Rozmowy

Wyżej na liście proskrypcyjnej. Jak rodził się NZS

Jarosław Guzy: „To były okrutnie wyczerpujące miesiące. Schudłem prawie 20 kilo.” Agnieszka Romaszewska-Guzy: „Mało kto może o sobie powiedzieć, że spał w gabinecie rektora UW, a my tak”. Współtwórcy Niezależnego Zrzeszenia Studentów opowiadają o gorących latach 1980-81.

40 lat temu, 17 lutego 1981 r. władze PRL, po wielu miesiącach odwlekania, zgodziły się na rejestrację NZS. Stało się to dopiero wskutek strajków studenckich. Pierwszym szefem NZS został Jarosław Guzy.

TYGODNIK TVP: Następstwem wydarzeń z sierpnia 1980 roku było nie tylko powstanie Solidarności, ale także Niezależnego Zrzeszenia Studentów. Czym kierowali się studenci zakładając NZS?

AGNIESZKA ROMASZEWSKA:
Poczuciem, że powinna powstać nie tylko Solidarność, która była organizacją pracowniczą – trzeba było być zatrudnionym, by do niej należeć – ale i organizacja studencka. Młodzi ludzie zawsze są skorzy do aktywności. Tak było nie tylko w latach 80., ale również w czasach przed Solidarnością. Przypomnę młodzieżowy odpowiednik Komitetu Obrony Robotników (KOR), jakim były Studenckie Komitety Solidarności (SKS), zakładane w drugiej połowie lat 70. Do tego wiosną 1980 roku, tuż przed powstaniem Solidarności, w Krakowie założono Akademicki Ruch Odnowy (ARO).

JAROSŁAW GUZY: Studenci podzielali nastroje, jakie wtedy były obecne w Polsce. Za przebudzeniem w sierpniu 1980 roku szło nie tylko powstanie niezależnych związków zawodowych, ale dążenia wszystkich możliwych środowisk, które chciały uzyskać maksimum wolności.
Agnieszka Romaszewska-Guzy i Jarosław Guzy. Fot. PAP/Marcin Obara/Leszek Szymański
Jakie znaczenie miało doświadczenie liderów NZS, wyniesione z wcześniejszej działalności opozycyjnej? Z KOR i SKS współpracowali m.in. Jacek Czaputowicz i Teodor Klincewicz, z ROPCiO Wojciech Bogaczyk. Pan także był związany z SKS.

J.G: Można powiedzieć, że SKS przekazał pałeczkę. Na początku lat 80. tzw. stary SKS w większości skończył już studia. Na Uniwersytecie Jagiellońskim, na którym studiowałem socjologię, byli jeszcze m.in. Boguś Sonik (na drugim kierunku), Bronek Wildstein, Józef Maria Ruszar, Andrzej Mietkowski czy Ania Krajewska. Oni byli zaangażowani w działalność NZS – Andrzej Mietkowski był nawet w Ogólnopolskim Komitecie Założycielskim – przy czym dość krótko, bo rozpoczęli działalność w ramach Solidarności. Zastąpił ich tzw. młody SKS, m.in. Janek Rokita.

Dla mnie podjęcie działalności w NZS było zwieńczeniem pomysłów, które pojawiły się w trakcie moich studiów w latach 70., w ramach właśnie SKS. Był to bardzo aktywny czas w kręgach opozycyjnych na Uniwersytecie Jagiellońskim; począwszy od czarnego marszu po zamordowaniu Stanisława Pyjasa (pierwszej demonstracji, w jakiej wziąłem udział) i założenia SKS, przez zbieranie podpisów pod listami protestacyjnymi w sprawie wpisania kierowniczej roli PZPR do konstytucji, po wydarzenia z czerwca 1976 w Radomiu i Ursusie, i listy w obronie represjonowanych.

SKS nie rozwinął się – jeżeli chodzi o formalne członkostwo – poza grupę kilkunastu osób. Ale był również szerszy, zewnętrzny krąg opozycyjny. I do niego się zaliczałem. Między innymi brałem udział w kolportażu bibuły.

A.R.: W NZS na Uniwersytecie Warszawskim, na którym studiowałam historię, było trochę osób, które miały związki z opozycją przedsierpniową: z SKS, KOR czy z Uniwersytetem Latającym. Część działaczy warszawskiego SKS skończyła już studia. Na przykład Lutek Dorn czy Ula Doroszewska. Na ostatnim roku matematyki był Marcin Gugulski.

Niemniej było też wielu nowych ludzi, którzy nie mieli doświadczenia opozycyjnego.

W jakich okolicznościach związali się państwo z NZS?

A.R.: Byłam na najdłuższych w moim życiu wakacjach. Dlatego że na studia trafiłam jako laureatka olimpiady historycznej, i nie musiałam zdawać egzaminów wstępnych. Już wtedy słyszałam od kolegów, że coś się dzieje w Dom Studenckim Mikrus, który był siedliskiem opozycyjnym przy Politechnice Warszawskiej.

Według mnie ten akademik powinien nosić imię swojego najbardziej znanego w tamtych czasach mieszkańca, Teodora Klincewicza, który był przewodniczącym NZS na PW, a potem wiceprzewodniczącym Komisji Krajowej NZS. Dla mnie to Dom Studencki „Teoś”.

Inauguracja pierwszego roku odbyła się 1 października na dziedzińcu uniwersyteckim. Wystawiono tam stolik, przy którym przyjmowano zapisy do NZS, i tam właśnie – pierwszego dnia studiów – do NZS się zapisałam.

Świat zmieniają hobbyści

Jacy byliby Polacy, gdyby wystrzegali się buntów i wstrząsów? Moim zdaniem gorsi, mniej ciekawi, bardziej popsuci. Gdzie dowody? Nie mam. Na takie tezy nie da się zgromadzić dowodów.

zobacz więcej
Niebawem powstał Ogólnopolski Komitet Założycielski (OKZ NZS). Zostałam jego rzecznikiem prasowym, choć nie miałam zielonego pojęcia, co to w praktyce oznacza. Ale nie wszystkie uczelnie od początku były reprezentowane w OKZ NZS. Dopiero z czasem się to zmieniało.

J.G.: Dla mnie sytuacja była szczególna. Kończyłem studia socjologiczne i choć rozpoczynałem drugi kierunek, historię, to nie oczekiwałem, że jeszcze przeżyję na uczelni coś wspaniałego. Byłem już trochę poza normalnym życiem studenckim. Ale kiedy pojawiła się szansa, by zrealizować pierwszy postulat SKS, mówiący o powstaniu niezależnej organizacji studenckiej, to z obowiązku musiałem wziąć w tym udział. Nie zakładałem jednak, że będę bardzo aktywny.

Zapisy odbywały się na ul. Grodzkiej, na dziedzińcu Collegium Broscianum UJ, w którym miałem zajęcia.

