Historia

Zakłócenie porządku. Walki uliczne w stanie wojennym

Wyżsi dowódcy MO podkreślali, że ZOMO nie ma doświadczenia walki w „zamkniętych przestrzeniach” zakładów pracy ani pacyfikacji osób uzbrojonych w „broń białą”, jaką stanowią kilofy, siekiery, łańcuchy i rozgrzane w ogniu stalowe pręty. Zaś wojskowi, którzy znali taktykę walk ulicznych, nie chcieli wysyłać swoich ludzi, uczonych zabijania, nie obezwładniania.

Wydawałoby się, że termin „walki uliczne”, uświęcony wspomnieniami z Powstania Warszawskiego, jest trochę na wyrost, gdy mowa o starciach między milicją a demonstrantami bez użycia broni palnej. Oczywiście, po obu stronach jest adrenalina i brutalność, tyle, że milicja dysponuje atutem w postaci niemal niewyczerpanych rezerw ludzkich i materiałowych, łączności i logistyki. Czy można zatem osiągnąć w takiej konfrontacji coś więcej niż chwilowe wycofanie się spod kościoła plutonu „kosmitów”?

Jazda przez kwietniki

A jednak. Demonstracji ulicznych nikt, nawet największe „jastrzębie” podziemia, nie uważały za środek pokonania komunistów. Prędzej już spekulowano w pierwszych miesiącach po 13 grudnia na temat ewentualnego strajku generalnego połączonego z elementami pospolitego ruszenia. A jednak pokusa, by chociaż na godzinę, dwie, zobaczyć cofające się nyski i ciężarówki Star, przeznaczone do transportu ZOMO lub zatrzymanych, by wyskandować „tu jest Polska” i napatrzeć się do syta na hasła pisane solidarycą, zagrzewała entuzjastów przez osiem lat.

Jeśli ktoś zaczynał swoją karierę manifestanta jako nastolatek, przemykający za starszymi, w gronie rówieśników, podczas demonstracji na warszawskiej Starówce czy krakowskim Rynku w maju 1982, miał wszelkie dane, by w sześć lat później tłuc płyty chodnikowe na poręczne w rzucaniu kęsy betonu już jako chuligan z dowodem: chyba, że wcześniej zajął się jakąś poważniejszą „robotą” albo uznał cała sytuację za zbyt powtarzalną.

Oczywiście, dzieje walk ulicznych w Polsce Ludowej rozpoczynają się dużo wcześniej: w powszechnej pamięci zachowała się pacyfikacja demonstracji studenckich w Krakowie 3 maja 1947 roku, prof. Antoni Dudek rozpoczyna książkę poświęconą walkom ulicznym od starć na ulicach Poznania w czerwcu 1956, wśród manifestantów w Trójmieście epoki stanu wojennego wielu było weteranów starć z grudnia 1970.
1 maja 1983, Warszawa, przed katedrą Świętego Jana Chrzciciela na Starówce.Fot. PAP/Andrzej Rybczyński
W stanie wojennym jednak palma pierwszeństwa przypadła przechodniom i sympatykom Solidarności w Łodzi. ZOMO splądrowało tam siedzibę Zarządu Regionu już nad ranem 13 grudnia, nader jednak nieumiejętnie, pozostawiając na miejscu sprzęt poligraficzny. Kiedy około szóstej rano do miasta dotarli wracający z posiedzenia Komisji Krajowej w Gdańsku kierujący regionem Andrzej Słowik i Jerzy Kropiwnicki, przygotowali komunikat potępiający stan wojenny, zaczęli drukować ulotki i organizować strajk protestacyjny. ZOMO pojawiło się po raz drugi około południa 13 grudnia, wygarniając wszystkich z budynku i wdając się w pierwsze pojedynki ze świadkami.

