Historia

Pierwszy alarmował świat o Holokauście. Na tropach Pileckiego

Dowódca komórki w organizacji obozowej w Birkenau Jan Karcz wkrótce zaczął informować o przybywających prawie codziennie transportach z całej Europy. Do Witolda zaczęła docierać groza ogromnej skali tego „przedsięwzięcia”. „Ciekawe, jakie myśli snuły się pod czaszką ss-mannów” – napisał później. „W wagonach było wiele kobiet i dzieci. Czasami dzieci w kołyskach. Tu mieli skończyć wszyscy naraz swe życie. Wieźli ich jak stado zwierząt – na rzeź!”.

Witold Pilecki z własnej woli dał się uwięzić w niemieckim obozie koncentracyjnym Auschwitz, aby tam zorganizować siatkę wywiadu i oporu. To zdanie tak mocno zainspirowało brytyjskiego dziennikarza i korespondenta wojennego Jacka Fairweathera, że poświęcił kilkanaście miesięcy na dogłębne poszukiwania faktów i dokumentów o życiu polskiego oficera, który jako pierwszy alarmował świat o niemieckim planie wymordowania Żydów. Dodajmy, że bezskutecznie.

A jego bohaterstwo w czasie niemieckiej okupacji zostało zwieńczone śmiercią poniesioną w 1948 roku z rąk rodzimego – choć, oczywiście, stalinowskiego – aparatu represji i blisko półwieczem całkowitego milczenia. Choć Witold Pilecki jest dziś w Polsce patronem wielu ulic i szkół, to dopiero teraz doczekał się tak wnikliwej biografii – angielskiego autora.

Prezentujemy fragment ksiażki Jacka Fairweathera „Ochotnik” , w przekładzie Arkadiusza Romanka, wydanej nakładem Wydawnictwa Znak i Instytutu Pileckiego. Sceny opisane w tym fragmencie dzieją się w czerwcu i lipcu 1942 roku.


Szalony plan

Eugeniusz Bendera, więzień zatrudniony jako mechanik samochodowy w przyobozowych garażach SS, postanowił wziąć sprawy w swoje ręce, gdy się tylko dowiedział, że jego nazwisko znajduje się na liście osób do egzekucji. Regularnie pracował przy znajdującym się w garażach steyrze 220. Czarny wóz z sześciocylindrowym silnikiem o pojemności dwóch i trzech dziesiątych litra był najszybszym pojazdem w obozie. Eugeniusz wiele razy fantazjował, że kiedyś go ukradnie i ucieknie nim na wolność.

Opowiedział o tym marzeniu swojemu przyjacielowi Kazimierzowi Piechowskiemu zwanemu po prostu Kazikiem. Ten zauważył, że nigdy nie uda mu się minąć pierwszego punktu kontrolnego, chyba że założy mundur SS i będzie mógł odezwać się do wartowników po niemiecku. Tak się złożyło, że Kazik biegle posługiwał się tym językiem. Wiedział też, gdzie Niemcy przechowują zapasowe umundurowanie. W głowach więźniów zaczął kiełkować plan ucieczki.


Witold (Pilecki - red.) uznał, że pomysł jest na tyle szalony, że ucieczka naprawdę może się udać. Postanowił dokooptować do dwójki przyjaciół jednego ze swoich ludzi, dwudziestojednoletniego Stanisława Jasera, który miał zostać kolejnym kurierem organizacji obozowej do dowództwa podziemia w Warszawie. Witold kazał mu wyuczyć się na pamięć następnego raportu, w którym znalazła się relacja dotycząca buntu w Birkenau i dane z gazowania Żydów, a także kolejne wezwanie o pomoc i zaplanowanie ataku na obóz z zewnątrz.
Rotmistrz Witold Pilecki. Fot. Mat. prasowe wydawnictwa
Witold zapewne znał z BBC najnowsze wieści dotyczące szkolenia polskiej brygady spadochronowej, którą formowano w Szkocji w ramach przygotowań do alianckiej inwazji na kontynencie, ponieważ w rozmowie z Jasterem stwierdził, że jeśli dwustu spadochroniarzy wyląduje w pobliżu magazynów, będą mogli przejąć zapasy broni. Wtedy będzie można uzbroić więźniów.

