Historia

Gdańsk przed Sierpniem '80: ludzie przestali się bać

Przed blokiem na młodopolaków rzuciła się grupa około dwudziestu esbeków, którzy zaczęli wszystkich – kobiety i mężczyzn – bić na oślep. Ofiary wciągali do klatki schodowej, gdzie zawczasu wykręcili żarówki. Tam bili już bardziej fachowo: kilku napastników okładało jedną osobę. Z tłumu wyciągnięto Dariusza Kobzdeja, zatrzymano też Tadeusza Szczudłowskiego, zasłużonego działacza Ruchu Obrony Praw Człowieka i Obywatela.

Kiedy pojawia się klimat, w którym możliwy staje się polityczny przełom? Jaki drobny fakt rozpoczyna sekwencję zdarzeń prowadzącą do zmiany? U mnie osobiście przeczucie jakiejś nowej epoki, która za jakiś czas miała doprowadzić do wybuchu strajków w Stoczni Gdańskiej im. Lenina, pojawiło się dobre osiem miesięcy wcześniej.

Był wtorek, 18 grudnia 1979 roku. Od września uczęszczałem na kursy języka angielskiego, które organizowało Towarzystwo Wiedzy Powszechnej. Skład naszej „klasy” był dość eklektyczny. Paru inżynierów mających nadzieję na kontrakt budowlany w Libii, nieco licealistów chcących podciągać się z języka Szekspira, jakieś panie planujące po cichu wyjazd na Zachód oraz niezwykle gadatliwy pan Krzysztof, taksówkarz. Miał 37 lat i zapisał się na zajęcia z języka angielskiego, aby sprawniej obsługiwać zachodnich marynarzy, którzy szastali wówczas walutami w gdańskich lokalach rozrywkowych.

Ludzie przed stocznią

I oto wspomnianego 18 grudnia 1979 roku w tłumek kursantów czekających na zajęcia jak bomba wpada pan Krzysztof. – A wy wiecie, że pod stocznią jest parę tysięcy ludzi? Było składanie kwiatów w rocznicę Grudnia’70 – oznajmił. Jako najmłodszy w całej tej grupie z zainteresowaniem patrzyłem na reakcję kolegów. Nikt o nic nie zapytał, wszyscy wiedzieli, o co chodzi. Hasło: „obchody Grudnia” było jasne dla wszystkich.


Charakterystyczna była też szybkość rozchodzenia się wiadomości w Gdańsku. Demonstracja zorganizowana przez Wolne Związki Zawodowe i Ruch Młodej Polski została skorelowana z wyjściem ze stoczni robotników kończących dzienną zmianę i odbyła się między godz. 14.00 a 15.00. W ciągu trzech, czterech godzin informacja dotarła do naszej grupy adeptów języka angielskiego. A jeszcze tego samego wieczora słuchałem w Wolnej Europie relację o demonstracji.
Takie ogłoszenia sygnowane przez WZZ i RMP pojawiły się przed rocznicą Grudnia '70. Fot. IPN
Była to pierwsza duża manifestacja na placu przed bramą stoczniową, która już za kilka miesięcy stanie się doskonale znana na całym świecie. Rozgłośnia z Monachium informowałą o paru tysiącach uczestników. Lata potem Piotr Zaremba w książce „Młodopolacy” tak opisze tę manifestację:

Oficjalnego otwarcia uroczystości dokonał Dariusz Kobzdej, młody lekarz, uczestnik Ruchu Młodej Polski, informując na początku o losie osób zatrzymanych przez władze bezpieczeństwa. Rozdawano wiele ulotek rozrywanych dosłownie przez ludzi. Nawet te, które upadły w błoto, były natychmiast podnoszone i starannie wycierane. Wokół stało wielu młodych chłopaków w samych tylko koszulach. Byli to uczniowie jednego z gdańskich techników, którym (aby nie poszli na więc – przyp. aut.) zamknięto na klucz szatnię.

