Felietony

Maseczka ochronna jak kaganiec na psim pysku. Zabrano nam twarze

Nastały czasy chorego bez świadomości choroby: bezobjawowca, który jest tym bardziej niebezpieczny, bo chory, a zarazem nieuświadomiony. Medyczny absurd. Ciężar moralny i polityczny. Zbrodnia przeciw zdrowemu rozsądkowi – twierdzi francuski myśliciel.

Tematem najbliższego wydania programu „Co dalej?” będą psychologiczne i społeczne koszty pandemii COVID-19. Prowadzenie – Mateusz Bosak. W programie wezmą udział filozofowie: Paweł Milcarek, Jacek Hołówka oraz Rémi Brague. Sobota 12 września, godz. 18.25, TVP Kultura.Program jest też dostępny na stronie vod.tvp.pl.

Pandemia COVID-19 sprzyja nastrojom katastroficznym. W masowej wyobraźni koronawirus SARS-CoV-2 nieraz występuje jako niewidzialny potwór, który niesie zagładę ludzkości. Ponadto dają o sobie znać skutki psychologiczne i ekonomiczne funkcjonowania społeczeństw w reżimie sanitarnym. Chodzi o dramatyczne konsekwencje przymusowego zamykania ludzi w domach oraz zamrożenia gospodarek.

Nie mogą zatem dziwić pełne czarnowidztwa komentarze filozofów. Przykładem jest najnowsza książka znanego francuskiego myśliciela Bernarda-Henriego Lévy’ego (w mediach nad Sekwaną jego imiona i nazwisko pisane są często w skrócie: BHL). Już sam tytuł tej pozycji sporo mówi – „Ce virus qui rend fou” („Wirus, który doprowadza do szaleństwa”).

Władza polityczna w rękach lekarzy

Lévy stwierdza w niej, że mamy do czynienia ze zbiorową histerią – zagrożenie, jakie stwarza SARS-CoV-2, jest powszechnie wyolbrzymiane. Uważa, że w dużym stopniu przyczyniła się do tego wszechobecność tego tematu w mediach.
Bernard-Henri Lévy z maseczką w dłoni na czerwonym dywanie na festiwalu filmowym w Wenecji 6 września 2020. Fot. Alessandra Benedetti - Corbis/Corbis via Getty Images
Przy czym filozof zarazem deklaruje, że w zakresie przeciwdziałania pandemii sam przestrzega rozporządzeń państwa. Siebie określa mianem „dobrego obywatela”, który w miejscach publicznych zakłada maseczkę ochronną, choć osobiście mu się to nie podoba.

Zdaniem Lévy’ego, źle się stało, że w wyniku pandemii władza polityczna znalazła się w rękach lekarzy. Oczywiście nie oczekiwali oni brania na siebie tak dużej odpowiedzialności. Przyszło im jednak podejmować decyzje także w tych dziedzinach, w których nie są kompetentni, co tylko wprawiło ich w zakłopotanie i zażenowanie.

Przy czym BHL nie twierdzi, że w obliczu lawiny zachorowań należało zaniechać takich profilaktycznych kroków, jak indywidualna izolacja. Natomiast uważa, że podjęcie koniecznych środków nadzwyczajnych zostało okupione zbyt wysoką ceną. Przede wszystkim nastąpiła erozja relacji międzyludzkich, a rozwiązywanie wielu innych niż pandemia problemów trapiących świat – jak głód czy przemoc – zeszło na dalszy plan.

Na marginesie warto odnotować, że gdy kilka miesięcy temu państwa Unii Europejskiej otworzyły granice, to Lévy w swoją pierwszą podróż udał się na Lesbos. Ta grecka wyspa obecnie słynie ze znajdujących się na niej obozów dla uchodźców. BHL chciał zademonstrować solidarność ze skazanymi na zapomnienie imigrantami.

Wracając do książki Lévy’ego, według jej autora natura ludzka została zdegradowana do cielesności, które atrybutami są wyłącznie choroba lub zdrowie. Niegdyś – wskazuje myśliciel – liczyły się wolność, solidarność, braterstwo, ludzie gotowi byli narażać własne życie dla wyższych wartości. Takie podejście stanowiło nieodłączny element narracji Zachodu. BHL apeluje więc o to, żeby pozwolić rodzinom osób umierających na COVID-19 towarzyszyć swoim bliskim do końca, mimo ryzyka zakażenia (i rekomenduje objęcie potem ludzi, których ono dotyczy, kwarantanną).

