Historia

Ludzie w euforii otwierali okna i wystawiali radioodbiorniki na parapety...

Teksty mszy, kazań i ogłoszeń należało przedstawić cenzorom przed czwartkiem poprzedzającym niedzielę, kiedy miały być wygłoszone. Zastrzeżenia dotyczyły czasem nawet treści Ewangelii.

„Minęła godzina dziewiąta. Za chwilę z Kościoła Świętego Krzyża w Warszawie nadamy mszę świętą. Homilię wygłosi bp Jerzy Modzelewski, organy – Wiktor Łyjak…”

Tym komunikatem 21 września 1980 roku w Programie I Polskiego Radia rozpoczęła się – pierwsza od 1949 roku – transmisja niedzielnej mszy świętej. Głos spikera rozległ się w całej Polsce. Była piękna słoneczna pogoda, więc ludzie w euforii otwierali okna, a nawet wystawiali radioodbiorniki na parapety. To była demonstracja największa z możliwych, bo transmisji słuchało kilkanaście milionów ludzi!

Czy to wtedy pojawił się w kościele Świętego Krzyża tajemniczy, bo autorstwa nieznanego autora, wizerunek Pana Jezusa Miłosiernego z podpisem „dar portowców gdyńskich – sierpień 1980”. Czy przywieźli go może – kto wie, także obrazy maja przecież swoje losy, habentsua fata picturae – stoczniowcy z Gdyni na tę pierwszą radiową mszę świętą?

A może ów obraz był wcześniej świadkiem mszy strajkowej w Gdyni, którą – nie pytając o zgodę ani biskupa, ani sekretarza – odprawił w niedzielę 17 sierpnia 1980 legendarny ks. Hilary Jastak zwany „królem Kaszubów” i przyniósł do stoczni obrazki z napisem „My trzymamy z Bogiem”?
W kościele Świętego Krzyża wisi tajemniczy, bo autorstwa nieznanego autora, wizerunek Pana Jezusa Miłosiernego z podpisem „dar portowców gdyńskich – sierpień 1980”. Fot. Barbara Sułek-Kowalska
Choć wizerunek zdecydowanie nie pasuje stylem do wysmakowanego wystroju świętokrzyskiej bazyliki, wisi do dzisiaj tuż przy ołtarzu głównym, jako wielki znak – nie tylko tamtych czasów. Próbowaliśmy z ks. Robertem Berdychowskim, obecnym proboszczem kościoła Świętego Krzyża, odpowiedzieć na pytanie o początki tego wizerunku, ale nam się nie udało. A może czytelnicy coś o nim wiedzą?

Intencje Borusewicza

Transmisja mszy świętej w Polskim Radiu była najszybciej zrealizowanym punktem porozumień podpisanych 31 sierpnia 1980 w Gdańsku. Brzmiał on: „Korzystanie ze środków masowego przekazu przez związki wyznaniowe w zakresie ich działalności religijnej będzie realizowane w drodze uzgodnienia problemów natury merytorycznej i organizacyjnej między organami państwowymi a zainteresowanymi związkami wyznaniowymi. Rząd zapewni transmisję radiową niedzielnej mszy w ramach szczegółowego uzgodnienia z Episkopatem”.

Autorem tego zapisu był Bogdan Borusewicz, który miał zaproponować, aby wśród 21 postulatów spisanych w Stoczni Gdańskiej pod numerem 3. znalazł się punkt: „przestrzegać zagwarantowaną w Konstytucji PRL wolność słowa, druku, publikacji, a tym samym nie represjonować niezależnych wydawnictw oraz udostępnić środki masowego przekazu dla przedstawicieli wszystkich wyznań”. Teraz, w 40. rocznicę, autor tego postulatu mówi „Gazecie Wyborczej” (dodatek „Historia” z 9 września 2020): – Obawiałem się zdystansowania Kościoła od strajków. Pod wpływem władzy, z którą Kościół jakoś współpracował, z naturalnego lęku, który był wtedy oczywisty i wynikał z obaw przed interwencją sowiecką, największym straszakiem za PRL-u, katolicka hierarchia i wielu księży mogło się od nas odwrócić. Dlatego do 21 gdańskich postulatów wpisałem transmisję mszy w radio, czemu Kościół nie mógł być przeciwny. Wiedziałem, że tak jest w NRD, więc władza powinna to łyknąć. Lecz szło mi bardziej o neutralizację niechęci i dwuznacznego stanowiska Kościoła.