Piękne słowo „niezależność”

Dziesięciomilionowy związek był taranem pod osłoną którego działać mogły inne środowiska.

zobacz więcej
Zaremba cytuje Igora Strzoka, dziś szefa Wojewódzkiego Urzędu Konserwatora Zabytków w Gdańsku, a wówczas ucznia Liceum Plastycznego w Gdyni, który zapamiętał zabawny epizod: Jeden facet podnosił drugiego na własnych plecach. Ktoś z tłumu spytał: kto to jest ten, którego podsadza Darek Kobzdej? Padła odpowiedź: a, ten? To jest Wałęsa .

Dla mnie wówczas znacznie ważniejsze było jednak nazwisko Dariusza Kobzdeja z Ruchu Młodej Polski, o którym słyszałem już z opowieści mojej matki, przyjaciółki matki innego młodopolaka, Macieja Grzywaczewskiego. O Wałęsie dowiedziałem się tak naprawdę dopiero w czasie strajku w sierpniu.

Ale w przypadku demonstracji 19 grudnia 1979 – jak widzę to z dzisiejszej perspektywy – ważne było co innego: ugruntowanie wiedzy, że plac przed stocznią to miejsce, gdzie dzieje się coś ważnego. I że nie można odpuścić pamięci o robotnikach, którzy zginęli w Grudniu '70. W Trójmieście tkwiło to w zbiorowej świadomości jak bolesna zadra.

Tajemnicza śmierć chłopaka z WZZ

Miesiąc później, w styczniu 1980 roku idąc na niedzielną mszę do kościoła przy ul. Czarnej w Gdańsku-Wrzeszczu, zobaczyłem naklejoną na murze pisaną ręcznie ulotkę informującą o zaginięciu Tadeusza Szczepańskiego, mechanika samochodowego w gdańskim „Elektromontażu”. Autorzy komunikatu ogłaszali, że zaginął człowiek zaangażowany w Wolne Związki Zawodowe i prosili, aby wszyscy, którzy wiedzą cokolwiek o losie Szczepańskiego, poinformowali o tym przedstawicieli WZZ.

Dwa miesiące później, w końcu marca 1980 roku usłyszałem z zachodniego radia, że okaleczone zwłoki Szczepańskiego znaleziono 17 marca w kanale portowym.
20-letni Tadeusz Szczepański zaginął 16 stycznia 1980 r. Żródło: IPN
Po tej ponurej i tajemniczej śmierci nastrój w Gdańsku stał się poważny. Wyglądało na to, że bezpieka zaczyna mordować działaczy opozycji. Potem były jeszcze wiosenne wybory samorządowe 23 marca 1980 roku, kiedy WZZ i gdański Studencki Komitet Solidarności wezwały do ich bojkotu. Dziś już nie pamiętam, od kogo dostałem ok. 50 ulotek, które rozrzuciłem w mojej szkole. To była pierwsza bibuła, która trafiła w moje ręce.

„Ten” Kobzdej

Po takim doświadczeniu nie było już dla mnie trudne podjęcie decyzji, aby udać się na mszę w intencji Ojczyzny z okazji uchwalenia Konstytucji 3 Maja. I znów RMP zadziałał niezwykle sprawnie. Małe ulotki z danymi na temat dnia i godziny demonstracji w Bazylice Mariackiej w Gdańsku znajdowałem niemal na każdej klatce schodowej w domach moich kolegów w Gdańsku-Wrzeszczu.

Cała sztuka polegała na tym, że małe naklejki zazwyczaj umieszczano koło spisów lokatorów i ogłoszeń administracji mieszkaniowej. Słusznie unikano naklejania informacji na ulicznych murach, gdzie patrole milicji szybko je zrywały.

Mając z lekka duszę na ramieniu, poszedłem 3 maja do Bazyliki Mariackiej. Ale przed świątynią nie było patroli milicji i nikt nikogo nie legitymował. W sobotnie popołudnie Gdańsk był raczej pustawy. Za to po wejściu do bazyliki z zaskoczeniem stwierdziłem, że świątynia jest pełna ludzi. Gdy skończyła się msza święta, zobaczyłem scenę, którą wiele razy będę potem przywoływał w pamięci.

