Kultura

Kiedy sztuka rymowała się z religią

W katolickich świątyniach pojawiała się wówczas cała Solidarność twórcza. Wtedy „nie wypadało” nie wierzyć. Uczestnictwo we mszy uchodziło nie tylko za akt wiary, lecz wyraz buntu. Jakże czas to zweryfikował! Znam wielu, którzy, wówczas gorliwie deklarujący przynależność do Kościoła, dziś odżegnują się od niego jak od zarazy. Wiara im przeszła.

Nie w Warszawie, nie w Krakowie, nie we Wrocławiu – ekspozycję upamiętniającą 40. rocznicę powstania NSZZ „Solidarność” zorganizowano w gliwickim Teatrze Victoria. Dlaczego tam?

Bo to nie jest teatr w pełnym tego słowa znaczeniu. Budynek został spalony w 1945 r. przez Armię Czerwoną, otwarty ponownie w 1996, ale nigdy nie został całkowicie odrestaurowany. Wyodrębniona scena wznosi się wśród surowych, ceglanych ścian.

Sztuka na rusztowaniach

W takiej scenerii prezentowana jest do 10 października wystawa „Oazy wolności. Niezależny ruch wystawienniczy w latach 80.”: ponad setka dzieł autorstwa 40 artystów. Kuratorem jest Tadeusz Boruta, malarz i pedagog, także aktywny uczestnik ruchu kultury niezależnej; organizacji podjęło się Muzeum w Gliwicach.

Lata 80. XX stulecia to w Polsce dekada stanu wojennego i jego konsekwencji, co w sztuce odzwierciedliło się silnym ruchem podziemnym. Interdyscyplinarnym. Malarze, autorzy instalacji, aktorzy, muzycy – wszyscy jednoczyli się w solidarnym sprzeciwie wobec komunistycznych władz. Wtedy unikano oficjalnych miejsc. Schronienie dawały kościoły, przyparafialne pomieszczenia, niezależne galerie oraz prywatne pracownie. Często inscenizowano wydarzenia ad hoc, nie skupiając się na dopieszczaniu detali, lecz na przesłaniu. Zresztą, brakowało pieniędzy na staranne aranżacje.

A że te służące doraźnym celom pomieszczenia rzadko kiedy służyły jako galerie, radzono sobie na inne sposoby. Popularnym elementem stały się rusztowania, wieszanie w przestrzeni, na drutach. Oświetlenie też bywało amatorskie, zaś do pilnowania chętnie wynajmowali się sami autorzy, ustalając między sobą dyżury.
Obecny gliwicki pokaz został zainscenizowany w podobny, „roboczy” sposób, co sugestywnie oddaje klimat wydarzeń sprzed czterech dekad.

Jak wiadomo, w połowie sierpnia 1980 roku powstała formacja, którą Jan Krzysztof Kelus nazwał „sentymentalną panną S”. I faktycznie, choć w czasach, kiedy bard podziemia wykonywał tak zatytułowaną balladę, a niejeden „niepokorny” srożył się na brak szacunku dla szlachetnego zrywu i jego uczestników – to dziś górę wzięły właśnie sentymenty. Coraz mniej ludzi pamięta, o co faktycznie toczyła się walka; czym groziło uczestnictwo w niej; czym trzeba było ryzykować; jakie „obrywy” i przywileje spadały na tych, którzy wiernie trwali przy czerwonej władzy.

O solidarnościowym zrywie trąbią dziś wszystkie media. Szczególny to przypadek, kiedy nawet ci najmniej upoważnieni do fetowania usiłują odkroić sobie kawałek urodzinowego tortu i skonsumować go ku własnej chwale. Tak naprawdę ci, którzy wówczas stanęli murem w sprzeciwie wobec „komuchów”, po transformacji szybko zostali odsunięci, wymienieni na „modniejszych”, bardziej europejskich, kosmopolitycznych. Kto z dawnych opozycjonistów utrzymał się do dziś w peletonie?

To nie wypada

Mam przed sobą unikalne wydawnictwo: „Czas smutku, czas nadziei. Sztuka niezależna lat 80.” (wyd. WAiF, 1992). Na okładce obraz Leszka Sobockiego „Duszno” z 1984 roku. Autor – Aleksander Wojciechowski, teoretyk i historyk sztuki – był jednym z tych, którzy organizowali „iwenty” drugiego obiegu. Za to został odznaczony Medalem Komisji Edukacji Narodowej. Miał 76 lat, gdy zmarł (2006). Nie miejsce tu, by przywoływać jego zasługi – dość powiedzieć, że naprawdę nie miał powodu wstydzić się życiorysu.

