Cywilizacja

Mają korupcyjny system zbudowany za unijne pieniądze. Ich protestów nikt nie zauważa

Media związane z opozycją opublikowały zdjęcia rozebranego do pasa premiera, leżącego na łóżku pełnym banknotów euro i rewolwerem. Szef rządu odpowiedział na to, że prezydent śledzi go... za pomocą dronów.

Patrząc ze środodkowoeuropejskiego punktu widzenia, niewielka liczba informacji dotyczących trwających od początku tegorocznego lata protestów w Bułgarii wydaje się zrozumiała. W Warszawie, Wilnie, Tallinie, a nawet w Pradze i Bratysławie obiektywy kamer od ponad miesiąca skierowane są na Białoruś. W Europie Zachodniej, poza nielicznymi wyjątkami, newsy z Sofii i Warny nigdy nie znajdowały się na czołówkach serwisów.

Bardziej dziwi jednak wstrzemięźliwość, z którą sytuację w Bułgarii relacjonuje się w sąsiednich krajach bałkańskich. Tymczasem wielotysięczne demonstracje w Sofii oraz narastający konflikt pomiędzy bułgarskim prezydentem i rządem znajdują się daleko w tyle za sporem Turcji i Grecji wokół szelfu egejskiego, negocjacjami Serbii i Kosowa oraz zmianą polityczną po wyborach w Czarnogórze.

Wszystkie te obserwacje mogą prowadzić do niechybnego wniosku, że Bułgaria pozostaje słabo dostrzeganym peryferium Europy. I jeżeli stanowi obiekt zainteresowania, to głównie z powodu wakacyjnych ofert „last minute” w kurortach nad Morzem Czarnym.

W uścisku Moskwy i Berlina

Wystarczy jednak rzut oka na mapę, aby przekonać się, że kraj, którego nowożytne fundamenty powstały tuż po zakończeniu wojny rosyjsko-tureckiej na Bałkanach w 1878 roku, zawsze stanowił wrażliwy i strategiczny punkt. Lekceważnie jego znaczenia jest więc co najmniej lekkomyślne.

Od południowego wschodu Bułgaria pełniła rolę swoistego antemurale christianitatis przed zbudowaną na gruzach Imperium Otomańskiego nową Turcją. Od południa, pasmo Rodopów oddziela tego ostatniego reprezentanta świata słowiańskiego w Europie Południowej od kultury greckiej. Od zachodu i północnego zachodu, starożytny nurt rzeki Strymon (dzisiaj Strumy) wyznaczał przez wieki granicę Macedonii Wardarskiej, od niedawna nazywanej oficjalnie mianem Macedonii Północnej. Górzyste okolice na północ od Sofii zakreślały granicę z Serbią, przecinaną niegdyś przez drugą, południową nitkę słynnego Orient Expressu, biegnącą z Paryża poprzez Mediolan, Wenecję, Belgrad i Sofię aż do Stambułu. W końcu, od północy, Dunaj naturalnie oddzielał ziemię Bułgarów od żyznych, zielonych ziem Niziny Wołoskiej i winnic Oltenii.


Postanowienia traktatu w San Stefano, kończące w 1878 roku wojnę cara Aleksandra II i sułtana Abdülhamida II dawały Bułgarom nadzieję na zjednoczenie ziem Tracji, Macedonii oraz starożytnej Mezji, leżącej na południe od Dunaju. Takie zjednoczenie byłoby pierwszym krokiem do planowanej przez miejscowe elity federacji z odradzającymi się niepodległymi królestwami lub księstwami bałkańskimi.

Szczególnie z Serbią znajdującą się pod berłem dynastii Obrenowiczów, z którą to już w latach 60. XIX wieku negocjował stworzenie dualistycznej monarchii wybitny bułgarski poeta i premier Luben Karawełow, piszący w trzech językach: bułgarskim, serbskim i rosyjskim. Akuszerem, wsparciem i protektorem tego nowego organizmu państwowego miało być oczywiście Imperium Rosyjskie.
Mapa fizyczna Bułgarii. Fot. Equestenebrarum - Own work by uploader; created using GMT and SRTM data, CC BY 3.0, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=4165499
Marzenia poetów i słowianofilów rozminęły się jednak z rzeczywistością. Kongres Berliński obradujący kilka miesięcy po San Stefan ostudził oczekiwania Bułgarów. Serbowie wycofali się rakiem z rozmów zjednoczeniowych.