Przykra to deklaracja, tym bardziej, że głosi ją absolwent KUL: wszak dla katolika msza święta nie jest po prostu wydarzeniem społecznym, którym można tak lub inaczej manipulować, bo jest – zawsze i w każdych okolicznościach – uosobieniem Ofiary Jezusa Chrystusa. Jeśli więc dziś Borusewicz odżegnuje się od duchowych – obmyślonych na gruncie wiary, jak się nam może wydawało – źródeł swego pomysłu, to i tak ma to niewielkie znaczenie wobec planów Pana Boga.

Pomysł wyrósł wysoko ponad swego „ojca” i przyniósł niezwykłe owoce. Duch tchnie, kędy chce! Pokazuje to choćby historia z białoruskich Baranowicz, jaką przypomniał teraz o. Jacek Salij OP, który do Redakcji Radiowej Mszy Świętej przy kościele pw. Świętego Krzyża należy od 1984 roku, a pierwsze kazanie radiowe wygłosił 15 marca 1987 r.

Ks. Popiełuszko. Historia Mszy za Ojczyznę

Z grafiku zajęć okazało się, że wolny jest ks. Jerzy.

zobacz więcej
„Gdzieś na przełomie stycznia i lutego 1988 r. przyszedł do naszej redakcji list z Baranowicz. Pod koniec grudnia uwięziono jedynego tam księdza za to, że wbrew sowieckiemu prawu ośmielił się spowiadać niepełnoletnich. Tak się szczęśliwie złożyło, że niedzielna suma była tam odprawiana o godzinie 11, zatem w czasie naszej radiowej mszy, gdyż na Białorusi obowiązywał wtedy czas moskiewski, o dwie godziny różny od naszego. Otóż chociaż ksiądz był w więzieniu, wierni w kolejne niedziele przychodzili na sumę, kładli radio na ołtarzu i normalnie uczestniczyli we mszy. Śpiewali pieśni razem z ludem warszawskim z kościoła Świętego Krzyża, odpowiadali na wezwania celebransa, wstawali na Ewangelię, klękali na Podniesienie. Tylko Komunii Świętej nie mieli, przyjmowali ją jednak duchowo. Atmosfera tych radiowych mszy w Baranowiczach ukształtowała się niezwykła, w kolejne niedziele ludzi przychodziło coraz więcej. Władze doszły do wniosku, że jedynym sposobem wyciszenia tej sytuacji będzie wypuszczenie księdza na wolność” – napisał o. Salij w okolicznościowej publikacji „świętokrzyskiej” .

Ksiądz proboszcz Robert Berdychowski wyciąga jeszcze list Krzysztofa Łaszuka z Elbląga, który jako dwudziestolatek został w stanie wojennym zaaresztowany za ulotkę i przez Sąd Marynarki Wojennej w Gdyni skazany na kilka lat więzienia: „Gdy przychodziła niedziela z więziennego radiowęzła rozlegał się kojący głos mszy radiowej. To była jakby odtrutka na więzienne nieludzkie warunki, trzymała mnie przy życiu. Pamiętam, jak w czasie jednej mszy usłyszałem bardzo wyraźnie, mocniej niż zazwyczaj: przekażcie sobie znak pokoju. Przez kraty zobaczyłem kogoś ze służby więziennej, ukłoniłem się w jego kierunku i od tego momentu stałem się wolnym człowiekiem”.

