Historia

Stettin, Штеттин, Szczecin. Przywracanie historycznej pamięci

75 lat temu morze ruin w delcie Odry zaczęto przekształcać w Szczecin. Tamten nieopisany dotąd wysiłek prezentuje obecna od 28 sierpnia w Warszawie wystawa „Najdalsza Polska. Szczecin 1945-1948”.

Z różnych świadectw, filmów i tekstów literackich – od pamiętników powojennych licealistów i maturzystów, które cytuje w eseju „Urwany lot” prof. Hanna Świda-Zięba, przez „Rok spokojnego słońca” Krzysztofa Zanussiego, przez „Dzienniki” Marii Dąbrowskiej, aż po późne zapiski Tadeusza Konwickiego, który jeszcze w latach 90. roztrząsał i usprawiedliwiał swoje wybory sprzed pół wieku – wyłania się obraz lat 1945-1948: jeśli nie najbardziej tragicznych, to z pewnością najbardziej dwuznacznych w całym polskim XX wieku.

Zadośćuczynienie

Między entuzjastycznym akcesem do „nowego porządku” a jego odrzuceniem jako sowieckiego teatru marionetek rozciągał się olbrzymi obszar półcienia, niejasności, kompromisów – gruzowisko, po którym błądziło, z tobołkiem na plecach, w drewnianych chodakach, w przetartej marynarce, trzy czwarte narodu.
Szczecin, rok 1945. Zniszczenia wojenne, widok od strony Odry. Fot, PAP
Rozpacz upadku wszystkich nadziei i „zdrada Zachodu”, żałoba po milionach ofiar – ale i satysfakcja, ale i triumf w obliczu klęski III Rzeszy. Morze ruin, nędza i przemoc – ale i ulga wobec polszczyzny na ulicach, ale i nadzieje na możliwość studiów, pracy, odbudowy: na życie. Lęk przed Sowietami, przemoc nowej władzy – ale i wzruszenie na widok biało-czerwonych barw, orła (bodaj i bez korony), na dźwięk Mazurka Dąbrowskiego. Wygnanie z rodzinnego Nowogródka, Lidy czy Stanisławowa, poniewierka i bezdomność – ale i radość z „polskiego Wybrzeża”, „polskiej Odry” i „polskiego Śląska”.

Te ostatnie szale, na których leżało z jednej strony Wilno i Lwów, a z drugiej „Ziemie Odzyskane”, były szczególnie chwiejne. Nikt chyba prócz zdeklarowanych PPR-owców nie miał wątpliwości, że utrata ziem wschodnich to sowiecki gwałt i „czwarty rozbiór” (a i Bolesław Bierut, jak słychać, nieśmiało targował się bodaj o Lwów i borysławską naftę).

Nieco bieglejsi w polityce zdawali sobie sprawę, że granica „na Odrze i Nissie Łużyckiej” nie wynika ze szczodrobliwości Stalina lub bodaj jego chęci zadośćuczynienia, lecz jest cynicznym szantażem, kolejnym z nałożonych więzów: Polska, której granice wytyczył Kreml, jest skazana na sojusz z nim, szczególnie w sytuacji słabnięcia alianckiej komitywy. Armia Czerwona staje się gwarantem dla polskiego Wrocławia, Kołobrzegu i Olsztyna, a jakikolwiek zwrot w stronę Zachodu, gdzie trwają niepogodzeni z utratą swojej ojcowizny Niemcy, jest niemożliwy.

A zarazem – przecież to Śląsk. Przecież to Pomorze. „Gdańsk, miasto niegdyś nasze, będzie znowu nasze!” – ten toast Sędziego z „Pana Tadeusza” nie powstał w dusznych biurach Związku Patriotów Polskich. Od powstań śląskich po Wańkowiczowskie „Na tropach Smętka” trwała w II Rzeczpospolitej bolesna myśl o piastowskim dziedzictwie, o Polakach pozostawionych za granicą, o niedokończonym trudzie odtworzenia prawdziwie polskich granic.

Środowiska niemcoznawcze z Poznania utworzyły podczas wojny, w ramach Departamentu Informacji i Prasy Delegatury Rządu, tzw. Sekcję Zachodnią, wypracowującą m.in. koncepcje przesunięcia granic powojennej Polski na zachód i zagospodarowania nowych ziem. Zresztą, w obliczu zbrodni III Rzeszy, postulat „zadośćuczynienia”, również terytorialnego, stał się w latach wojny powszechny: schematyczne mapki, ukazujące Śląsk i Pomorze w granicach przyszłej Polski, wydawały zarówno Narodowe Siły Zbrojne, jak promoskiewscy socjaliści.