W Łodzi było zresztą niespokojnie również przez kolejne dni: 14 grudnia stanęło kilka fabryk, w tym Zakłady im. Juliana Marchlewskiego, oddziały zmotoryzowane wkraczały więc zarówno tam, jak na uniwersytet (Wydział Prawa) i pod zarząd regionu, gdzie gromadzili się manifestanci. Również w Warszawie zaczęło się od manifestacji pod splądrowaną siedzibą Zarządu Regionu na Mazowieckiej i już po południu 13 grudnia ZOMO mogło ćwiczyć na placu Zbawiciela jazdę przez kwietniki.

Rekrutacja z tramwaju

W grudniu 1981 do walk ulicznych na największą skalę doszło jednak w Gdańsku po rozbiciu nad ranem 16 grudnia strajku w Stoczni Gdańskiej. Po dramatycznej pacyfikacji („Rozpędzony czołg bez ostrzeżenia wali w Drugą Bramę (…). Z bramy i barykady robi się najpierw harmonijka, która przez chwilę stawia opór, potem wraz z czołgiem jedzie do przodu. W górę wylatuje ciało jakiegoś chłopca i wali się na śnieg (…). Za czołgiem wjeżdża do stoczni długi szereg milicyjnych bud” – wspominał Marian Terlecki) konflikt przeniósł się na ulice: po początkowych próbach przedarcia się pod Pomnik Poległych Stoczniowców manifestanci skupili się w rejonie Węzła Piastowskiego i dworca PKP Gdańsk Główny. Walki trwały przez cały dzień, milicja utrzymała „posterunki” pod Biblioteką PAN i hotelem Heweliusz, gdzie indziej jednak oddawała pole.

Nic dziwnego: koleją SKM nadjeżdżały kolejne fale manifestantów, do centrum miasta ściągała wolna od obowiązku szkolnego młodzież. To w Gdańsku po raz pierwszy MO, obok standardowych granatów gazowych i armatek wodnych, w desperacji zdecydowała się użyć nowych, nieprzewidzianych żadnymi regulaminami środków: wystrzeliwanych wprost w tłum parzących rac sygnałowych oraz… ciężkich helikopterów wojskowych, które gwałtownie pikowały z wysokiego pułapu „przysiadając” nad głowami manifestantów, ogłuszając ich i przewracając podmuchem.

Manifestanci również nie pozostali dłużni: niewykluczone, że dały o sobie znać tradycje grudnia 1970, dość, że już 16.12.1981 po południu rozpoczęto miotanie w stronę ZOMO ciężkimi nakrętkami (mutrami) z rozkręcanego torowiska i kamieniami z rozkopywanych nasypów kolejowych.
Stan wojenny, Szczecin. Fot. PAP/ Jerzy Undro
To samo miało miejsce w dzień później, 17 grudnia, gdy po ocalałym torze SKM zaczęły nadjeżdżać składy z manifestantami wyposażonymi w oskardy do rozkopywania nasypu i kosze do noszenia kamieni oraz zawczasu przygotowane butelki z benzyną. Przystąpiono do szturmowania komisariatu kolejowego MO i kilku innych posterunków w mieście: jeden z transporterów opancerzonych zapędził się w pogoni za ekstremą aż do budynku dworca PKO, gdzie został unieruchomiony w jednym z korytarzy. Wszystko sprzyjało rekrutacji: gdy demonstrantom udało się przewrócić na ul. Świerczewskiego jeden z wozów tramwajowych, pasażerowie kolejnych, unieruchomionych w korku, ochoczo dołączyli do starć...

Wieczorem 17 grudnia kilka komisariatów było bliskich kapitulacji. Prawdopodobnie właśnie dlatego Gdańsk był jedynym miejscem w grudniu 1981 roku, gdzie władze zdecydowały się na użycie broni palnej przeciwko manifestantom w „sytuacji ulicznej”. To wówczas przez radioamatorów nagrane zostały rozmowy dowództwa operacyjnego ZOMO, powielane później tysiące razy na kolportowanych przez oficynę NOWA kasetach z „Pieśniami stanu wojennego”: „- Pod Komitetem [Wojewódzkim PZPR] na ostro idzie! – Czy idzie na ostro walka, czy idzie ostra amunicja? Bo to jest dla mnie różnica zasadnicza! - Cały czas o amunicji mówię. Ostrą amunicją strzelają seriami przy Komitecie!”.