Aby katolicy w ZSRR mogli słychać mszy

– Zapominamy, że czterdzieści lat temu był zupełnie inny czas. Dla większości ludzi, zwłaszcza dla dziennikarzy, religia była sprawą głęboko indywidualną. Obrazy ze stoczni były szokiem, bo jak to, robotnicy potrafią się modlić? I to publicznie? – mówi red. Ewa Heine, emerytowana dziennikarka Polskiego Radia, która nigdy nie ukrywała w środowisku swojej wiary, choć – jak podkreśla – niemiała tego wypisanego na transparencie. I nigdy nie pracowała przy obsłudze radiowej mszy.

Nic więc nie było wtedy takie proste, jakby się dzisiaj wydawało. Zanim – po podpisaniu porozumień sierpniowych – kardynał Stefan Wyszyński 19 września 1980 r. ustanowił dekretem Kościelną Redakcję Transmisji Mszy Świętej, odbyło się kilka spotkań, o których zapewne nie wszystko wiemy. Ksiądz Alojzy Orszulik – nikt wtedy nie przypuszczał, ze będzie jedną z głównych postaci rozmów poprzedzających Okrągły Stół za dziewięć lat – już 8 września „zastukał” do Urzędu ds. Wyznań, aby przedstawić – w imieniu prymasa – postulat szybkiego podjęcia tematu transmisji.
Po podpisaniu porozumień sierpniowych kardynał Stefan Wyszyński (na zdjęciu podczas mszy w Wambierzycach w sierpniu 1980) ustanowił dekretem Kościelną Redakcję Transmisji Mszy Świętej. Fot. PAP/Andrzej Kossobudzki Orlowski
Trwała walka o to, by msza była emitowana na żywo – władza napierała na retransmisję, bo wtedy mogłaby w pełni kontrolować przekaz. Były dyskusje co do godziny – początkowo Kościół proponował popołudnie. Dyskutowano o falach – długie czy średnie, może ultrakrótkie – i możliwości takiej emisji, aby i katolicy w ZSRR mogli słuchać mszy po polsku. Ustalano warunki kontroli „przed przekroczeniem granic właściwych dla homilii”, cokolwiek to miało wtedy znaczyć.

Żadnej dyskusji nie wzbudziła lokalizacja – prymas wybrał warszawski kościół Świętego Krzyża. Czy miał do niego od przed wojny, albo i z pierwszych lat szkolnych jeszcze, sentyment? Czy dla historycznych walorów, wszak to miejsce wręcz nasycone pamiątkami polskich dziejów? Czy po prostu dlatego, że to właśnie stąd była do 1949 roku transmitowana niedzielna msza dla chorych i jest tam świetna akustyka?

I to sam prymas wyznaczył pierwszy skład kościelnej redakcji. Stanowili ją: ks. Alojzy Henel – proboszcz parafii Świętego Krzyża, ks. Jerzy Chowańczak, ks. Stefan Gwiazdowski, ks. Wiesław Kądziela, ks. Józef Majkowski SJ, ks. Jerzy Zalewski oraz ks. Józef Zawitkowski. Kilka lat później, w 1984 roku, do pracy redakcyjnej zaproszono także ks. Józefa Jachimczaka, o. Jacka Salija, ks. Tadeusza Huka i ks. Mirosława Paciuszkiewicza SJ. O oprawę muzyczną troszczył się od początku ks. Wiesław Kądziela, który wciąż jest ostateczną instancją decydującą o występujących chórach i muzykach.

Swoją redakcję ustanowiło też wtedy… nie, nie – to nie było Polskie Radio! To był Komitet ds. Radia i Telewizji, popularnie nazywany Radiokomitetem, w całości dyrektyw i porządku programowo-ideowego podporządkowany wytycznym Wydziału Prasy KC PZPR.

