Rozmowy

Klasa średnia traci prestiż i pieniądze. Koniec „amerykańskiego marzenia”

Jeżeli chodzi o ludzi pokroju Hillary Clinton czy Baracka Obamy, to jest to swego rodzaju nowa arystokracja, której nie jest po drodze z niezadowoleniem rzesz amerykańskich. Kiedy popatrzymy na działalność pani Clinton, np. w Senacie, zobaczymy, że jej inicjatywy legislacyjne nie miały żadnego aspektu demokratycznego, a były związane z wielkim biznesem – mówi profesor Tomasz Żyro, politolog i amerykanista.

TYGODNIK TVP: Niektórzy amerykańscy komentatorzy przyrównują to, co dziś się dzieje w Stanach Zjednoczonych do średniowiecznych, chłopskich buntów. Czy podziela pan ten pogląd?

PROF. TOMASZ ŻYRO:
Porównania są zazwyczaj zwodnicze. Bunty średniowieczne wymierzone były przeciwko strukturze feudalnej, np. żakeria (bunt ludu francuskiego w1358 r. pod przywództwem Jacques'a le Bonhomme, stąd jacquerie, żakeria – przyp. red.) skierowana była przeciwko uciskowi fiskalnemu wywołanemu kryzysem ekonomicznym i klęskami wojennymi.

Kiedy spojrzymy na społeczeństwo amerykańskie, które, jak mówił Alexis de Tocqueville, jest społeczeństwem demokratycznym – co oznacza, że suwerenność ludu jest zasadą organizującą życie społeczne i polityczne – to oczywiście porównanie to nie ma sensu. To, co dzisiaj widzimy to bunt przeciw bogactwu, które zostało bardzo ostro uwydatnione przez proces globalizacji. Społeczeństwo amerykańskie, które jest głównym nośnikiem globalizacji, wcale tak dobrze na tym nie wyszło – szczególnie klasa średnia oraz podklasa, której istnienie socjologowie zauważyli w latach 70. i 80. XX wieku.

Podklasa? Co to za grupa?

Underclass to nie proletariat, w powszechnym rozumieniu, ale ludzie, którzy gwałtowanie ubożeją wobec obiektywnych czynników politycznych i społecznych. Na to nakłada się segregacja w postaci, np. zamkniętych osiedli czy enklaw bogactwa, jak na nowojorskim East Endzie, tworzonych przez bogatą ludność, która wykupuje mieszkania czy posesje. Mieszkający tam dotychczas ludzie nie są w stanie wytrzymać gwałtowanego wzrostu cen wynajmu i także się deklasują.


Można zatem powiedzieć, że społeczeństwo USA staje się coraz bardziej zhierarchizowane, gdzie coraz węższa grupa ludzi przejmuje coraz większy kapitał?

Oczywiście, tak. Pisał o tym wybitny socjolog Charles Murray w książce „Struktura dzwonu”. Społeczeństwo amerykańskie było zawsze definiowane przez klasy średnie. Jedna z klasyfikacji socjologicznych mówi o wyższej klasie średniej, średniej klasie średniej i niższej klasie średniej – zatem, wedle wzorca Arystotelesa, bogactwo było rozproszone, a demokracja miała solidne fundamenty. Problem powstał wtedy, gdy klasy średnia średnia i średnia niższa zaczęły odczuwać skutki zubożenia, kiedy ludzie nagle odkryli, że nie są w stanie utrzymać dotychczasowego poziomu życia i zamiast pracować na jednym etacie, muszą wziąć drugi lub desperacko dorabiać. Można powiedzieć, że to był szok kulturowy.

Zubożenie gospodarstw domowych klasy średniej jest faktem, który globalizacja tylko wyostrzyła. Ludzie wykształceni na uniwersytetach stanowych czy college’ach (community colleges) dostrzegli, że wiele dóbr jest dla nich niedostępnych, że zostali zdeklasowani, znajdują się poniżej przyzwoitego poziomu życia.
Melissa Gomes w maju 2020 roku ukończyła Chaffey Colleges w liczącym 170 tys. mieszkańców mieście Rancho Cucamonga w Kaliforni. Czy dyplom spełni jej oczekiwania? Fot. Irfan Khan / Los Angeles Times via Getty Images
Czy wobec tego klasa średnia jeszcze w Stanach istnieje?