Funkcjonariusze w niewoli

Manifestacje z Gdańsku zostały spacyfikowane; rany postrzałowe odniosły cztery osoby, zmarł od nich 23-letni Antoni Browarczyk. Ale bez porównania mocniej tkwi w pamięci zbiorowej inny przypadek „użycia broni”: podczas pacyfikacji przez ZOMO kopalń Górnego Śląska. Odpowiedzialność w sprawie tych zbrodni, jak zwykle w takich przypadkach, pozostaje rozmyta.

Wyżsi dowódcy MO podkreślali, że ZOMO nie ma doświadczenia walki w „zamkniętych przestrzeniach” zakładów pracy ani pacyfikacji osób uzbrojonych w „broń białą”, jaką stanowią kilofy, siekiery, łańcuchy i rozgrzane w ogniu stalowe pręty. Wojskowi, którzy znali taktykę walk ulicznych, nie chcieli wysyłać swoich ludzi, uczonych zabijania, nie obezwładniania. Ostatecznie stanęło na ZOMO.

Pierwsze strzały na Górnym Śląsku padły 15 grudnia w Kopalni Węgla Kamiennego „Manifest Lipcowy” w Jastrzębiu. Jak zwykle w takich przypadkach, bezpośrednim powodem otwarcia ognia była panika i brak łączności: czołg szturmujący bramę główną zawisł na barykadzie, pluton specjalny został „wciągnięty” w głąb kopalni przez na pozór cofających się górników – i w sytuacji otoczenia oddał salwę, ciężko raniąc cztery osoby. W pół godziny później, podczas kolejnego szturmu, milicja podjęła systematyczny ostrzał dachów kopalni, z których górnicy ciskali na szturmujących narzędzia i pręty.
Stan wojenny, Szczecin. Fot. PAP/ Jerzy Undro
Najgłośniejsza pozostaje jednak tragedia w KWK „Wujek” w Katowicach-Brynowie, do której doszło w dzień później: wieści o pacyfikacji „Manifestu Lipcowego” dotarły do strajkujących, którzy wyjątkowo starannie przygotowali się do obrony, szykując uzbrojenie i barykady. Również w przypadku ZOMO została przekroczona bariera psychologiczna, wyjątkowo silne były też naciski Warszawy na zakończenie protestu: w skład grupy uderzeniowej weszło kilka kompanii ZOMO i Wojska Polskiego i pluton czołgów, zmobilizowano również tzw. ROMO (Rezerwowe Oddziały Milicji Obywatelskiej), czyli kończących już zasadniczą służbę wojskową żołnierzy-ochotników. W skład grup uderzeniowych „Klon” i „Bojkot” wszedł nawet gigantofon, zaś oficerom, członkom „kompanii nadzwyczajnej” i plutonu specjalnego wydano pistolety maszynowe P-63 „Rak” z ostrą amunicją.

Atak rozpoczęto na chwilę przez wpół do dwunastej w południe – od czołgowego ostrzału kopalni ślepą amunicją, zrzutu pocisków gazowych z helikopterów i rozbicia czołgami murów. Przez półtorej godziny walki trwały ze zmiennym szczęściem: bez porównania gorzej uzbrojonym górnikom udało się unieruchomić i podpalić dwa czołgi, wziąć do niewoli kilku funkcjonariuszy, zniszczyć kilkadziesiąt „tarcz”. Około godziny 13 rozległy się pierwsze serie: to strzelał pluton specjalny ZOMO. Na miejscu zginęło sześciu górników, trzech następnych zmarło w szpitalu; o dziewiątej, po kilkugodzinnym „zawieszeniu broni”, załoga opuściła kopalnię.

