Kultura

Czarny, którego Murzyni odrzucili jak białego. Żeby odejść z wojska przekonał lekarza, że ma „skłonności homoseksualne”

Biografia legendarnego gitarzysty kryje pewne niespodzianki. Choć stał się ikoną pokolenia hipisów, to nie zawsze przemawiał ich głosem. W jednym z wywiadów powiedział: „Czy wysyłaliście Amerykanów do domów, kiedy lądowali w Normandii? To też była ingerencja w obce sprawy. Nie, ale wtedy baliście się o swoją skórę. Amerykanie walczą w Wietnamie za wolny świat".

W piątek 18 września mija 50. rocznica śmierci Jimiego Hendriksa. Tego dnia o godz. 18.50 TVP Kultura wyemituje zrekonstruowany cyfrowo zapis koncertu artysty na festiwalu Woodstock w 1969 roku. Z kolei w sobotę 19 września, na tej samej antenie, o godz. 22.05, będzie można obejrzeć biograficzny dokument „Jimi Hendrix: Hear My Train A Comin’” w reżyserii Boba Smeatona.

To była pierwsza noc lat 70. Atmosfera wewnątrz nowojorskiej sali koncertowej Fillmore East gęstniała. Nie ze względu na tężejący zapach marihuany czy nadzieje pokładane w nowej dekadzie, ale na oczekiwania wobec nowego zespołu Jimiego, w którym, w końcu, wszyscy muzycy mieli czarny odcień skóry.

Koncert rozpoczął się o dwudziestej od występu The Voices Of The East Harlem, grupy złożonej z dwudziestki młodocianych afroamerykańskich wokalistów. Po krótkiej przerwie rozległ się charakterystyczny szum potężnych wzmacniaczy lampowych. Konferansjer, Keeva Kristal, przedstawił muzyków i dodał: „Sala Fillmore jest dumna z ponownego powitania starych przyjaciół, którzy występują pod nowym imieniem – Band Of Gypsys!”.

Zespół zagrał premierowy utwór „Who Knows”, po czym lider powiedział: „Następny utwór dedykujemy, tym straszliwym scenom, które rozgrywają się, tym wszystkim żołnierzom, którzy walczą na ulicach Chicago, Milwaukee i Nowego Jorku. I też tym wszystkim żołnierzom, którzy walczą w Wietnamie. Kawałek nosi tytuł »Machine Gun«”.

Były to słowa mistrza elektrycznej gitary, czołowego przedstawiciela kontrkultury, a zarazem byłego spadochroniarza armii amerykańskiej. Niespełna dziewięć miesięcy później 27-letni Jimi Hendrix odejdzie z tego świata dławiąc się własnymi wymiocinami.
Zdjęcia gitarzysty z końca lat 60. pokazują, że żył w świecie białych. Od lewej: Carl Wayne, Steve Winwood, Jimi Hendrix, John Mayall, Eric Burdon (1969). Fot. PAP/Photoshot
Krew niewolników z Afryki, Irlandczyków i Indian

Johnny Allen Hendrix urodził się 27 listopada 1942 roku w Seattle na Zachodnim Wybrzeżu Stanów Zjednoczonych. Jego matka w chwili narodzin chłopca miała zaledwie 17 lat. Ojca Ala pozna on w wieku trzech lat, kiedy ten wróci z wojny w Europie. Tata zmieni prawnie imiona syna na James Marshall. Syn będzie podpisywał płyty imieniem Jimi.

W żyłach Jimiego płynęła krew zarówno afrykańskich niewolników, jak i irlandzkich imigrantów i Indian z plemienia Czirokezów.

W dzieciństwie nie miał łatwo. Nierzadko głodował, a piątka jego rodzeństwa trafiła do rodzin zastępczych. Wyrzucono go ze szkoły średniej. Za dwukrotną jazdę skradzionymi samochodami groziło mu pięć lat więzienia! Dostał dwa, w zawieszeniu, pod warunkiem wstąpienia do wojska. Jimi przystał na to z ochotą, gdyż istniała szansa, że trafi do 101. Dywizji Powietrznodesantowej. Czytał o niej i namiętnie rysował w książkach szkolnych jej znak – naszywkę przedstawiającą krzyczącego orła.