Z perspektywy ekonomicznej to zasadne pytanie. Przedstawiciele klasy średniej są bardzo zadłużeni, mają dużo kredytów. Płace nie rosną tak, jak w okresie prosperity. Klasa średnia deklasuje się wbrew swej woli, nie może odpowiedzieć na to w żaden sposób – ani zwiększonym nakładem pracy, ani większą mobilnością. To poważny problem społeczny. Klasy średnie pod naporem najbogatszych mają też coraz mniej do powiedzenia.

Istnieje ciekawe studium empiryczne amerykańskich politologów Martina Gilensa i Benjamina I. Page’a z 2014 r., którzy przeanalizowali kilka tysięcy istotnych decyzji politycznych na szczeblu federalnym i stanowym. Wnioski z badania są takie, że klasy średnie mają znikomy wpływ na decyzje podejmowane przez polityków, a oligarchizacja społeczeństwa amerykańskiego jest już faktem. Oczywiście te przemiany struktury społecznej mają istotny wpływ na uprawianie polityki.

Skąd się bierze owa underclass?

Trzeba pamiętać o klasycznej definicji klasy średniej, do której należą nie tylko tzw. białe kołnierzyki, ale też błękitne kołnierzyki. Boom gospodarczy lat 40., 50. i 60. XX wieku polegał na tym, że cała klasa robotnicza, rozumiana jako cześć struktury klasowej, czyli grupa ludzi, która sprzedaje swoją pracę – pracowała na ten dobrobyt. Ci ludzie byli traktowani jako część klasy średniej – zupełnie inaczej niż w społeczeństwach europejskich, gdzie klasa robotnicza – „czwarty stan” – nie miał nic wspólnego z klasą średnią.

Ostatnie procesy ekonomiczne i społeczne uderzają w ludzi, którzy wcześniej osiągnęli awans i dołączyli do klasy średniej. Teraz zaczynają tracić swój status. W tym znaczeniu underclass nie jest podklasą ludzi z góry wykluczonych, lecz grupą ludzi, która zaczęła tracić prestiż społeczny i swój status ekonomiczny.

Inaczej się ubierają, jedzą i myślą. Religijni frustraci kontra aroganckie elity. Czy Trump uratuje Amerykę?

Blisko 60 procent wyborców Hillary Clinton nie odczuwa szacunku wobec zwolenników Trumpa.

zobacz więcej
Ale w jaki sposób do tego doszło?

Dotąd wiele osób z tej grupy wielkim wysiłkiem posyłało dzieci do lepszych szkół, chcąc je wykształcić. Dzisiaj jednym z podstawowych problemów jest niebotyczne zadłużenie studentów. Trzeba pamiętać, że wszyscy amerykańscy studenci muszą płacić za studia. Nigdy wcześniej studenci nie mieli takich kłopotów ze spłaceniem długów. I to nie ze złej woli, lecz wskutek niemożności osiągnięcia takich dochodów, które pozwolą na spłatę zadłużenia. Prawo w USA stanowi, że dopóki student nie osiągnie określonego statusu ekonomicznego, nie musi tej pożyczki spłacać. To pokazuje socjologiczną prawidłowość – ludzie nie są w stanie wspiąć się na drabinie społecznej do tego poziomu, aby spłacać poprzednie zobowiązania.

Trzeba pamięć, że Amerykanie są głęboko przeświadczeni, że prestiż społeczny uzależniony jest od dochodów. Zatem wielkość długów, jaki zaciągają amerykańscy studenci świadczy o pauperyzacji całego społeczeństwa. Jest to rosnący problem, gdyż młodzi ludzie nie są w stanie osiągnąć konkretnego statusu. Nic dziwnego, że rozgoryczenie narasta. Młodzi widzą, że środowisko staje się im wrogie, że nie czeka ich żadna kariera ani lepsza przyszłość. Proszę pamiętać o „amerykańskim marzeniu”. Jego częścią jest przeświadczenie o karierze od pucybuta do milionera.

Nancy Isenberg w książce „Białe śmieci. 400 lat nieopowiedzianej historii klas w Ameryce” pisała, że problem klasy stał się w Ameryce tym samym, co niegdyś problem rasy. Jej zdaniem ludzie biedni są traktowani jako inny, gorszy typ człowieka.

