Felietony

Wykrzyknik nie wystarczy. Znak interpunkcyjny dla Jerzego Kaliny

Niespokojne duchy typografii mogą się wyżywać w mnożeniu znaków diakrytycznych – w polszczyźnie wszystko załatwia nam „Zażółć gęślą jaźń”, ale kiedy pomyślimy, co można zdziałać przy pomocy cyrkumfleksu, tyldy, podwójnego grawisu i cedylli, rodzi się coś w rodzaju współczucia dla korektorek od Hiszpanii po Wietnam.

Możenamsięwydaćzdumiewająceżestarożytniniewidzielipotrzeby… Przepraszam. Może nam się wydać zdumiewające, że starożytni nie widzieli potrzeby używania spacji podczas pisania. No, ale nie widzieli, o czym boleśnie przekonuje się każdy student historii na pierwszym roku, któremu prowadzący ćwiczenia podsunie zdjęcie inskrypcji wychwalającej imperatora na garnizonowej ścianie w Nicei czy Antiochii, z uprzejmą prośbą o wyjaśnienie szczegółów formuły pochwalnej. Za oknem deszcz, wykład uśpił, Anita z Magdą zerkają ironicznie z drugiego końca sali, a tu w dodatku ta cholerna scriptura continua. I co im szkodziło dodać przynajmniej kropkę, o Przesławny, Dobrotliwy, Bogom Podobny Cezarze?

Czasem dodawali – Arystofanes z Bizancjum był nawet uprzejmy opatentować hypostigmḗ, czyli coś w rodzaju dzisiejszego przecinka – ale generalnie student drugiego roku też nie ma lekko: spację nasza cywilizacja zawdzięcza dopiero mnichom irlandzkim, ale zanim ich wynalazek rozpowszechnił się w Europie na dobre, średniowiecze się prawie skończyło. No, trochę przesadzam – pojawiły się przynajmniej ozdobne inicjały i osobne wersy dla każdego zdania.

Kiedy zaś wszyscy rozśpiewali się w czasach karolińskich – może nie wszyscy, ale mnisi, a ci stanowili, jakby nie patrzeć, zdecydowaną większość ówczesnych czytelników – tekst zaczęto opatrywać tak zwanymi pozyturami, czyli praprzodkami dzisiejszych nut.
„Georgiki” Wergiliusza, przykład „scripta continua” bez spacji. Fot. Wikimedia
Nie można jednak powiedzieć, by punctus elevatus, punctus versus oraz punctus interrogativus okazały się szczególnie pomocne, zaryzykowałbym nawet tezę, że zniechęciły one wielu potencjalnych mediewistów do doskonalenia się w paleografii, zwłaszcza, gdy okazało się, że Anita nadal interesuje się głównie Piłsudskim, Wieniawą oraz kolegą kolportującym biuletyn NZS.

Znaki interpunkcyjne z prawdziwego zdarzenia pojawiły się jednak na dobre dopiero w epoce renesansu i drukarstwa. O, bądź pochwalony, Przesławny, Dobrotliwy, Bogom Podobny Aldusie Manucjuszu, ojcze wszystkich typografów, który jako pierwszy sięgnąłeś po dwukropek (co prawda, początkowo używany w funkcji kropki, czyli na zakończenie zdania), z wygrzebanego z dna kaszty okruchu ołowiu wyklepałeś przecinek, i jeszcze starczyło ci fantazji na wymyślenie cudzysłowu!