Inicjatywa wyszła ze strony środowiska akademickiego z Gdańska.

J.G.: Tak, ale trzeba pamiętać, że oni byli w sytuacji uprzywilejowanej, jako że uczestniczyli w wydarzeniach sierpniowych. Dlatego napisali pierwszą deklarację NZS. Ale te deklaracje błyskawicznie, jeszcze we wrześniu, zaczęły się pojawiać na rozmaitych uczelniach, głównie w większych ośrodkach akademickich; w tych mniejszych, ze względu na opory kadry akademickiej, trudną sytuację środowiskową, odbywało się to z poślizgiem.

A.R.: Miała miejsce gorąca dyskusja nad tym, jak mają wyglądać struktury organizacji. Pomysłów było wiele. Ostatecznie NZS przyjął formę pluralistyczną. Jego struktury były zdecentralizowane.

Co więcej, bardzo różnie, w zależności od uniwersytetu, układały się relacje między NZS a samorządami, które wtedy powstawały na uczelniach. I o ile na przykład na Uniwersytecie Jagiellońskim samorządy zakładano w sojuszu z NZS, o tyle w samorządzie w Instytucie Historii na Uniwersytecie Warszawskim wiele osób z początku nie przepadało za naszą organizacją.

Choć pamiętam, że część z moich kolegów z roku w moje urodziny zapisała się w końcu do NZS. Bardzo ich agitowałam.

Głównym celem na początku działalności organizacji była jej rejestracja, na którą władze nie chciały się zgodzić. Jak wyglądała walka o ten postulat?

A.R.: Pierwszą akcją na UW, którą dobrze pamiętam, był strajk okupacyjny w Pałacu Kazimierzowskim, gdzie mieścił się rektorat. To nie był strajk całej uczelni, lecz właśnie NZS. Weszliśmy do budynku i po prostu zajęliśmy rektorat. Mało kto może o sobie powiedzieć, że spał w sali Senatu UW albo w gabinecie rektora, a my tak (śmiech).

To była pierwsza próba. Doszło do niej w listopadzie 1980. Pogoda była wtedy strasznie brzydka – zimno, nieprzyjemnie – dostałam zapalenia oskrzeli. Strajk okazał się falstartem. To był dopiero początek naszej działalności.
Delegacja Krajowej Komisji Koordynacyjnej Niezależnego Zrzeszenia Studentów u prymasa Polski Józefa Glempa. Przemawia Wojciech Bogaczyk. Z lewej siedzi Jarosław Guzy. Fot. PAP/Anna Brzezińska-Skarżyńska
Najważniejszym strajkiem o rejestrację był ten z lutego 1981 roku. My w Warszawie strajkowaliśmy wtedy krótko, kilka dni, ze względu na przerwę międzysemestralną. Studenci strajkowali wtedy w wielu miastach. Najdłużej w Łodzi, bo od stycznia.

A jak starania o rejestrację przebiegały na Uniwersytecie Jagiellońskim?

J.G.: Dość nietypowo, bo my szybko dostaliśmy możliwość działania. Podobnie było na innych uczelniach krakowskich: Akademii Górniczo-Hutniczej, Politechnice, Wyższej Szkole Pedagogicznej (obecnie Uniwersytet Pedagogiczny) czy Akademii Medycznej. Na początku zajmowaliśmy się więc przede wszystkim rozwijaniem organizacji. Szybko odbyły się wybory do ciała przedstawicielskiego NZS na uczelni – ja zostałem jednym z czterech delegatów z socjologii – i rozpoczęła się praca organiczna.

Młodsi koledzy z socjologii zaprosili mnie, jako człowieka, który przeszedł już cały cykl studiów, do pracy nad propozycjami zmian w programie studiów. Socjologia była nasycona marksizmem. I niezależnie od tego, z jakim dystansem podchodzili do tego studenci, a w znacznym stopniu również kadra akademicka, tam było mnóstwo do zmiany.

Nie czuliśmy zatem barier związanych z formalnymi sprawami rejestracyjnymi. Zostaliśmy uznani przez władze uczelni. Dostaliśmy też lokal. Natomiast oczywiście mieliśmy sygnały…

… o sytuacji w innych miastach?

J.G.: To zabawne, bo dopiero po latach dowiedziałem się od Hirka Wrony, że był jednym ze studentów z Rzeszowa, którzy przyjechali do nas z prośbą o pomoc, radę. Mieli problem z założeniem NZS. Rektorem na ich uczelni [Wyższa Szkoła Pedagogiczna w Rzeszowie – przyp. red.] był Józef Lipiec, marksistowski filozof, twardogłowy, którego znałem, bo wykładał filozofię na UJ.

Ale również na UJ, po obiecującym początku, zderzyliśmy się jednak ze ścianą. Mieliśmy poczucie, że trzeba zarejestrować organizację, a rejestracja była w gestii Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego.

Szykowała się awantura. Choć pierwszy semestr upłynął w miarę spokojnie. I wtedy – w przewie międzysemestralnej – rozpoczęły się strajki w Łodzi. To był duży ośrodek akademicki, a zarazem nie tak liberalny, jak Kraków, Wrocław czy Warszawa.

Strajk łódzki, czyli najdłuższy strajk studencki w powojennej Europie…

J.G.: To nie był strajk wyłącznie NZS-u – o rejestrację – ale całego środowiska akademickiego. Ze względu na przerwę międzysemestralną, studenci w Łodzi byli początkowo osamotnieni. Mieliśmy jednak świadomość, że protest musi podjąć środowisko akademickie w całym kraju.

Wyczuwaliśmy mitomanów, efekciarzy i przesadnych ryzykantów. Byli przekleństwem konspiracji

Piotr Semka: Kiedy ogłaszaliśmy przerwę milczenia, uczestniczyło w niej około osiemdziesięciu procent wszystkich uczniów.

zobacz więcej
Pojechałem zresztą do Łodzi na strajk. Chciałem czegoś się dowiedzieć, wesprzeć protestujących. Od razu po wznowieniu zajęć na UJ zwołaliśmy wiec, na którym ogłosiliśmy strajk okupacyjny. Kolejne uczelnie przyłączały się do strajku. Było widać, że to nie są przelewki. Władze musiały się ugiąć. W lutym ostatecznie wyraziły zgodę na rejestrację NZS.

Jak wyglądała działalność NZS po rejestracji?

A.R.: Była bardzo różnorodna. Między innymi wydawaliśmy czasopisma użytku wewnętrznego, tzw. bezdebity (bez cenzury). Drukowaliśmy je na uczelni. Zajmowałam się redagowaniem i wydawaniem, razem z Krzysztofem Kubą Sufinem i Grzegorzem Pyszczkiem, biuletynu „API” (Agencji Przekazu Informacji NZS). Pamiętam, że opublikowałam w nim tekst, pt. „Czy członek NZS może być samorządowcem?”

