Historia

„Ekstremistki” niczego nie żałują

– Kiedy wszystko się zaczęło dzięki strajkom w Gdańsku, poszłam do dyrektora, partyjnego i tchórzliwego i powiedziałam, że zawiązują się komitety solidarności w całym kraju i że my jako oświata też musimy zacząć działać. Oczywiście się nie zgodził – wspomina Ewa Józefowicz, anglistka z Torunia. Jest ona jedną z mniej znanych bohaterek Solidarności, o których historia zapomina. Odważnych i niedocenianych przez wiele lat.

Kobiety Solidarności mają swój rozpoznawalny znak: Gołdap. To tam, kilkaset metrów od granicy z Rosją z początkiem stycznia 1982 roku zaczęto zwozić „ekstremistki” z więzień i aresztów w całej Polsce, w których znalazły się po wprowadzeniu stanu wojennego – 13 grudnia 1981 roku.

Gołdap znana jest również tym kobietom, które tam nie trafiły, bo w Solidarność i działalność antykomunistyczną zaangażowały się później, w mrocznej dekadzie lat 80. XX w, kiedy ośrodek dla internowanych kobiet już nie funkcjonował.

Każda z nas, internowanych ma inne wspomnienia, zapamiętała inny moment – ja, że zaraz po przybyciu, kiedy, przez pewnie bardzo krótką chwile, byłam sama w celi-pokoju, zanim nadeszły koleżanki z transportu, zobaczyłam kolorowe, tłukące się do okien ptaki. Zapewne gile, które zareagowały na wybudzony nagle i ogrzany ośrodek wczasowy Zarządu Głównego Związku Zawodowego Pracowników Prasy, Książki, Radia i Telewizji w Gołdapi, zamieniony z rozmysłem na miejsce odosobnienia dla internowanych kobiet. Zwożono nas tam złowrogimi więźniarkami – milicyjnymi „budami” w trwających po kilkanaście godzin – i dłużej – transportach.

W styczniu, według źródeł m.in. białostockiego IPN przywieziono tam 280 kobiet, a w sumie przez to miejsce, od stycznia do lipca w pierwszym roku stanu wojennego przeszło około 400 internowanych w wieku od 19 do ponad 60 lat. Część z nich aktywnie działała także przed Sierpniem w KOR, KPN czy WZZ, ale większość była członkiniami różnego szczebla NSZZ Solidarność czy Niezależnego Zrzeszenia Studentów, dla których Solidarność była punktem odniesienia.

Wszystkie płaciły cenę za wielki zryw Solidarności – za 16 miesięcy wolności radości i złudzeń – od sierpnia 1980 do grudnia 1981 r.

W ośrodku w Gołdapi, w mazurskich lasach, na skraju Puszczy Rominckiej kobiety zostały zdane na łaskę wojskowej dyktatury, z daleka od rodzin, oderwane od dzieci, rodziców potrzebujących ich pomocy, od mężów i ukochanych, z których wielu często też pozbawiono wolności.
Przez ośrodek w Gołdapi, od stycznia do lipca 1982 roku przeszło około 400 internowanych kobiet w wieku od 19 do ponad 60 lat. Fot. PAP/Roman Sieńko
Wszystkich „ukaranych za Solidarność” było wówczas w całym kraju 10 tysięcy, a uwięzionych „ekstremistek” 300- 400: robotnice, gospodynie domowe, nauczycielki, lekarki, rolniczki, urzędniczki, dziennikarki, inżynierowie, pracownice naukowe, studentki.

Zakładniczki w „złotej klatce”

Te najbardziej znane nazwiska, już wówczas legendy, to: Anna Walentynowicz, Alina Pienkowska, Joanna Gwiazda, Halina Mikołajska, Anka Kowalska, Gaja Kuroniowa. Ale także Grażyna Wendt-Przybylska, jedyna kobieta w prezydium Komisji Krajowej NSZZ „Solidarność”, aresztowana wraz z całym prezydium „krajówki” w hotelu Monopol w Gdańsku w nocy 13 grudnia 1981 roku.