Oprócz niego, takich spiritus movens drugoobiegowego ruchu kulturalnego znalazłoby się kilku/kilkunastu, lecz bodaj najbardziej znanym i uznawanym za guru był Janusz Bogucki (1916-1995). Bo to jemu zawdzięczaliśmy najgłośniejsze wystawy – manifestacje tej wybitnie newralgicznej dekady PRL-u, czyli lat 80.

Hollywoodzka produkcja o Polsce

Już wstęp jest mocny: Obrazki z Polski, także z karnawału Solidarności. Po 30 sekundach w ścieżce dźwiękowej słychać jakby strzały.

zobacz więcej
To on był jednym z pomysłodawców wejścia ze sztuką współczesną w przestrzeń sakralną, kościelną. I to on doprowadził do realizacji najbardziej wstrząsających prezentacji czy raczej instalacji w katolickich świątyniach, gdzie tradycyjna architektura i obiekty kultu jakoś bezkolizyjnie łączyły się z nowoczesną wizualną symboliką.

Niekiedy były to naiwne próby przełożenia na mowę obrazów (czy innych technik) niezgody na system i sytuację w Polsce (po wprowadzeniu stanu wojennego nabrało to szczególnej mocy); innym razem rzecz szła o godność, istotę człowieczeństwa, wyrażenie/wyobrażenie sensu bytu. Wszystko to wtedy rymowało się z religią katolicką, której siły – i skrzydeł – dodawał Jan Paweł II.

Bogucki okazał się nie tylko znakomitym organizatorem, ale również kuratorem wyczuwającym trend przyszłości. Jako pierwszy stworzył pewien typ prezentacji: wystawy scenariuszowe, pomyślane jako spektakle, w których wykorzystywał i „rozgrywał” architekturę miejsca. Do legendy przeszły takie ekspozycje jak „Znak Krzyża” (1983) i „Droga świateł – spotkania ekumeniczne” (1987) w kościele Miłosierdzia Bożego przy ul. Żytniej (nota bene, podobnie jak Teatr Victoria w stanie ruiny); „Apokalipsa – światło w ciemności” (1984) w kościele Św. Krzyża czy „Labirynt – przestrzeń podziemna” (1989) w kościele Wniebowstąpienia Pańskiego.
To Janusz Bogucki (na zdjęciu z Niną Smolarz) był twórcą najgłośniejszych wystaw w latach 80. Fot. Jacek Marczewski / Forum
W katolickich świątyniach pojawiała się wówczas cała Solidarność twórcza. Wtedy „nie wypadało” nie wierzyć. Uczestnictwo we mszy uchodziło nie tylko za akt wiary, lecz wyraz buntu. Jakże czas to zweryfikował! Znam wielu, którzy, wówczas gorliwie deklarujący przynależność do Kościoła, dziś odżegnują się od niego jak od zarazy. Wiara im przeszła.

Młoda i stara gwardia

Najlepiej zorganizowane i najbardziej aktywne „podziemne” środowiska działały w czterech miastach: Warszawie, Krakowie, Wrocławiu i Gdańsku. Poznań wystrzegał się deklaracji, bardziej pragmatycznie podchodząc do rzeczywistości.

Stolica miała swoich przywódców duchowych w osobach księży: Jerzego Popiełuszki (kapelana warszawskiej Solidarności), Wiesława Niewęgłowskiego (duszpasterza środowisk twórczych), Andrzeja Przekazińskiego (dyrektora Archidiecezji Warszawskiej). O tym pierwszym wiadomo, w jaki sposób został pozbawiony życia…Nie wszyscy płacili aż tak wysoką cenę.
Co jednak istotne – nie tylko łączyli się ze sobą reprezentanci rozmaitych dyscyplin twórczych, nastąpiła także integracja międzypokoleniowa. „Starzy” buntownicy niejako zapalali przykładem najmłodsze pokolenia, ledwo wkraczające na samodzielną artystyczną drogę. Takimi weteranami w sprzeciwie byli wprostowcy, czyli członkowie krakowskiej grupy Wprost, powstałej w 1966 roku: Leszek Sobocki, Jacek Waltoś, Maciej Bieniasz i Zbylut Grzywacz. Zdeklarowani przeciwnicy abstrakcji, w mniej lub bardziej metaforyczny sposób odnosili się do realiów, podejmując tematy społeczne i polityczne. To roczniki z lat 30., jeszcze przedwojenne.