Na polonistyce był wydawany przez Andrzeja Horubałę i Pawła Bujalskiego biuletyn „CIA” („Centrum Informacji Akademickiej NZS UW”).

Oprócz tego wydawaliśmy na uczelni pisemko, które nie było bezpośrednio związane z NZS; bardziej z samorządem: „Głos wolny wolność ubezpieczający”. Byłam jego redaktorką, m.in. razem z Janem Skórzyńskim, Katarzyną Zarańską-Skórzyńską, Andrzejem Friszke, Piotrem Brożyną, Krzysztofem Kopczyńskim. Była tam całkiem spora grupa studentów tkwiących między NZS a samorządem.

J.G.: Każda uczelnia miała jedną albo kilka gazetek. Do tego masowo wydawano książki. Działalność niezależnych wydawnictw w drugiej połowie lat 70., to było nic w porównaniu z tym, co działo się w czasie karnawału Solidarności. Środowiska akademickie, w tym NZS, były w tej dziedzinie szczególnie aktywne.

Lokal Krajowej Komisji NZS na Szpitalnej pełnił rolę centrum dystrybucji. Mieliśmy tam maszyny drukarskie, z których korzystały 2-3 niezależne wydawnictwa. Przyjeżdżali do nas studenci z całej Polski, ponieważ w lokalu odbywał się targ niezależnych wydawnictw.

Poza tym wszyscy na Uniwersytecie Warszawskim wiedzieli, że na tzw. małym dziedzińcu mieści się księgarnia wydawnictw niezależnych. Nawet ludzie spoza uniwersytetu mogli tam wejść i kupić książkę.

A co poza działalnością wydawniczą?

A.R.: Pamiętam akcję – prowadziła ją Magda Sadowska (później Czaputowicz) – która upamiętniała wydarzenia Marca ’68. Odbyło się wiele spotkań z rozmaitymi ludźmi, świadkami tamtych wydarzeń.

Także w trakcie strajków miał miejsce natłok różnych prelekcji, spotkań, chociażby z poezją śpiewaną.

J.G.: Strajki studenckie były dobrą okazją do pożytecznego spędzenia czasu. Organizowaliśmy wykłady, spotkania z ważnymi postaciami z kręgów opozycyjnych, naukowych i nie tylko. Do tego były koncerty – występowali na nich opozycyjni bardowie, na przykład Jan Krzysztof Kelus.
Strajk na Politechnice Warszawskiej zorganizowany przez Komisję Krajową NZS. Na pierwszym planie Agnieszka Romaszewska. Fot. PAP/CAF/Tadeusz Zagoździński
A.R.: Zajmowaliśmy się w dużej mierze walką o reformę szkolnictwa wyższego. A także tworzeniem organizacji. Trzeba było m.in. uzyskać pomieszczenia dla NZS, czy wybrać Komisję Uczelnianą, której pierwszym przewodniczącym na UW został Zbyszek Rykowski.

J.G.: Poza tym dążyliśmy do zlikwidowania przywilejów dla działaczy Socjalistycznego Związku Studentów Polskich, takich jak: możliwość dystrybucji miejsc w akademikach; pomoc socjalna; stypendia – to wszystko zostało wyjęte z rąk SZSP, i przeszło w ręce samorządu studenckiego. Doprecyzowując, NZS nie aspirował do tego, by przejąć pozycję SZSP; by zostać monopolistą w kwestiach studenckich. Nie. Po prostu uważaliśmy, że tymi sprawami powinna się zajmować organizacja wszystkich studentów, czyli samorząd studencki.

Jak pod względem liczby członków NZS wypadał na tle SZSP?

A.R.: SZSP był w ewidentnej mniejszości. Choć na UW wiele zależało od danego wydziału. Na Wydziale Dziennikarstwa i Nauk Politycznych było ich wielu. Na ekonomii też sporo. Ale już na historii czy socjologii – tyle, co kot napłakał. W Instytucie Historii było w pewnym momencie zaledwie dwóch.

SZSP miał wprawdzie dużo większe możliwości finansowe, ale pod względem wpływania na masy studenckie, mieliśmy nieporównywalną przewagę.

Natomiast przez część samorządowców z UW byliśmy uznawani za zbyt radykalnych. Scharakteryzowałabym ich jako – najczęściej – przedstawicieli warszawskich elit, którzy byli pozytywnie nastawieni do zmian. Ale zmian przeprowadzonych bez radykalizmu, w sposób ostrożny. Słowem, samorząd był nastawiony reformatorsko, ale w wersji łagodnej. Tymczasem w NZS był obecny radykalizm. To była organizacja, że tak powiem: patriotyczno-rewolucyjna.

J.G.: W skali ogólnopolskiej prawdopodobnie doszliśmy do poziomu ok. 80 tys. członków. Niektórzy mówili o 100 tys. Tego nie da się teraz zweryfikować, bo listy, na które wpisywali się studenci dołączający do NZS, przepadły po 13 grudnia 1981.

Również samorządy studenckie w ogromnej części, zwłaszcza w większych ośrodkach, były zdominowane przez NZS.

Natomiast SZSP miał gigantyczny majątek, biura podróży, lokale, ale bardzo się kurczył. W NZS na UJ, w przypadku studentów stacjonarnych, było prawie 8 tys. członków. A przecież nie był to związek zawodowy, nie trzeba było do nas się zapisywać, żeby jakieś sprawy móc załatwić.

Już w listopadzie 1980 roku było na UJ ok. 3 tys. członków. Kiedy na uczelni swój zjazd zorganizowali zaś członkowie SZSP, to przekonywali, że jest ich dwustu. Choć w kuluarach mówiono, że jak się policzyli, to wyszło, że jednak pięćdziesięciu. Tak więc takie były proporcje.

Wróćmy do działalności organizacji.

Fabryki posłusznych obywateli. Uczniowie piątkowi to idealni szeregowi pracownicy korporacji

Rodzice muszą wiedzieć, że za rozwój ich dzieci wcale nie odpowiada szkoła — mówi Angelika Talaga, neuropedagog i autorka bloga o innowacyjnych metodach edukacji.

zobacz więcej
A.R.: W maju 1981 odbył się wielki marsz w obronie więźniów politycznych, zorganizowany przez NZS-y wszystkich uczelni warszawskich. Stefan Bratkowski nas przekonywał, że nie możemy tego zrobić, bo będzie prowokacja, organizacja Grunwald wyjdzie i będą nas bić. Ale nie ulegliśmy. No i każdy chyba pamięta piosenki strajkowe o ministrze nauki Januszu Górskim, na przykład: „Górski, Górski, miły bracie, daj nam wolność w lektoracie”. Nie chcieliśmy bowiem przymusowo uczyć się rosyjskiego, tylko mieć możliwość wyboru lektoratu.

