Rozmowy

Pogranicznik, który śpiewał dla Jana Pawła II i wygrał „Szansę na sukces”. Dziś debiutuje w Opolu

Kiedyś miałem okazję zaśpiewać „Dziwny jest ten świat” z repertuaru Czesława Niemena, zaproponował mi to Mieczysław Smyda, dyrygent Krynickiej Orkiestry Zdrojowej. Trzeba mieć w sobie dużo odwagi, aby zabierać się za takie dzieło. Ale się przemogłem. Tam jest taki fragment: „Lecz ludzi dobrej woli jest więcej i mocno wierzę w to”. Pomyślałem, że jeśli potrafię to we właściwy sposób zaśpiewać, to będzie chwała, jeśli nie, to będzie chała. Jakoś się udało – mówi ze śmiechem Tomasz Jarosz z Kamionki Wielkiej w Małopolsce.

Funkcjonariusz Straży Granicznej, muzyk Orkiestry Reprezentacyjnej SG i wokalista zespołu Lachersi wygrał wiosenną edycję programu „Szansa na Sukces. Opole 2020”. Zaledwie tydzień wcześniej zwyciężył w odcinku programu z piosenkami Formacji Nieżywych Schabuff. Gdy po głosowaniu esemesowym widzów trafił do ścisłej, finałowej trójki, wylosował utwór De Mono „Póki na to czas”. I zgarnął wygraną w swoje urodziny.

Wystąpi w koncercie Debiutów podczas Festiwalu Polskiej Piosenki w Opolu, który w tym roku odbywa się 4 – 7 września, wraz ze swoim zespołem Lachersi. Wykonają autorski utwór „Twoja szansa”, w klimacie folkowym – z muzykę Macieja Niecia i tekstem Ewy Jarosz, żony finalisty.

Wszystkie informacje związane z Festiwalem w Opolu można śledzić na stronie festiwalopole.tvp.pl
TYGODNIK TVP: Śpiewanie to pana największa pasja?

TOMASZ JAROSZ:
Tak, choć początkowo marzyłem, by zostać muzykiem. Kiedy miałem 7 lat lubiłem stukać łyżeczkami po stole w rytm melodii, którą słyszałem w radiu. Rodzice to zauważyli i kilka lat później zapisali mnie do szkoły muzycznej. Chciałem uczyć się grać na perkusji, ale wolne miejsca były jedynie na trąbkę i klarnet. Wybrałem ten ostatni instrument, bo mieliśmy już taki jeden w domu – tata Bartłomiej jest klarnecistą. I nie żałuję swojego wyboru.

Niedługo potem przyszły zainteresowania wokalne. Jako 13-latek zacząłem śpiewać psalmy w kościele. Później doszły wystąpienia na weselach i imprezach okolicznościowych. W pierwszym zespole, w którym grałem, nie miał kto odezwać się do mikrofonu, więc wziąłem to na siebie. Zacząłem mówić do ludzi, śpiewać, skakać na scenie w prawo, w lewo i do tej pory mi to zostało (śmiech).

Szlifowałem umiejętności w swoim zespole Lachersi i w Orkiestrze Reprezentacyjnej Straży Granicznej, nawiązującej do tradycji słynnego przedwojennego 1. Pułku Strzelców Podhalańskich. I tak się składało, że było coraz więcej śpiewania, a coraz mniej grania w moim życiu. Bardzo lubię to robić, ale czy umiem – to zostawiam do oceny publiczności.

Czy było łatwo pogodzić występy w zespole folkowym i Orkiestrze Straży Granicznej? Na pierwszy rzut oka to wydają się być dwa odmienne światy.

Czuję się w tych dwóch miejscach tak samo dobrze. Pierwsza w moim życiu pojawiła się orkiestra. Po odbyciu służby kandydackiej do Straży Granicznej przeszedłem na zawodowego funkcjonariusza, do orkiestry wstąpiłem w czerwcu 2003 roku i przez wiele lat występowałem tam jako klarnecista. Zespół gra podczas wielu uroczystości na terenie całego kraju i za granicą: na festiwalach, defiladach, paradach. Nagrał też wiele płyt i to nie tylko z repertuarem muzyki klasycznej, lecz także rozrywkowej i regionalnej, co łączy się z tym, co robię w swoim zespole folkowym.

Wydziedziczono baców. Mówiono, że owce niszczą góry. Teraz wracamy!