Raczej dziennikarz niż wykładowca akademicki

Wygłaszanie kontrowersyjnych opinii przez Lévy’ego nie jest niczym nowym. Filozof ten jest wiecznym polemistą.

Urodził się w roku 1948 w algierskim mieście Bani Saf, w zamożnej ateistycznej rodzinie sefardyjskich Żydów. Choć jako młodemu człowiekowi blisko mu było do francuskiej lewicy, to zarazem w latach 70. stał się czołowym demaskatorem złudzeń, które żywiła ona wobec Związku Sowieckiego i maoistowskich Chin. We Francji szedł pod prąd zarówno komunistom, jak i socjalistom. Ale też wypatrywał politycznych demonów po prawej stronie barykady – takich jak rasizm i antysemityzm.

W latach 90. i później BHL popierał skierowaną przeciw serbskim nacjonalistom, Al-Kaidzie, talibom, świeckim arabskim dyktaturom zbrojne interwencje mocarstw zachodnich w zapalnych punktach świata – takich, jak Bośnia i Hercegowina, Kosowo, Afganistan, Libia. Potępiał ekspansjonistyczną politykę Władimira Putina na obszarze postsowieckim. Optował za eksportowaniem przez Zachód liberalnej demokracji i „praw człowieka”. Nie zostawiał suchej nitki na pacyfizmie i antyamerykanizmie – zjawiskach mocno obecnych wśród francuskiego establishmentu politycznego i kulturalnego.

Przygotujcie się na piekło. Ten świat należy już nie tylko do nas, ale też do koronawirusa

Choć sprawnie grzebiemy w DNA , to wciąż najlepszym sposobem na COVID-19 jest mycie rąk i noszenie maseczki.

zobacz więcej
Można by pomyśleć, że mamy do czynienia z kolejnym naprawiaczem świata, ulegającym oświeceniowym i pozytywistycznym mrzonkom. Ale to mylny trop.

Zaskakujące jest bowiem wyznanie poczynione przez Lévy’ego kilkanaście lat temu w korespondencji ze słynnym francuskim pisarzem Michelem Houellebecqiem, którą zawiera książka „Wrogowie publiczni” (polskie tłumaczenie – Marek J. Mosakowski). BHL oznajmił w niej bowiem, że jest pesymistą i z filozoficznego punktu widzenia nie można go zakwalifikować jako kogoś, „kogo przyjęło się nazywać progresistą”. A dalej oświadczył: „Myślę (…), że ludzie, którzy chcą za bardzo mieszać się w życie swych bliźnich, zbyt reformować rodzaj ludzki, zbyt go regenerować, to albo niebezpieczni głupcy, albo kanalie, albo jedno i drugie”.

W innym fragmencie tej książki Lévy krytycznie odniósł się do francuskiego pozytywizmu, a konkretnie do wyrastającego z filozofii Auguste’a Comte’a kultu nauki. I może właśnie w tej postawie BHL można szukać źródeł jego obecnego stanowiska wobec pandemii.

Ale Lévy nie jest typem teoretyzującego intelektualisty. Ma za sobą między innymi doświadczenie korespondenta wojennego w Bangladeszu. Kiedy pojawia się na ekranach telewizyjnych, sprawia wrażenie raczej dziennikarza czy artysty niż akademickiego wykładowcy. Dłuższe włosy i do połowy rozpięta biała koszula mogą zaś zdradzać jego hipisowską przeszłość.

Potomek Gallów maseczkę powinien nosić z odrazą

Znamienny jest stosunek Lévy’ego do własnej żydowskiej tożsamości. W konfliktach bliskowschodnich myśliciel opowiada się po stronie Izraela. Choć nie jest wyznawcą judaizmu, to inspiruje się dorobkiem Emmanuela Levinasa. Ten przybyły do Francji z Litwy XX-wieczny filozof żydowski traktował religię mojżeszową jako podstawowy punkt odniesienia.