W roku 1989 na mocy porozumienia między Polskim Radiem a Episkopatem po uchwaleniu Ustawy o stosunku państwa do Kościoła z 17 maja 1989 powstała Redakcja Katolicka Polskiego Radia, ale nie ma ona nic wspólnego z transmisją mszy radiowej. Ks. Andrzej Majewski SJ, obecny szef tej redakcji, przypomina, że do rozdziału państwowych mediów na radio i telewizję doszło dopiero w „nowych” czasach.

Był zdziwiony, kiedy opowiadał mu jeden z pracowników technicznych, że w ramach Radiokomitetu istniała wtedy jedna, wspólna komórka techniczna, która dysponowała odpowiednim sprzętem (mikrofony, statywy) i wozem transmisyjnym zbudowanym na platformie enerdowskiego samochodu Robur, a Polskie Radio nie miało własnego działu telekomunikacji, ani własnego działu transmisji. Utworzono go dopiero w 1995 roku. Początkowo radiowi technicy podobno chodzili po cichu „podglądać” kolegów przypisanych do techniki telewizyjnej, jak to wszystko w kościele podpiąć, przyczepić, podwiesić i wyciszyć.
Delegacja Solidarności przed złożeniem w Sądzie Wojewódzkim wniosku o rejestrację związku 24 września 1980 uczestniczyła w porannej mszy świętej w kościele Świętego Krzyża. Fot. PAP/Jan Morek
Kazanie o pomordowanych w Katyniu

Na razie jednak był rok 1980. Nie mniej ważne od sprzętu były inne sprawy, a dla partyjnej władzy zapewne znacznie ważniejsze. Koleżanki z radia, wspominając dziś tamtą atmosferę, opowiadają, że do redakcyjnej obsługi radiowej mszy nikt się specjalnie nie pchał. Nikt się nie chciał wychylać ze swoim stosunkiem do wiary, ale też nikt nie chciał brać odpowiedzialności za to, co z kościelnego mikrofonu mogłoby pójść w eter. Głośnych komentarzy na ten temat też było niewiele, bo przecież nigdy nie wiadomo, kto koło ciebie stoi na redakcyjnym korytarzu i słucha, żeby potem jako TW napisać o tym raport.

Poza tym, oprócz redakcyjnych zadań, były jeszcze dla dziennikarzy – członków PZPR (a tych było niemało) zadania partyjne, o czym dzisiaj nikt już nie pamięta (nie chce pamiętać) i nie mówi. Zbliżał się wielkimi krokami stan wojenny i weryfikacja dziennikarzy – niepokorni niebawem mieli stracić pracę, choć jeszcze prawie nikt o tym nie wiedział. A to, że nad redaktorami z radia była jeszcze (do 11 kwietnia 1990 roku!) cenzura – „obsesyjnie upolityczniona” jak napisał proboszcz u Świętego Krzyża ks. Alojzy Henel w 1980 roku – to już następna sprawa.

„Kościół musiał sobie radzić z nadzorem władz państwowych” – pisał ks. Henel (Świętokrzyskie Kazania Radiowe, tom 30) – „władze komunistyczne ingerowały bardzo uważnie w ustalanie celebransów, kontrolowały teksty homilii, teksty ogłoszeń, ustaliły dozór nad mikrofonami, opiekowały się samochodem transmisyjnym (…) teksty radiowych mszy św., teksty kazań i ogłoszeń należało przedstawić odpowiednim władzom przed czwartkiem poprzedzającym niedzielę, kiedy miało być wygłoszone (początkowo na dwa tygodnie przed terminem mszy – red.).