Ich sukcesorami i kompanami w ruchu podziemnym okazali się ludzie o pokolenie, dwa młodsi, jak choćby Tadeusz Boruta, kurator wspomnianego gliwickiego przedsięwzięcia. W latach 80. aktywnie współpracował z krakowskimi dominikanami.



Stolica miała „nieugiętych” pedagogów Akademii Sztuk Pięknych, większość urodzonych jeszcze w latach 20. XX wieku, m.in. Jacka Sienickiego, Jacka Sempolińskiego, Jerzego Tchórzewskiego, Stefana Gierowskiego. Z tej samej generacji rekrutowała się rzeźbiarka Barbara Zbrożyna, w której pracowni mieściło się „centrum podziemnego dowodzenia”, a także odbywały się spotkania i pokazy prac innych autorów.

Stołeczną ASP, z dyplomami już w kieszeni, opuściło na początku lat 80. sześciu wspaniałych czyli Gruppa. Starszy od nich Jerzy Kalina czy duet KwieKulik (Zofia Kulik i Przemysław Kwiek) zdobywali ostrogi w undergroundowej działalności już od końca lat 60.

Między Warszawą a Łodzią rozciągała się działalność Kultury Zrzuty, najbardziej awangardowego inter-środowiska niepokornych, wywodzących się z różnych uczelni (lub bez studiów), plasującego się w opozycji wobec oficjalnych instytucji i form działania (m.in. Zbigniew Libera i grupa Łódź Kaliska).

Czy pomarańczowi wezmą na celownik tęczowych?

Podczas jednej z wrocławskich demonstracji milicjanci próbowali aresztować osoby przebrane za krasnoludki.

zobacz więcej
Wrocław przeciwstawiał centrum swoje krasnale i Pomarańczową Alternatywę pod wodzą „Majora” Waldemara Frydrycha. Z ducha niezgody na rzeczywistość wywodził się Luxus, prześmiewcza formacja-nieformacja, o płynnym składzie, wydająca zin „Luxus” (Nieregularny Magazyn Psychoaktywny)

Na koniec – jednak Poznań i tutejsze Koło Klipsa, ugrupowanie założone w 1983 roku przez absolwentów i studentów tutejszej PWSSP. Tyle, że to już było po stanie wojennym i ruch niezależny sprowadzał się do nihilistyczno-kpiarskich odruchów, mających tyleż wspólnego z polskimi realiami, ile z modnym w Europie kierunkiem Neue Wilde. Nasza nowa dzikość świetnie harmonizowała z duchem kontestatorskim i ogólnonarodowymi nastrojami.

A choć na wystawie w Gliwicach pominięto te bardziej radykalne formy i formacje, warto je przywołać w niniejszym tekście. Jakkolwiek by było, lata 80. w polskiej sztuce nie były tylko poważne, uduchowione i radykalne. Żart, humor, wygłup także były sposobem odreagowywania beznadziei końca PRL-u.

Był związek

Czterdzieści lat temu twórcy mieli swoje związki – odpowiedniki związków zawodowych. Zapewniały im zaplecze bytowe: tańsze pracownie, tańsze materiały (wówczas sprowadzane z Zachodu i, oficjalnie, upiornie drogie wobec zarobków), wyjazdy na plenery, zapomogi, wsparcie w trudnych sytuacjach. To nie był socjalistyczny wymysł – Związek Polskich Artystów Plastyków powstał w 1911 roku; w międzywojniu zyskał na sile, wpływach i nawet wydawał własne pismo. W latach 70. i 80. był to najpotężniejszy, liczący najwięcej członków związek twórczy. I co? Przyszło za to zapłacić.

Świadek: magnetofon kasetowy. Wszystkie seanse zarezerwowane

Jak proletariat negocjował z dyktaturą proletariatu.

zobacz więcej
18 grudnia 1981 ZPAP zawieszono, zaś 20 czerwca1983 roku, za karę za poparcie postulatów Solidarności, decyzją najwyższych władz stowarzyszenie rozwiązano.