W miejsce dużego królestwa utworzono tylko Księstwo Bułgarii ze stolicą w Wielkim Tyrnowie. Obejmowało ono obszar pomiędzy Dunajem i łańcuchem górskim Starej Płaniny. Na tronie Księstwa Bułgarii osadzono krewnego rosyjskiego cara, Aleksandra I Battenberga. Członka tego samego rodu arystokratycznego, z którego pochodziła barwna księżna, a później prawosławna zakonnica Alicja, matka księcia Filipa, męża królowej brytyjskiej Elżbiety II.

Inną część ziem bułgarskich jako quasi-niepodległe od Turcji parapaństwo stworzono wokół miasta Płowdiw, nadając mu nazwę Rumelii Wschodniej. Efemeryczne państewko przetrwało zaledwie 7 lat. Probułgarscy oficerowie o poglądach liberalnych szybko dokonali zamachu stanu i doszło do zjednoczenia z Księstwem Bułgarii. Do dzisiaj jest ono świętowanie rokrocznie jako Dzień Zjednoczenia (bg. Praznik na Sjedinenieto).

Te zmiany wywołały niezadowolenie Rosji i Serbii, obawiających się naruszenia równowagi w regionie. Serbowie rozpoczęli nawet kilkudniową wojnę z Bułgarami. Dynamika wydarzeń doprowadziła do usunięcia z tronu prorosyjskiego księcia Battenberga, w którego miejsce, wbrew wyraźnemu wetu Moskwy, wybrano Niemca Ferdynanda Koburga z dynastii utrzymującej do dzisiaj tron Królestwa Belgów.

Na wschód od linii Łaby dokazywali wszyscy. Państwa sezonowe

Nagle pojawiło się kilkadziesiąt samozwańczych państewek, które czym prędzej brały się za ustanowienie własnej waluty, flagi, armii.

zobacz więcej
Urażony car Aleksander III na kilka lat zerwał z Bułgarią stosunki dyplomatyczne. Ferdynandowi, który – aby zostać władcą w większości prawosławnego kraju – dokonał konwersji do Cerkwi z katolicyzmu, dane było stać się carem Bułgarii po formalnym ogłoszeniu pełnej niepodległości w 1908 roku. Rządził aż do zakończenia I wojny światowej, gdy przekazał władzę synowi Borysowi III, ostatniemu realnemu władcy Carstwa Bułgarii.

Notabene, Bułgarzy przetrwali 1918 rok jako jedyna europejska monarchia będąca podczas wojny sojusznikiem państw centralnych. Ferdynand I Koburg przez długie lata swoich rządów starał się bardzo zręcznie manewrować pomiędzy Berlinem, Wiedniem, Moskwą i Stambułem, co być może, przejęli po nim nowocześni politycy bułgarscy. Ale o nich za chwilę.

Rosja nigdy nie wybaczyła bułgarskiemu Koburgowi, że stanął w wojnie po stronie dwóch niemieckojęzycznych cesarzy, a nie prawosławnych braci na Kremlu oraz w Belgradzie. Analogicznie, Józef Stalin nie wybaczył Bułgarom, że w czasach II wojny światowej car Borys III stanął po stronie państw Osi, pomimo faktu, iż ten odmówił wysłania bułgarskich żołnierzy do ataku na ZSRR.

W cieniu surowców

Czytelnicy mogą się zdziwić, dlaczego cofnęliśmy się w czasie o ponad 130 lat. Krótkie resumé dziejów nowożytnej Bułgarii pomaga jednak zrozumieć, że od długiego czasu elity tego kraju są wyraźnie rozdarte pomiędzy dwiema orientacjami geopolitycznymi. Pierwszą ciążącą ku Zachodowi, a zwłaszcza obszarowi niemieckojęzycznemu oraz drugą opcją – wybitnie słowianofilską. Widzącą w sojuszu z Moskwą i innymi krajami bałkańskimi odwieczne miejsce dla kraju pomiędzy Dunajem, Rodopami i zachodnim wybrzeżem Morza Czarnego.