Należało to do obowiązków ówczesnego księdza proboszcza. Pierwszy raz kontrolę przeprowadził urząd na Mysiej (tam była siedziba cenzury czyli Urząd Kontroli Prasy, Publikacji i Widowisk – red.) , następnie przewodniczący transmisji musiał chodzić do Redakcji Widowisk Teatralnych w Polskim Radiu. Następne sprawdzenia odbywały się w rozmównicy kościoła Świętego Krzyża. Przychodził urzędnik, czytał teksty, po czym udzielał pozwolenia lub nakazywał zmiany”.

O. Jacek Salij pamięta wszakże jedno kazanie z 1982 roku. Mianowicie ks. Jan Szurlej, kapłan katowicki, został zaproszony do odprawienia radiowej mszy jako krajowy duszpasterz chorych. – Nie umiem sobie wyobrazić tego, żeby dwa tygodnie wcześniej nie złożył do cenzury tekstu swojego kazania. Ale na pewno nie był to tekst tego kazania, które faktycznie zostało wtedy wygłoszone – mówi o. Salij, który ten właśnie epizod przypomniał w książkowym wspomnieniu na obecną rocznicę mszy radiowej.
Ojciec Jacek Salij nie ukrywa, że praca nad radiowym kazaniem zabiera mu o wiele więcej czasu niż nad kazaniem „codziennym. Na zdjęciu dominikanon w listopadzie 2019 podczas ceremonii wręczenia tytułu doktora honoris causa Papieskiego Wydziału Teologicznego. Fot. PAP/Mateusz Marek
„Otóż od początku do końca było ono poświęcone pamięci polskich jeńców pomordowanych przez Sowietów w Katyniu. Mówił ks. Szurlej jak natchniony. Pokazywał krzywdę, jaka nawet po śmierci jest wyrządzana ofiarom zbrodni przez sowieckie kłamstwa oraz politykę jej przemilczania. Wzywał do modlitwy za pomordowanych, przypominał o obowiązku zachowania ich w naszej narodowej pamięci.

Komuś, kto nie pamięta tamtych czasów, trudno wytłumaczyć, jak gruntownie prawda katyńska była wtedy zakazana. Ogarnął mnie lęk, że lada moment transmisja zostanie przerwana. Przede wszystkim jednak nie wykluczałem tego, że ten incydent może spowodować cofnięcie rządowej zgody na radiową mszę świętą. Przecież mieliśmy wtedy w Polsce stan wojenny. Jednak nie zdawałem sobie sprawy z tego, że na tak ostrą reakcję władza wtedy już nie mogła sobie pozwolić”.

Pomimo cenzury – podkreślają dziś ówcześni radiowcy – homilie głoszone podczas mszy radiowych były jedynym głosem wolnym, jaki w tamtych czasach publicznie się rozlegał.

Aparat mowy musi nadążać

Ks. Robert Berdychowski nie kryje dumy z rocznicy i radości, ze jego kadencja proboszczowska w Świętym Krzyżu przypadła właśnie teraz. Parafia i kościół są od blisko czterystu lat pod opieką księży misjonarzy i proboszczowie zmieniają się regularnie zgodnie ze statutami zakonu, ale każdy od czterdziestu lat jest przewodniczącym Redakcji Radiowej Mszy Świętej. I prócz wielkiej satysfakcji ma z tym sporo roboty, choć dziś nie ma już przynajmniej męczących zapasów z cenzurą. Księża odpowiedzialni za kazania opowiadali przecież, że zastrzeżenia cenzorów pojawiały się nawet wobec samej treści Ewangelii!

Dzisiaj natomiast są uwagi przyjaciół i „parafian” z całego świata, którzy potrafią dzwonić jeszcze w trakcie transmisji: z komplementami, ale i z krzykiem: „Czterdzieści lat słucham i czegoś takiego nie było” – woła słuchaczka i rzuca słuchawką. Nigdy nie wiadomo, co kogo zachwyci – a kogo ubodzie.