Kontredans 1945

Ale Szczecin? Ten wpisać w marzenia o „powrocie ziem piastowskich do macierzy” było wyjątkowo trudno, zarówno ze względów geopolitycznych, jak historycznych. Gdzie Rzym, gdzie Krym?! Owszem, Mieszko przez kilka lat kontrolował Pomorze Zachodnie, staczając nawet zwycięską bitwę pod Cedynią, „Shinesgne” z „Dagome iudex” bywa przez entuzjastów identyfikowane ze Szczecinem (choć rzecz jest sporna), a bezspornie zhołdował te ziemie na pół wieku Krzywousty.

Wirus we Wrocławiu. Przywlókł go chory oficer wracający z Azji

Skala zagrożenia spowodowała, że miasto zostało otoczone kordonem sanitarnym.

zobacz więcej
To jednak trochę za mało, by mówić pełnym głosem o „piastowskim panowaniu”, w zestawieniu z władaniem Gryfitów, Duńczyków czy Hohenzollernów. O polskim Szczecinie marzyli przed wojną tylko najwytrwalsi tropiciele prasłowiańszczyzny, ci sami, którzy roili sobie polskie województwa na Rugii czy w Brandenburgii.

Tymczasem przyszedł rok 1945 – i nastąpił szarpiący nerwy kontredans polityczny, w którym brali udział niemieccy komuniści skupieni w KPD, dowodzący II Frontem Białoruskim marszałek Konstanty Rokossowski, lokalni dowódcy sowieccy na czele z płk. Aleksandrem Fiedotowem, Bolesław Bierut, pełnomocnik Rządu na Okręg Pomorze Zachodnie Leonard Borkowicz oraz Józef Wissarionowicz. Po dwukrotnym (!) eksmitowaniu władz polskich i przejmowaniu miasta przez wojsko sowieckie i niemiecką administrację tymczasową, ostatecznie 75 lat temu, 5 lipca 1945 roku Szczecin został przejęty przez Borkowicza.

Nie było już kolejnych zaślubin z morzem – nikt nie miał już na to siły. Było morze ruin (po kwietniowych walkach w gruzach leżało trzy czwarte miasta), zagwożdżony wrakami port, tysiące niepewnych jutra Niemców, pociągi, z których wysiadali polscy i żydowscy przesiedleńcy i gigantyczna niewiadoma: co tu właściwie będzie? „Штеттин”, jak pisały na drogowskazach regulirowszczyce? Stettin? Szczecin?

Ten czas pozostał nieopisany – lub raczej opisywany był „jednym płucem”, jednym tonem, brzmiącym tym bardziej fałszywie, im bardziej rosła wiedza o skali powojennego bezprawia i zbrodni. Oczywiście, „polski Szczecin” wspominano w dziesiątkach reportaży i setkach przemówień, był jedną z pereł w koronie Ziem Odzyskanych. Choć, dodajmy, pereł nieco zszarzałych: komuniści nie trudzili się, by tworzyć tu instytucje kultury i nauki, do lat 80. nie przyznali środków na odbudowę zniszczonego centrum miasta.

„Hanemannowska” nostalgia

Szczecin miał być portem eksportowym i kartą atutową w relacjach międzynarodowych, i wystarczy!. Pisano więc o Szczecinie w Polsce Ludowej czasem czule, czasem „pozytywistycznie”, ale zawsze fałszywie, bo przemilczając bardzo wiele: od targów o granice, przez sowieckie zbrodnie i zagubienie ekspatriantów z Wileńszczyzny, po zniewolenie polityczne dokonujące się w latach 1945-1948.

W pierwszych miesiącach można było sobie pozwolić na więcej: znanym ikonograficznym curiosum, od lat cieszącym historyków i kolekcjonerów grafiki, jest plakat „Pierwsza Gwiazdka w Wolnej Polsce”, na którym podoficer LWP w pełnym rynsztunku klęczy u stóp Maryi z Dzieciątkiem…
Rok 1946. Wysiedlanie Niemców ze Szczecina, Punkt Zborczy nr 3 (PZ nr 3) przy ulicy Adama Mickiewicza 66. Fot. PAP
Pisać też można było więcej: przedwojenna polska dziennikarka Wanda Melcer w opublikowanej w 1945 roku „Wyprawie na odzyskane ziemie” pisze o „burej wodzie [Odry] rozświetlonej zygzakami błyskawic [w której] stoją rzędem niewyładowane berlinki, na których tłoczą się Niemcy, ewakuowani do Stralsundu i na Rugię, co teraz, korzystając z chwilowej koniunktury, wracają (…), widać ich baraki i obozowiska, gdzie krzyczą półnagie dzieci, rzucając w siebie zgniłymi kartoflami”, i dodaje mściwie: „Nie stać mnie na pobłażanie dla ich widocznej nędzy, dla nędzy ich dzieci, tam w najniższym kręgu. Bez wzruszenia myślę, że ich trud był daremny”.