Wyczuwaliśmy mitomanów, efekciarzy i przesadnych ryzykantów. Byli przekleństwem konspiracji

Piotr Semka: Kiedy ogłaszaliśmy przerwę milczenia, uczestniczyło w niej około osiemdziesięciu procent wszystkich uczniów.

zobacz więcej
Oto na środek przejścia między dwiema stronami ławek wkroczył człowiek w popularnej wówczas amerykańskiej zielonej kurtce wojskowej, otworzył wolno zamek błyskawiczny i wyjął złożony na piersi transparent z napisem: „Ruch Młodej Polski”.

Od stojących obok ludzi dowiedziałem się, że to jest właśnie „ten” Dariusz Kobzdej, który tak imponował w grudniu, w czasie demonstracji przed stocznią. Patrzyłem na tę scenę jak urzeczony. Ten człowiek był w wieku moich starszych braci, wiedział, że wszyscy go obserwują, ale nie bał się wyciągnąć i powoli rozłożyć płachtę z nazwą organizacji rzucającą wyzwanie władzom PRL.

Chwilę potem w tłumie ludzi szedłem ulicą Piwną w kierunku Zbrojowni. Pamiętam, pomyślałem, że jeśli mamy iść pod pomnik króla Jana III Sobieskiego, to trzeba skręcić w prawo. Jeśli za załomem ostatniej kamienicy na ul. Piwnej będzie milicja z pałkami, to w ciasnych arteriach gdańskiej starówki może dojść do niezłej masakry. Ale, jak się okazało, odważnym szczęście sprzyja. Za załomem milicji nie było i około 2-3 tysięcy ludzi dotarło pod pomnik króla Jana III Sobieskiego.

Ten monument trafił do Gdańska ze Lwowa po 1956 roku w czasie gomułkowskiej odwilży. A ponieważ był jedynym pomnikiem patriotycznym na starówce, stał się miejscem demonstracji RMP zarówno 3 maja, jak i 11 listopada.

Wiedza o tym fakcie jest poza Gdańskiem dosyć słaba, więc gdy kilka miesięcy temu prezydent miasta Aleksandra Dulkiewicz złożyła pod tym właśnie pomnikiem kwiaty, duża część prawicowców niesłusznie kpiła z jej rzekomego braku znajomości historii. Był to strzał kulą w płot, bo w Gdańsku pomnik zwycięzcy spod Wiednia trwale jest skojarzony z tradycją trzeciomajową.
To wydarzenie było dla mnie kolejnym etapem opozycyjnej inicjacji. Stanie w tłumie, który huczy na całe gardło: „Katyń pamiętamy!” „Niepodległość Polsce – demokracja Polakom!” czy „Broniąc ludzi, bronimy Ojczyzny!” było nowym doświadczeniem.

Przemawiający pod pomnikiem wysilali głos, ale w dalszych rzędach tłumu, gdzie stałem, niewiele było słychać. W końcu zaczęło zmierzchać i bez większych problemów poszedłem na autobus do domu.

I znów dopiero z Wolnej Europy, następnego dnia dowiedziałem się, że bezpieka śledziła grupę młodopolaków, którzy wracali z demonstracji w nastroju triumfu. Wszyscy zmierzali do mieszkania Jana Samsonowicza na ulicy Dickensa, gdzie planowali wspólnie oblać udaną manifestację.

Pod blokiem na młodopolaków rzuciła się grupa około dwudziestu esbeków, którzy zaczęli wszystkich – kobiety i mężczyzn – bić na oślep. Ofiary wciągali do klatki schodowej, gdzie zawczasu wykręcili żarówki. Tam ofiary bili już bardziej fachowo: kilku napastników okładało jedną osobę.

Dziewięć dni, które wstrząsnęły światem. Przebudzenie Polaków

„Wielkie dni Polski zaczynają się dziś” – notował 2 czerwca 1979 prymas Stefan Wyszyński.

zobacz więcej
Z tłumu wyciągnięto Dariusza Kobzdeja, zatrzymano też Tadeusza Szczudłowskiego, zasłużonego działacza Ruchu Obrony Praw Człowieka i Obywatela. W przyspieszonym trybie mieli stanąć przed kolegium ds. wykroczeń. Użyto wcześniej przygotowanego, jak się okazało, zarządzenia Prezydenta Gdańska, który 30 kwietnia 1980 roku wprowadził tryb doraźny w postępowaniach przed takimi kolegiami. Był to tzw. tryb z bomby.