Oczywiście takie zjawisko istnieje, Objawia się to w istnieniu wspomnianych enklaw bogactwa czy istnieniu ekskluzywnych szkół, np. uniwersytetów z Ligii Bluszczowej, do której swoje dzieci mogą posyłać tylko bogaci. Ukończenie uczelni takiej, jak Yale, MIT czy Harvard, dawało niegdyś niemal całkowitą pewność przedłużenia wysokiego status. Teraz nawet to nie jest tak oczywiste. Dlatego też trudno spotkać na nich studenta, którego rodzice należą choćby do klasy średniej.

Natomiast, jeżeli chodzi o sposób traktowania ubóstwa, to proszę pamiętać, że jest to relikt etyki purytańskiej, która mówiła o tym, że sukces materialny jest oznaką łaski Bożej. Zatem ci, którzy sukcesu nie osiągają, są traktowani w sposób podejrzliwy. Społeczeństwo uznaje, że nie tyle jest to wynik jakiegoś ograniczenia społecznego, ile ci ludzie po prostu nie chcą pracować, nie zależy im, aby polepszyć swój materialny status. Pomimo zsekularyzowania purytanizmu, człowiek ubogi wciąż jest tym „podejrzanym”, gdyż to jego osobiste przywary i braki powodują, że nie sięga po możliwości, jakie oferuje cywilizacja amerykańska. Ta głęboka wiara w równość możliwości ulega dzisiaj korozji.
Prominentni członkowie klasy wyższej Hillary i Bill Clintonowie w czasie konwencji Demokratów przed wyborami w 2016 roku. Fot.David Hume Kennerly/Getty Images
Z tego, co pan mówi wynika, że podział na klasy w Ameryce istnieje i ma się dobrze.

W społeczeństwie demokratycznym takich tez nie wolno głośno werbalizować. W społeczeństwie amerykańskim wedle zasady obowiązuje równość możliwości. Ta teza, która jest elementarnym punktem wyjścia tworzenia społeczeństwa demokratycznego, staje dzisiaj jednak pod znakiem zapytania. Równość możliwości nie przekłada się wcale na realne życie społeczne. W związku z tym istnieje problem nie tylko w praktyce społecznej, ale również z teoretycznym opisaniem tego, co obecnie dzieje się w Stanach Zjednoczonych.

Okazuje się bowiem, że równość możliwości nie obowiązuje, że są różne grupy, które nie ulegają temu inkluzywnemu procesowi. Tym bardziej, że społeczeństwo amerykańskie to wciąż społeczeństwo imigrantów. Dopóki „wiara w wartości amerykańskie” była podzielana przez napływających imigrantów, proces akulturacji był niejako mechaniczny. Dzisiaj, wraz z nowymi falami imigracji, nie jest tak oczywisty.

Zatem z jednej strony mamy do czynienia z zubożeniem klas średnich, z drugiej z napływem imigrantów, przed którymi różne ścieżki awansu społecznego też pozostają zamknięte. Amerykańskie credo podawane jest w wątpliwość. To też sprawia, że coś, co do niedawna było dość naturalne, czyli brak entuzjazmu dla haseł socjalistycznych, dziś nie jest takie oczywiste.

Pożegnanie z prezydentem? Jego następcą może być zwolennik ochrony wszelkich mniejszości

Wirus z Chin dał opozycji szansę na zwycięstwo.

zobacz więcej
Ale w powszechnej opinii Stany Zjednoczone to wciąż ostatnie miejsce na świecie, które może kojarzyć się z socjalizmem.

Niemiecki socjolog Werner Sombart napisał kiedyś książkę „Dlaczego nie ma socjalizmu w Stanach Zjednoczonych?” (rok wyd. 1906). Tymczasem popularność Demokratów na czele z Bernie Sandersem pokazuje, że ta teza ulega dzisiaj znacznemu przedefiniowaniu. Różne socjalistyczne hasła, slogany, związane ze sprawiedliwością społeczną, wezwaniem do likwidowania nierówności, w tym także – ponownie – nierówności rasowej, nabierają bardzo dużego znaczenia politycznego.

Co się zmieniło, że Demokraci nagle dostrzegli potencjał w underclass? Przecież jeszcze Barackowi Obamie czy Hillary Clinton zarzucano pewne wyobcowanie – oni nie potrafili trafić do członków klas niższych. To Donald Trump, biznesmen z Manhattanu lepiej rozumiał ludzi biednych.