Ucieczka została zaplanowana na sobotę, 20 czerwca. Miało do niej dojść w porze obiadowej, kiedy zarówno magazyn, jak i garaże powinny być puste. Do trójki uciekinierów dołączył czwarty – Józef Lempart, uczeń szkoły katolickiej, który udzielił im wszystkim błogosławieństwa, gdy w południe spotkali się na placu apelowym.

Kazik zorganizował wózek załadowany odpadami kuchennymi. Ten należało opróżnić na śmietniku znajdującym się przy głównej drodze, co dawało pretekst do opuszczenia obozu. Strażnicy tylko machnęli na nich niedbale i przepuścili.

Gaz do dechy

Gdy tylko brama zniknęła im z pola widzenia, uciekinierzy zmienili kierunek i dotarli do magazynu. Weszli do środka przez znajdujący się w bocznej ścianie zsyp węglowy. Magazynek z mundurami był zamknięty, więc Kazik musiał użyć siły i otworzył drzwi kopniakiem. Założył mundur starszego sierżanta i zabrał ze sobą jego broń.

Dlaczego akurat ja przeżyłem Auschwitz? – zastanawiał się Witold Pilecki

Proszę sobie wyobrazić, że siedzi pani w pokoju pełnym ludzi i nagle pada pytanie: „Kto chce jechać do obozu koncentracyjnego?”. I pani podnosi rękę - mówi brytyjski autor.

zobacz więcej
Wszyscy ustalili już wcześniej, że jeśli zostaną zatrzymani, nie dadzą się wziąć żywcem. Eugeniusz popędził do garażu i przyprowadził samochód. Zatrzymał się przy bocznych drzwiach do magazynu, czekając, aż pozostali wsiądą do środka. Kazik zajął miejsce pasażera. Ruszyli.

Eugeniusz widział już szlaban punktu kontrolnego oddalony o jakieś dwieście pięćdziesiąt, trzysta metrów. Zdjął nogę z gazu. Sto metrów od strażników, a ci ciągle nie wyglądali na zaniepokojonych. Kazik rozpiął kaburę i położył rękę na pistolecie. Pięćdziesiąt metrów. Mogli już niemal zajrzeć do wnętrza budki posterunku. Jego czoło zrosił pot. Zatrzymał samochód.

– Kazik, rób coś – szepnął ochryple Jaster z tylnego siedzenia.

Kazik wychylił się za szybę i zaczął krzyczeć po niemiecku, żeby ktoś natychmiast otworzył bramę. Z budki strażniczej wypadł strażnik. Podbiegł do metalowego szlabanu i zaczął go unosić. Eugeniusz musiał walczyć z chęcią wciśnięcia pedału gazu do deski. Ruszył powoli, jakby nie działo się nic niepokojącego.

Na drodze uciekinierzy minęli Aumeiera, zastępcę komendanta, przebywającego akurat na konnej przejażdżce. Pozdrowili go zwyczajowym „Heil Hitler!”, na które Aumeier odpowiedział, unosząc rękę. A potem byli wolni.

Witold z niepokojem czekał, kiedy rozlegnie się dźwięk syreny alarmowej. Każda upływająca sekunda dawała mu nadzieję.

Władze odkryły ucieczkę czterech więźniów dopiero podczas wieczornego apelu. Aumeier klął, ile wlezie, besztając zgromadzonych więźniów, zdawszy sobie sprawę, że został wykiwany. Jednak po chwili rzucił swoją czapkę na ziemię i wybuchnął niepohamowanym śmiechem.

Biały domek

Warszawa dalej milczała. Na początku lipca Niemcy przenieśli Rawicza (Kazimierz Rawicz, związany z ZWZ/AK – przyp.red) do innego obozu. Jego transfer oznaczał, że Witold znów de facto stał się przywódcą całej obozowej organizacji, a decyzja o działaniach zmierzających do wywalczenia sobie wolności należała do niego. Ostatnia niezbyt udana próba ucieczki z Birkenau potwierdziła tylko jego obawy, że powstanie w obozie głównym bez pomocy z zewnątrz skończy się rzezią. Uznał, że nie pozostaje im nic innego, tylko czekać, nawet jeśli to oznaczało pogodzenie się z kolejnymi egzekucjami.
Niemiecki nazistowski obóz koncentracyjny i zagłady Auschwitz II-Birkenau. Fot. PAP/Jacek Bednarczyk
W tym czasie Niemcy robili wszystko, aby Auschwitz z regionalnego ośrodka eksterminacji przemieniło się w główne centrum ostatecznego rozwiązania kwestii żydowskiej. Wcześniejszy rozkaz Himmlera, który chciał zapełnić Birkenau Żydami mającymi stać się tanią siłą roboczą, spowodował konieczność znalezienia odpowiedzi na pytanie, co robić z osobami zależnymi od wysyłanych do obozu mężczyzn w sile wieku, a pozostawionymi w miejscu ich wcześniejszego zamieszkania.

