Cywilizacja

Kobiety, geje, kolorowi, niepełnosprawni – święte słowo różnorodność

Amerykańskie uniwersytety masowo fundują sobie stanowiska speców od różnorodności, dobrze opłacanych i otoczonych całym sztabem współpracowników. Na uniwersytecie Berkeley ma to być ponoć aż 175 osób! Jak zauważa tygodnik „The Economist”, przez rozrost tego rodzaju urzędniczej kasty rosną opłaty za studia, co uderza w grupy najbiedniejsze, w tym również mniejszości etniczne.

Jedynym odważnym okazał się Donald Trump. Amerykański prezydent, jawnie lekceważąc poprawność polityczną, na początku września zakazał instytucjom federalnym organizowania szkoleń, które mają na celu uświadomienie ludziom, jak ważna jest „diversity” – różnorodność. Nie ma powodu, stwierdza zarządzenie rozesłane do ministerstw i agend rządowych, by z pieniędzy amerykańskiego podatnika finansowano antyamerykańską propagandę.

„Prowadzący szkolenia – stwierdza zarządzenie – dowodzą na przykład, iż przekonanie, że Ameryka jest krajem wielkich możliwości czy że pracę powinni otrzymywać ci, którzy mają najlepsze kwalifikacje, bierze się z rasizmu. Takie szkolenia są nie tylko sprzeczne z tym, w co nasz naród wierzył od swego powstania, ale rodzą też podziały i niechęć wśród ludzi”. Czy urzędnicy państwowi, bo to oni uczestniczą w szkoleniach, powinni być nauczani, że Stany Zjednoczone to kraj zła i rasizmu, a wszyscy biali ludzie sami są w jakiejś mierze rasistami?

Informację na temat decyzji Trumpa pierwsza podała BBC. I nic dziwnego, bo – przynajmniej do tej pory – kwestia różnorodności stała tak wysoko w hierarchii celów brytyjskiej korporacji radiowo-telewizyjnej, że na jej wspieranie dyrekcja postanowiła wyasygnować aż 100 mln funtów.

Czy zapowiedź zostanie spełniona, trudno powiedzieć, bo BBC znalazła się ostatnio pod pręgierzem i plany mogą trafić do lamusa. Tim Davie, nowy dyrektor generalny BBC, zapowiedział nie tylko powrót do fundamentów, czyli obiektywnego, bezstronnego dziennikarstwa, ale także położenie kresu marnotrawieniu pieniędzy na sprawy niepotrzebne. Promowanie różnorodności może się w tym zmieścić. I nawet powinno.

Bez gejów i Azjatów ani rusz

W pierwszej chwili potraktowałam to jako żart. Prima aprilis wprawdzie dawno za nami (albo przed, jak kto woli), ale informacja doskonale wpisywała się w primaaprilisową konwencję. Przecież to niemożliwe, żeby ktoś przy zdrowych zmysłach mógł wymyślić coś tak niemądrego. Tym bardziej, że chodzi o sferę artystyczną, w której twórcom niczego nie należy narzucać. Odgórne zarządzenia – nie brak na to dowodów – w sztuce nigdy się nie sprawdzają.
Współczesny ideał: w 2017 roku Oscar dla najlepszych aktorów pierwszo- i drugoplanowych powędrował do białych i czarnych. Fot. Jeffrey Mayer/WireImage
Bardzo szybko okazało się jednak, że sprawa jest jak najbardziej serio. Pomysł i talent nie wystarczą, by twórca mógł zostać doceniony i może nawet wyróżniony jakąś nagrodą. Kiedyś, nawet w całkiem nieodległych czasach tak bywało. Ale nie dziś. Dziś twórca, by zasłużyć na nagrodę, musi odpowiednio skonfigurować swe dzieło, tak by spełniało wymogi nowych czasów. Musi dbać o różnorodność.