To rzecz bardzo interesująca. Jeśli spojrzymy na fenomen społeczny, jakim był Tea Party nawiązujący do tzw. herbatki bostońskiej (protest polityczny mieszkańców ówczesnej brytyjskiej kolonii przeciwko polityce fiskalnej metropolii z 1773 roku – przyp. red.), to zauważymy, że był to ruch ludzi zamożnych, z klas średnich, niezadowolonych z instytucji amerykańskich, występujący przeciw establishmentowi. Sam Trump, który ma dobry instynkt polityczny, oraz ludzie z jego otoczenia wyczuli to niezadowolenie i przełożyli je na kampanię wyborczą, która sprawiła, że nie kandydat z Partii Republikańskiej, ale ktoś z zewnątrz, przejął głosy konserwatywne i konserwatywno-liberalne.

Zarazem warto przypomnieć, że to w okresie rządów Baracka Obamy, który tyle mówił o sprawiedliwości społecznej, pojawiły się nierówności ekonomiczne, jakich historia społeczeństwa amerykańskiego nie zna od samych początków republiki. To swoisty paradoks..

Proszę też pamiętać, że ludzie z podklasy czy właściwie z klas niższych (ciągle mówimy o klasie jako dużej grupie, gdzie indywidualne cechy nakładają się na warunki ekonomiczne) uczestniczyli wcześniej w procesie wyborczym na poziomie lokalnym, stanowym czy federalnym. Charles Murray w bestsellerowej analizie sytuacji społecznej białych w USA pt. „Coming Apart” pokazuje to klarownie na przykładzie Fishtown. Underclass nie można zatem traktować jako grupę wyborczą nieobywatelską, to znaczy taką, która swoją postawę wobec instytucji wyraża poprzez absencję wyborczą. Po wygranej Trumpa w roku 2016, Demokraci także zaczęli dostrzegać ich niezadowolenie i teraz chcą je wykorzystać.

Jeżeli chodzi o ludzi pokroju Hillary Clinton czy Obamy, to jest to swego rodzaju nowa arystokracja, której nie po drodze z niezadowoleniem rzesz amerykańskich. Kiedy popatrzymy na działalność pani Clinton, np. w Senacie, zobaczymy, że jej inicjatywy legislacyjne nie miały żadnego aspektu demokratycznego, a były związane z wielkim biznesem. Odsyłam do, tłumaczonej także na język polski, znakomitej książki George’a Packera pt. „Unwinding”. Można tam znaleźć smakowite opisy, jak Hillary Clinton udrapowana w szaty demokratki współpracowała z Wall Street. Rodzina Clintonów przechwyciła zresztą całą machinę Partii Demokratycznej, co było wyraźnie widać podczas wyborów wyłaniających Hillary jako kandydatkę przed wyborami w roku 2016.

Dzisiaj impet klas niższych, a także klas średnich, które czują się wykluczone z redystrybucji bogactwa, trzeba jakoś politycznie zagospodarować. Jeżeli Demokraci chcą zdobyć ich głosy, też muszą upozować się na populistów.
Zwolennicy Joe Bidena, kandydata Demokratów na urząd prezydenta z St Louis w stanie Missouri. Fot. Dilip Vishwanat/Getty Images
Czy Joe Biden przechwyci głosy niezadowolonych Amerykanów? Niektóre sondaże dają mu przewagę nad Donaldem Trumpem.

Po ostatnich wyborach prezydenckich w USA pojawiła się wielka dyskusja na temat trafności wszelkich sondaży. Okazało się bowiem, że większość z nich kompletnie nie odzwierciedla nastrojów społecznych. Przy okazji: jest to odrębny problem, gdyż stało się jasne, że różne sondażownie są ukierunkowane ideologicznie i zamiast badać faktyczny stan społeczeństwa, realizują swoje założenia. O tym zresztą w swojej kampanii mówi Trump. Wystarczy poczytać jego tweety, jak wyśmiewa się z takich płytkich diagnoz społecznych. Na pewno wyniki sondaży nie są w stanie naruszyć jego pewności. Przynajmniej na razie.