Ale życie nie znosi próżni: już pół roku później, na zjeździe w Zaborowie 18-19 lutego 1984, wykokonił się nowy, legalny, hołubiony przez PZPR związek nazwany ZPAMiG (Związek Polskich Artystów Malarzy i Grafików). W jego szeregach znalazło się wielu wybitnych artystów, raczej wiekowych, nie do końca zorientowanych w realiach. Ogromnie trudno było tłumaczyć ludziom urodzonym na początku XX, a nawet i w XIX wieku, ideowo przywiązanym do lewicy (tej przedwojennej, walczącej o socjal dla wszystkich), niewłaściwość tego posunięcia.

Zresztą nie tylko starzy dali się podpuścić – w szeregach ZPAMiG znaleźli się m.in. Edward Dwurnik, Jerzy Duda-Gracz, Kiejstut Bereźnicki, Erna Rosenstein, Tadeusz Kulisiewicz… Co na tym zyskali? Raczej niewiele. Ale ta niezgułowata formacja trwa do dziś, choć trudno mówić o potędze: około 150 członków na całą Polskę i brak samodzielnej siedziby…

W 1989 roku, po transformacji, reaktywowano „klasyczny” Związek Polskich Artystów Plastyków. Stan obecny to ponad 7 tysięcy zrzeszonych w 22 okręgach i 2 oddziałach (krakowskim i stołecznym). Ale nawet taki potencjał to za mało, by walczyć o godziwe miejsce w społeczeństwie przestawianym z „socu” na kapitalistyczne tory. Tylko… jak bez żadnego zaplecza ekonomicznego stawiać czoła wyzwaniom „prywatyzacji”?

Reforma emerytalna 1999 roku pozbawiła ludzi wolnych zawodów godziwych emerytur (wszak nie pracowali na etatach). Kto tylko miał szansę, szukał zatrudnienia na uczelniach, publicznych i prywatnych, byle mieć zagwarantowany stały dochód i podstawowy socjal. Efektem prywatyzacji okazał się bieg po doktoraty i inne „naukowe” tytuły, które twórcy masowo zdobywali, nie zawsze w uczciwy sposób. Nie miejsce tu, by rozprawiać o patologiach systemu edukacji wyższej, ale zapewniam – widoczna jest też na uczelniach artystycznych.
•••
Alternatywą prowadzenia zajęć pedagogicznych jest wyścig o granty, dotacje i rozmaite inne formy dojenia MKiDN, instytucji pozarządowych bądź lokalnych samorządów. Liderzy tych zawodów z pogardą patrzą na „ideowców” sprzed czterech dekad.

Zresztą, niewielu autorów tamtego zrywu trwa do dziś przy dawnych wartościach. Powody są po temu różne. Niejeden popadł w biedę i się wycofał. Wielu odeszło z tego świata – jedni otoczeni podziwem, inni w całkowitym zapomnieniu.

Źródło: Muzeum w Gliwicach/YouTube

Dobrze, że minął „czas smutku, czas nadziei”. Ale chwała tym, którzy przypominają tamten okres i ludzi, którzy sprzeciwili się komunistycznej opresji. Obejrzyjcie „Oazy wolności” – jeśli nie osobiście, to w internecie. Oprowadza Tadeusz Boruta.

– Monika Małkowska

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy



Wystawę „Oazy wolności. Niezależny ruch wystawienniczy w latach 80.” można oglądać w Muzeum w Gliwicach (ul. Dolnych Wałów 8a) do 10 października 2020 roku.
Zobacz więcej
Kultura Poprzednie wydanie
Chciał kręcić superprodukcję, drugą po „Krzyżakach”
Sto lat temu przyszedł na świat Andrzej Munk, reżyser „Eroiki” i „Zezowatego szczęścia” – kamieni milowych polskiego kina.
Kultura wydanie 8.10.2021 – 15.10.2021
Tajemnice konkursu chopinowskiego. Zapomniany fundator
Gdyby nie pieniądze, które wyłożył z własnej kieszeni, konkurs by się nie odbył.
Kultura wydanie 1.10.2021 – 8.10.2021
Tragiczne losy polskich laureatów Konkursu im. Chopina
Mordowali ich Niemcy, umierali w cierpieniach, rzucali się pod pociąg.
Kultura wydanie 1.10.2021 – 8.10.2021
Cywil z milicji
Po urodzeniu miał zostać uśpiony. Ale Bej przeżył i jest wymieniany jako jedna z ikon peerelowskiej pop-kultury.
Kultura wydanie 24.09.2021 – 1.10.2021
Najnowsze polskie filmy chętnie opowiadają o czasach PRL
Twórcy chcą historię traktować jako kostium dla współczesnych dyskusji, lęków i konfliktów.