Na mocy drakońskiego postanowienia już 2 maja kolegium skazało Kobzdeja na trzy miesiące więzienia. Podobny wyrok otrzymał Tadeusz Szczudłowski, któremu nie pomogło nawet to, że szczęśliwie dotarł do własnego mieszkania na gdańskim osiedlu Morena. Za Szczudłowskim wysłano ekipę zbirów z SB, którzy wyważyli drzwi jego mieszkania, wywlekli go z domu i na oczach syna, Piotra (maturzysty) brutalnie go pobili.

Aby nie dopuścić opozycjonistów do sali, gdzie obradowało kolegium ds. wykroczeń, Szczudłowskiego i Kobzdeja wywieziono do specjalnie przygotowanej sali posiedzeń w gmachu Urzędu Miasta. Kara trzech miesięcy aresztu miała być zapowiedzią, że władze dłużej z gdańską opozycją patyczkować się nie będą.

Modlitwa za kolegów

Wyrok wywołał przygnębienie wśród młodopolaków, ale najszybciej i – jak się okazało – najskuteczniej na aresztowania odpowiedziały dwie najbardziej religijne, wtedy dwudziestoparoletnie, działaczki RMP: Magdalena Modzelewska i Bożena Rybicka. Ich propozycja była najprostsza z możliwych. Ogłosiły, że codziennie o określonej godzinie wieczorem będą się modlić za swoich aresztowanych kolegów w bocznej kaplicy Bazyliki Mariackiej.
Kadry z filmu dokumentalnego "Robotnicy '80" w rezyserii Andrzeja Chodakowskiego i Andrzeja Zajaczkowskiego. Z lewej Bożena Rybicka ( Fot. Archiwum Filmu / Forum) i Magdalena Modzelewska (Fot. TVP)
Proboszcz świątyni ks. Stanisław Bogdanowicz, którego powiadomiono o inicjatywie, nie wykazywał specjalnego zadowolenia, ale też wyraźnie nie zakazał spotkań. Zapewne liczył, że modlitwa paru przyjaciół nie będzie zbyt wyrazistą demonstracją.

Pierwsza modlitwa 5 maja 1980 roku, w poniedziałek o godz. 17.00, rzeczywiście miała taki „przyjacielski” charakter. Tyle że znów swą siłę okazał nieprawdopodobnie skuteczny gdański telegraf pantoflowy. O modlitwie szybko zaczęło mówić całe miasto. W książce „Młodopolacy” Piotr Zaremba cytuje reportaż z jednej z modlitw wydrukowanej w piśmie „Bratniak”:

Słowa brzmią przejmująco. Ludzie klęczą na kamiennej posadzce; jest ona nierówna, pamięta jeszcze zniszczenia wojenne. Bolą kolana. Odmawiamy dziesiątek różańca na przemian z intencjami «Matko Boża, Twojej opiece polecamy naszych przyjaciół Dariusza Kobzdeja, Tadeusza Szczudłowskiego, Bogdana Grzesiaka. Łączymy się z nimi w modlitwie zwłaszcza teraz, gdy oczekują na ponowne rozprawy przed sądem. Prosimy Cię o zachowanie ich w zdrowiu i o to, aby wytrwali w nadziei w moc prawdy i sprawiedliwości». Głośno brzmią słowa modlitwy «Zdrowaś Mario, łaskiś pełna...» Uczestnicy modlitwy są wzruszeni. Wielu ludzi ociera łzy, ktoś głośno płacze, wczasowicze ze zdumieniem podchodzą bliżej. Klękają.
W modlitwach uczestniczył Lech Wałęsa. Modlił się także Lech Kaczyński,choć należał on do tej części opozycji, która wyrażała wątpliwości, czy mieszanie religii z polityką nie jest nadużyciem. Jak wspominał współzałożyciel Ruchu Młodej Polski Aleksander Hall „na modlitwy przychodzili też ciekawi, piękni ludzie, których wcześniej nie znaliśmy. Modlitwy trwały aż do zwolnienia Kobzdeja i Szczudłowskiego na początku sierpnia. Dziewięć dni później wybucha strajk w stoczni im. Lenina.”