Te podziały najwyraźniej przetrwały epokę komunizmu. Co ciekawe, do tej pory idą one w poprzek istniejących w Bułgarii gorących często sporów politycznych i społecznych. Zwolenników obydwu opcji można bowiem znaleźć po obdywu stronach barykady najnowszego konfliktu pomiędzy rządzącą z krótkimi przerwami od 2009 roku partią GERB (Obywatele na rzecz Europejskiego Rozwoju Bułgarii) premiera Bojko Borisowa a prezydentem Rumenem Radewem wspieranym przez opozycyjną Bułgarską Partię Socjalistyczną (BPS).

Bułgarscy „zapadnicy” i „słowianofile” (choć trafniej byłoby użyć określenia „rusofile”) zasiadają bowiem zarówno w ugrupowanich o proweniencji prawicowej lub centroprawicowej, jak i lewicowej.
Poprowadzenie przez Bułgarię europejskiej nitki TurkStream służy interesom Gazpromu, czyli Kremla. Na zdjęciu: Prezydenci Rosji i Turcji Władimir Putin i Tayyip Erdogan, bułgarski premier Bojko Borisow, oraz prezydent Serbii Aleksnadar Vucić na uroczystości oficjalnego otwarcia rurociągu TurkStream w Stambule. Fot. Sputnik/Alexei Druzhinin/Kremlin via REUTERS
Unia Europejska, która w 2007 roku przyjęła Bułgarię (wraz z Rumunią), od lat ma z tym krajem obiektywny problem. Co jednak ciekawe, często zachowuje się tak, jakby tego problemu nie widziała. Podobnie jak w czasach Księstwa, a później Carstwa Bułgarii, Sofia i Zachód starają się ułożyć skomplikowane modus vivendi. Zwłaszcza, iż kraj jest również członkiem NATO, usytuowanym na wrażliwej flance południowo-wschodniej. Flance, nad którą jak miecz Damoklesa wisi przewlekły spór grecko-turecki o eksploatację szelfu egejskiego oraz Cypr.

W Brukseli, Berlinie, Sofii, Atenach, Ankarze i Moskwie ma się świadomość, iż położenie geograficzne Bułgarii oznacza, iż pozostaje ona elementem większości największych szlaków gazociągowych w regionie. W szczególności: wciąż znajdujacego się na etapie tworzenia „South Stream” biegnącego z Rosji przez Morze Czarne i wybrzeża Bułgarii na Bałkany, na Węgry i do Austrii. Jak również, pracującego od początku 2020 roku „TurkStream”. Łączy on rosyjski port Anapa z tureckim miastem Kıyıköy przez wody Morza Czarnego.

W obydwu przypadkach gazociągi te utrzymują rolę Bułgarii jako państwa tranzytowego, ale też sprawiają, że kraj ten może stać się w przyszłości elementem dużego centrum dystrybucji gazu ziemnego, obejmującego całe Bałkany.

Bez wątpienia, poprowadzenie przez Bułgarię europejskiej nitki „TurkStream” służy interesom koncernu Gazprom, czyli mówiąc wprost – jest narzędziem realizacji rosyjskiej geopolityki. Osłabia jednocześnie plany dywersyfikacji dostaw pożądane przez część krajów Trójmorza, takie jak budowa terminali LNG na Adriatyku i północnych wybrzeżach Grecji, a także bezpośrednich dostaw gazu na Węgry i Słowację z rumuńskiego szelfu kontynentalnego na Morzu Czarnym.

Nietrudno więc zgadnąć, że część państw regionu i polityków UE oraz wiceprezydent USA Mike Pompeo są negatywnie nastawieni do tego rodzaju aktywności Bułgarów. W samej, skonfliktowanej bułgarskiej elicie władzy, projekt ten jednak cieszy poparciem zarówno rządu Bojko Borisowa, jak również prezydenta Rumena Radewa. Sceptycyzm wobec niego wyrażają zaś bułgarscy politycy i publicyści opowiadający się za zbliżeniem do krajów Europy Środkowej i USA.