Jeżeli chodzi o samego Bidena, to zadaniem jego sztabowców jest spróbować przejąć głosy klas niższych. Bernie Sanders oficjalnie poparł go jako kandydata Partii Demokratycznej jeszcze przed jej krajowym zjazdem, a to on zabiegał wcześniej o poparcie underclass. Czy ten „pakiet wyborczy” Sandersa uda się z powodzeniem włączyć w kampanię Bidena, pozostaje sprawą otwartą. Sam Biden nie jest self-made manem, a ludzi uwodzą przecież takie wizerunki – polityków, którzy wystartowali z nizin społecznych i dzięki własnemu talentowi oraz charakterowi przebili się na szczyt. Upozować w ten sposób Bidena będzie dosyć trudno, lecz dla fachowców od PR nie jest to niemożliwe.

W jaki sposób rok 2020 – pandemia, zamieszki związane z ruchem Black Lives Matter – zmienią sytuację underclass?

Możliwe, że wielu przedstawicieli underclass ulegnie radykalnym hasłom głoszonym przez skrajne środowiska. Tak duże niezadowolenie społeczne wywołuje podatność na radykalizację, bunt przeciwko establishmentowi i zaporze instytucjonalnej, która uniemożliwia odniesienie sukcesu. Radykalizm prowadzi do coraz większej polaryzacji politycznej. Wojnę kulturową już mamy. Nabiera ona jednak różnych odcieni czerni.

Milcząca większość dostała głos

Fox News czuje presję konkurencji. Nie CNN jednak, lecz MSNBC, która stała się medium tożsamościowym Amerykanów o lewicowych poglądach.

zobacz więcej
Do tej pory „logika” demokracji amerykańskiej polegała na tym, że obie strony: środowiska republikańskie i demokratyczne (czy też ideowo ujmując konserwatywne i liberalne) ciążyły do środka. Polaryzacja oznacza, że centrum polityczne jest coraz słabsze, a wygrywać zaczynają postulaty natury ideologicznej, przez co obie strony przestają się ze sobą komunikować – na każdym poziomie: instytucjonalnym, politycznym, kulturowym. Ten brak wzajemnego zrozumienia rodzi to, co Francis Fukuyama nazywa „wetokracją” – przy jakiejkolwiek inicjatywnie legislacyjnej dotyczącej spraw wewnętrznych, na poziomie federalnym i stanowym, ani jedna, ani druga strona nie chce zawrzeć porozumienia. To jest oczywiście duży problem, bo wetokracja oznacza blokadę instytucjonalną, uniemożliwia przeprowadzenie jakichkolwiek reform, zmian w państwie.

To znaczy, że Amerykanie nie chcą zmian?

Rzecz w tym, że raczej wręcz przeciwnie. Kiedy trzy lata temu byłem w Stanach na Uniwersytecie Yale podczas pobytu badawczego, często zaglądałem do księgarni uniwersyteckiej, przeglądając różne nowości wydawnicze. Zastanowiła mnie ilość publikacji naukowych i publicystycznych, których autorzy wyrażali ogromną frustrację z powodu biegu spraw w republice amerykańskiej: z prawa i lewa. Pojawiały się tam przeróżne postulaty, łącznie z takimi, że należy zmienić konstytucję czy strukturę instytucji państwowych. To oznacza, że poziom niezadowolenia społecznego jest wysoki. To rzadka sytuacja w historii USA, kiedy „konsensus amerykański” jest tak powszechnie podważany. I to w różnych kręgach.

Akademicy, publicyści, ludzie pióra przedstawiają liczne rozwiązania, aby system instytucjonalny republiki amerykańskiej zaczął znów działać na rzecz obywatela. A z drugiej strony widzimy spór ideologiczny i wojnę kulturową. W konsekwencji najbardziej istotny element polityki amerykańskiej, czyli polityka konsensualna, traci rację bytu. Pojawia się wspomniana wetokracja, gdzie obie strony nie chcą ustąpić, tworząc rozliczne blokady, a w rezultacie impas na poziomie federalnym, ale także stanowym. Debata publiczna niszczona jest przez zaciekłość ideologicznych sporów.

Dopóki jedna strona nie zdobędzie przewagi, Stany czeka okres ostrych sporów ideologicznych i społecznych?