W wojsku poznał Billy’ego Coksa, z którym założył zespół The King Kasuals. Szybko gitara elektryczna stała się obsesją Jimiego. Wprawdzie z wojskiem podpisał trzyletni kontrakt, ale już po roku służby chciał się z mundurem rozstać. Zdołał przekonać lekarza garnizonowego, że ma „skłonności homoseksualne”, co w tamtym czasie zwalniało z armii. 2 lipca 1962 roku rozpoczął nowy rozdział życia.

Przez kolejne cztery lata Hendrix grywał w zespołach towarzyszących większym (Sam Cook, Little Richard, B.B. King, Otis Redding, Isley Brothers, Ike & Tina Turner) lub mniejszym gwiazdom. Uczestniczył w sesjach studyjnych, ale żadne z nagrań nie świadczy o jego przyszłym geniuszu. Wpływ na to miały reguły rządzące sceną tzw. muzyki kolorowej.

Koncerty czarnoskórych wykonawców przypominały rewie muzyczne, w których wyfrakowani instrumentaliści stanowili wyłącznie tło dla wokalistów i wokalistek. Niepożądane były solówki, ale i ekspresyjność sceniczna akompaniatorów odciągająca uwagę od gwiazdy show.

Nadejście Beatlesów w 1964 roku wywróciło do góry nogami amerykańską branżę muzyczną. Kiedy rock, zwany do dziś za oceanem rock and rollem, zawładną wyobraźnią młodocianej, białej publiczności, czarnoskórzy wykonawcy długo pozostawali obojętni wobec nowej mody. W Harlemie, gdzie Hendrix wielokrotnie występował, panowała pełna rygorów tradycja muzyczna, a jedynymi akceptowanymi gatunkami były soul, blues oraz jazz.
Na początku lat 60. Jimi Hendrix trafił do wojska. Fot. Common Wikimedia
Jimiego ciągnęło w stronę dolnego Manhattanu, gdzie w małych klubach rozkwitała scena folkowa. Czuł, że stamtąd wieje wiatr muzycznych przemian. W końcu, wiosną 1966 roku, zaczął pojawiać się w Greenwich Village, dzielnicy artystycznej bohemy. Jimi odczuwał, że nie pasuje do Harlemu, a w Village jego ekscentryczny sposób bycia powitano z otwartymi ramionami. W dodatku, zwolniony z uwięzi grał na gitarze jak nikt inny.

Jednak amerykańska biała branża muzyczna nie była jeszcze przygotowana na lansowanie czarnoskórego idola rocka. Nie mając szczególnych perspektyw na karierę w Ameryce, za namową brytyjskich muzyków, poleciał na Stary Kontynent.

Trafił w wir swingującego Londynu, miasta, które wówczas wyznaczało wszystkie nowe trendy w kulturze, od mody po film i muzykę. Hendrix błyskawicznie zmienił swój wizerunek przeistaczając się wizualnie w ciemną wersję Boba Dylana z okładki albumu „Blonde On Blonde”. Osiem dni po przylocie wspiął się na scenę podczas koncertu super grupy Cream. Żaden z gitarzystów nie odważyłby się stanąć na scenie obok Erica Claptona, o którym graffiti na londyńskich murach wieściły, że jest bogiem. Jimi zagrał „Killin’ Floor” – trzykrotnie szybciej niż oryginalną wersję tego utworu wykonywał Howlin’ Wolf – i w ciągu kilku minut okazało się, że bóg zmienił kolor skóry.

„Można nienawidzić rządu, ale kochać swój kraj”

W 1969 roku Jimi Hendrix był najlepiej zarabiającym muzykiem na świecie. W czerwcu, po odejściu basisty Noela Reddinga, przestał istnieć jego brytyjski zespół The Experience. Gitarzysta ściągnął Billy’ego Coksa, wspomnianego już kolegę z wojska, ale też rozszerzył skład nowej grupy o dwóch latynoskich perkusjonistów (perkusjonista w odróżnieniu od perkusisty gra na tamburynie, bongosach i innych tzw. przeszkadzajkach – przyp. red.) oraz gitarzystę rytmicznego. Teraz wszyscy oprócz angielskiego bębniarza, Mitcha Mitchella, posiadali ciemny odcień skóry.