Tak. To Manucjusz, uświadomił sobie do końca to, co przeczuwali tylko średniowieczni iluminatorzy, sadząc swoje pozytury po manuskryptach: znaki interpunkcyjne są po to, by naśladować intonację, rytm i tempo mowy. Do tego zaś, jak się wydaje, zupełnie wystarczą: dwukropek, przecinek i kropka. No, może jeszcze myślnik, zapisywany czasem spacją, a czasem półspacją, co stanowi źródło wiecznej udręki redaktorów – i uciechy korektorek, które mają co skorygować na każdym wydruku. Reszta to kombinacje: wielokropek i dwukropek to przecież tylko rozmnożone kropki, średnik – pomysłowa krzyżówka kropki i przecinka. No, i jeszcze cudzysłowy (tu znów ożywiają się korektorki, szczególnie przy »zwykłych« lub «odwróconych» szewronach. To wszystko? Jeszcze pytajnik. I tyle, nawet ze szczególnie wymyślnymi nawiasami jest tego mniej niż dwa tuziny.

Niespokojne duchy typografii mogą się wyżywać w mnożeniu znaków diakrytycznych – w polszczyźnie wszystko załatwia nam „Zażółć gęślą jaźń”, ale kiedy pomyślimy, co można zdziałać przy pomocy cyrkumfleksu, tyldy, podwójnego grawisu i cedylli, rodzi się coś w rodzaju współczucia dla korektorek od Hiszpanii po Wietnam. Są jeszcze, oczywiście, żyzne pola typografii właściwej, z dziesiątkami cudownych i tajemniczych znaczków, od asterysku po etkę. Ale jeśli idzie o znaki przestankowe, regulujące oddech lektora – wszystko mamy uporządkowane, i kropka.

Wszystko? No, nie! – jak powiedziałby narrator przygód Asteriksa (Asteriksa, nie asterysku, droga korektorko!). Zaledwie w kilka lat po wykuciu stosownego epitafium dla Manucjusza na weneckim cmentarzu, na drugim krańcu Europy typograf Henry Denham zauważył – niewykluczone, że przy okazji przeglądania szczotek jednej ze sztuk obiecującego dramaturga ze Stratfordu – iż wśród znaków przestankowych rozpaczliwie brakuje czegoś, co pozwalałoby osobom o nieco osłabionym poczuciu humoru rozpoznać sarkazm. Ironię. Przymrużenie oka, lub – jak mawiają rodacy Denhama – koniuszek języka utkwiony w policzku, a tongue in the cheek. Żarcik. Drwinę. Okazało się, że bez mimiki naprawdę trudno sobie z tym poradzić.

Kiedy sztuka rymowała się z religią

Ci, którzy stanęli murem w sprzeciwie wobec „komuchów”, po transformacji zostali wymienieni na „modniejszych”, bardziej europejskich, kosmopolitycznych.

zobacz więcej
To zdumiewające, jak wielu typografów usiłowało zmierzyć się z tym wyzwaniem – i jak nudna byłaby historia interpunkcji Zachodu, gdyby trud kolejnych pokoleń, starających się wynaleźć, rozpropagować, wreszcie – doprowadzić do powszechnego użycia znaczek, będący odpowiednikiem półuśmiechu. Denham, biedaczysko, nie odniósł sukcesu ze swoim „percontation point”, jak określał rodzaj odwróconego lustrzanie znaku zapytania.

Ale to był dopiero początek: poczet drukarzy, wydawców i poetów, znużonych brakiem poczucia humoru swoich bliźnich, liczy dziesiątki nazwisk. Wspomnijmy tylko na najsławniejszych: rodak Denhama, John Wilkins, pod koniec XVII wieku na własny koszt wydał manifest („An Essay towards a Real Character and a Philosophical Language”), w którym proponował wykorzystanie, dla zaznaczenia ironicznych treści, postawionego do góry nogami – lub, mówiąc ściślej, do góry kropką – wykrzyknika. Rywalizacja brytyjsko-hiszpańska była jednak w tym, czasie, jak wiadomo, tak zażarta – nie tylko na morzach południowych, jak widać, lecz i na niwie typografii – że odwrócony wykrzyknik przejęty został przez podstępnych caballeros.