Fujara ma dwa metry długości. Końcówka jest subtelna. Dwojnica ma sześć otworów i zarazem wcale. A trombita musi być szczelna. O co chodzi i jak to się robi?

zobacz więcej
Podhalańczycy to jedyna orkiestra typu wojskowego używająca tradycyjnych instrumentów ludowych. Są trombity beskidzkie, dudy podhalańskie, dzwonki pasterskie – „zbyrcoki”, góralska ciupaga w ręku tamburmajora. Od wielu lat najmocniejszą stroną orkiestry jest musztra paradna. Z kolegą Grzesiem Talarem tańczyliśmy zbójnickiego. Podbiegamy do siebie, uderzamy siekierkami, jak rasowi górale.

Zapadł panu w pamięć jakiś szczególny koncert z udziałem Orkiestry Reprezentacyjnej?

Tak, występ przed Janem Pawłem II. Było to w grudniu 2004 roku, czyli cztery miesiące przed jego śmiercią. Księża z parafii na Krzeptówkach w Zakopanem jeździli co roku z choinką dla Ojca Świętego i poprosili nas, abyśmy z nimi pojechali. Najpierw była audiencja generalna w auli Pawła VI, a później udało się zorganizować dla nas audiencję prywatną. Papież nie był w dobrej kondycji, ale zgodził się na spotkanie. Zagraliśmy dla niego kolędy. Później każdy mógł podejść, ucałować pierścień i popatrzyć mu w oczy. Wręczył nam różaniec, który mam do dzisiaj. Mam zdjęcia pamiątkowej z tej wizyty. Było coś wyjątkowego w tej postaci, co trudno opisać słowami. Bardzo przemawiały do mnie jego słowa i pouczenia. Jestem osobą wierzącą i praktykującą i staram się postępować według dekalogu.

Ten występ zawsze będzie bliski mojemu sercu ale kolejne też były ważne. Szczególnie, kiedy do występów doszedł mój śpiew solowy – pierwszy był w 2011 roku w Gdańsku, kapelmistrz zaproponował mi śpiewanie, ponieważ solista Wacek Wacławiak musiał wystąpić w innym miejscu. Podjąłem wyzwanie. Miał to być jednorazowy epizod, ale po koncercie kapelmistrz podszedł do mnie mówiąc, że wykorzystałem swoje pięć minut i tak rozpocząłem regularną przygodę wokalną. Trwa to już ponad 9 lat, jeśli chodzi o orkiestrę, a ogólnie ponad 16. Co mnie bardzo cieszy, w repertuarze orkiestry są też aranżacje kilku piosenek Lachersów.

W Lachersach prezentowana jest muzyka Lachów Sądeckich, ale też Limanowskich i Szczyrzyckich. Taki był zamysł utworzenia grupy, aby promować ten region?

Jestem patriotą lokalnym i zespół regionalny to moja druga wielka miłość. Zainspirował mnie do tego mój tata, który zaszczepił we mnie szacunek do małej ojczyzny. Jako pierwszy nauczył mnie krakowiaka czy polki.
Lachy Sądeckie stanowią grupę pośrednią między góralami karpackimi a ludnością nizinną centrum Małopolski. Dlatego też kultura Lachów łączy elementy góralskie, występujące w Karpatach, z elementami rolniczej kultury małopolskiej, szczególnie Krakowiaków Wschodnich.

Ich ubiór harmonijnie łączy elementy obu kultur: od razu rzucają się w oczy sercówki na spodniach, nawiązujące do góralskich parzenic, czy szerokie bacowskie pasy, a równocześnie gostwiccy drużbowie paradują w czerwonych krakuskach z pawimi piórami, niemal jak na krakowskim rynku.

Ich muzyka jest wesoła, energetyczna, dynamiczna. W naszym repertuarze mamy utwory ludowe w gwarze, które były przekazywane ustnie z dziada pradziada. Kiedyś ludzie mieli niewiele i byli bardziej otwarci na siebie. Integrowali się przy ogniskach. Były wspólne przyśpiewki. I tak tradycyjne piosenki przechodziły z pokolenia na pokolenie. Czy potrafimy je odwzorować na naszych koncertach, to trzeba o to zapytać etnografów czy starszych mieszkańców. Staramy się jak najlepiej odzwierciedlić dawne melodie i słowa.

Większość naszych utworów jest utrzymanych w klimacie folkowym, w aranżacjach bardziej współczesnych, rockowych, żeby były bardziej przyswajalne dla młodego pokolenia. Dzięki obecności gitary, perkusji czy klawiszy są mocniejsze brzmienia, więc fajnie się człowiek nakręca na scenie.

Scena to pana żywioł?