W dodatku – o czym ksiądz proboszcz mówi oględnie, ale, co podkreśla za to jedna z radiowych dziennikarek, takie transmitowane kazanie stawia przed mówcą zupełnie inne wyzwania. Przede wszystkim – jak elegancko rzecz nazywa – jego aparat mowy musi nadążać za wymogami przekazu radiowego. I zapewne nie jest łatwo wytłumaczyć to wszystkim chętnym do wygłaszania świętokrzyskich kazań. – Nawet złotousty mówca wobec mikrofonu niosącego jego słowa na cały świat może stracić rezon – podkreśla dziennikarka. – Dlatego całe kazanie musi mieć na piśmie. Na improwizację nie ma co liczyć.
Liderem w ilości wygłoszonych kazań podczas mszy radiowych jest ks. Józef Jachimczak, w latach 1984– 1993 proboszcz w Świętym Krzyżu. Na zdjęciu duchowny święci radiowozy przekazane warszawskim policjantom w 2014 roku. Fot. PAP/Tomasz Gzell
Ksiądz proboszcz ustala grafik na rok z góry i prosi, aby każdy z zaproszonych do kazań księży podpisywał regulamin, który nakłada pewne obowiązki – m.in. przygotowania treści kazania na piśmie i wcześniejszej obecności w zakrystii, bo już pięć minut przed mszą musi być pełna gotowość do transmisji. Nawet ojciec Jacek Salij nie ukrywa, że praca nad radiowym kazaniem zabiera mu o wiele więcej czasu niż nad kazaniem „codziennym”, a przecież jest on niezwykle doświadczonym duszpasterzem i kaznodzieją.

Niemal od początku wygłoszone homilie wydawane są drukiem jako „Świętokrzyskie kazania radiowe”. Sięgają po nie bardzo różni czytelnicy, zapewne także księża poszukujący inspiracji – czy wręcz podpowiedzi – do swoich kazań. Bo te radiowe od samego początku były i są na wysokim poziomie, erudycyjne i edukacyjne, otwierały nowe, nie tylko duchowe, horyzonty przed słuchaczami, którzy bardzo szybko stworzyli swój ranking popularności: jedni pokochali księdza – dziś biskupa – Józefa Zawitkowskiego, inni dominikanina ojca Jacka Salija oraz zmarłego niedawno ks. Piotra Pawlukiewicza, jeszcze inni ks. Józefa Jachimczaka, w latach 1984– 1993 proboszcza w Świętym Krzyżu i do dziś członka redakcji. To on jest liderem w ilości wygłoszonych kazań (159 w statystyce z 2018 roku), zaraz za nim plasuje się Jacek Salij (150).

Kiedy jednak mowa o kaznodziejach, trzeba koniecznie przypomnieć, że i Jan Paweł II występuje w historii radiowej mszy z kościoła Świętego Krzyża: w 1987 roku, 14 czerwca, miał homilię dla chorych – choć nie na żywo, bo nagrał ją wcześniej, ale specjalnie dla tej transmisji. Dzień wcześniej zaś był w tym kościele gospodarzem wielkiego – na tysiąc osób – spotkania z światem kultury.

I jeszcze jeden, nieznany niemal, a na pewno zapomniany szczegół: w ślad za mszą dla chorych poszła transmisja mszy „dla tych, co na morzu”. Pierwsza została nadana w marcu 1981 roku z dolnego kościoła Świętego Krzyża, a prowadził ją bp Kazimierz Kluz, biskup pomocniczy z Gdańska. Następne były transmitowane z kościoła św. Elżbiety w Gdańsku.