Ośrodek wczasowy radia i telewizji w Gołdapi – pokazowa placówka dla internowanych, którą wizytował Międzynarodowy Czerwony Krzyż, inspekcje państwowe i reżimowi dziennikarze dający potem posłuszne świadectwa w całkowicie kontrolowanych przez komunistów mediach – to była prawdziwa pułapka. „Złota klatka”, jak niektóre z nas ją nazywały.

– Byłyśmy zakładniczkami, jestem tego pewna, dlatego byłyśmy tuż przy granicy, pół kilometra od Rosji, w jednej chwili mogłyśmy tam się znaleźć – mówiła zmarła w tym roku, w styczniu Grażyna Wendt-Przybylska.

Wyszkowski: Walentynowicz to duma i honor „Solidarności”

Współtwórca WZZ wspomina bohaterów 1980 roku.

zobacz więcej
Pamiętam też, jak oceniła to pani Anna – przynajmniej na początku, sceptycznie nastawiona co do tego, że wyjdziemy z opresji cało. Anna Walentynowicz przewożona była z kobiecego więzienia w Fordonie z grupą 38 kobiet z Gdańska, Torunia i Bydgoszczy w pierwszym tygodniu srogiego stycznia 1982 (autorka tego tekstu jechała w milicyjnej budzie ramię w ramię z Anną Walentynowicz). Podróż w nocy z 9 na 10 stycznia 1982, odbywała się w fatalnych warunkach, ze spalinami w środku pojazdu.

Pani Anna już wtedy, w transporcie przekonywała nas, że trzeba znać prawdę o Solidarności, i że bardzo ważne jest właśnie to, by prawda ocalała. Uważała, że Lech Wałęsa nie był prawdziwym przywódcą strajku w stoczni w sierpniu '80 i nie przeskoczył przez żaden płot – został dostarczony tam w inny sposób. Z przekonaniem jako autentycznych przywódców wymieniała za to dwie osoby: Bogdana Borusewicza i Andrzeja Gwiazdę. W tym samym transporcie jechały wówczas z nami: Alina Pienkowska, żona Bogdana i Joanna, żona Andrzeja.
Jako autentycznych przywódców sierpniowych strajków Anna Walentynowicz wymieniała Andrzeja Gwiazdę (oboje na zdjęciu w czasie I Krajowego Zjazdu Delegatów NSZZ "Solidarność") i Bogdana Borusewicza. Fot. Waclaw Rymko/Forum
Nie wszystkie chciałyśmy słuchać tych trudnych ocen i opinii, i wyraźnie zarysowującego się już konfliktu: – Pani Aniu, niech teraz może pani nam tego nie mówi, bo nie wiemy, dokąd jedziemy i co się z nami stanie – prosiłyśmy. – Ale ktoś przeżyje i ocali prawdę – usłyszałyśmy.

Po 20 godzinach transport z Fordonu spod Bydgoszczy dotarł na miejsce, ale wysiadka była równie dramatyczna jak podróż. Zobaczyłyśmy szpaler młodych wojskowych w zielonych, zimowych mundurach, prowadzący wprost do drzwi jakiegoś budynku: las, słońce, karabiny, żołnierze, śnieg. – I co dalej? – pytałyśmy zdezorientowane. – Tu nikogo nie ma, tylko oni i my. Pozabijają nas – usłyszałam.

Ewa przebija ścianę

– Przez całą drogę odmawiałam różaniec, a gdy wysiadłyśmy z tej „budy-suki” powiedziałam do najbliższej koleżanki: do zobaczenia gdzie indziej. Miałam na myśli: do zobaczenia w innym świecie – wspomina Ewa Józefowicz, nauczycielka – anglistka z Torunia.

Jest ona jedną z mniej znanych bohaterek tamtych wydarzeń, jak setki innych, o których historia zapomina. Odważnych i niedocenianych przez wiele lat. Dopiero za prezydentury Lecha Kaczyńskiego ci mniej znani zaangażowani uczestnicy Sierpnia '80, w tym kobiety, zaczęli być odnajdowani i przypominani. To wówczas na dobre przestano zamazywać najnowszą historię i światło dzienne miała szansę ujrzeć inna narracja o tamtych wydarzeniach. Wówczas to zaczęto się wstydzić zaniechań wobec tych, którym należy się dobra pamięć, a brak zadośćuczynienia uznaje się za niegodny wolnego państwa.