Levinas uważał, że Bóg uobecnia się w twarzy bliźniego. Dziś Lévy ów pogląd swojego mistrza odnosi do sytuacji pandemii. W tekście opublikowanym na łamach dziennika „Le Figaro” porównał maseczki ochronne do kagańców zakładanych na psie pyski, dodając: „Nie zabrano nam wolności. Ani nie zabrano nam głosu, jak mawiają orędownicy ruchu przeciw-maskowego. Zabrano nam twarze i pozostawiono nam jedynie parę oczu”.

I następnie ów wywód kontynuował: „Levinasowska etyka twarzy została w ten sposób amputowana. Mawiają, że te środki są z definicji tymczasowe. Przyklasnąłbym, gdybym w to wierzył. Ale obawiam się, że jest inaczej. Radykalne środki zostały wprowadzone w obliczu tak skromnej ilości zgonów, a teraz w obawie przed rzekomą drugą falą, której nikt na razie nie widzi. Czy to nie znaczy, że osiedlamy się w świecie, w którym to, co nienormalne, staje się normalne – i to nie w sytuacji rzeczywistego kryzysu, ale zwykłego strachu?”.
Zdaniem Bernarda-Henriego Lévy’ego, źle się stało, że w wyniku pandemii władza polityczna znalazła się w rękach lekarzy. Przyszło im bowiem podejmować decyzje także w tych dziedzinach, w których nie są kompetentni. Na zdjęciu Paryż 31 sierpnia 2020. Fot. Julien Mattia/Anadolu Agency via Getty Images
W medialnych wypowiedziach Lévy nie może wyjść z podziwu, jak chętnie jego rodacy, by tak rzec, oddali indywidualną swobodę funkcjonowania i karnie założyli maseczki ochronne. Uważa bowiem, że prawdziwy potomek Gallów powinien maseczkę nosić z odrazą, jako zło konieczne, i demonstracyjnie okazywać pogardę wobec przymusu zakrywania twarzy.

Z kolei w jednym ze swoich tweetów BHL oznajmił: „Molière stworzył chorego z urojenia. Oto nastały czasy chorego bez świadomości choroby, bezobjawowca, który jest tym bardziej niebezpieczny, bo chory, a zarazem nieuświadomiony. Medyczny absurd. Ciężar moralny i polityczny. Zbrodnia przeciw zdrowemu rozsądkowi”.

Słowa te wywołały na Twitterze reakcję ministra zdrowia Francji, Oliviera Vérana. Napisał on: „Bezobjawowy przebieg choroby to nic nowego w historii chorób zakaźnych. Z tego powodu chory ani nie jest niebezpieczny, ani winny. Można po prostu kogoś zarazić. Robić testy i chronić innych, to właściwe zachowania!”.

W obronę władze francuskie przed oskarżeniami Lévy’ego wziął też redaktor naczelny dziennika „Libération” Laurent Joffrin. Na łamach tej gazety zarzucił on BHL brak zrozumienia dla ciężkiej sytuacji, w jakiej po wybuchu pandemii znalazły się rządy poszczególnych krajów. Zdaniem publicysty, w obliczu nieznanej zarazy musiały one poniekąd improwizować i dokonując bardzo trudnego wyboru zdecydowały się poświęcić gospodarki na rzecz ochrony życia.

Czy kiedykolwiek wróci uścisk dłoni?

Po ukazaniu się książki „Ce virus qui rend fou” w sukurs Lévy’emu przyszli ludzie, z którymi dzielą go sprawy zasadnicze. Chodzi o intelektualistów chadzających pod prąd liberalnym elitom francuskim. I tak Michel Onfray, filozof łączący radykalny oświeceniowy racjonalizm z „ludowym”, „suwerenistycznym” nacjonalizmem francuskim, przedstawiciel tak zwanego nowego ateizmu, komentując w telewizji CNEWS stanowisko BHL w kwestii pandemii, powiedział: „To, że są wypadki drogowe nie oznacza, że należy przestać jeździć samochodem (…) Należy pogodzić się z potencjalnym niebezpieczeństwem naszych egzystencji”.

Z kolei zupełnie niespodziewanym sojusznikiem Lévy’ego okazał się jego polityczny i ideologiczny wróg – Philippe de Villiers. To polityk – konserwatysta, rojalista, eurosceptyk – a zarazem przedsiębiorca, który robi interesy na Krymie z okupującymi ten ukraiński półwysep Rosjanami.