Różnorodność jest w gruncie rzeczy łatwa do zdefiniowania, bo definiuje się przez tych, których dotyczy: to kobiety, LGBT w całej rozciągłości: od gejów i lesbijek po transseksualistów i osobników niebinarnych, przedstawiciele mniejszości etnicznych i ludzie niepełnosprawni. Gdy te cztery grupy, ujęte we wspólnym określeniu „under-represented”, czyli reprezentowane w niedostatecznym stopniu, są obecne – różnorodność jest w pełnej krasie. Gdy nie ma kobiet, gejów, Azjatów czy niepełnosprawnych – o różnorodności nie ma mowy.

Nie w tym jednak kryje się problem. Decyzja Amerykańskiej Akademii Sztuki Filmowej, która postanowiła, że od 2025 roku żaden film nie będzie mógł kandydować do Oscara dla najlepszego filmu, jeśli w jego tworzeniu nie będą mieć udziału ludzie ze wspomnianych czterech grup, uświadamia czarno na białym, jak daleko sięgnęła sfera postępu i poprawności. Film, nawet jeśli jest prawdziwym arcydziełem, nie uzyska akceptacji, jeżeli wśród jego twórców nie będzie przedstawicieli przynajmniej dwóch z czterech grup, w dowolnym układzie. Muszą w dodatku być obecni zarówno na ekranie, jak w całej ekipie pracującej nad filmem – od producentów, reżyserów i aktorów po fryzjerów i speców od reklamy.

Brednie w czterech standardach

Żeby nie było zbyt prosto, filmy podzielono na grupy i każdej z nich przypisano inne kryteria, ujęte w czterech standardach: A, B, C i D. Im wyżej, tym trudniej. W najwyższej, najbardziej ambitnej grupie ktoś z upośledzonej „czwórki” musi występować w jednej z głównych ról, w innej wystarczy, by wymogi spełniał nie ważny aktor, lecz skromny stażysta. Czasami dochodzą dodatkowe kryteria, choćby ilościowe – na przykład jaki procent ekipy musi stanowić taka czy inna grupa.

#Metoo działa jak stalinizm? Cóż, czasem miewa oblicze totalitarne

Najmocniejsze oskarżenia, najmroczniejsze brudy. Jak niszczono Woody’ego Allena.

zobacz więcej
Trudno o tym czytać (zainteresowanych odsyłam do „New York Timesa”, który z detalami omówił różnice i wymogi w czterech kategoriach), a jeszcze trudniej wyobrazić sobie, że komuś chciało się marnować czas i energię na podobne brednie. Nie da się jednak zaprzeczyć, że Akademia była pod silnym naciskiem środowiska filmowego, które, oburzone brakiem nominacji dla czarnoskórych twórców w najważniejszych oscarowych kategoriach, cztery lata temu zainicjowało akcję #OscarsSoWhite.

Nikomu jakoś nie przychodzi do głowy – a jeśli nawet, to autor myśli niekoniecznie dzieli się tym publicznie – że o nominacjach decydują względy merytoryczne, czyli artystyczne. Może w tym czy innym roku nie było wybitnych kreacji w wykonaniu czarnych aktorów? Ani godnych wyróżnienia filmów wyreżyserowanych przez kobiety? O wiele łatwiej jest dowodzić, że w przemyśle filmowym o wszystkim decydują biali mężczyźni, na domiar złego niemłodzi.

Nowojorski dziennik, który pomysł Akademii przyjmuje z nieskrywanym entuzjazmem, zapewnia, że spełnienie wymogów nie stanowi żadnej trudności, żadnego progu nie do przebycia. Przecież już teraz przy każdym filmie pracują ludzie różnych nacji, w tym także wywodzący się z mniejszości etnicznych, nie brakuje też ludzi odmiennej orientacji. Zatem nic się właściwie nie zmieni.

Tylko skoro różnorodność już stała się faktem, po co ją dodatkowo wymuszać? Postępowy dziennik ma na to odpowiedź: ewidentna korzyść, jaką w przyszłości powinno przynieść wejście w życie nowych zasad, kryje się w zmianie stosunku do różnorodności. Zasady narzucą nową mentalność. Gdy ludzie oswoją się z różnorodnością, będą ją traktować bardziej świadomie: jako cenną wartość.