Morderstwa na zlecenie, przemyt, hazard i brudne pieniądze. Bardzo ciemne interesy ludzi władzy

Malta zdumiewająco upodobniła się do Sycylii z jej mafijną kulturą.

zobacz więcej
Niereformowalne struktury, dziwne powiązania

Koleje losu bułgarskiej transformacji stanowią dodatkowy element mogący pomóc w zrozumieniu nieprostej sytuacji w tym kraju. Wieloletnie rządy Todora Żiwkowa, który funkcję I sekretarza partii objął u schyłku okresu stalinowskiego (i z racji wieloletniego doświadczenia na szczytach władzy zyskał u przywódców innych krajów komunistycznych przydomek „dziekana”) zakończyły w 1989 roku nie tyle trwające w większych miastach prodemokratyczne demonstracje, ile przewrót pałacowy w Politbiurze, dokonany w momencie upadku Muru Berlińskiego.

Bułgaria była w 1990 roku jednym z nielicznych krajów Europy Środkowo-Wschodniej, w którym pierwsze, wielopartyjne wybory wygrało ugrupowanie postkomunistyczne. Bułgarska Partia Socjalistyczna (BPS), pośpiesznie przemianowana z Bułgarskiej Partii Komunistycznej, dysponując zapleczem logistycznym i materialnym, wyprzedziła przy urnach nie mającą większego doświadczenia politycznego i organizacyjnego demokratyczną opozycję. Liberalno-lewicowy dysydent Żelju Żelew, który objął funkcję pierwszego po przemianach prezydenta, był niechętny polityce rozliczeń i dekomunizacji.

Po krótkim okresie rządów opozycji demokratycznej, po uchwaleniu nowej konstytucji do władzy powrócili postkomuniści. Ich rządy zbiegły się z wybuchem dużego kryzysu gospodarczego, spadku wartości lewa (miejscowej waluty) oraz groźby hiperinfancji. Postkomunistyczna BPS odeszła w niesławie, po radykalnych protestach społecznych, których kulminacją był atak manifestantów na parlament i jego podpalenie na początku 1997 roku.

Dzisiaj jednak pamięta się, że to właśnie postkomuniści złożyli wniosek o przyjęcie Bułgarii do UE. Rządząca później prozachodnia centroprawica oddała po czterech latach władzę, torując drogę do zwycięstwa ugrupowaniu ostatniego formalnego cara kraju w okresie II wojny światowej (miał wówczas kilka lat) Symeona Saskoburgotskiego. Za jego rządów Bułgaria weszła do NATO, ale wyborcy już po jednej kadencji, porzucili nadzieję zwiazaną z byłym, małoletnim carem. Do władzy powrócili socjaliści, którym udało się sfinalizować eurointegrację.

Co jest podstawowym problemem współczesnej Bułgarii, na który jak dotąd nie poradziła UE, NATO, Trójmorze i USA oraz kolejne ekipy rządowe? Przede wszystkim olbrzymi stopień oligarchizacji życia gospodarczego, korupcja i nieefektywnie działający wymiar sprawiedliwości. Wszystkie te zjawiska, zasadniczo częste w krajach Europy Południowej i nabierające wymiaru kulturowo-cywilizacyjnego, są trwałym elementem życia w czarnomorskim kraju.
Ważny polityk reprezentujący mniejszość turecką, ale i oligarcha Achmed Dogan ( z prawej) z ówczesnym premierem, byłym carem Symeonem Saskoburgotskim. Fot. VASSIL DONEV/EPA/PAP
Nepotyzm, dziedziczenie urzędów, funkcji, a nawet karier politycznych rodziców przez dzieci i członków rodziny. Idące w grube miliony defraudacje funduszy unijnych. Brak transparentności w działaniu instytucji publicznych i słabość organizacji obywatelskich. Niezwykła potęga zaprzyjaźnionych z władzą oligarchów mieszkających w pałacach i strzeżonych przez małe armie prywatnych ochroniarzy, jak chociażby w przypadku polityka reprezentującego mniejszość turecką Achmeda Dogana.

Znana i popularna na obszarze poradzieckim strategia eliminacji aktorów życia publicznego przez rozpowszechniane publicznych „kompromatów”. Zamachy i wymuszenia. A nawet zabójstwa dziennikarzy, z jakim mieliśmy do czynienia w 2018 roku, gdy w niewyjaśnionych okolicznościach w mieście Ruse zamordowano młodą, lokalną dziennikarkę śledczą Wiktorię Marinową. Badała ona kwestię defraudacji środków UE i ustawiania przetargów przez koncern należący do powiązanego z rządem Bojko Borisowa oligarchy.