Na scenie rozpiera mnie energia. Dla mnie nie jest ważne, czy słucha mnie kilka tysięcy, czy jedynie garstka osób. Niech będzie nawet ta jedna, będę śpiewał tylko do niej. Bo dla mnie każdy koncert jest taki sam. Oddaje się mu na sto procent. Mogę mieć słabszy dzień, ale całe serce wkładam w to, żeby wyszło jak najlepiej. Cieszę się, że ludzie reagują na nasz zespół bardzo pozytywnie, doceniają to co robimy.

Ale miał pan jednak za mało wrażeń i zdecydował się na udział w programie „Szansa na sukces”.

To było moje marzenie od lat młodzieńczych, kiedy program prowadził jeszcze Wojciech Mann. Program jest marką samą w sobie, z bogatą historią. Wyszły z niego wielkie gwiazdy, do dziś bardzo cenione, jak choćby Justyna Steczkowska, Joanna Kulig czy Katarzyna Stankiewicz.
odc. 10 – Formacja Nieżywych Schabuff
Długo zastanawiałem się, czy spróbować tam swoich sił. Bałem się, że źle wypadnę i mnie wyśmieją. Kiedy zdobyłem się na odwagę, program ściągnęli z anteny. Gdy zatem wrócił do telewizji, żona Ewa namówiła mnie na casting. Opierałem się, ale uparcie mnie przekonywała, za co jestem jej bardzo wdzięczny. Po występie na castingu nie wierzyłem, że TVP się do mnie odezwie. A jednak – zatelefonowano, że przechodzę dalej.

Poinformowano mnie, że planowane są piosenki o wiośnie z repertuaru Wojciecha Młynarskiego, Marka Grechuty i Alibabek. Nie byłem do nich przekonany, bo to nie jest mój klimat. Zapytałem czy jest możliwość wyboru czegoś innego i dostałem odpowiedź, że mogę wybrać utwory zespołu Formacji Nieżywych Schabuff. Pomyślałem wtedy, że spadłem z deszczu pod rynnę (śmiech).Olek Klepacz śpiewa dość nisko, to nie jest mój rejestr i nie wiedziałem czy sobie dam radę.

Miałem tydzień, aby się przygotować do programu. Wylosowałem utwór „Poranki”, choć bardzo się bałem tej piosenki. Za wysoko nie dało się jej zaśpiewać, więc postawiłem na interpretację. I wygrałem odcinek. Co mnie zaskoczyło, bo się tego zupełnie nie spodziewałem.

Finał programu „Szansa na sukces” musiał pana jeszcze bardziej zaskoczyć, jak pan wspomina jego atmosferę?

Jeśli chodzi o całą produkcję, ekipę programu, technikę, reżysera to atmosfera była świetna. Wszyscy podchodzili do siebie spokojnie, bez krzyku, stresu. Jeśli chodzi o uczestników, to dla mnie byli to snajperzy wokalni. Wydawało mi się, że nie mam z nimi szans. Co mnie ucieszyło to brak zaciętej rywalizacji między nami. Wręcz odwrotnie – toczyliśmy ze sobą życzliwe rozmowy.

Raz sobie zażartowałem, że wesoło to będzie, kiedy tekst nie wyświetli się na ścianie podczas finalnego występu. I tak tez się niestety stało (śmiech). Miałem zaśpiewać „Ławkę” Formacji Nieżywych Schabuff. Co mi bardzo odpowiadało. To żywy numer, w mojej skali głosowej. Kiedy weszły pierwsze takty melodyczne, tekst się nie pojawił. Przez chwilę miałem czarną dziurę w głowie. Na szczęście umiałem go na pamięć, ale i tak pojawił się stres i zimny pot na plecach. Na szczęście dopingował mnie za plecami świetny band Grzegorza Urbana. Każdemu życzę takiego. Jakoś sobie poradziłem i adrenalina zaczęła spadać.
Po występie zaczęły się kolejne nerwy, kiedy Artur Orzech zaczął wyczytywać pierwszą trójkę. Najpierw padły nazwiska Julii Bojur i Sylwii Frączek. W żadnym wypadku nie pomyślałem, że będzie odczytane również moje. Siedziałem nieco zrezygnowany, więc kiedy jednak usłyszałem swoje nazwisko to był wrzask radości.

W ścisłym finale zaśpiewałem piosenkę De Mono „Póki na to czas”. Rozstrzygnięcie również mnie bardzo zaskoczyło. Nie mogłem uwierzyć w to, co się stało. Wychodziłem ostatni, żeby zaśpiewać, a skończyłem jako pierwszy. To była tak wielka radość, że nawet nie pamiętam jak się zachowywałem, co mówiłem.