– Znam przypadki, gdy dziewczyny z mniejszych miejscowości były naprawdę szykanowane i upadlane, również po wyjściu z internowania. Płaciły za to ogromną cenę, często w milczeniu, dręczone albo zamykane w więzieniach za późniejszą działalność – podkreśla Ewa Józefowicz.

Zorganizowano fetę dla Wałęsy. Byliśmy krytyczni. Uważaliśmy, że to lizusostwo

Nagrywaliśmy obrady na kasety i sprzedawaliśmy delegatom. Szły jak woda.

zobacz więcej
Sama ma piękną solidarnościową kartę. – Zagrażałam państwu, a swoją działalnością chciałam przyczynić się do obalenia ustroju socjalistycznego – tak napisali w dokumencie internowania. Za to, że tworzyłam Solidarność nauczycielską w całym naszym regionie, od początku, zaraz we wrześniu 1980 roku w podstawówkach, liceach, zawodówkach. W tamtym czasie, pracowałam od kilku lat jako anglistka w znanym toruńskim liceum. Kiedy wszystko się zaczęło dzięki strajkom w Gdańsku, poszłam do dyrektora, partyjnego i tchórzliwego i powiedziałam, że zawiązują się komitety solidarności w całym kraju i że my jako oświata też musimy zacząć działać. Oczywiście się nie zgodził – opowiada.

Postanowiła więc ruszyć samodzielnie. Nie wyobrażała sobie, że można inaczej. –Zorganizowałyśmy z koleżanką rusycystką zebranie nauczycielskie z całego regionu. Pobiegłyśmy do Towimoru (Toruńskie Zakłady Urządzeń Okrętowych – przyp. red), gdzie już działała Solidarność, po wsparcie organizacyjne, po pomoc i usankcjonowanie tego, co robimy – że my też podejmujemy działalność jako Solidarność. Przyjechało mnóstwo ludzi ze szkół z całego regionu, z małych miasteczek, wiosek. Wszyscy naprawdę licznie się stawili. Zawiązał się komitet założycielski nauczycielskiej Solidarności w ramach dużej Solidarności. Dyskutowaliśmy, co robić dalej, a pod koniec tego spotkania – wiecu zostałam wybrana na przewodniczącą, bo ludzie się wtedy jednak jeszcze mocno bali podejmować takie zadania, każdy myślał o pracy, o bliskich. Ja oczywiście też – miałam kilkuletnie dziecko i chorego męża. Ale następnych 16 miesięcy to była wielka aktywność, działanie, zadania organizacyjne, drukowanie, interwencje w szkołach, przygotowanie nowej Karty Nauczyciela, wyjazdy. I nagle 13 grudnia – mówi Ewa Józefowicz.

W więzieniu w Fordonie Ewa sprężyną od łóżka przebiła się do celi obok i prowadziła w ten sposób korespondencję z inną internowaną, w Sylwestra krzyczała przez więzienne okna: „Solidarność, Solidarność”, a na ścianie ołówkiem nad łóżkiem napisała: „Bóg Honor Ojczyzna”.

9 stycznia wywieziono nas ze wspólnej celi do Gołdapi, gdzie m.in. udzielała lekcji angielskiego, uczestniczyła w konspiracyjnych spotkaniach artystycznych i wykładach.