O czym nie śniło się cenzorom

I na koniec kwestie najważniejsze: niebywałe, nieopisane dobro jakie dokonało się poprzez obecność radiowej mszy w przestrzeni publicznej, także – czy może zwłaszcza – w latach stanu wojennego, kiedy straumatyzowany naród mógł zobaczyć – jeśli zechciał – że tylko Kościół jest dla niego oparciem. W Kościele odnaleźli się robotnicy, artyści i intelektualiści, Kościół organizował pomoc charytatywną i wakacyjną dla dzieci, Kościół budował struktury wolności. O tym wszystkim, mniej lub bardziej wyraźnie, ludzie mogli usłyszeć w każdą niedzielę podczas radiowej mszy świętej.
Proboszcz parafii Świetego Krzyża ks. Robert Berdychowski podczas mszy w intencji ofiar zbrodni katyńskiej w kwietniu 2018. Fot. PAP/Radek Pietruszka
Ale jeszcze ważniejsze było oswajanie ludzi z wiarą i religią – a także z duchownymi, których przecież w poddanych władzy mediach przedstawiano jednoznacznie negatywnie.

Czy w związku z tym radiowa msza w jakimś stopniu pozwoliła wrócić do Kościoła tym, którzy byli odwróceni, albo nic o Kościele nie wiedzieli? Albo pozwoliła pokazać ludziom stumanionym, że partia komunistyczna ich oszukiwała w sprawach Kościoła?

Są to sprawy trudne do jednoznacznego ocenienia, ale już piętnaście lat temu, na 25– lecie radiowej mszy, były podnoszone. Socjolog Kościoła, ks. prof. Witold Zdaniewicz SAC, mówił w świeżo wtedy powstałym tygodniku „idziemy”, że „msza radiowa jest fenomenem, który się prosi o porządne badania socjologiczne. W latach osiemdziesiątych była znakiem obecności Kościoła w mediach, dzięki jej przekazowi ludzi jednoczyli się ze sobą i tworzyli coś w rodzaju radiowej wspólnoty (…) na każde zdanie wyczekiwano, wszystko mogło mieć swoją symbolikę i znaczenie, o którym się cenzorom nie śniło. Teraz radiowa transmisja odgrywa inną rolę, dla niektórych będzie to jedyny w tygodniu kontakt z Ewangelią”.

Przyszła pandemia i znowu okazało się, że transmitowana msza jest jednym z najwyżej cenionych dóbr, choć dostępnych już także w internecie i telewizji. Jak mówi o. Jacek Salij: „podstawą znaczenia i popularności radiowych transmisji mszy świętej jest to, że coniedzielna Eucharystia jest samym sercem wiary i pobożności katolickiej. Gdyby niedzielna msza nie zajmowała tak kluczowego miejsca w życiu katolickiej społeczności, jej radiowe transmisje nigdy nie uzyskałyby wielkiego znaczenia w odbiorze społecznym”.

I to jest sedno tej rocznicy.

– Barbara Sułek– Kowalska

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy

Zdjęcie główne: Radiowe msze święte od początku są nadawane z kościoła pw. Świętego Krzyża przy Krakowskim Przedmieściu w Warszawie. Fot. Bernd von Jutrczenka / dpa /PAP/DPA
Zobacz więcej
Historia Najnowsze wydanie
Czirakczi znaczy „dno piekła”
„Ty jesteś nasz tatuś” – powiedziała do mnie mama, gdy naszego taty zabrakło. Byłam z nas trzech najstarsza – miałam osiem lat.
Historia Poprzednie wydanie
Organ prasowy Karnawału
Był wszystkim jednocześnie. Pismem związkowym, a zarazem społeczno-kulturalnym i politycznym.
Historia Poprzednie wydanie
Korowcy, radykałowie, klerykałowie i „prawdziwki”
Przez cały okres Karnawału w związku trwała otwarta wojna na wielu frontach.
Historia Poprzednie wydanie
Zakłócenie porządku. Walki uliczne w stanie wojennym
Rezultaty uderzenia pałką goiły się w ciągu kilku tygodni.
Historia Poprzednie wydanie
Cała prawda o małym fiacie
Pierwszym posiadaczem fiata 126p został lekarz, lwowianin, więzień Pawiaka i powstaniec warszawski. O szczegółach jego biografii jednak nie poinformowano.