Franciszek Gil, publicysta lwowski, który po wojnie osiadł i zmarł w Szczecinie, pisał cierpko: „W kwietniu 1945 nie osiedlały się tu nasze wyburzone gdzie indziej śródmieścia, nie ciągnęła do tego miasta jak do Wrocławia i w okolice Zielonej Góry inteligencja”. Potem było już tylko ciszej i jednoznacznej: powrót do macierzy, Pomnik Wdzięczności dla żołnierzy radzieckich (na placu Żołnierza Polskiego), płyta ku czci gen. Świerczewskiego, tysiąc szkół na Tysiąclecie.

Co zaś jeszcze dziwniejsze, ciszej było i po wojnie: pomnik Ofiar Grudnia 1970 roku („Anioł wolności”), parę niskonakładowych monografii o Solidarności, konspiratorach stanu wojennego czy PSL, dwie biografie. Było w tym pewnie trochę reakcji na pół wieku przaśnej opowieści o Polsce Ludowej jako dziedziczce Piastów – ale też dziw, że przez 30 lat niewiele podjęto prób opowieści bardziej zniuansowanej, pokazującej wysiłek powojennych lat – bodaj i zawłaszczany, i przejmowany przez PRL.

Nostalgia, którą można by określić mianem „hanemannowskiej”, za urodą przedwojennego życia, jest zrozumiała – i prawem reakcji na przemilczane czasy, i na zasadzie sentymentu do przeszłości. Tyle, że znacznie o nią łatwiej niż o pamięć bliższej przeszłości – tej sprzed trzech czwartych wieku, zawszonej i odartej ze złudzeń, zjeżdżającej tu wagonami towarowymi z wstawionym byle jak piecykiem.

Krowa z Nowej Wilejki

Pewnie dlatego spore wrażenie robi ta stosunkowo skromna, ograniczona do dwóch tuzinów plansz wystawa, „Najdalsza Polska”, przygotowana na 75-lecie powrotu Szczecina w granice Polski. Jej pomysłodawca, Piotr Semka, zdołał przy pomocy kilkunastu biogramów i stu reprodukcji zaproponować inny tryb opowieści, inną narrację.

Taką, w której jest miejsce na determinację osadników, na wspólny (do pewnego momentu) wysiłek wojewody Borkowicza, księdza Kazimierza Świetlińskiego, Heleny Kurcyusz (więźniarki Ravensbrück, a po wojnie – animatorki życia kulturalnego nad Odrą) i Bolesława Tuhan-Taurogińskiego, z niedopalonych strzępków tworzącego zbiory Archiwum Państwowego – a wszystko to z „demokratkami” UB i sfałszowanym referendum w tle.

„Niech się nikt nie dziwi, że piszę «niemiec» z małej litery”

Wzorem dla tego, co po wojnie działo się z Niemcami w Polsce i Czechosłowacji były Włochy, które po I wojnie przeprowadziły degermanizację Tyrolu.

zobacz więcej
Wiele zmieściło się w tej opowieści: przedwojenne i wojenne, ba, pochodzące jeszcze z czasów konferencji w Wersalu marzenia o „polskim Szczecinie”, błoto rozjechanych przez tanki szlaków, intrygi Ericha Wiesnera, niemieckiego burmistrza Stettina od maja do lipca 1945, żelazne truchła lokomotyw i słynne zdjęcia Johna Vachona, ukazujące życie mieszkańców Kresów, ciągnących tu tygodniami: krowa z Nowej Wilejki, wychudzone twarze, oleodruczek ze świętą Teresą na przesuwanych drzwiach wagonu.

To może pierwsza praca, która wspomina o wysiłku parafian, odbudowujących szczecińskie kościoły, i o paradoksach, które możliwe były tylko w tym czasie: związany z PPR Borkowicz oferował dla przyszłego biskupa Szczecina wyrychtowany poniemiecki pałacyk, ostrożny prymas August Hlond wolał jednak umieścić Administraturę w Gorzowie…

Trzeba też było Piotra Semki – autora ciekawej, niedocenionej pracy „My, reakcja. Historia emocji antykomunistów 1945-1956” – by wydobyć z tużpowojennych dziejów Szczecina smaczki czysto polityczne, różne wątki starań o odzyskanie niepodległości lub bodaj zachowanie autonomii. W Szczecinie umacniały się w struktury PSL, to tu miała miejsce w kwietniu 1946, w przeddzień referendum, jedna z największych demonstracji na rzecz Mikołajczyka, zakończona trwającymi przez cały wieczór starciami ulicznymi między milicją i ZMP z jednej, a przybyłymi z całej Polski harcerzami z drugiej.