W wywiadzie dla „Le Figaro”, zwrócił się on do BHL ze słowami: „Wreszcie jesteś jednym z nas”. Bieżącą sytuację nakreślił jako kataklizm: „Mamy do czynienia z traumą narodu odciętego od podstawowych wolności, z rozerwaniem tkanki łącznej pracującej Francji, z opuszczeniem starszych, z klęską Antygony, której zabroniono chować brata. To klęska naszej cywilizacji. Powszechne zamknięcie było błędem. Mogliśmy przecież przeprowadzić ukierunkowaną ochronę na skażonych obszarach i grupach ryzyka. Polityka stała się profilaktyką: zostaliśmy zakneblowani pod nadzorem biowładzy. Trzeba zakładać maskę, aby być solidarnym!”.

Jak koronawirus zmieni świat? Czy fizyczny kontakt ograniczymy do minimum i więzi społeczne zaczną zanikać?

Jeżeli pandemia potrwa dłużej, to miasta czekać będzie stopniowe wyludnianie.

zobacz więcej
Z pewnością takie głosy, jak ten Lévy’ego to woda na młyn dla różnego rodzaju denialistów i negacjonistów, którzy próbują w wielu miejscach świata przekonać opinię publiczną, że nie ma żadnej pandemii. Ale jak już zostało powiedziane, francuski myśliciel do nich się nie zalicza. Przyznaje bowiem, że pandemia jest faktem. Natomiast, jak na filozofa przystało, zastanawia się nad psychologicznymi i społecznymi kosztami, jakie niesie walka z nią. Dlatego jego rozważania zasługują na poważne potraktowanie.

W swojej najnowszej książce BHL przywołuje opinię Anthony’ego Fauciego, doradcy Donalda Trumpa. Ów amerykański epidemiolog wyraził wątpliwość, czy kiedykolwiek wróci gest, jakim jest uścisk dłoni. „To – ubolewa Levy – sprawiło, że znalazłem się w otchłani smutku. Uścisk dłoni jest drobiazgiem, lecz ma ogromne znaczenie – stanowi symbol porozumienia, pokoju, równości, szacunku, relacji twarzą w twarz”.

Bycie solidarnym oznacza separację od bliźniego

Refleksje BHL skłaniają do ponurych wniosków. Tak zwany dystans społeczny to sposób, żeby ograniczyć rozprzestrzenianie się wirusów. Tyle że nie brak opiniotwórczych osób, które afirmują go jako nowy przejaw miłości okazywanej bliźniemu.

Tymczasem być może nadszedł już moment, żeby orzec wprost: „dystans społeczny” nie stanowi dobra, lecz jest po prostu mniejszym złem. Płacimy bowiem za niego wysoką cenę, którą – co jest skądinąd zrozumiałe – przesłonił straszliwy, jak najbardziej realny, widok osób umierających na COVID-19.

Brak na masową skalę fizycznego kontaktu między ludźmi upośledza ludzką naturę. Jesteśmy przecież istotami społecznymi. Ponadto SARS-CoV-2, nie tylko, jak twierdzi Lévy, „doprowadza nas do szaleństwa” lecz, co gorsza, redefiniuje kluczowe dla ludzkich wspólnot pojęcia. Jednym z nich jest solidarność. Okazuje się, że dziś, w czasach „nowej normalności”, bycie solidarnym oznacza separację od bliźniego. Ważne słowa zaczynają zatem groźnie zmieniać swój sens…

– Filip Memches
– Marcin Darmas


TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy

Zdjęcie główne: Shijiazhuang w Chinach w marcu 2020. Fot. Zhai Yujia/China News Service via Getty Images
Zobacz więcej
Felietony Najnowsze wydanie
Maska
Satyra Andrzeja Krauzego w Tygodniku TVP.
Felietony Najnowsze wydanie
Diabeł
Komentarze Piotra Młodożeńca w Tygodniku TVP.
Felietony Najnowsze wydanie
Pamiętajmy o tym, że przemijamy
Wprawdzie udaje ci się odsunąć śmierć, ale czy uda ci się ją usunąć?
Felietony Poprzednie wydanie
Na rozdrożu. Andrzej Krauze komentuje dla Tygodnika TVP
Satyra Andrzeja Krauzego w Tygodniku TVP.
Felietony Poprzednie wydanie
Czajka
Komentarze Piotra Młodożeńca w Tygodniku TVP.