Zespół miał 18 sierpnia zamknąć festiwal Woodstock. Dopiero w trakcie tego trwającego trzy dni wydarzenia okazało się, że będzie to największe w historii święto hipisów i jedna z najgorzej zorganizowanych imprez masowych. Grupa Gypsy, Sun & Rainbows miała zacząć o dwudziestej trzeciej. Gigantyczne opóźnienie sprawiło, że Jimi z kompanami pojawił się na scenie dopiero o wpół do dziewiątej rano dnia następnego. Spośród prawie pół miliona widzów do tego momentu doczekała jedna dziesiąta z nich.

Poza tym koncert pokazał, że muzycy nie byli ze sobą zgrani. A jednak występ Jimiego Hendriksa na Woodstock przeszedł do historii. Na żywo wypadł blado, natomiast w nagrodzonym Oskarem filmie o festiwalu fragment z koncertu gitarzysty okazał się imponujący. Po pierwsze dzięki porannej porze zdjęcia wyszły nieporównywalnie lepiej od nocnych, po drugie z dwugodzinnego występu wybrano utwór „The Star Spangled Banner” – hymn Stanów Zjednoczonych!
Jimi Hendrix w roku 1967 – dwa lata przed pamiętnym festiwalem Woodstock. Fot. Common Wikimedia
„Był to najbardziej elektryzujący moment Woodstock i prawdopodobnie jedna z najważniejszych chwil lat 60. – pisał „The New York Post”. – W końcu usłyszeliśmy, o czym jest ten utwór – że można nienawidzić rządu, ale kochać swój kraj”.

Dzięki sprzężeniom gitary i przeciąganiu dźwięków, Hendrix uczynił z hymnu własną kompozycję. Nagranie stało się symbolem kontrkultury i krzykiem wymierzonym przeciw establishmentowi lub jak kto woli protestem wobec wojny w Wietnamie. Dziesięć lat później Miloš Forman wykorzysta je w filmie „Hair”.

Rzecz w tym, że Jimi Hendrix nigdy nie wypowiadał się krytycznie o konflikcie z Wietkongiem (wietnamskimi komunistami). W jednym z wywiadów powiedział: „Czy wysyłaliście Amerykanów do domów, kiedy lądowali w Normandii? To też była ingerencja w obce sprawy. Nie, ale wtedy baliście się o swoją skórę. Amerykanie walczą w Wietnamie za wolny świat. (…) Naturalnie, wojna jest straszna, ale obecnie jest jedynym gwarantem pozwalającym zachować pokój”.

Dla Afroamerykanów uosobienie służalczości

Hendrix nie przeżywał szczególnie występu na Woodstock, premiera filmu z nagraniem jego występu odbyła się dopiero w marcu następnego roku. Przed nim stało o wiele trudniejsze zadanie. Piątego września miał zagrać na charytatywnej imprezie plenerowej w Harlemie.

Jimi bał się występu przed czarną publicznością, ale jednocześnie zależało mu na przełamaniu jej niechęci, a tym samym otwarciu drzwi dla swojej muzyki w czarnym radiu. Dla Afroamerykanów był muzycznym Wujem Tomem, czyli uosobieniem służalczości. Czarnym mężczyzną grającym białą muzykę. Jednocześnie Jimiego frustrowały legiony białych fanów, którzy postrzegali go jako rasowy stereotyp – mega seksownego Murzyna będącego cały czas na haju.

Z pięciu tysięcy widzów, którzy oklaskiwali wcześniej Big Maybelle pozostało o północy może pięciuset. Pojawienie się, jako pierwszego, białego perkusisty wywołało buczenie. Wyjście Hendriksa w białych spodniach zostało powitane serią jajek i butelką, która rozbiła się o wzmacniacz. Na szczęście dalsza część koncertu przebiegła bez zakłóceń. Dwa tygodnie później grupa Gypsy, Sun & Rainbows przestała istnieć.

Przed niefortunnym koncertem w Harlemie, Hendrix powiedział reporterowi „The New York Times”: „Chcę im pokazać, że muzyka jest uniwersalna - że nie ma białego ani czarnego rocka”.