Los zamordowanej kobiety wpisał się w historię głośnych zabójstw dziennikarza śledczego Jana Kuciaka i jego narzeczonej na Słowacji oraz Daphne Caruany Galizii na Malcie, również zajmujących się powiązaniami świata przestępczego i polityki. Tragiczna śmierć Marinowej była jedną z niewielu okazji, które rzeczywiście zwróciły uwagę europejskiej opinii publicznej na sytuację w Bułgarii.

Politycy, oligarchowie, moskiewski ślad. Kto zabił dziennikarkę?

Zajmowała się korupcją na szczytach elity władzy i biznesu. Jej ostatnie audycje poświęcone były systemowi defraudowania unijnych funduszy.

zobacz więcej
Dość powiedzieć, że pierwsza duża afera związana z „kompromatami”, których wykonanie zlecił jeden z ministrów wobec magnata związanego z biznesem tytoniowym, wybuchła w Bułgarii już kilka miesięcy po wejściu do UE. Komisja Europejska wyraziła wtedy zaniepokojenie, a pewien poseł do europarlamentu to, co dzieje się w bałkańskim kraju określił mianem „bagna aligatorów”.

Premier Sergiej Staniszew, którego rządu dotyczył skandal, zamieszany był także w inny skandal polegający na defraudowaniu środków przeznaczonych na kampanię PR przed wejściem Bułgarii do UE i niejasnymi kontaktami z lobbystami w Austrii. O dziwo, Staniszew został w 2011 roku prestiżowym szefem Partii Europejskich Socjalistów, skupiejącej partie socjaldemokratyczne z UE oraz dwukrotnie, w wyborach w 2014 i 2019 roku zdobył mandat eurodeputowanego.

Podobnie niejasna atmosfera panuje wokół, tym razem centroprawicowego premiera Bojko Borisowa. Od 2009 roku jego partia GERB wygrywa wybory parlamentarne – w 2017 roku ugrupowanie zwyciężyło już po raz czwarty z rzędu. Partia jest mocno osadzona w strukturach chadeckiej Europejskiej Partii Ludowej. Borisow często fotografuje się z Angelą Merkel i innymi prominentnymi politykami zachodnimi.

Jego długotrwałe rządy pogłębiły jeszcze patologie życia społecznego w Bułgarii, na porządku dziennym stawiając problem nietykalnych przez wymiar sprawiedliwości oligarchów oraz powiązanych z nimi polityków i przestępców.

Niezatapialny Bojko

Ciekawe są korzenie Borisowa, który swoją karierę zawodową rozpoczynał na początku lat 80. XX wieku w strukturach bułgarskiego MSW i jako jeden z ochroniarzy Todora Żiwkowa. Później, obecny premier znajdował się w orbicie ugrupowań prawicowych oraz ruchu politycznego założonego przez Symeona Saksoburgotskiego.

W 2005 roku Borisow został popularnym merem Sofii i przy okazji, założyłycielem ruchu głoszącego hasła proeuropejskie i obywatelskie. Do władzy na poziomie ogólnokrajowym szedł w 2009 roku, co dość znamienne, pod hasłami walki z korupcją, reformy wymiaru sprawiedliwości i promocji tradycyjnych wartości.
Bojko Borisow często fotografuje się z Angelą Merkel i innymi prominentnymi politykami zachodnimi. Przypominają to protestujący dziś Bułgarzy, którzy na banerach pytają: "Pani Merkel, nie wstyd pani za tego skorumpowanego typa?". Fot. REUTERS/Stoyan Nenov
Globalny kryzys gospodarczy, który zbiegł się z działalnością jego pierwszego rządu szybko dał się we znaki, a proponowane przez gabinet podwyżki cen energii i wody doprowadziły do masowych protestów społecznych w 2013 roku. Użycie wobec demonstrantów siły, które teatralnie skrytykował sam premier doprowadziło do dymisji rządu.

Przyśpieszone o kilka miesięcy wybory przeprowadzone w tym samym roku partia GERB ponownie wygrała. Po głosowaniu znów wybuchł skandal, gdyż w jednej z drukarni pod Sofią znaleziono karty do głosowania, które, jak oceniła prokuratura mogły służyć do próby sfałszowania wyborów. Pikanterii sprawie dodał fakt, iż właścicielem zakładu był... sofijski radny GERB.