Między innymi postulowaliśmy również o to, żeby nie było obowiązkowego studium wojskowego. W tym o zwolnienie z wojska studentów uczelni artystycznych.

Zajmowaliśmy się też działalnością w Senacie uczelni, a na wydziałach reformą programu studiów. Akurat na historii na UW zajmowali się tym studenci głównie związani z samorządem. Wspólnie z pracownikami naukowymi wprowadzili nowy program nauczania. Odtąd mieliśmy bardzo ciekawy i swobodny tok studiów. Nie było się przypisanym do danej grupy, tylko wybierało się zajęcia, na które chciało się uczęszczać. Na innych uczelniach też takie prace się odbywały.

Do tego oczywiście, jak to młodzi ludzie, prowadziliśmy najrozmaitszego rodzaju życie towarzyskie.

J.G.: Zaczęliśmy funkcjonować także na arenie międzynarodowej. Pamiętam wyjazd do Paryża, w trakcie którego próbowaliśmy zawiązać międzynarodówkę studencką, konkurencyjną dla tej komunistycznej, która miała siedzibę w Pradze. To zaniepokoiło nie tylko nasz rząd, ale również Moskwę. Międzynarodówka studencka praska stanowiła ich agenturę. Doszło, z tego, co teraz wiem, do interwencji ambasady sowieckiej. Po powrocie z Francji szybko zabrano nam paszporty.

Pewnego razu zajęliśmy się także nomenklaturą…

Nomenklaturą?

J.G.: Prowadziliśmy symboliczne rozmowy z wiceministrem pracy Ireneuszem Sekułą. Przyszliśmy do ministerstwa z dokumentem, w którym wyliczono stanowiska nomenklaturowe w Polsce, czyli takie, w przypadku których trzeba było mieć rekomendację odpowiedniego organu PZPR.

I oświadczyliśmy Ireneuszowi Sekule, że trzeba nomenklaturę zlikwidować. Nasi koledzy ze studiów uzyskują bowiem kwalifikacje, więc to oni powinni objąć te stanowiska – bez żadnej rekomendacji partyjnej; na zasadach merytorycznych. Zabrzmiało to dość bezczelnie. Pan Sekuła miał nietęgą minę. Nie liczyliśmy oczywiście na to, że w związku z naszym postulatem zlikwiduje on nomenklaturę. Ale takie pomysły na działalność też mieliśmy.

Próbowaliśmy na miarę tego, co można było wtedy zrobić, postawić pewne sprawy z głowy na nogi. Bo przecież świat PRL niewiele różnił się od tego, co pokazywał w groteskowy sposób Stanisław Bareja.
Strajk studentów Uniwersytetu Warszawskiego w lutym 1981. Fot. PAP/Maciej Musial
Chcieliśmy, żeby było normalnie. Także w sprawie wyjazdu za granicę. Ogłosiliśmy nawet konkurs na ilość odmów paszportowych. Wygrał student politechniki, który miał ich chyba osiemnaście. W nagrodę obiecaliśmy, że rozwiążemy sprawę paszportu. Dostał paszport w 1981 roku, wyjechał, i chyba został za granicą. W każdym razie nie wrócił przed 13 grudnia.

Nie planował pan bardzo aktywnej działalności w NZS. Ostatecznie został pan pierwszym przewodniczącym organizacji. Zaś panią wybrano na członka Komisji Rewizyjnej NZS. Jak do tego doszło?

A.R.: Po strajku łódzkim została zwołana konferencja NZS na Politechnice Warszawskiej. Tam zresztą poznałam mojego męża, Jarka Guzego. Na konferencji ustalono termin pierwszego zjazdu NZS, który odbył się w Krakowie. Na nim zostały wybrane pierwsze władze NZS. Powołano Komisję Krajową, która była ciałem wykonawczym, i Komisję Rewizyjną – instytucję kontrolną, do której mnie wybrano. W obu tych ciałach znalazły się tylko dwie kobiety: Basia Kozłowska z Politechniki Gliwickiej w Komisji Krajowej i ja w Rewizyjnej.

J.G.: Na początku zaangażowałem się w działalność NZS z pewną dozą niepewności. Ale to mnie wciągnęło. Po tym jak zostałem delegatem na socjologii, startowałem na przewodniczącego Komisji Uczelnianej. Janek Rokita zorganizował swoją kampanię, a ja choć byłem czarnym koniem – przegrałem z nim. Ale zostałem szefem Komisji Rewizyjnej na UJ, a niebawem Jan Rokita zaprosił mnie do Komisji Uczelnianej. Zręczny manewr…

Znalazłem się więc we władzach NZS na UJ. A z czasem również w komitecie strajkowym w czasie strajku łódzkiego. Ponadto zostałem delegatem UJ w grupie koordynującej strajk wszystkich uczelni krakowskich.

Po zakończeniu strajku łódzkiego i rejestracji NZS, odbyła się konferencja, na którą przyjechali delegaci z całej Polski, w wyniku której zastąpiłem w Ogólnopolskim Komitecie Założycielskim Andrzeja Mietkowskiego, działającego wtedy już bardziej w Solidarności.

Niebawem wziąłem udział w tzw. renegocjacjach porozumienia łódzkiego. Porozumienie zostało wprawdzie podpisane, ale z ogromnym bagażem rozbieżności.

Następnie odbył się wspomniany zjazd w Krakowie, na którym wybrano władze NZS.

J.G.: Kraków był silnym ośrodkiem studenckim. Dlatego jako gospodarze mieliśmy przywilej w kwestii kandydowania. Ja nie zamierzałem być przewodniczącym – nie chciałem wyjeżdżać z Krakowa (śmiech). Ale inny kolega z UJ, który był cichym kandydatem na to stanowisko, spalił się w czasie przewodniczenia obradom. Mnie bierność w czasie zjazdu wyszła na zdrowie. Po wybraniu Komisji Krajowej, zostałem – w kilku turach – wybrany przez KK na przewodniczącego. Przeniosłem się do Warszawy, rozpoczynając kolejny etap w życiu.

Hollywoodzka produkcja o Polsce

Już wstęp jest mocny: Obrazki z Polski, także z karnawału Solidarności. Po 30 sekundach w ścieżce dźwiękowej słychać jakby strzały.

zobacz więcej
Udzieliłem trochę wywiadów po wyborze na przewodniczącego. W wywiadzie dla pisma „Politechnik” padło standardowe dziennikarskie pytanie: „Co dla ciebie osobiście oznacza wybór na przewodniczącego?”. Odpowiedziałem, że „przesunięcie się w górę na liście proskrypcyjnej”. Cenzura wycięła ten fragment. Ale szczerze tak na to patrzyłem; zdawałem sobie sprawę z ryzyka. Oczywiście nie znałem scenariusza, jak to może wyglądać; że będzie stan wojenny.

Wyjazd z Krakowa był konieczny?