Do niedawna polityczne centrum zajmowały klasy średnie. Jeżeli one uległy zubożeniu, straciły swój status ekonomiczny i społeczny, to któż zajmie ich miejsce? Centrum zanika. Mamy więc oto taką sytuację, w której najpotężniejsze korporacje oraz wąska grupa miliarderów decydują o losach republiki, a z drugiej rosnące rzesze obywateli amerykańskich, którzy czują się coraz bardziej wykluczeni. Wiara w instytucje amerykańskie nie jest już tak oczywista. Coraz mniej ludzi po przyjeździe do Stanów stwierdza, że „chce być Amerykaninem”. Pomijam oczywiście tych, którzy przyjeżdżają w innym celu.
W USA rosnące rzesze obywateli czują się coraz bardziej wykluczeni - twierdzi prof. Żyro. Na zdjęciu: ulica w Nowym Jorku. Fot.Liao Pan/China News Service via Getty Images
Czy dlatego, że dzisiaj niemożliwe jest zrealizowanie „amerykańskiego snu” o wielkiej karierze?

Dziś niewielu pierwszoligowych polityków pochodzi z nizin społecznych. Takim wzorcem byli Andrew Jackson czy Abraham Lincoln, którzy wyszli z ludu i dzięki ciężkiej pracy dostali się na szczyt. Przebyć dzisiaj podobną drogę jest bardzo trudno.

Underclass ma swoje oczekiwania społeczne oraz obawy o przyszłość i chociaż artykułuje swoje potrzeby i postulaty, to blokada instytucjonalna jest tak duża, że pewne szczeble kariery, a co za tym idzie, poziom społeczny, są dla niej niedostępne. Znowu wracamy więc do podstawowej konstatacji i amerykańskiego credo, że życie w społeczeństwie amerykańskim oparte jest na równości możliwości. A dzisiaj to rzecz bardzo problematyczna.

Osoby tracące pozycję społeczną i ekonomiczną związaną z klasami średnimi mają poczucie, że są „ludźmi zapomnianymi” (to określenie stale pojawiało się podczas pierwszej rewolty populistycznej w USA na przełomie XIX i XX wieku). Dla nich system amerykański przestał być inkluzywny. Na własnej skórze odczuwają, że nierówności społeczne rosną w sposób drastyczny.

Nie brzmi to optymistycznie.

Mnóstwo komentatorów, naukowców pisze dziś o tym, że wkraczamy w czasy niepewne. Republika amerykańska staje pod znakiem zapytania. Chociaż dzieje Stanów Zjednoczonych zawsze były nacechowane różnymi niepokojami społecznymi i aktami gwałtu, to dzisiaj jednak są one wyjątkowo popularne.

– rozmawiała Anna Szczepańska

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy



Tomasz Żyro jest politologiem, profesorem nauk humanistycznych, wykładowcą Wydziału Nauk Politycznych i Studiów Międzynarodowych UW. Wykładał na Wydziale Nauk Humanistycznych i Społecznych SWPS w Warszawie oraz był dziekanem Wydziału Bezpieczeństwa Narodowego Akademii Sztuki Wojennej. Autor wielu prac m.in. „Boża plantacja. Historia utopii amerykańskiej”; „Od Waszyngtona do Clintona” pod red. Tomasza Żyro; „Ideologia Americana”.
Zobacz więcej
Rozmowy Najnowsze wydanie
Kości nigdy nie kłamią, czyli opowieści z sarmackiej krypty
Bolszewicy w 1920 roku, przechodząc przez Kresy pootwierali trumny metalowe tamtejszych rodów jak konserwy, ostrymi narzędziami.
Rozmowy Najnowsze wydanie
Druga gruba kreska III RP
Czyli jeżeli ktoś nakradł, to w interesie publicznym leży przyklepanie tej kradzieży? Najwyraźniej tak.
Rozmowy Poprzednie wydanie
Być jak Szalony Koń, który pobił białego generała
Indianie niechętnie przyjmują białych w swoich rezerwatach. Wciąż mają uraz.
Rozmowy wydanie 16.10.2020 – 23.10.2020
Bóg lubi narwańców
Dominikanin: Było pół godziny nerwów, „wyrzygania się” Bogu – i poczułem Jego działanie.
Rozmowy wydanie 16.10.2020 – 23.10.2020
Przed nami fala śmierci. Konieczny będzie lockdown
Robert Tekieli: Namawiają do wysadzania budynków rządowych. Udają wariatów, ale chodzi im o wywołanie katastrofy.