Ale też, o czym naprawdę mało kto wie, to w Szczecinie funkcjonował drugi największy, obok prowadzącego przez Dolny Śląsk „szlaku Konradowego”, kanał przerzutowy, którym do kraju i na Zachód trafiali emisariusze Władysława Andersa i Rządu Tymczasowego, rodziny pozostających w Anglii oficerów, a czasem – ścigani przez UB działacze PSL (przez Szczecin usiłował ujść na Zachód i Wiesław Chrzanowski).

Skruszony tynk

A obok tego – życie codzienne i odbudowa, żarty, reklamy i hasła. „Wsio Bierut – i niczewo nie dajut!”, pierwsza restauracja na Turzynie, której szyld („Ta-Joj!”) starczy za wiele monografii o „repatriacji”, „Śledzie, drożdże, szpinak, rabarbar!” na ogłoszeniu u drzwi sklepu, stoiska ulicznych fotografów, z otworem na twarz wyciętym w miejscu iluminatora namalowanego na dykcie samolotu, misie, zagony cebuli, Powszechny Dom Towarowy, Teatr Mały, Jerzy Andrzejewski kroczący w „misji kulturalnej”, sztafeta rowerowa działaczy partii Poalej-Syjon dla uczczenia pierwszomajowego święta, krzywy komin kutra (mam nadzieję, że w zapowiadanym katalogu wystawy będzie tych zdjęć jeszcze więcej).
Szefowa kancelarii prezydenta RP Halina Szymańska i kurator wystawy Piotr Semka podczas wernisażu plenerowej ekspozycji „Najdalsza Polska. Szczecin 1945-1948” na placu Solidarności w Szczecinie. Fot. PAP/Marcin Bielecki
A potem – żelazna kurtyna, która zapadła wzdłuż Odry i Nysy Łużyckiej, ale, jak widać, oddzieliła i Szczecin powojennych lat od dzisiejszej pamięci: po wyrokach na kurierów podziemnych, po rozstrzelaniu w grudniu 1948 pięciu żołnierzy niezłomnych, po wysiedleniu działaczy PSL, włącznie z prezesem Zarządu Wojewódzkiego Janem Cybińskim, nic już nie przeszkadzało w ukryciu przeszłości pod świeżo położonym tynkiem murali, chwalących „powrót ziem piastowskich do macierzy”. Dobrze, że wspólnym wysiłkiem kilku instytucji i kilku osób udało się ten tynk skruszyć.

– Wojciech Stanisławski

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy


„Najdalsza Polska. Szczecin 1945–1948”. Pomysłodawca i kurator wystawy: Piotr Semka. Autorzy: Piotr Semka, dr Anna Lew-Machniak, dr Janina Kosman, Michał Knitter. Ekspozycja powstała przy współpracy Archiwum Państwowego w Szczecinie, Muzeum Narodowego w Szczecinie i Centrum Historii Zajezdnia we Wrocławiu oraz dzięki wsparciu MKiDN. Wystawa prezentowana była w Szczecinie od 15 lipca do 14 sierpnia br. Od piątku 28 sierpnia 2020 przez miesiąc można ją oglądać w Warszawie na Krakowskim Przedmieściu, na wysokości Małej Kordegardy, następnie trafi m.in. do Muzeum II Wojny Światowej w Gdańsku, do Olsztyna i do Wrocławia.
Zdjęcie główne: Szczecin, panorama miasta od strony Odry, z prawej Zamek Książat Pomorskich. Fot. PAP/Jerzy Undro
Zobacz więcej
Historia Poprzednie wydanie
Dla niego kelnerzy podsłuchiwali polityków. Najlepiej opłacany...
Kiedy zaczęły się obrady rządu, coś poruszyło się za kotarą. Odsunięto zasłonę i oczom zdumionych ministrów ukazał się…
Historia Poprzednie wydanie
Polskie Kresy wstępują do sowieckiego raju
Żeby był porządek na jeden mandat z okręgu był uzgodniony tylko jeden kandydat.
Historia Poprzednie wydanie
Mało biłam dzieci. Jeżeli je biłam, to tylko na polecenie
Zła, okrutna. Nigdy nie widziałam jej bez pejcza. Traciłyśmy przytomność – mówią jej ofiary.
Historia wydanie 16.10.2020 – 23.10.2020
Wywiesiliśmy proporce z barwami narodowymi i godłem. Jak...
Hydroplan z czarnym napisem U.S. COAST GUARD zrzucił mały, płócienny woreczek zawierający krótką wiadomość: „Are you O.K.?”
Historia wydanie 16.10.2020 – 23.10.2020
Nie tylko Haberbusch i Schiele. Jak Niemcy zostawali Polakami
Ojciec poety był weteranem powstania styczniowego, dziad – listopadowego. Ale prapradziad przybył z Turyngii.