Podobnie, jak masakra w Trójmieście w grudniu 1970 stała się, jak oceniają historycy, swoistą „przestrogą” dla ekipy Gierka, dramat w kopalni Wujek został zapamiętany przez ekipę Jaruzelskiego: owszem, ZOMO jeszcze kilkukrotnie pacyfikowało strajkujące zakłady pracy (po raz ostatni – w maju 1988), bijąc i masakrując robotników, nigdy jednak nie wydawano już oddziałom broni palnej: wyjątek stanowiły salwy w Lubinie, gdzie 31 sierpnia 1982 od strzałów zginęli Michał Adamowicz, Andrzej Trajkowski i Mieczysław Poźniak.

Granaty odbijane rakietą tenisową

Zwykłe pałki, pociski gazowe, armatki wodne, race okazywały się na manifestacjach wystarczająco skuteczne. Milicjanci i esbecy mordowali na komisariatach, w lesie, w szczerym polu, w bunkrach i na tamie we Włocławku – ulice pozostawały relatywnie bezpieczne: do najczęstszych obrażeń manifestantów należały złamania kości przedramienia i twarzoczaszki, pęknięcia kości potylicznej lub ciemieniowej połączone ze wstrząsem mózgu, oparzenia lub zatrucia gazem połączone z umiarkowaną niewydolnością oddechową, lub najczęściej po prostu „krwawe podbiegnięcia i wybroczyny masy mięśniowej pleców, ud i podudzi”: takie rezultaty uderzenia pałką goją się w ciągu kilku tygodni.
10 listopada 1982, Warszawa, manifestacja na skrzyżowaniu ulic Świerczewskiego i Marchlewskiego w drugą rocznicę rejestracji NSZZ Solidarność. Fot. PAP/Wojciech Kryński
A jednak to właśnie stosunkowo skromna praktyka chaotycznych, kilkugodzinnych starć i gonitw ulicznych zostało wyniesione jako jedno z najważniejszych doświadczeń przez kilkadziesiąt tysięcy osób żyjących w stanie wojennym. Po najpotężniejszych falach 3 maja i 31 sierpnia 1982 roku znany już był największy możliwy zasięg takich manifestacji w każdym mieście i skutki, jakie mogą one wywołać: mobilizacja znacznych sił milicyjnych, chwilowa panika, możliwość opanowania na krótko jakichś kojarzonych z partią lub MO lokali: szczytem marzeń było dotarcie do gmachu Komitetu Wojewódzkiego.

Znany był kalendarz tych manifestacji – 1 i 3 maja, 31 sierpnia, 13 grudnia, w pierwszych dwóch latach – kolejne „miesięcznice” stanu wojennego, od roku 1984 – rocznice męczeńskiej śmierci ks. Jerzego Popiełuszki. Znany był z grubsza ich scenariusz: 1 maja marzeniem było wdarcie się w szeregi oficjalnej manifestacji pierwszomajowej i dotarcie z transparentami Solidarności pod trybunę honorową, w pozostałe uroczyste dni zwykle zaczynało się od mszy świętej w którymś z „patriotycznych” kościołów.

Już na godzinę przed jej rozpoczęciem młodzież ściągała licznie, zwykle z chowanymi w nogawkach drążkami od transparentów. Po mszy – kilka słów kogoś obdarzonego basem i autorytetem na przykościelnym dziedzińcu i formowanie się pochodu: pod pomnik, na plac, pod komitet, na grób. Zwykle po kilkudziesięciu krokach napotykano kordon. Chwila ciszy, próby rozmowy („Zarządzam rozejście się manifestacji w ciągu trzech minut” – to dowódca, przez megafon lub wprost do tłumu), skandowanie z dalszych szeregów, lamentujące głosy starszych pań z boku. Potem szarża ZOMO, rozbijające pierwszy szereg, po której na asfalcie zostawały zmięte transparenty, czyjaś torebka, zgubione półbuty.

