciu artystka w czasie koncertu w Sacramento w 1976 roku. Fot. Larry Hulst/Michael Ochs Archives/Getty Images
Oczywiście w pierwszej pięćdziesiątce nie mogło zabraknąć płyt przedstawicieli klasycznego rocka, ale albumy Rolling Stonesów, The Clash, Bruce’a Springsteena, Velvet Underground, Davida Bowie’go czy Ramones odnotowały spadki. Jedynie „Horses” Patti Smith i „Remain in Light” Talking Heads oraz wspomniane płyty Radiohead wspięły się w górę.

Vox populi

Na koniec przytoczę wypowiedzi, jakie znalazłem w internecie pod opublikowana listą.

Ursula 92: Jako Europejka muszę powiedzieć, że ta lista jest zbyt skupiona na amerykańskich wykonawcach. (…)Tak jakby nie istniała muzyka w Azji, Ameryce Południowej, Afryce i Europie kontynentalnej.

M0wen: What's Going On (…) to ponadczasowe arcydzieło jednego z najlepszych artystów, jaki kiedykolwiek żył… ale nie lepsze niż Sgt. Pepper i Pet Sounds.

Aaron Sapoznik: Subskrybowałem Rolling Stone przez jakieś 40 lat, głównie ze względu na zawartość muzyczną. (…) Na czołowych miejscach list najlepszych albumów RS regularnie występowało U2, teraz ich płyty nie ma w pierwszej setce.

Jimmer: Nie do wiary. (…) Odkłada się na bok jakość artystyczną, by pokazać wrażliwość na zróżnicowanie.

SuddenlyOld: Tak, nie bądźmy rockistami. Ale (…) cały ten projekt wygląda jak satyra. Listę sporządziła grupa poddenerwowanych, białych ludzi, którzy w 2020 roku mają nadzieję naprawienia krzywd wyrządzonych w Ameryce. Dlatego wywindowali płyty dobre, ponad płyty bezsprzecznie wielkie.

– Grzegorz Brzozowicz

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy



Tytułowy utwór z albumu„What's Going On”. Źródło: Marvin Gaye - What's Going On (Official Video 2019)/YouTube
Zdjęcie główne: Rok 1963. Ringo Starr, George Harrison, Paul McCartney, John Lennon pozują do zdjęcia, które zostało wykorzystane na minialbumie "Twist & Shout". Fot. Fiona Adams/Redferns
Zobacz więcej
Kultura Najnowsze wydanie
Brytania rozwydrzonych i brutalnych możnych
Mordy, egzekucje i gwałty są na porządku dziennym. Na drogach grasują bandyci. Nowa powieść Kena Folletta szturmuje szczyty list bestsellerów.
Kultura Najnowsze wydanie
Mistrz kung-fu i cza-czy. Przyjaciel Polańskiego. Bruce Lee
Uczył reżysera samoobrony, a ten rewanżował mu się nauką jazdy na nartach. „Wejście smoka” miało premierę już po śmierci mistrza, „a producenci, którzy tak długo traktowali go z pogardą, zgarniali miliony” – wspominał Polański.
Kultura Poprzednie wydanie
Wróg judaizmu, wielbiciel kobiet. Woody niczego nie żałuje
Podziwia Szymborską i ujawnia szczegóły wizyty w rezydencji Polańskiego na Lazurowym Wybrzeżu.
Kultura wydanie 13.11.2020 – 20.11.2020
Mord pośród malin zaskakująco żywotny
To jest świat prawdziwie odjechany, gdzie śmiech miesza się z przerażeniem.
Kultura wydanie 30.10.2020 – 6.11.2020
W Narodowym: o strasznym łańcuchu pokoleń
Piotr Zaremba: Czy przywoływanie klasycznego już scenariusza filmowego Ingmara Bergmana ma sens dziś – w obliczu pandemii, która niszczy wszystkim życie?