J.G.: To było zajęcie, które pochłaniało w całości. Nie było mowy, by w tym czasie studiować. Na socjologii została mi do napisania praca magisterska; na historii po pierwszym semestrze dostałem urlop dziekański. Przeprowadzka do Warszawy odbyła się trochę na wariata. Nie zajmowała mnie myśl, że z czegoś muszę się utrzymać (ze względu na urlop dziekański nie dostawałem stypendium), ale dzięki pomocy dobrych ludzi nie umarłem z głodu.

To były okrutnie wyczerpujące miesiące. Na dowód powiem, że kiedy zaczynał się okres karnawału Solidarności, to ważyłem 88 kg. A gdy zważyłem się tuż przed stanem wojennym, skala pokazała 69 kg. To był szalony czas.

A.R.: Uczestniczyłam często w posiedzeniach Krajowej Komisji Koordynacyjnej. Pojawił się pomysł, by założyć ogólnopolskie pismo studenckie. Miało być odpowiedzią na studencki tygodnik „ITD”, znajdujący się pod nadzorem SZSP. Ministerstwo nie było jednak chętne, by dofinansować pismo. Ale dostaliśmy lokal na Szpitalnej, w którym przedtem mieściła się siedziba Solidarności Regionu Mazowsze.

J.G.: Staraliśmy się prowadzić działalność NZS w sposób profesjonalny. Mieliśmy lokal. Pojawiły się nieduże pieniądze z ministerstwa, które formalnie, jako legalnej organizacji, nam się należały. Przeznaczaliśmy je na działalność społeczną. Skarbnikiem został Kostek Radziwiłł, zresztą nieprzypadkowo, jako że był człowiekiem bardzo odpowiedzialnym.

A.R.: Trzeba zaznaczyć, że spokój po rejestracji trwał krótko. Negocjacje z władzą przypominały zabawę w kotka i myszkę. Starano się maksymalnie utrudnić naszą działalność. Nie było żadnego zmiłuj się, o wszystko trzeba było walczyć.

Jakie były główne postulaty NZS już po jego rejestracji?

J.G.: Walczyliśmy przede wszystkim o reformę szkolnictwa wyższego; zmianę funkcjonowania całego środowiska akademickiego. Jesienią 1981 powołano Konferencję Rektorów Szkół Wyższych – rektorzy również byli dla nas wsparciem w walce o reformę. W skład Konferencji wchodziły z reguły autorytety środowiska akademickiego, jak prof. Józef Andrzej Gierowski z Uniwersytetu Jagiellońskiego, czy prof. Roman Ciesielski z Politechniki Krakowskiej.
Demonstracja NZS w obronie więźniów politycznych. Fot. PAP/Wojciech Frelek
Kilka miesięcy wcześniej, latem, miał jednak miejsce poważny, typowo propagandowy, atak na NZS, który musieliśmy odpierać. Dostaliśmy wtedy wsparcie m.in. ze strony Kościoła – zwłaszcza niedawno zmarłego ks. prałata Bronisława Piaseckiego. Był on ważną postacią w Episkopacie, który wydał oświadczenie w naszej obronie.

Latem nastąpiła zmiana w ministerstwie. Janusza Górskiego zastąpił Jerzy Nawrocki. W projekcie ustawy, który w dużej mierze był już uzgodniony ze środowiskiem akademickim, dokonano zasadniczych zmian. Wiedzieliśmy zatem, że od początku nowego roku akademickiego (1981/1882) czeka nas batalia o ustawę o szkolnictwie wyższym.

Na jesieni 1981 r. odbył się gigantyczny strajk, w którym wzięły udział chyba wszystkie uczelnie.

Jakie elementy ustawy były dla studentów nie do przyjęcia?

J.G.: Przede wszystkim ograniczenia, oznaczające de facto zakaz strajku, który był przecież naszą podstawową bronią. A także dotyczące swobodnego wyboru lektoratów. To była również kwestia wyrugowania przedmiotów ideologicznych, obecnych nie tylko na kierunkach humanistycznych czy społecznych, ale i technicznych. Podnoszona była kwestia indywidualnego toku studiów, komponowania sobie zajęć, wyboru wykładów.

W skrócie, chodziło o autonomię środowiska akademickiego. Także o wyrzucenie milicji poza bramy uczelni – to była podstawa. Wszyscy pamiętali Marzec ‘68. Nasze strajki zresztą nieprzypadkowo były okupacyjne (łącznie z zamknięciem bram uczelni).

W tym zawierała się też swoboda działalności naukowej. Do łask wrócili wtedy profesorowie, którzy byli albo poza uczelnią, albo zostali schowani do kąta. Takim przykładem na UJ był prof. Wacław Felczak, wybitny hungarysta [obecny patron Instytutu Współpracy Polsko-Węgierskiej – red.].

Nie mogliśmy zgodzić się na tę ustawę o szkolnictwie wyższym. Ona zresztą specjalnie była tak skonstruowana, żebyśmy tego nie zrobili. Prawdopodobnie wtedy, latem 1981, został uruchomiony mechanizm prowokacji, który funkcjonował aż do 13 grudnia. Co i rusz wybuchały lokalne konflikty (miało to miejsce również w Solidarności). Jeszcze wiosną można było je rozwiązać bez problemu, władza ustępowała, ale na jesieni sytuacja uległa zmianie.

Gdzie doszło do konfliktów?

J.G.: Chociażby w Wyższej Szkole Inżynierskiej w Radomiu. Odbyły się tam wybory rektora, które „skręcono”. Wbrew woli środowiska akademickiego wybrano prof. płk Michała Hebdę. I rozpoczął się spontaniczny strajk.

Do strajku doszło też w Wyższej Oficerskiej Szkole Pożarniczej w Warszawie, która była szczególną uczelnią, bo podlegającą pod MSW. Tymczasem strażacy, podchorążowie, bardzo nie chcieli podlegać pod MSW. Poza tym w pewnym momencie nie pozwolono im założyć NZS. W odpowiedzi przejęli organizację SZSP (śmiech). Niestety strajk okupacyjny został tam rozbity siłą. Użyto helikopterów. To była przygrywka do stanu wojennego; do działań siłowych.

Sztandar partii wyprowadzić. Dokąd poszli komuniści

30 lat temu przestała istnieć PZPR.

zobacz więcej
Ten tzw. radomski strajk na niektórych uczelniach trwał do 13 grudnia. Czuło się napięcie, nie było spokojnie.

Jak kadra naukowa reagowała na działalność NZS?

A.R.: Bardzo różnie, w zależności od profilu ideowego danej osoby. W moim instytucie akurat partyjnych było niewielu. A jeżeli nawet, to byli mało twardogłowi i raczej zdominowani przez pozostałych.