A potem – kilkugodzinna wolna amerykanka w możliwie wąskich uliczkach staromiejskich czy żoliborskich. Czasem w poprzek ulicy stawała bieda-barykada z kilku solidnych ławek, częściej „ruchomymi punktami osłaniającymi” były kontenery na śmiecie. Szaliki na twarzach w złudnej nadziei na ochronę przed gazem i identyfikacją (w połowie lat 80., wraz początkami kultury video o filmami o IRA, pojawiły się robione na drutach kominiarki „terrorystki”, odsłaniające tylko oczy).

Granaty gazowe, czasem, jeśli znalazł się błyskotliwy zagończyk, odbijane rakietą tenisową (dopóki nie roztopił się naciąg), częściej odrzucane: starsi wiedzieli, że wolno to robić tylko w rękawicach roboczych, młodsi uczyli się tego po pierwszym poparzeniu. Płyty chodnikowe, wykopywane z rozchwianych chodników i rozbijane o krawężnik metodą „na dwa i jeszcze na dwa”: miały zasięg do piętnastu metrów.
3 maja 1982, Warszawa, ulica Świętojańska na wysokości bazyliki archikatedralnej św. Jana Chrzciciela. Fot. PAP/Teodor Walczak
Ochrypłe skandowanie, na trzy lub cztery sylaby: „So-li-dar-ność”, „Ges-ta-po”, „Mor-der-cy”, wyjątkowo – pięć: „Lis! Michnik! Fra-sy-niuk!”. Z początku, w maszerującej kolumnie, manifestantom starczało jeszcze tchu na wymyślniejsze frazy: „Nie ma wolności bez Solidarności” lub „Znajdzie się pała na dupę generała”. Potem pozostawało dyszenie w trójtakcie: „Nie-pod-ległość!”, „So-li-darność!”, „Ges-ta-po!”. Czasem na początku manifestacji odzywał się, zapobiegliwie umieszczony gdzieś w koronie drzewa albo na opuszczonym strychu, sprzęt nagrywający z krótkim przemówieniem Wałęsy albo Bujaka.

Nic nie było słychać, wszyscy klaskali. Czasem przez megafon odzywała się milicja, wzywając do rozejścia się. Nic nie było słychać, wszyscy gwizdali. Jeżeli udawało się dopaść torowiska tramwajowego, w ruch szło kruszywo ciemne od rdzy i mazutu, ale nie słyszałem, żeby ktoś zdążył, gdańskim wzorem, odkręcać mutry.

Grupki chuligańskiej młodzieży

Czasem, na szerokich ulicach – na warszawskim Krakowskim Przedmieściu czy w krakowskiej Nowej Hucie – dochodziło do konfrontacji dwóch szeregów: karatecy-amatorzy i chłopaki po służbie u komandosów, skupieni w Grupach Oporu „Solidarni”, brali po dwóch pleksiglasowe tarcze ZOMO-wców i ukręcali je razem ze stawem łokciowym. O takich akcjach krążyły legendy, ale w rzeczywistości jeńców i łupów było mało: to w Paryżu po 1968 na studenckich mansardach zadawano szyku mundurami skonfiskowanymi „flickom”, w Warszawie najczęściej eksponowano tekturowe hełmy ORMO z demobilu. Czasem robotnikom udawało się przewrócić i podpalić nyskę: żadne dymy ofiarne, żadne kadzidła nie mogły się równać z tą wyborną wonią płonącej benzyny, plastiku i purchlącego się lakieru.