Rok później, w 2014 roku w Bułgarii odbyły się kolejne, przyśpieszone wybory, które partia Borisowa wygrała jeszcze raz. Po kilkunastu miesiącach przerwy Borisow znów utworzył gabinet, popierany m.in. przez ugrupowania nacjonalistyczne, które jednakże nie utworzyły z GERB koalicji.

Premier w miarę spokojnie rządził do wyborów prezydenckich w 2016 roku, które kandydatka jego ugrupowania Cecka Czaczewa przegrała z popieranym przez socjalistów i opozycję byłym dowódzcą sił powietrznych kraju, generałem Rumenem Radewem.

Najbardziej religijny naród Europy

W komunistycznej Rumunii od czasów Ceaușescu patriarchowie i niektórzy metropolici zasiadali nawet w marionetkowym parlamencie, co było zupełnym ewenementem w krajach bloku wschodniego.

zobacz więcej
Słowianofil Rumen

Obecna głowa państwa zdążyła jeszcze w czasach przed 1989 rokiem być członkiem partii komunistycznej, choć podobnie jak wielu innych polityków z regionu, w oficjalnych wypowiedziach podkreśla, że zrobił to tylko i wyłącznie dla kariery. Po przełomie, ukończył prestiżową Akademię Lotnictwa Wojskowego „Georgi Benkowski” w Sofii, a następnie szkołę lotniczą „Maxwell” w USA.

Charakterystycznie brzmiała narracja Radewa podczas kampanii wyborczej. Wielu mogłoby powiedzieć, że była ona zbliżona do poglądów nowych sił politycznych, które przyszły do władzy w większości krajów Trójmorza w drugiej dekadzie XXI wieku. Obok obietnic walki z korupcją, zapowiedzi wymiany starych elit, wzmocnienia polityki socjalnej oraz krytyki przyjmowania uchodźców, emerytowany generał krytykował politykę zagraniczną i europejską swojego kraju. Twierdził, iż ma ona charakter postkolonialny i klientystyczny wobec Zachodu. Jeszcze kilka miesięcy przed startem w wyborach był przeciwny patrolowaniu bułgarskiej przestrzeni powietrznej przez siły NATO.

Jednocześnie, opowiadał się za zniesieniem europejskich sankcji wobec Rosji wprowadzonych po zajęciu Krymu przez „zielone ludziki”. Zarzucał premierowi Borisowi, iż nie ma żadnej wizji asertywnej i suwerennej polityki w zmieniającej się Europie, a wręcz sprowadził Bułgarię do roli „republik nadbałtyckich w pełni zależnych od zachodniej pomocy".

Tego rodzaju wypowiedzi budziły niepokój w wielu stolicach Zachodu, choć Radew podkreślał, że nie myśli o wyprowadzeniu kraju z NATO. Dodawał przy tym, że czasy, gdy kraje Europy Wschodniej posłusznie i bez dyskusji wypełniały rozkazy płynące z Zachodu bezpowrotnie minęły. „Bruksela i Waszyngton muszą zrozumieć, że nasze kraje powinny myśleć przede wszystkim o własnych interesach. Mamy rok 2016, a nie 1992” – brzmiała jedna z najczęściej powtarzanych przez Radewa fraz w kampanii.
Prezydent Rumen Radew w czasie obecnych protestów wezwał Bułgarów do jedności. Fot. REUTERS/Stoyan Nenov
W ponad siedmiomilionowym kraju Radewa poparła głównie prowincja i mniejsze miasta, podczas gdy kandydatkę promowaną przez rząd Borisowa – środowiska wielkomiejskie.

Wielu dyplomatów zachodnich uznało więc, że w Bułgarii znów nastąpiło starcie orientacji proeuropejskiej (szczególnie nakierowanej na współpracę z Berlinem), którą prezentował Borisow oraz sił prorosyjskich, skupionych wokół kandydatury Radewa.

Rzeczywistość powyborcza okazała się jednak dużo bardziej skomplikowana niż proste podziały na „zapadników” i „rusofili”.