Himmler postanowił, że odtąd do obozu trafiać będą całe rodziny. Selekcja dokonywana będzie już na miejscu, zaraz po przyjeździe. Osoby nienadające się do pracy – matki z dziećmi, osoby chore i starsze – będą trafiać do gazu.

Na przełomie czerwca i lipca władze obozu spodziewały się przybycia do obozu stu dwudziestu pięciu tysięcy Żydów ze Słowacji, Francji, Belgii i Holandii. Drugi dom w lesie w pobliżu Birkenau został w czerwcu przebudowany na komorę gazową (nazwaną odtąd dla odróżnienia od czerwonego „białym domkiem”, ponieważ jego mury pokrywała biała farba).

Chłopak z numerem 77. boksował Niemców jak chciał

Pietrzykowski przetrwał w Auschwitz nie tylko katorżniczą pracę, głód i chłód, ale także kilkadziesiąt walk bokserskich, które stoczył za drutami.

zobacz więcej
Dwie komory wystarczały, aby w tym samym czasie zagazować cały transport, czyli około dwóch tysięcy Żydow. Pierwszy transport Żydów, który miał być próbą systemu doraźnej selekcji, przybył ze Słowacji 4 lipca.

Pociąg zatrzymał się półtora kilometra od głównej bramy Birkenau. Rampa rozładunkowa została obsadzona uzbrojonymi po zęby esesmanami. Tysiąc Żydów wyprowadzano z pociągu, pozbawiano wszystkich bagaży i ustawiano w kolejkach do inspekcji. Lekarze z SS ocenili, że tylko trzysta siedemdziesiąt dwie osoby nadawały się do pracy. Ci zostali poprowadzeni do biura rejestracji, obsadzonej w dużejczęści przez polskich więźniów w budynku administracyjnym w Birkenau.

Resztę uformowano w kolumnę, która skierowała się w stronę nieodległego lasku.

Nowa makabra

Dowódca komórki w organizacji obozowej w Birkenau Jan Karcz wkrótce zaczął informować o przybywających prawie codziennie transportach z całej Europy. Do Witolda zaczęła docierać groza ogromnej skali tego „przedsięwzięcia”.

„Ciekawe, jakie myśli snuły się pod czaszką ss-mannow” – napisał później. „W wagonach było wiele kobiet i dzieci. Czasami dzieci w kołyskach. Tu mieli skończyć wszyscy naraz swe życie. Wieźli ich jak stado zwierząt – na rzeź!” .
Bohaterstwo Witolda Pileckiego w czasie niemieckiej okupacji zostało zwieńczone śmiercią poniesioną w 1948 roku z rąk stalinowskiego aparatu represji. Fot. Mat. prasowe wydawnictwa
Mówił o „nowej makabrze”. Postrzegał tę zbrodnię w kategoriach egzystencjalnych, jako kryzys człowieczeństwa. „Zabrnęliśmy – kochani moi – zabrnęliśmy straszliwie. Straszna rzecz – bo nie ma na to słowa… Chciałem powiedzieć – »zezwierzęcenie«… lecz nie! jesteśmy od zwierząt o całe piekło gorsi!” .

Gdy w lipcu liczba ofiar rosła w zastraszającym tempie, organizacja w obozie otrzymała zakodowaną prośbę Napoleona (Segiedy, cichociemnego i kuriera Armii Krajowej, który jako pierwszy wywiózł raporty Pileckiego do Londynu – przyp. red.) o dowody nazistowskich zbrodni.

Zadanie zaszyfrowania wiadomości powierzono Stanisławowi Kłodzińskiemu, pielęgniarzowi rewiru noszącemu okulary o grubych szkłach i zachowującemu się jak naukowiec. Witold musiał zdecydować, jakie informacje powinny zostać przekazane podziemiu w pierwszej kolejności. To on jest prawdopodobnie autorem listu opisującego realizowany konsekwentnie tego lata program eksterminacyjny w Auschwitz.