Od początku kariery Jimi zabiegał o akceptację ze strony czarnoskórych braci. W czasach, kiedy grał w podrzędnych klubach jego gitarowa wirtuozeria nie znajdowała jednak aplauzu. Ta publiczność była przyzwyczajona do stylistyki lansowanej przez wytwórnię Tamla Motown. Piosenki trwały niewiele ponad dwie minuty, śpiewali je wspaniali wokaliści, aranżacje zachwycały rozmachem, a produkcja muzyczna była wycyzelowana. Na scenie nie było miejsca na improwizacje, sprzężenia czy dzikie odgłosy. Dlatego afroamerykańskie stacje radiowe były nieczułe na nagrania Jimiego.
Jimi Hendrix zyskał uznanie w Wielkiej Brytanii, gdzie grał w zespole The Experience (1968). Fot. Common Wikimedia/ Warner/Reprise Records
Charles R. Cross w biografii artysty „Room Full of Mirrors” napisał: „Ponieważ w erze Black Power i separatyzmu rasowego Jimi grał dla białych fanów, Afroamerykanie uważali, że zdradził własną rasę”. Zdjęcia gitarzysty z końca lat 60. pokazują, że rzeczywiście żył w białym świecie. W czasach, kiedy czarnoskóry mężczyzna mógł zostać zabity za związek z białą kobietą, Hendrix wywijał na scenie jęzorem, pojękiwał na gitarze, wykonywał ruchy kopulacyjne, a wszystko to ku uciesze tysięcy wiwatujących białych dziewcząt. W jego zespole byli biali, jego publiczność była praktycznie całkowicie biała i większość kobiet, z którymi łączyły go intymne relacje, była też biała. On sam mówił i ubierał się jak hipis.

Kilka afroamerykańskich ugrupowań sugerowało, że Hendrix jest coś winien czarnej społeczności. Czarne Pantery zabiegały o jego poparcie i mimo że Jimi zgadzał się z niektórymi ich postulatami, nie chciał być rzecznikiem organizacji, która gloryfikowała przemoc. Jednak pod koniec dekady, kiedy zostali zamordowani Martin Luther King i Malcolm X nie dało się już „uciec” od identyfikacji rasowej. Hendrix, dotąd wyłącznie zajęty tworzeniem muzyki, musiał się zmierzyć z rzeczywistością amerykańskich ulic i określić, po której jest stronie. Pod naciskiem czarnej społeczności stopniowo zmieniał swój wizerunek. Zaczął pielęgnować bujną fryzurę afro, napisał pierwsze protest songi, zaprzyjaźnił się z Milesem Davisem (o włos nie nagrali płyty, ale przed sesją trębacz zażądał 50 tys. dolarów) i kolejny zespół stworzył wyłącznie z czarnoskórymi muzykami. Nie była to kalkulacja, lecz konieczność.

Pionier wskazujący kierunek dla rhytm & bluesa

W 1965 roku Jimi, jako muzyk sesyjny, podpisał umowę wydawniczą z Edem Chalpinem i… zapomniał o niej. Kiedy gitarzysta stał się sławny, producent odsprzedał zawarty z nim kontrakt wytwórni Capitol Records. Potężna firma skierowała sprawę do sądu i po negocjacjach ustalono, że Hendrix nagra dla niej płytę. By jak najszybciej wywiązać się z zobowiązania Jimi postanowił zarejestrować album koncertowy. Mitch Mitchell – bębniarz z jego zespołu – był wtedy w Londynie, więc muzyk zatrudnił ogromnego Buddy’ego Milesa. Atutami perkusisty, poza świetną grą, było to, że śpiewał i komponował.

Nazwa grupy, Band Of Gypsys, nawiązywała do „koczowniczej natury Cyganów”, a Jimi uważał siebie za osobę wieloetniczną. „Murzyni uważają, że jest im źle, ale rdzenni Amerykanie mają tak samo przechlapane, a może nawet bardziej” – wyjawił raz w studiu nagraniowym.

Zauważmy też, że w nazwie zespołu słowo „Gypsies” („Cyganie”) jest z błędem („y” zamiast „ie”), co mogło sugerować ukłon w stronę Beatlesów. W ich nazwie też był bowiem błąd (chodzi o słowo „beetles”, które po angielsku oznacza „chrząszcze”).

Są bilety na koncert jakichś Anglików. Chuligańska sfora tratuje klomby. Rolling Stonesi a sprawa polska

– Poinformowano mnie, że nie wolno mi zadawać pytań, robić zdjęć i prosić o autografy – tak trzecią wizytę The Rolling Stones w Polsce zapamiętał Muniek Staszczyk.

zobacz więcej
Band Of Gypsys został zabukowany na cztery noworoczne koncerty w nowojorskiej sali Fillmore East. Na drugim z występów początkowe napięcie wśród białej widowni szybko przerodziło się w uwielbienie. „To był wspaniały show – wspomina reżyser Allan Arkush. – Hendrix przewodził. (…) Grał strasznie głośno. Nie było za głośno dla uszu – było głośno dla ciała. Czułeś dźwięki w klatce piersiowej. Włosy jeżyły się na rękach i poruszały – tak jakby falowało powietrze”.