Rektor Henryk Samsonowicz miał nieustanny ból głowy, bo studenci bez przerwy – z punktu widzenia władzy – coś rozrabiali. Meandrował więc między oczekiwaniami władzy a żądaniami studenckimi. Robił to dość sprawnie. Wielu kolegów bardzo dobrze wspomina prof. Samsonowicza, jako mediatora i opiekuna. Wprawdzie jego sekretarz był niezłym ubekiem, ale on sam był nam życzliwy.

Pamiętam sceny z czasu strajku radomskiego, było to krótko przed stanem wojennym – na UW trwał wtedy (przez prawie miesiąc) wielki strajk okupacyjny całego uniwersytetu (wszystkich wydziałów). Wystawiliśmy czujki, swoje warty, które nie pozwalały łamistrajkom wejść na teren uczelni. I wtedy prof. Samsonowicz – na spotkaniach Komitetu Strajkowego – przekonywał nas usilnie, żebyśmy zgodzili się otworzyć którąś z bram uniwersyteckich, by było można wejść na teren uczelni; by mogły odbyć się jakieś zajęcia.

Ja byłam przeciwniczką spełniania prośby rektora. Skoro postanowiliśmy, że będzie zamknięte, to powinno być zamknięte. Ale on zawsze potrafił moich kolegów tak wymanewrować, że oni zmieniali decyzję i mówili: „Ach, może jednak powinno być otwarte?”. I jak rektor już sobie poszedł, to znowu była dyskusja, i dochodzono do wniosku, że jednak trzeba zamknąć bramy. A potem Henryk Samsonowicz ponownie interweniował, i powtórnie była mowa, żeby je otworzyć.

Rektor potrafił okręcić młodzież wokół palca. Bardzo zgrabnie to robił. Pamiętam posiedzenie Senatu UW, na którym potrafił sprytnie zmanipulować nawet starą profesurę. Najpierw dał się wszystkim wygadać – o czym tylko chcieli. A na koniec wyjął z kieszeni zmiętą kartkę, i jak już wszyscy się wygadali, to powiedział: „No ja tu właśnie kolegów uważnie wysłuchałem i pozwoliłem sobie spisać niektóre wnioski na podstawie tego, co państwo mówili. To były bardzo ciekawe słowa…” – i tu przedstawiał swoje wnioski, które oczywiście wcześniej sobie napisał. I profesorowie to kupowali. Pomyślałam wtedy: „ No proszę, jak on dobrze sobie z tym radzi”.

Czy wiadomo, na ile NZS był infiltrowany przez bezpiekę?

A.R.: Gdy zostały otwarte archiwa IPN, okazało się, że byliśmy przeszpiclowani w niewielkim stopniu. To pokazuje, że NZS był lekceważony przez władze; że miała ona w tym czasie poważniejsze kłopoty, chociażby w postaci Solidarności. I że komuniści nie mieli wystarczających sił i środków, by się nami zajmować. Zdarzali się oczywiście TW, lecz nie było ich wielu.
Strajk na Politechnice Warszawskiej w październiku 1981. Fot. PAP/CAF/Tadeusz Zagoździński
To pokazał również stan wojenny. Spodziewaliśmy się bowiem demaskatorskich artykułów, które pokazywałyby jakieś sekrety naszej działalności. Tymczasem praktycznie ich nie było. Okazało się, że stosunkowo niewiele komuniści o nas wiedzieli.

J.G.: Poza tym działaliśmy jednak w dosyć otwarty sposób, więc nie mieliśmy wielu tajemnic. Oczywiście zdawaliśmy sobie sprawę, że tego rodzaju próby są podejmowane. Mieliśmy choćby przypadek osobnika, który kręcił się po uniwersytecie, był bardzo aktywny. Koledzy nawet z niego żartowali, że to ubek. I rzeczywiście okazało się, że był TW (śmiech). Niepotrzebnie z nim rozmawiali. Akurat ja prawie z nim nie rozmawiałem.

Zdarzały się takie przypadki, ale ze względu na ograniczone siły komunistów nie było ich dużo. My byliśmy tylko dodatkiem – ważnym, aktywnym, czasami spektakularnym – do Solidarności, ich głównego wroga. Poza tym, jako organizacja ludzi młodych, byliśmy też pozbawieni tej agentury, którą instaluje się latami.

W Komisji Krajowej NZS, z tego co wiem, na trzydziestu członków był jeden TW – i to mało znaczący z punktu widzenia funkcjonowania tego ciała.

Korzyścią w tym aspekcie była zdecentralizowana struktura, dzięki której NZS mógł nie tylko przetrwać i odrodzić się po stanie wojennym, ale był także trudny do spenetrowania.

Tymczasem zbliżał się 13 grudnia 1981…

J.G.: Z jednej strony kończył się strajk studencki, z drugiej był on sztucznie przedłużany. Nie było możliwości, by załatwić w jakikolwiek sposób sprawy Radomia. Paradoksalnie przywrócono większość starych bardziej liberalnych zapisów do projektu ustawy o szkolnictwie wyższym. I żeby było śmieszniej, projekt ustawy przeszedł ostatecznie już w Sejmie stanu wojennego; w związku z tym uczelnie cieszyły się przez pewien czas dużą swobodą.

Na początku grudnia 1981 uczestniczyłem, opowiadając o strajkach studenckich, w słynnym posiedzeniu władz Solidarności w Radomiu. Każdy członek Zarządu Regionów wymieniał sprawy, które nie są załatwione, a które dotychczas Solidność bez problemu mogła załatwić. Widać było, że jest blokada w całym kraju i coś się święci.

Jeździłem także na kolejne konferencje strajkowe. Część uczelni kończyła strajk, część chciała dalej strajkować. Przekonywałem, że musimy wspólnie z Solidarnością wystąpić w naszych sprawach.

Po wprowadzeniu stanu wojennego część członków NZS została internowana. Także państwo.

A.R.: Do mieszkania moich rodziców milicja przyszła na samym początku, jeszcze 12 grudnia – przed północą. Prawdopodobnie chcieli unieruchomić Biuro Interwencji Regionu Mazowsze, którym kierowała moja mama. Rodziców nie było. Aresztowano wtedy mnie i narzeczonego, a obecnie męża. Przesiedziałam niecałe pięć miesięcy, a Jarek rok.

Piękne słowo „niezależność”

Dziesięciomilionowy związek był taranem pod osłoną którego działać mogły inne środowiska.

zobacz więcej
J.G.: Po powrocie z konferencji w Poznaniu dostałem zapalenia płuc. Kompletnie mnie rozłożyło. 12 grudnia rano dostałem pierwszą serię zastrzyków. Miałem 40 stopni gorączki. Gdy przed północą po nas przyszli, to po prostu leżałem w łóżku. Stąd byłem jednym z nielicznych internowanych, którzy mieli piżamę. Ale jak już zakuli mnie w kajdanki, to pozwolono Agnieszce mnie ubrać, narzucić normalne ubranie, płaszcz. Byłem wyjątkowo dobrze wyposażony.