Tymczasem nadal przybywało ponuraków – oraz, dodajmy, ludzi, których poczucie humoru na tyle różniło się od powszechnego, że ich żarty pozostawały boleśnie niezrozumiane. Keith Houston, najwybitniejszy może (a z pewnością najdowcipniejszy) kronikarz typografii europejskiej przytacza słowa, jakimi Truman Capote żegnał swojego serdecznego przyjaciela, Williama Faulknera. „Był jednym z najbliższych mi ludzi – miał westchnąć Capote. – Naturalnie, jeśli uznać, że bliskim Faulknera mógł zostać ktoś inny niż bezpruderyjna osiemnastolatka”. Jak wyrazisty znak przestankowy byłby dziś potrzebny, by uchronić Trumana przed furią czytającej powyższe zdanie feministki?

Nawet jednak przed nastaniem epoki poprawności politycznej nie ustawano w wysiłkach, by oddać ironię lub żart w druku. W roku 1841 Marcellin Jobard, najwybitniejszy wydawca w cieszącej się świeżo uzyskaną niepodległością Belgii, zaproponował w tym celu znaczek, będący skrzyżowaniem „odwróconego pytajnika” i skierowanej pionowo strzałki. W pół wieku później do pomysłu powrócił francuski poeta Marcel Bernhardt: zaproponowany przezeń point d'ironie trafił nawet do jednego z wydań Larousse’a z początku wieku, ale mimo to nie zdołał się przyjąć.

Nic to! Wysiłek Bernardta podjął w latach 60. XX wieku inny literat francuski, Hervé Bazin. Ten postanowił już pójść na całość: zaproponował nie tylko własny pomysł na znaczek sygnalizujący ironię (jedni widzą w nim grecką literę psi z dodaną pod spodem kropką, inni – przekreślony falistą linią wykrzyknik, a jeszcze inni – sombrero), lecz również znaczki zwątpienia, perswazji i autorytatywnego tupnięcia.
Szalona dekada hippisowska w ogóle była dobra dla znaków przestankowych – w tym samym czasie Martin K. Speckter zaproponował w Stanach interrobang, czyli skrzyżowania znaku zapytania i wykrzyknika, z powodzeniem funkcjonujący w prasie amerykańskiej przez kolejnych 20 lat – ale Bazinowe psi jakoś się nie przyjęło. Kolejne pokolenie – i holenderscy typografowie zaproponowali, w roku 2007, ironieteken. Cały czas walczą.

Mam nadzieję, że komuś wreszcie uda się wprowadzić znak, oznaczający żart, drwinę, ironię, do powszechnego obiegu. Wówczas mógłby sięgnąć poń równiez pan Jerzy Kalina, którego rzeźbiarska replika na instalację Maurizio Catellana sprzed dwudziestu lat od kilku dni trwoży lub zdumiewa gości Muzeum Narodowego w Warszawie – i która bez ironikonu nie ma chyba szans na uznanie.

– Wojciech Stanisławski

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy

Zdjęcie główne: Rzeźba pt. "Zatrute źródło" autorstwa Jerzego Kaliny stanęła na dziedzińcu Muzeum Narodowego w Warszawie. Fot. PAP/Radek Pietruszka
Zobacz więcej
Felietony Najnowsze wydanie
Maska
Satyra Andrzeja Krauzego w Tygodniku TVP.
Felietony Najnowsze wydanie
Diabeł
Komentarze Piotra Młodożeńca w Tygodniku TVP.
Felietony Najnowsze wydanie
Pamiętajmy o tym, że przemijamy
Wprawdzie udaje ci się odsunąć śmierć, ale czy uda ci się ją usunąć?
Felietony Poprzednie wydanie
Na rozdrożu. Andrzej Krauze komentuje dla Tygodnika TVP
Satyra Andrzeja Krauzego w Tygodniku TVP.
Felietony Poprzednie wydanie
Czajka
Komentarze Piotra Młodożeńca w Tygodniku TVP.