Czas terroru

Idea różnorodności już od pewnego czasu wyraźnie dołączała do kanonów idei postępu, ale w ostatnich miesiącach tendencja ta radykalnie przybrała na sile. Trudno nie dostrzegać tu związku z agresywnymi działaniami aktywistów z Black Lives Matter, którzy zdołali sterroryzować znaczną część mediów, uczelni i rozmaitych instytucji – zwłaszcza, niestety, kultury – nie mówiąc o opinii publicznej. W dodatku uczynili to tak skutecznie, że ideologię BLM instytucje i kierujący nimi ludzie uznali za swoją.
Czy Ursula von der Leyen przy obsadzaniu stanowiska komisarzy wykazała się wystarczająco postępowa? Fot. OLIVIER HOSLET/EPA/PAP.
Pochodną tego jest uznanie, że żadna szanująca się firma czy instytucja, publiczna czy prywatna, nie może, po prostu nie może należycie funkcjonować, jeśli w gronie jej pracowników nie będzie ludzi z „czwórki”.

Weźmy kuriozalne zabiegi przewodniczącej Komisji Europejskiej Ursuli von der Leyen, dla której najważniejsze było, by obsadzając stanowiska komisarzy mogła wybierać między mężczyzną i kobietą. Było to być może skromne podejście do tego, co jeszcze może się zdarzyć. Czy w składzie Komisji nie należałoby zagwarantować miejsca niebinarnym? Albo kolorowym? Nie chodzi o to, że ktoś z „czwórki” i tak może znaleźć się w jej składzie, ale o to, by taki fakt był zawczasu zaplanowany i urzędowo uregulowany.

Nic dziwnego, że działanie pod hasłem różnorodności zrodziło też – wyimaginowaną przecież – potrzebę powołania pełnomocników, którzy zajmą się tą sferą. Taki pełnomocnik ma się pojawić na przykład w brytyjskim ministerstwie obrony. Czy jest potrzebny? Tak, bo zadba o to, by w brytyjskiej armii, marynarce i lotnictwie należycie reprezentowane było całe społeczeństwo brytyjskie. To wielka odpowiedzialność i dlatego, jak donoszą media, pełnomocnik ma zarabiać 110 tys. funtów rocznie, więcej niż generał.


Nie inaczej dzieje się na wielu amerykańskich uniwersytetach, które masowo fundują sobie stanowiska speców od różnorodności, dobrze opłacanych i otoczonych całym sztabem współpracowników. Na uniwersytecie Berkeley ma to być ponoć aż 175 osób! Jak zauważa tygodnik „The Economist”, przez rozrost tego rodzaju urzędniczej kasty rosną opłaty za studia, co uderza w grupy najbiedniejsze, w tym również mniejszości etniczne – te właśnie, na rzecz których pełnomocnik ma działać.

Macki sięgają daleko

Co ciekawe, z badań poświęconych uczelnianym szkoleniom z różnorodności wynika, że istnienie takich zespołów nie spotyka się z aprobatą ani ze strony wykładowców, ani studentów. Przeciwnie – jak powiedziała tygodnikowi jedna z autorek, ich obecność „budzi krytykę, gniew i ostry sprzeciw”. Eksponowanie potrzeby różnorodności fatalnie też wpływa na stosunki między ludźmi. Biali profesorowie, według niej, stronią od kontaktów z przedstawicielami mniejszości, by nie popaść w kłopoty, jeśli mniejszościom coś się nie spodoba.