Najpierw wylądowaliśmy z Agnieszką na komendzie na Opaczewskiej. Widać było, że jest to wielka akcja. Przed komendą stał sznur samochodów milicyjnych. W środku, na korytarzu pod ścianami siedzieli zomowcy. Nad ranem znalazłem się wraz z grupą internowanych w Białołęce. Najpierw na przejściówce. Następnie przeszliśmy przez szpaler agresywnych zomowców. Nie było ścieżki zdrowia, jedynie rozmaite groźby. Trafiłem do celi. Jedynym lekarstwem, jakie dostałem na zapalenie płuc, była – po kilku dniach – pastylka polopiryny. Ale jakoś przeżyłem.

Pojawiło się pytanie: co dalej? Na początku byliśmy odcięci od wiadomości. Niedługo zaczęto jednak przywozić kolejne osoby, m.in. ze strajków. Dowiedzieliśmy się od nich, co się dzieje, również o tym, że właśnie zginęli górnicy w „Wujku”. Przykry czas. Siedząc w kryminale człowiek miał poczucie, że jest naprawdę źle. Ale miał również świadomość oporu całej tej grupy, której spectrum było bardzo szerokie, od profesorów – po prostych robotników. Wiedzieliśmy, że musimy to wytrzymać.

Pan spędził okres internowania w więzieniu w Białołęce, a potem w ośrodku w Darłówku. A jak potoczył się pani los?

A.R.: Gdy na Opaczewskiej odmówiłam podpisania lojalki, przewieziono mnie na Olszynkę Grochowską, do więzienia kobiecego. Tam siedziałam do moich urodzin, czyli do 15 stycznia. Tego dnia zostałyśmy przewiezione do Gołdapi. Jednakże nie miałyśmy pojęcia dokąd jedziemy. Niektóre z nas twierdziły, że do Sowietów, bo ktoś zauważył tabliczkę: „Strefa nadgraniczna”. Mnie nie wydawało się to jednak prawdopodobne. Ostatecznie zatrzymaliśmy się w lesie przed granicą. Było tam dziwnie, bo trafiłyśmy – 160 kobiet – do ośrodka wczasowego, który był obstawiony wojskiem.

Z Gołdapi w końcu lutego albo na początku marca grupa kobiet została przewieziona do Darłówka, do obozu męsko– żeńskiego (z oddzielnymi pawilonami). Chyba wybrali największą „ekstremę”, bo oprócz mnie były w tej grupie również Grażyna Kuroniowa, Joanna Gwiazdowa i Anna Kowalska.

W Gołdapi miałam koleżankę z NZS, Iwonkę Matuszak z Akademii Medycznej. Większość z nas jednak nie była internowana z powodu działalności w NZS. Mnie, jak sadzę, raczej też internowano z powodu nazwiska i działalności moich rodziców.
Strajk na Uniwersytecie Warszawskim. Fot. PAP/ Leszek Łożyński
Trzeba przyznać, że nasze uczelnie zachowały się wtedy nadzwyczajnie. Do dziś im to pamiętam.

To znaczy?

A.R.: Dostawałam paczki z uniwersytetu. Pamiętam, że między innymi od prof. Janusza Grzelaka, psychologa. Do Gołdapi przyjechała mnie odwiedzić prof. Ewa Wipszycka, wybitna historyk starożytności. Ale nie wpuszczono jej. Widziałam jedynie przez okno, jak szła przez zaśnieżoną drogę, a potem jak wracała. Później, już do Darłówka, przyjechał do mnie prof. Jan Kieniewicz. Też go nie wpuszczono, ale pozwolono przekazać książki. Ponadto dostałam od kolegów z Solidarności na Uniwersytecie Warszawskim wspaniałe różowe śpioszki, bardzo ciepłe. Takie frotowe, zagraniczne z wyszytym na piersi misiem – wyglądały jak śpioszki niemowlęce, tylko na dorosłą osobę.

Uczelnia bardzo się nami interesowała. Prof. Grzelak powiedział nawet, a propos strajków studenckich, że jak przygląda się studentom – profesor zajmował się psychologią społeczną – to jego zdaniem strajk powinien być obowiązkowo wpisany do programu każdego rocznika studiów, jako że podczas strajku uaktywniają się wśród studentów pozytywne cechy, m.in. samodzielność, samoorganizacja.

Docierały do państwa informacje na temat działalności podziemnej NZS?

J.G.: Tak. Najpierw zastanawialiśmy się, kogo zamknęli, a kogo nie. Siedziałem m.in. z Jackiem Czaputowiczem, potem dołączył do nas Wojtek Bogaczyk. Okazało się, że na wolności pozostał Teodor Klincewicz, który ukrył się. A Teoś to był absolutny partyzant, świetny kandydat do działalności w podziemiu. Szybko dotarła do nas wiadomość, że zostało wydane przez Teosia oświadczenie w imieniu NZS. Poza tym z pewnym opóźnieniem docierały do nas informacje o strajkach w pierwszych dniach stanu wojennego. Studenci strajkowali m.in. we Wrocławiu, w Krakowie (w Nowej Hucie) itd. Zostali jednak spacyfikowani.

Czy wrócili państwo do działalności w NZS po wyjściu na wolność?

A.R.: Byliśmy na widelcu. Ja wróciłam do Warszawy, jako pierwsza. Ale nie zostałam zwolniona ostatecznie. Wyszłam na przepustkę ze względu na stan zdrowia. Miałam jakieś bóle w klatce piersiowej, być może nerwobóle. Lekarz więzienny leczył mnie sulfonamidami, na które jestem uczulona. Na całym ciele pojawiły mi się więc placki, a także coraz większa opuchlizna.

Jak później się okazało, lekarz był morfinistą – na nasze recepty przepisywał sobie morfinę. Całkiem nie wiedział, co mi jest. W końcu wypuścili mnie na miesięczną przepustkę. A jak już wyszłam, to nasi lekarze, czyli związani z Solidarnością, załatwili, że szybko trafiłam do szpitala na oddział profesor Zofii Kuratowskiej. I zaopiniowali, że jestem poważnie chora i nie mogę wrócić do Darłówka. Nawet nie wiem co mi tam wpisali.

Agnieszka Romaszewska: Polacy muszą włączyć się we wspólne odtwarzanie tożsamości I RP

Szefowa TV Biełsat rozważa, czy Białorusini mogą zarazić się etnicznym szowinizmem.

zobacz więcej
Po wyjściu ze szpitala nie bardzo miałam możliwości i czas, by zająć się konspirowaniem. Rodzice się ukrywali – udało mi się z nimi dwa razy spotkać, choć zostało to zorganizowane w bardzo skomplikowany sposób, by zgubić wszelkie tropy, a narzeczony siedział w Białołęce. Potem, latem 1982 r., aresztowano po kolei moich rodziców, najpierw Mamę, potem Ojca. Tak więc głównie biegałam z paczkami między więzieniami.