Były jakieś pojedyncze złośliwe uwagi widzów pod moim adresem, ale starałem się tym nie przejmować tylko grzecznie na nie odpowiadałem. Nie muszę wszystkich zadowolić wokalnie czy wizerunkowo. Cała Polska nie musi przecież kochać Tomka Jarosza. Jeszcze się taki nie narodził, aby wszystkim dogodził. Starałem się być sobą, jestem jaki jestem, niczego nie udaję. Albo to ludzie zaakceptują, albo nie.

Po finale kilku uczestników „Szansy…” razem z Arturem Orzechem zrobiło mi niespodziankę i przyjechało z do mnie do hotelu. Zaśpiewali mi sto lat, złożyli życzenia. To było bardzo miłe, bo przecież nie musieli tego robić. To było wesołe spotkanie, więcej szczegółów nie zdradzam (śmiech).

Teraz zbieram siły na występ w Opolu aby wyszło jak najlepiej.

Festiwal Opolski ma długą i bogatą tradycję, sięgającą 1963 roku. Na scenie tamtejszego amfiteatru występowali najwięksi artyści polskiej piosenki, jak choćby zmarła niedawna Ewa Demarczyk, Maryla Rodowicz czy Czesław Niemen. Czy dla pana to miejsce jest ważne?

Oczywiście, śledziłem te wydarzenia przez wiele lat. Dla mnie to jest festiwal historyczny, legendarny, największy w Polsce. W Opolu rodziły się przecież największe przeboje. Występowali wybitni polscy artyści, którzy mogli pokazać swój talent szerszej publiczności. Nie było przecież wtedy internetu czy platformy YouTube.

Stana Borysa czepiali się za krzyżyk na szyi. Laskowikowi nie dali rady. Cenzorzy w Opolu

Agnieszka Osiecka musiała w swoim tekście podwyższyć kwotę zarobków polskiego obywatela. Maryla Rodowicz śpiewając „Był sobie król” rzekomo drwiła z Breżniewa, a „Wielką wodą” – z klęski żywiołowej.

zobacz więcej
Szczególnie doceniam wybitny talent wokalny Czesława Niemena, to ikona polskiej piosenki. Kiedyś miałem okazję zaśpiewać z jego repertuaru „Dziwny jest ten świat” – Mieczysław Smyda, dyrygent Krynickiej Orkiestry Zdrojowej zaproponował mi, abym zaśpiewał z udziałem Orkiestry, w tym tę piosenkę. Początkowo ogarnął mnie strach. Trzeba mieć w sobie dużo odwagi, aby zabierać się za takie dzieło. Ale się przemogłem. Tam jest taki fragment; „Lecz ludzi dobrej woli jest więcej i mocno wierzę w to”. I pomyślałem sobie, że jeśli potrafię to we właściwy sposób zaśpiewać, to będzie chwała, jeśli nie, to będzie chała (śmiech). Na szczęście jakoś się udało to chyba przyzwoicie wykonać.

Lubię też wokal innych artystów występujących niejednokrotnie na opolskiej scenie, jak między innymi Mieczysława Szcześniaka, Zbigniewa Wodeckiego, Janusza Radka czy Piotra Cugowskiego.

Kiedyś wspomniałem żonie, że byłoby fajnie pokazać się w takim miejscu. I jak widać marzenia się spełniają. Tak wygląda całe moje życie. Pomyślę sobie o czymś i to spełnia się za rok, czy dwa. Może nie wszystko, ale większość moich pragnień prędzej czy później się realizuje.

Wystąpi pan na Festiwalu solo czy z Lachersami?

Nie wyobrażam sobie inaczej, jak tylko ze swoim zespołem. To będzie podziękowanie za ich pracę. Wykonamy nasz autorski utwór „Twoja szansa”, więc można się domyślić o czym będzie (śmiech). Chociaż nie jest związany z tytułem programu. Nie będę zdradzał treści piosenki, chciałem, aby była pozytywna i w klimacie folkowym. Muzykę do niej napisał Maciej Nieć, współzałożyciel Lachersów, aranżer, kompozytor, klawiszowiec, a tekst – moja żona Ewa. Po wielu próbach udało mi się ją namówić, bo od czasu do czasu pisała wiersze, ale jakoś nie chciała się nimi tak szeroko dzielić.