„Band of Gypsys to było przesłanie trzech braci” – twierdził po latach Buddy Miles. W porównaniu z The Experience grupa szła w innym kierunku muzycznym. W jej grze było więcej funku i czarnej pulsacji, które połączone z rockową agresywnością nie występowały dotąd w muzyce.

„Nieważne czy to był rock czy rhythm & blues – tłumaczył w filmie »Hendrix Band Of Gypsys« przyjaciel gitarzysty Albert »Taharqua« Allen. – To było uniwersalne brzmienie dzięki któremu Jimi otwierał drzwi innym czarnym artystom. Był pionierem, który wskazał w jaką stronę powinien kroczyć rhythm & blues”.

I rzeczywiście płyta, która ukazała się w marcu 1970 roku, stała się inspiracją dla wielu czarnoskórych wykonawców takich jak zespoły: Parlament/Funkadelic, War, Chic, Living Colour czy Prince i Lenny Kravitz. „Czarni bracia odkryli Jimiego dzięki tej płycie – dodaje Allen – a dopiero potem sięgnęli po nagrania The Experience”. Tym bardziej rozwiązanie Band Of Gypsys już 28 stycznia 1970 roku było nie tylko nieoczekiwane, ale i bolesne.

Muzyka pozbawiona koloru

Niewątpliwie Jimi Hendrix nie był, w dzisiejszym rozumieniu, wzorowym przedstawicielem społeczności afroamerykańskiej. W imię wolności artystycznej odmówił, by pojęcie czerni, zdefiniowane przez innych, determinowało jego muzykę. Nie był ani aktywistą, ani czarnym separatystą, a jego głównym celem, jak zawsze, była muzyka, którą uważał za pozbawioną koloru.

Dopiero od niedawna Hendrix jest zaliczany przez Afroamerykanów do panteonu czarnych muzycznych bohaterów. Przez lata publikacje, książki i filmy dokumentalne poświęcone czarnoskórym muzykom gloryfikowały Louisa Armstronga, Jamesa Browna, Johna Coltrane’a, a nawet wybielającego skórę Michaela Jacksona - ale nie Hendriksa.

Do Rhythm & Blues Music Hall of Fame honorującego czarnoskórych muzyków gitarzysta został wprowadzony dopiero w 2016 roku. Założyciel tej organizacji, LaMont Robinson, tłumaczył: „Czarni odrzucali go wcześniej, ale teraz coraz więcej osób zaczyna nazywać go jednym z nas”.

– Grzegorz Brzozowicz

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy

Zdjęcie główne: Jimi Hendrix zasłynął grą zębami na gitarze. Fot. Common Wikimedia/Marjut Valakivi
Zobacz więcej
Kultura Najnowsze wydanie
W Narodowym: o strasznym łańcuchu pokoleń
Piotr Zaremba: Czy przywoływanie klasycznego już scenariusza filmowego Ingmara Bergmana ma sens dziś – w obliczu pandemii, która niszczy wszystkim życie?
Kultura Najnowsze wydanie
400 iniekcji i prześwietlenie. Pacjentka z Jasnej Góry
Zastrzyki czy wlewki? Wosk czy klej? Jak podtrzymać „zdrowie” cudownego obrazu?
Kultura Poprzednie wydanie
Dla pielgrzymów, kupców, szpiegów i ...
„Przewodniki literackie” powstają dla ludzi, dla których literatura jest bardziej prawdziwa niż życie. A już na pewno równie ważna.
Kultura wydanie 9.10.2020 – 16.10.2020
Angielska klasyka, polska aktualność. Teatr czasów koronawirusa
Piotr Zaremba: Chodzę teraz na przedstawienia kilka razy w tygodniu. Chodzę w strachu, że uczestniczę w czymś nad wyraz kruchym, co lada dzień może się skończyć.
Kultura wydanie 9.10.2020 – 16.10.2020
Nazywam się Bond, James Bond. Jestem żywym trupem
Agent 007 przeżył 130 zamachów, a w jego stronę oddano 4622 strzały. Powalił go dopiero COVID-19.