Marzono o „jeżykach”, rzucanych pod koła ciężarówek. Z początku wydawało się, że wystarczy skręcić je z mocnego drutu w imadle, ale rychło okazało się, że Stary ważą więcej niż gaziki za okupacji i jeżyki trzeba spawać z drutu o średnicy co najmniej 4 mm, a jeszcze potem ostrzyć; nigdy nie stały się zatem bronią masową, w odróżnieniu od ciskanych z okien staromiejskich kamienic doniczek z pelargonią. Ta ostatnia technika sprawdziła się zresztą również, kiedy w 3 maja 1982 demonstrantom udało się opanować most Śląsko-Dąbrowski w Warszawie i z jego wysokości skutecznie blokować ruch kolumn ZOMO na Wisłostradzie.

Jeśli butelki z benzyną (rzadko) to banalne, z płonącym gałgankiem; mało kto miał cierpliwości do sporządzania roztworu kwasu siarkowego tak, by były to rzeczywiście butelki samozapalające. Proce strzelające śrubami i kulkami miały fantastyczny zasięg, ale fatalną celność.

Azyl dla opozycyjnych dziennikarzy. Pismo, które dało zarobić zwolnionym publicystom

Maziarski, Kalabiński, Fikus, Łojek, Bratkowski, Łukasiewicz… Usunięci z państwowych mediów, znaleźli pracę w niszowym miesięczniku, pod skrzydłami partyjnego prezesa.

zobacz więcej
Większości pozostawało skandowanie, odwrót, zbieranie się za warzywniakiem, „W tamtą”, skandowanie, wyjęcie z umocowanego na latarni pierścienia ostatniej ocalałej flagi, i jeśli czerwona – podarcie, a jeśli biało-czerwona – domalowanie na niej kotwicy za pomocą podanej przez usłużną patriotkę szminki. Bieg. Skandowanie. Bieg. Kilka „zajączków” z rozcapierzonych palców do widzów, stojących bezpiecznie na balkonach. Wskakiwanie sobie nawzajem na plecy, bo ocenić rozmiary manifestacji. „Ale ludzi!” „No, ze trzysta osób tam z przodu”.

Powroty w podartej kurtce. Oglądanie z dziką satysfakcją relacji w Dzienniku Telewizyjnym: „Dziś po południu doszło do krótkotrwałego zakłócenia ruchu ulicznego przez grupki chuligańskiej młodzieży”. Nic, tylko zacytować fragment sentymentalnej ballady, śpiewanej w tamtych latach przez Oddział Zamknięty: „Nie zamieniłbym tych paru dni na żaden skarb, na nic”.

– Wojciech Stanisławski

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy

Zdjęcie główne: 3 maja 1982, Warszawa, Rynek Starego Miasta. Fot. PAP/Teodor Walczak
Zobacz więcej
Historia Poprzednie wydanie
Dla niego kelnerzy podsłuchiwali polityków. Najlepiej opłacany...
Kiedy zaczęły się obrady rządu, coś poruszyło się za kotarą. Odsunięto zasłonę i oczom zdumionych ministrów ukazał się…
Historia Poprzednie wydanie
Polskie Kresy wstępują do sowieckiego raju
Żeby był porządek na jeden mandat z okręgu był uzgodniony tylko jeden kandydat.
Historia Poprzednie wydanie
Mało biłam dzieci. Jeżeli je biłam, to tylko na polecenie
Zła, okrutna. Nigdy nie widziałam jej bez pejcza. Traciłyśmy przytomność – mówią jej ofiary.
Historia wydanie 16.10.2020 – 23.10.2020
Wywiesiliśmy proporce z barwami narodowymi i godłem. Jak...
Hydroplan z czarnym napisem U.S. COAST GUARD zrzucił mały, płócienny woreczek zawierający krótką wiadomość: „Are you O.K.?”
Historia wydanie 16.10.2020 – 23.10.2020
Nie tylko Haberbusch i Schiele. Jak Niemcy zostawali Polakami
Ojciec poety był weteranem powstania styczniowego, dziad – listopadowego. Ale prapradziad przybył z Turyngii.