List rozpoczynał się opisem nieudanej próby ucieczki więźniów z kompanii karnej i codziennych egzekucji, które nastąpiły po niej. Potem autor przechodził do kwestii masowego gazowania Żydów. „Żydzi (…) są wytruwani masowo; trudno ustalić jest nam cyfrę, ale jest ona ogromna, tak że nie mogą nadążyć wywozić ubrania po zatrutych. Leży ich koło komór gazowych około 15.000, mimo że co dzień wywozi się je furami”.

Obóz śmierci

Autor listu opisał przygnębienie więźniów. „Życie w obozie jest obecnie bardzo ciężkie, ludzie przygotowani są na najgorsze. Słychać głosy, że jeśli mamy wyginąć, to nie umierajmy jak barany, że trzeba coś działać”.
Potem w liście wrócono do kwestii akcji zbrojnej. Autor nie wiąże jej z bezpośrednim zakończeniem masowych mordów na Żydach, ale imperatyw działania jest jasny. Powstanie w obozie „odbiłoby się wielkim echem”. „Tylko jedna myśl powstrzymuje, czy nie pociągnęłoby to jakichś wielkich represji wobec Kraju” .

Stasiek (Stanisław Dubois, bliski współpracownik Pileckiego w organizacji obozowej, zamordowany w 1942 roku – przyp. red.) ukończył również swój najnowszy raport na temat śmiertelności wśród więźniów i prawdopodobnie umieścił go w pakiecie dokumentów wysłanych wraz z listem.

W raporcie podzielono ofiary śmiertelne na Polaków i Sowietów oraz uwydatniono liczbę trzydziestu pięciu tysięcy zamordowanych od maja w Birkenau Żydów. Znalazła się tam też informacja na temat dużej częstotliwości przybywania nowych transportów z całymi rodzinami oraz wydajności systemu komór gazowych, który umożliwiał uśmiercanie trzech i pół tysiąca osób w ciągu dwóch godzin.

Stasiek uznał, że tak wielka liczba ofiar uzasadnia użycie w tym kontekście określenia, że Auschwitz stało się prawdziwym „obozem śmierci”.

– Jack Fairweather

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy

Książka wydana nakładem Wydawnictwa Znak.
Publikacja za zgodą wydawcy. Tytuł i śródtytuły od redakcji.

Jack Fairweather jest brytyjskim pisarzem i dziennikarzem. Był między innymi szefem biura „The Daily Telegraph” w Bagdadzie i fotoreporterem „The Washington Post” w Afganistanie. Jest autorem książki „Ochotnik” – pierwszej napisanej po angielsku biografii Witolda Pileckiego. Oprócz tego ma na koncie dwie pozycje poświęcone wojnom w Afganistanie i Iraku: „The Good War” i „The War of Choice”. Jest laureatem wielu nagród dziennikarskich. Jego książka „Ochotnik” została uhonorowana w 2019 roku jedną z najbardziej prestiżowych brytyjskich nagród literackich Costa Book Award.
Zobacz więcej
Historia Najnowsze wydanie
Setki manifestantów utopionych w rzece? Fakty czy legenda
Prezydent przyjął wersję wydarzeń przygotowaną przez komunizujących historyków.
Historia Najnowsze wydanie
Ścięty na gilotynie. Śląski męczennik
Dlaczego młody ksiądz został oskarżony o zdradę stanu?
Historia Poprzednie wydanie
Polska pod obcym protektoratem. Suwerenność reglamentowana
Skoro sami Polacy zaprosili „zagranicę” do ingerencji, trudno, żeby nie skorzystała.
Historia Poprzednie wydanie
Sybiraczka z rodu Mickiewiczów
Dwa tygodnie po śmierci synka przyszła paczka od męża przez Czerwony Krzyż z Persji. Myślałam, że mnie to zabije. Czemu nie przyszła wcześniej!
Historia Poprzednie wydanie
Miał kmicicowatą naturę. Pierwszy rzucał butelkę z benzyną
Śmierć przyszła po Baczyńskiego wcześniej, i to na polu chwały, a nie w ubeckich kazamatach, jak dopadła „Anodę” Rodowicza.