Cancel culture. Twitterowe wyroki i medialna cenzura

Dziennikarze symetryści muszą odejść.

zobacz więcej
Różnorodność rozpostarła swe macki szeroko, nawet tam, gdzie nikt by się jej nie spodziewał. Można odnieść wrażenie, że współczesnym szefom firm i organizacji nic bardziej nie leży na sercu. Weźmy banki. Czym się zajmują, nikomu nie trzeba tłumaczyć. Ale przecież w dobie postępu banki też powinny pokazać ludzką twarz. I oto na stronie Europejskiego Banku Centralnego znajdujemy taką oto deklarację: „Chcemy być organizacją, w której różnorodność jest wysoko ceniona we wszystkich swych aspektach. Dla naszej instytucji jest to kwestia o żywotnym znaczeniu, jeśli mamy dać wszystko, co najlepsze, i naszym pracownikom, i Europie”.

By nie zostawić pola do domysłów, EBC skrupulatnie wylicza, w jakich aspektach przejawia troskę o różnorodność: to płeć (oczywiście kulturowa – nie sex, lecz gender), narodowość, religia, orientacja seksualna, pochodzenie etniczne, wiek, kultura, do jakiej się należy, i niepełnosprawność. Słowem wszystko, bo przecież, w myśl deklaracji EBC, „różnorodność to droga do doskonałości”.

Albo sport, w którym zróżnicowanie zawodników, przynajmniej pod względem pochodzenia, jest oczywiste. Ale gdy wyliczono, że wśród 91 trenerów i szefów klubów Premier League jest zaledwie pięciu przedstawicieli mniejszości, skruszony Greg Clarke, przewodniczący Fotball Association, skwapliwie obiecał gruntowne zmiany, włącznie z wprowadzeniem kwot ilościowych.

Służyć mieszanej społeczności

Tymczasem Szkotka Louise Martin, przewodnicząca Commonwealth Games Federation (Federacji Igrzysk Wspólnoty Narodów) zrezygnowała ostatnio z udziału w komitecie przygotowującym najbliższe igrzyska Birmingham 2022. Nikt podobno jej tego nie sugerował, ale pojawiały się głosy, że komitet jest prawie w stu procentach biały, a to niedobrze, skoro zawody – co podkreślali miejscowi politycy i radni – odbędą się w mieście prawdziwie wielokulturowym. Panią Martin zastąpiła pochodząca z Barbadosu, ciemnoskóra Sandra Osborne, i bilans różnorodności od razu się poprawił.

Kobiety w polityce. Komu są potrzebne? I po co?

Nie w każdej damie kandydującej na prezydenta kryje się nowa Margaret Thatcher.

zobacz więcej
A kościoły? W Sheffield reorganizacja czeka przykatedralny chór. Chór jest zróżnicowany, bo śpiewają w nim zarówno dorośli, jak młodzież, ale nie o taką różnorodność tu chodzi. Według dziekana katedry, chór musi się zmienić, by, jak to określił, „mógł lepiej służyć mieszanej miejskiej społeczności”. Co to oznacza, nietrudno się domyślić.

A przecież można inaczej. Jeśli naprawdę chce się służyć miejscowej społeczności, również tej, która z Kościołem – nieważne: anglikańskim czy katolickim – nie ma nic wspólnego, wcale nie trzeba sięgać do poprawnościowego arsenału. Mój znajomy włoski duchowny, proboszcz turyńskiej parafii San Gioacchino, która mieści się w starej dzielnicy dziś zdominowanej przez imigrantów – Arabów, Chińczyków, Rumunów – wszelkie akcje, które prowadził, kierował do wszystkich, nie tylko do swych włoskich parafian. Czy chodziło o spotkania, czy o akcję letnią dla dzieci – każdy był mile widziany. Zapewne dlatego do don Maria z roku na rok zgłaszało się coraz więcej chętnych do przyjęcia chrztu, a ciemnoskóre dzieci na ulicy rzucały mu się na szyję.

Z ust don Maria nigdy nie usłyszałam ani jednego słowa o różnorodności czy potrzebie „służenia mieszanej społeczności”. O pomocy dla bliźnich zresztą także nie. Wystarczyło, że ją niósł.