Podczas występu chcę pokazać swój żywiołowy charakter na scenie. Mam nadzieję, że się to spodoba publiczności. Czy wygram, czy nie, to nie jest ważne, ważne, że mogę tam zaśpiewać. Zostawiam górze i losowi, jak to się finalnie potoczy.

Jeszcze raz powtórzę: to dla mnie wielki zaszczyt tam być. I gdyby nie żona, dzieci, to po tym występie mogę umierać (śmiech).

A jeśli pan wygra, to co wtedy?

Po pierwsze będę głośno krzyczał z radości. Co zdarzy się później, to czas pokaże. Bo ktoś musi chcieć nas zauważyć, chcieć podpisać z nami kontrakt. To, co teraz wiem, to na pewno nie pójdę w stronę kariery solowej, bo Lachersi są zawsze w moim sercu. Traktuję ich jak braci.

Jestem pewien, że nie uderzy mi woda sodowa do głowy. Mimo całej otoczki artystycznej i medialnej, najważniejsza w moim życiu jest rodzina: żona i dzieci. I zawsze tak będzie. Były chwile zwątpienia, a ona zawsze była obok mnie, wspierała mnie w trudnych chwilach. Zadbała o ciepło rodzinne, praktycznie sama wychowała córki, bo ja ciągle byłem w rozjazdach. To wszystko zdobyłem dzięki niej.

W waszym domu musi być dużo muzyki na co dzień. Czy pana dzieci przejęły po panu miłość do śpiewu?

Dwie córki, 13-letnia Zuzia i 11-letnia Patrycja chodzą do szkoły muzycznej. Śpiewają w szkolnych konkursach. To był ich wybór. Nie namawiałem ich do tego, tylko im to umożliwiłem. Teraz ile mogę, to pomagam. Liczę, że przynajmniej skończą szkołę I stopnia. Muszą być odpowiedzialne za swoje decyzje. Najmłodsza córka Ola, która ma 8 lat, ma zespół Downa, ale mimo choroby też wykazuje zdolności muzyczne. Ma poczucie rytmu, wie jak trzymać linię melodyczną. Kocha moje kołysanki na dobranoc, lubię dla niej wymyślać przed snem różne piosenki.
Mimo całej otoczki artystycznej i medialnej, najważniejsza w moim życiu jest rodzina: żona i dzieci. I zawsze tak będzie – mówi Tomasz Jarosz. Fot. Barbara Pogwizd
Zawsze marzyłem aby przynajmniej z jedną z nich zaśpiewać na scenie. I tak się zdarzyło przy okazji otwierania boiska sportowego przy szkole podstawowej w Królowej Polskiej. Zaśpiewałem z Zuzią, dla mnie to było mega przeżycie, mimo że to nie była przecież wielka scena. Córka była również bardzo podekscytowana, co mnie bardzo wzruszyło.

Póki co cieszę się, że córki idą w tym samym kierunku co ja. Jestem dumnym ojcem i spełnionym człowiekiem. Może do pełni szczęścia brakuje mi jedynie autobusu, którym mógłbym jeździć w turystyczne trasy (śmiech). Mam na niego wyrobione prawo jazdy. Na pewno byłby bardzo rozśpiewany, ja bym intonował pierwszą zwrotkę piosenki, a resztę kończyliby jego pasażerowie. I liczę, że prędzej czy później będę go miał (śmiech).

– rozmawiała Monika Chrobak, dziennikarka Polskiego Radia

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy

Zobacz więcej
Rozmowy Najnowsze wydanie
Kości nigdy nie kłamią, czyli opowieści z sarmackiej krypty
Bolszewicy w 1920 roku, przechodząc przez Kresy pootwierali trumny metalowe tamtejszych rodów jak konserwy, ostrymi narzędziami.
Rozmowy Najnowsze wydanie
Druga gruba kreska III RP
Czyli jeżeli ktoś nakradł, to w interesie publicznym leży przyklepanie tej kradzieży? Najwyraźniej tak.
Rozmowy Poprzednie wydanie
Być jak Szalony Koń, który pobił białego generała
Indianie niechętnie przyjmują białych w swoich rezerwatach. Wciąż mają uraz.
Rozmowy wydanie 16.10.2020 – 23.10.2020
Bóg lubi narwańców
Dominikanin: Było pół godziny nerwów, „wyrzygania się” Bogu – i poczułem Jego działanie.
Rozmowy wydanie 16.10.2020 – 23.10.2020
Przed nami fala śmierci. Konieczny będzie lockdown
Robert Tekieli: Namawiają do wysadzania budynków rządowych. Udają wariatów, ale chodzi im o wywołanie katastrofy.