Rządzący od trzech lat prezydent bynajmniej nie zdecydował się na jednoznaczny zwrot geopolityczny w stronę Kremla. I, poodobnie jak władcy Księstwa i Carstwa Bułgarii sto lat wcześniej, zaczął zręcznie manewrować pomiędzy UE, USA, Rosją, a nawet Chinami. W czasie trwających obecnie protestów wezwał nawet społeczeństwo do jedności, twierdząc, że nieszczęściem Bułgarii są długotrwałe podziały na zwolenników bliskości z Zachodem i Wschodem.

Po nieudanych dla GERB-u wyborach prezydenckich, rząd Borisowa znów podał się do dymisji. W kolejnym przyśpieszonym głosowaniu powszechnym w 2017 roku – partia premiera wygrała czwarty raz z kolei i „niezatapialny Bojko” powrócił na stanowisko szefa rządu. Tak duże poparcie dla GERB nie da się wytłumaczyć czynnikami udanej polityki społecznej. Borisow nie jest szczególnym zwolennikiem transferów socjalnych w stylu polskim, słowackim i węgierskim. W wielu elementach, jego polityka przypomina oligarchiczny kapitalizm znany w regionie z lat 90. XX wieku.

Bezideowi kombinatorzy niszczą Europę

Filip Memches: Łapówki, kłamstwa i ciemne interesy. Afera tytoniowa wiele nam mówi o unijnych politykach.

zobacz więcej
Całkiem prawdopodobne, że to właśnie ten stary, tradycyjny podział na zwolenników orientacji prozachodniej i prorosyjskiej jest wciąż paliwem dla władzy jego partii. Paliwo to jednak wyraźnie zaczęło się wyczerpywać, co pokazują najnowsze, letnie protesty.

Z błogosławieństwem Brukseli?

Szczegółowy opis ostatnich niepokojów społecznych w Bułgarii wymagałby osobnego omówienia. Można więc ograniczyć się do tego, iż rozpoczął się on w sumie drobnym i niepozornym happeningiem, gdy w lipcu aktywista antykorupcyjny zatknął na jednej z plaż sztandar narodowy. Po chwili napadła go grupa uzbrojonych ochroniarzy prywatnej frmy, którzy później okazali się również etatowymi pracownikami MSW. Plaża należała do wspomnianego już wyżej oligarchy i polityka mniejszości tureckiej, Achmeda Dogana.

Incydent zwrócił uwagę na fakt wszechwładzy oligarchów. Gdy prezydent Radew zażądał wyjaśnień, powiązany z premierem Borisowem prokurator generalny nakazał dokonania przeszukania w kancelarii głowy państwa, a dzień później – aresztował dwóch współpracowników prezydenta pod zarzutami korupcji.

Prezydent wezwał obywateli do masowego sprzeciwu i nieposłuszeństwa społecznego, twierdząc, że krajem rządzi mafia. Te same zarzuty o mafijność wysunął wobec prezydenta premier.

Media związane z opozycją opublikowały zdjęcia rozebranego do pasa Borisowa, leżącego na łóżku pełnym banknotów euro i rewolwerem. Premier stwierdził w odpowiedzi, że prezydent śledzi go... za pomocą dronów. Zarówno siedziba prezydenta, jak i rządu znajdują się blisko siebie, stąd podczas codziennych, trwających już ponad dwa miesiące demonstracji antyrządowych, dwaj najwyżsi przedstawiciele państwa nie szczędzą sobie z okien obraźliwych gestów.

Protestujący domagają się dymisji rządu i rozpisania przyśpieszonych wyborów, oskarżając Borisowa o stworzenie państwa opartego na symbiozie korupcyjnej klasy politycznej i świata przestępczego. Borisow twierdzi, że w obliczu kryzysu gospodarczego i trudnej sytuacji wywołanej pandemią koronawirusa nie może odejść z urzędu.

Na przełomie sierpnia i września protesty eskalowały. Demonstrujący blokują siedzibę rządu i parlamentu, opozycja parlamentarna bojkotuje obrady Zgromadzenia Narodowego. Policja i firmy ochroniarskie coraz częściej interweniują, są aresztowani i ranni.
Protestujący jednoznacznie krytykują Zachód za to, że milczy w kwestii kryzysu politycznego w kraju. Na transparentach pokazują zdjecia ściskającego się Borisowa i kanclerz Merkel.