Poza tym nie chciałam narażać innych na aresztowanie. A do tego musiałam jeszcze wrócić na studia. I znowu moja uczelnia zachowała się nadzwyczajnie, udzielając mi urlopu dziekańskiego. Nie miałam najmniejszych problemów na studiach, za co jestem bardzo wdzięczna.

Gdy wróciłam z Darłówka, to akurat był 3 maja 1981, odbywały się w Warszawie duże demonstracje. Zaprosił mnie wtedy do domu, na obiad, dyrektor Instytutu Historii UW prof. Antoni Mączak. Państwo Mączakowie mieszkali na Powiślu, nieopodal Mariensztatu. Z ich domu było słychać petardy, które wybuchały na Placu Zamkowym. Widzieliśmy unoszącą się chmurę gazu łzawiącego. Szykowałam się do wyjścia, ale państwo Mączakowie absolutnie nie chcieli mnie wypuścić w tych okolicznościach. Odprowadzili mnie wieczorem do domu, żeby po drodze mnie nie aresztowano.

Tak więc nie miałam już bezpośrednio styczności z NZS. Oprócz tego, że widywałam ludzi, którzy przychodzili spotkać się już później z moim mężem, choćby „Mikołaja”. W podziemiu znało się tylko pseudonimy. Teraz wiem, że był to Tomasz Ziemiński [później jeden z liderów odrodzonego NZS – red.].

Ponownie zetknęłam się z organizacją pod koniec lat 80.

A jak pan zapamiętał okres po powrocie z internowania?

J.G.: Tak jak powiedziała żona – byliśmy na widelcu. Mieszkaliśmy w mieszkaniu moich teściów, które – jak słusznie przypuszczaliśmy – było na podsłuchu oraz pod stałą obserwacją. Naprzeciwko było okno, w którym przesiadywał facet z lornetką. I zawsze chodził spać później od nas. Tak więc niespecjalnie były możliwości działania.

NZS i Solidarność były zdelegalizowane. Miałem świadomość, że nie ma szans na szybką akcję rewindykacyjną, na przywrócenie stanu sprzed 13 grudnia 1981. Wiedziałem, że czeka nas długi marsz. Zacząłem poznawać rzeczywistość. Spotkałem się m.in. z Teosiem Klincewiczem, który się ukrywał. Mieliśmy nawet pewne pomysły. Ale okazało się, że podziemie jest spenetrowane; Teoś dość szybko wpadł i trafił do więzienia na Rakowieckiej.

Pewna część spośród internowanych w Białołęce po opuszczeniu więzienia decydowała się na wyjazd z PRL. Nie mieli pracy. Zdarzało się, że naciskały na to rodziny. Osobiście należałem do ludzi, którzy uważali, że to komuniści powinni wyemigrować, a nie my. Nie miałem więc takiego zamiaru.
Jubileusz odrodzonego NZS w 2009 roku. Działacze "pierwszego" NZS z lat 1980-81, od lewej: Wojciech Bogaczyk, Jarosław Guzy, Marek Jurek, Wojciech Walczak, Jacek Czaputowicz. Fot. PAP/Leszek Szymański
Trzeba podkreślić, że studenci z NZS byli wtedy wszędzie. I to było najistotniejsze. Podejrzewam, że byli oni w niemal każdej komórce podziemia. Zwłaszcza takich, które zajmowały się drukiem i kolportażem. Za przykład może posłużyć środowisko opozycyjne w Białymstoku. Na przełomie 1982 i 1983 roku odbył się tam wielki proces. Na ławie oskarżonych znaleźli się m.in. Krzysztof Bondaryk z NZS czy później ważny działacz mniejszości białoruskiej Oleg Łatyszonek z Solidarności. Podsądnymi było 21 członków NZS i Solidarności.

NZS odrodził się, jako organizacja, w drugiej połowie lat 80., gdy po kilku latach względnej swobody na uczelniach, przykręcono śrubę. Miałem kontakt z ludźmi, którzy zajmowali się organizowaniem NZS już w nowych warunkach, m.in. z Mariuszem Kamińskim czy Krzysztofem Millerem. Starałem się pomagać, doradzać, np. w kwestii kontaktów zagranicznych.

Organizacja była aktywna zwłaszcza w czasie strajków z 1988 roku. Przy czym uprzedzałem kolegów, że w ruchu Solidarności, który w końcu lat 80. był już tak naprawdę słaby – podobnie zresztą jak władza – jest zbyt wielu generałów, którzy potrzebują żołnierzy. I żeby pamiętali o tym, co przyświecało NZS, kiedy czasem spotykaliśmy się z Solidarnością, walcząc o szacunek; żeby nie dali się użyć, jako mięso armatnie.

Nie wszyscy jednak posłuchali. Później mieli przykre doświadczenia, gdy pracowali przy kampaniach wyborczych rozmaitych polityków. I oglądali, jak ci politycy wyrzucają do śmieci ideały, które były nam, członkom NZS i Solidarności, wspólne.

– rozmawiał Łukasz Lubański

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy


Jarosław Guzy był w 1981 roku przewodniczącym NZS. Obecnie jest ekspertem ds. międzynarodowych. Agnieszka Romaszewska była na początku lat 80. była rzecznikiem Ogólnopolskiego Komitetu Założycielskiego, a następnie członkiem Krajowej Komisji Rewizyjnej NZS. Dziś dyrektor Biełsat TV.
Zdjęcie główne: Strajk na Politechnice Warszawskiej w październiku 1981. Fot. PAP/CAF/Tadeusz Zagoździński
Zobacz więcej
Rozmowy Poprzednie wydanie
Najbardziej wyrafinowane narzędzia manipulacji w dziejach świata
Hiperpluralizm treści eliminuje myślenie.
Rozmowy wydanie 2.04.2021 – 9.04.2021
Człowiek w śpiączce ma szanse tylko wtedy, gdy jest otoczony...
Na początku jest radość, że bliska osoba została przeżyła. Potem niecierpliwe czekanie, a jeśli się nie poprawia pojawia się frustracja.
Rozmowy wydanie 2.04.2021 – 9.04.2021
Çatalhöyük
Pornografia sprzed 9000 lat? Tajemnice najstarszego miasta świata.
Rozmowy wydanie 26.03.2021 – 2.04.2021
Psy pokazały, że i bez szkolenia potrafią wykryć chorobę
Człowiek może wyczuć łyżkę cukru w szklance herbaty, a pies podobną porcję wyczuje w basenie.
Rozmowy wydanie 19.03.2021 – 26.03.2021
Dlaczego w Ptaszkowej jeżdżą autobusy szersze niż dłuższe?
Beskidzka wieś, gdzie ludzie dowcipkują na własny temat.