Oko Opatrzności

Fascynujące jest, jak drobne niekiedy wydarzenia zyskują z czasem nowe, ważniejsze znaczenie. Wspólne modlitwy działaczy Wolnych Związków Zawodowych i RMP w Bazylice Mariackiej zbliżyły do siebie ludzi „od robotników” i tych od „wielkiej polityki”. A to spowodowało, że gdy rozpoczął się protest w największej stoczni Gdańska, wpuszczenie na strajk młodopolaków i działaczy SKS nie stanowiło już najmniejszego problemu. Nieliczni stoczniowcy, którzy kręcili jeszcze nosem na pojawienie się w zakładzie tych, których nazywali politykierami, byli natychmiast przywoływani do porządku przez bardziej uświadomionych kolegów.

Bez młodych opozycjonistów zaś nie powstałyby tak szybko ciekawe gazetki strajkowe i nie zacząłby działać system informowania całego Trójmiasta o tym, co się dzieje na strajku. Wszystkie powielacze WZZ, RMP i SKS pracowały na najwyższych obrotach, drukując ulotki streszczające postulaty strajku. To powodowało sprzężenie zwrotne.
Tłum gdańszczan przed bramą stoczni w sierpniu 1980 r. Fot. Keystone/Getty Images
Tłum przed bramą główną stoczni gęstniał i władzom trudniej było planować ewentualne rozbicie strajku siłą. Słynna scena z filmu „Człowiek z żelaza” Andrzeja Wajdy, w której barmanka odmawia wódki spragnionemu redaktorowi Winklowi, granemu przez Mariana Opanię, nie została zmyślona. Zarządzona przez liderów strajku prohibicja była w Gdańsku traktowana serio. A wylewana demonstracyjnie przed bramą stoczni wódka, skonfiskowana uczestnikom strajku, w najlepszy sposób zaprzeczała stereotypowi robotników jako wiecznie pijanej tłuszczy.

Z poczucia lęku przed represjami uczestnikom strajku bardzo pomogły wyzwolić się wspólne modlitwy, które prowadziły niezawodne Magdalena Modzelewska i Bożena Rybicka. Na pamiątkę modlitw z Bazylice Mariackiej odbywały się one za bramą stoczni zawsze o tej samej godzinie – 17.00.

Jeśli dziś spojrzeć wstecz, to każdy element całej sekwencji zdarzeń z okresu, który nazywam przedsierpniem w jakiś tajemniczy sposób przyczynił się do wzmocnienia siły protestu w sierpniu '80. Ale ten fakt z kolei dziwi, tylko jeśli zapomni się o słowach Jana Pawła II o duchu, który zstąpi i odmieni oblicze tej ziemi.

– Piotr Semka

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy


Autor jest publicystą tygodnika „Do Rzeczy”.
Zdjęcie główne: Msza dla strajkujących gromadzi kilka tysięcy gdańszczan. Fot. Jean-Louis Atlan/Sygma via Getty Images
Zobacz więcej
Historia Poprzednie wydanie
Dla niego kelnerzy podsłuchiwali polityków. Najlepiej opłacany...
Kiedy zaczęły się obrady rządu, coś poruszyło się za kotarą. Odsunięto zasłonę i oczom zdumionych ministrów ukazał się…
Historia Poprzednie wydanie
Polskie Kresy wstępują do sowieckiego raju
Żeby był porządek na jeden mandat z okręgu był uzgodniony tylko jeden kandydat.
Historia Poprzednie wydanie
Mało biłam dzieci. Jeżeli je biłam, to tylko na polecenie
Zła, okrutna. Nigdy nie widziałam jej bez pejcza. Traciłyśmy przytomność – mówią jej ofiary.
Historia wydanie 16.10.2020 – 23.10.2020
Wywiesiliśmy proporce z barwami narodowymi i godłem. Jak...
Hydroplan z czarnym napisem U.S. COAST GUARD zrzucił mały, płócienny woreczek zawierający krótką wiadomość: „Are you O.K.?”
Historia wydanie 16.10.2020 – 23.10.2020
Nie tylko Haberbusch i Schiele. Jak Niemcy zostawali Polakami
Ojciec poety był weteranem powstania styczniowego, dziad – listopadowego. Ale prapradziad przybył z Turyngii.