Rzeczywiście, reakcje UE oraz Europejskiej Partii Ludowej, której GERB jest członkiem, są bardzo ostrożne albo nie ma ich w ogóle. Być może sprawdza się więc obserwacja, iż podobnie jak w przypadkach łamania praworządności na Słowacji i na Malcie, rządzące tam siły polityczne, mocno osadzone w strukturach europejskich mogą liczyć na ulgowe traktowanie. Pomimo wielu zarzutów naprawdę ciężkiego kalibru. Trudno wręcz sobie wyobrazić, co w Komisji Europejskiej działoby się, gdyby z tego typu sytuacją mielibyśmy do czynienia na Węgrzech lub w Polsce.

Zgodnie z tym paradoksem, głosy poparcia dla postulatów opozycji słychać w Brukseli i stolicach europejskich głównie wśród polityków związanych z Sojuszem Demokratów i Socjalistów.

Ciekawie widzi obecną sytuację związany z socjalistami bułgarski eurodeputowany Iwo Christow. W wywiadzie dla mediów w Sofii przyznał on: „Słusznie więc zadajemy sobie pytanie, czy działania Europy są wynikiem jej zwyczajnej ślepoty, czy też ta ślepota jest celowa i motywowana np. przez korupcyjną symbiozę między urzędnikami europejskimi i bułgarskimi; poparciem dla Europejskiej Partii Ludowej, której głównym filarem w Bułgarii jest GERB. Po dziesięciu latach sprawowania władzy przez GERB urzędnicy w Brukseli nie wiedzą zbyt wiele o bułgarskiej elicie politycznej. Europa przez lata nabierała się na blefowanie Borisowa, wierząc naiwnie, iż jest on pewnego rodzaju gwarantem proeuropejskiego kursu Bułgarii. Za każdym razem, gdy w polityce wewnętrznej był jakiś kryzys, Borisow łapał rządowy samolot i odbywał bezsensowne wizyty - najczęściej gdzieś na Bałkanach Zachodnich, z jednym ze swoich partnerów z Europejskiej Partii Ludowej” (za:„bsp.bg”).

Nawet jeżeli weźmiemy poprawkę na to, że wypowiedź eurodeputowanego nosi znamiona rywalizacji politycznej z rządem, wobec którego jest w opozycji, to trudno zapewne odmówić racji, iż w elitach UE istnieją ewidentnie podwójne standardy dotyczące traktowania różnych polityków i przywódców.

Krytycy Borisowa zarzucają mu wprost, że korupcyjny i niewydolny dla obywateli system, jaki stworzył przez niemal dekadę swoich rządów można nazwać „eurodyktaturą” zbudowaną za unijne fundusze i z unijnym błogosławieńtwem.

W chwili pisania tego artykułu trudno jest przewidzieć dalszy rozwój wypadków w krainie pomiędzy Rodopami i Dunajem. Czy demonstracje przyniosą dymisję rządu i odnowę życia w kraju? Po tylu latach doświadczeń widać, że Bułgarii nie uzdrowi ani wymiana rządzącej elity, ani proces odgórnej europeizacji i powierzchownej okcydentalizacji. Świadomość trudnej sytuacji tego bałkańskiego kraju musi również dojrzeć w gremiach decyzyjnych i elitach świata euroatlantyckiego.

– Łukasz Kobeszko

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy

Zobacz więcej
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Od milionera do zera. Czyli: czego nie życzymy Idze Świątek
Polska tenisistka na kortach zarobiła już grubo ponad 10 mln złotych. Ale musi pamiętać, że większość gwiazd sportu bankrutuje krótko po zakończeniu kariery.
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Kim są panie, które każą „wypier…”? Mapa polskiego feminizmu
Przyszłość polityki czy gwiazdy jednego sezonu?
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Wojna siedemdziesięciolatków. Czy o wyniku zdecydują „wstydliwi”?
Już wiadomo, kto przez najbliższe 4 lata będzie lokatorem Białego Domu: biały mężczyzna o w podeszłym wieku o jasnych włosach.
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Nowe zaburzenie w czasach pandemii: lęk przed odcięciem od lajków
Czy można zachować psychiczną równowagę, gdy zarówno nauka, czas wolny, jak i kontakty z rówieśnikami są on line?
Cywilizacja Poprzednie wydanie
Zrozumiały strach lekarzy. I jego możliwe tragiczne skutki
Dlaczego medycy „dezerterują” w czasie pandemii?