Czas na czarnego Bonda

Czy różnorodność to coś złego? Oczywiście nie – ale nie wtedy, gdy jest obowiązkowa i odgórnie zarządzana. W dawnym Lwowie czy dawnej Łodzi żyły obok siebie bardzo odmienne i do tego liczne społeczności, które wykształciły udane formy zgodnej koegzystencji. Ale, po pierwsze, kształtowały się one przez lata. Po drugie zaś, nikt nie nakazywał, by w tej dzielnicy Ormianie stanowili 10 proc. mieszkańców, w innej Niemcy 20 proc., a w jeszcze innej Polacy nawet 40 proc.

Na taki własnie pomysł kilkanaście lat temu wpadły władze francuskie. By lepiej zintegrować imigrantów z Francuzami, wymyślono, że w różnych dzielnicach Paryża będą obowiązywać kwoty obecności imigrantów. Plan kompletnie nie wypalił i nikt już nigdy do niego nie wrócił.

Podobnie jak w USA zrezygnowano z akcji afirmatywnej, promującej przyjmowanie murzyńskich studentów na uczelnie, a w Polsce – z punktów za pochodzenie robotniczo-chłopskie dla kandydatów na studia.
James Bond, symbol białego dżentelmena? Pierwszy Bond Sean Connery w 1964 roku i Idris Elba, być może kolejny 007. Fot. Getty Images
Promowanie różnorodności pachnie po prostu daleko idącą inżynierią społeczną. A także inżynierią dusz – smrodkiem dydaktycznym na wielką skalę. Czym innym bowiem jest wprowadzanie w nowych wersjach dawnych filmów postaci, których obecność dyktują wyłącznie wymogi poprawności?

W „Siedmiu wspaniałych”, nakręconych na nowo w 2016 roku, w gronie obrońców wsi nie mogło zabraknąć Murzyna, który w dodatku jest przywódcą grupy, i Azjaty. Chyba tylko naiwny dzieciak uwierzy, że kiedyś mogło tak być.

Podobnie jest z „Doktorem Dolittle” z 1998 roku, gdzie poczciwego przyjaciela zwierząt gra czarnoskóry Eddie Murphy. „Mała księżniczka” we współczesnej wersji jest nieznośnie feministyczna. Te wszystkie dzieła są wprawdzie nie do oglądania, ale do Oscara w nowym wydaniu zakwalifikowałyby się na pewno.

Pozostaje więc czekać na spełnienie sugestii, by Daniela Craiga, gdy już rozstanie się z rolą Jamesa Bonda, zastąpił czarnoskóry aktor. Idris Elba, jak uważają zwolennicy tego pomysłu, nadawałby się do tego doskonale. Ale czy widzowie też będą tego zdania? Obraz prawdziwego białego dżentelmena – niechby i rasistowski, według ludzi postępu – jest nie do podrobienia. I różnorodność nic tu nie pomoże.

– Teresa Stylińska

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy

Zobacz więcej
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Od milionera do zera. Czyli: czego nie życzymy Idze Świątek
Polska tenisistka na kortach zarobiła już grubo ponad 10 mln złotych. Ale musi pamiętać, że większość gwiazd sportu bankrutuje krótko po zakończeniu kariery.
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Kim są panie, które każą „wypier…”? Mapa polskiego feminizmu
Przyszłość polityki czy gwiazdy jednego sezonu?
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Wojna siedemdziesięciolatków. Czy o wyniku zdecydują „wstydliwi”?
Już wiadomo, kto przez najbliższe 4 lata będzie lokatorem Białego Domu: biały mężczyzna o w podeszłym wieku o jasnych włosach.
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Nowe zaburzenie w czasach pandemii: lęk przed odcięciem od lajków
Czy można zachować psychiczną równowagę, gdy zarówno nauka, czas wolny, jak i kontakty z rówieśnikami są on line?
Cywilizacja Poprzednie wydanie
Zrozumiały strach lekarzy. I jego możliwe tragiczne skutki
Dlaczego medycy „dezerterują” w czasie pandemii?