Gdy ją wypuszczali, przeszła dotkliwą rewizję osobistą, a potem samotny marsz przez las – z ośrodka do miasteczka było prawie 6 km leśnej drogi – z kartonem przewiązanym sznurkiem i ciężkim okryciem na ramionach.
– Szłam tą droga, sama, gdy mnie wypuszczali było już popołudnie, a nie wiedziałam, która drogą mam iść, bo było kilka do wyboru. Bałam się, że pójdę w głąb lasu, wejdę wprost na ruską granicę i tam mnie przechwycą albo zastrzelą. Takie miałam myśli. Szłam i szłam z tym pudłem w starym, ale ulubionym futrze od teściowej i modliłam się, żeby wilki nie wyskoczyły, bo przecież to była puszcza. W końcu nie wiem, po jakim czasie doszłam do Gołdapi, było już ciemno. Pierwszą napotkaną osobę zapytałam o stację kolejową. Miałam jakieś pieniądze, więc mogłam kupić bilet. Wsiadłam do pociągu, który jechał do Białegostoku, stamtąd do Olszyna, do domu brata. Okazało się, że jest tam mój mąż, bo był w drodze z Torunia do mnie, do Gołdapi. Oczywiście nie powiedzieli mu, że mnie wypuszczają – relacjonuje Ewa.

Ryk na szkolnym korytarzu

W Toruniu wróciła do szkoły. Młodzież zrobiła jej owacyjne powitanie. – Był ryk na korytarzu, krzyki radości, niesamowite wrażenie, a dyrektor zbladł z przerażenia, unikał mnie jak ognia. Dopracowałam do końca roku szkolnego, nawet przeprowadziłam maturę. Dopiero wtedy mnie wywalili – mówi.

Źródło: Europejskie Centrum Solidarności/YouTube

– Zostałam zawodową bezrobotną aż do 1989 roku, oczywiście bez żadnego zasiłku, ubezpieczenia itp. W tym czasie tłumaczyłam artykuły dla „drugiego obiegu”. Nie wiem nawet, gdzie to było drukowane. Materiały do tłumaczenia przynosili młodzi ludzie. Czasem dostawałam za to jakieś wynagrodzenie, czasem nie – wiedziałam, że i tak będę to robić. Sporo tego było.

Utrzymywała się z udzielania prywatnych lekcji angielskiego, jakoś przetrwała do 1989 r. i znów podjęła pracę w tej samej szkole. Popierała rząd Jan Olszewskiego. Wypisała się z Solidarności.

Krzyża Wolności i Solidarności nie ma, bo uznała, że jeśli sama we wniosku ma opisywać swoje zasługi, to nie będzie tego robić. – Jak chcą mi dać ten krzyż, to niech sami znajdą na to sposób – tak uważa.

Dama dodaje otuchy

Grażyna Wendt-Przybylska, wspomniana już lekarka – anestezjolog, doktor nauk medycznych, specjalista medycyny sądowej, dodawała otuchy i pomagała naprawdę wszystkim, z którymi się stykała wszędzie, gdzie ją przewożono: do Gołdapi przyjechała 10 stycznia 1982 roku. Zabrano ją stamtąd 1 marca i zawieziono wraz z grupą innych kobiet do Darłówka – innego miejsca uwięzienia, kiedy postanowiono rozdzielić kobiety. Czy dlatego, że w jednym miejscu stały się zbyt niebezpieczne, zbyt dobrze zorganizowane?

Gdy milicjanci przesłuchiwali Yoshiho Umedę, krzyczał do nich: „Wy nie jesteście Polakami!”

Jako Japończyk uważał, że wobec władzy trzeba być lojalnym. W PRL zrozumiał, że to nie jest słuszna postawa.

zobacz więcej
Grażyna Wendt-Przybylska w prezydium Komisji Krajowej odpowiadała m.in. za służbę zdrowia, oświatę, kulturę w taki sposób wspominała przewóz i wyjście z transportu: – To był szpaler wojskowych, ale ruskich wojskowych, w sowieckich mundurach, potem okazało się, że oni się przebrali w te sowieckie mundury, aby nas przestraszyć, że tak im kazali – wspominała podczas panelu zorganizowanego w czasie Festiwalu Filmowego NNW w Gdyni w 2013 roku. Panel poświęcony był roli kobiet nie tylko w Solidarności, ale ogólne w konspiracji i opozycji antykomunistycznej.

Mówiła wówczas: – Rzeczywiście zostałam wybrana do zarządu krajowego Solidarności jako jedyna kobieta, przyszło mi działać w męskim gronie, zarówno w regionie moim, jak i w Komisji Krajowej. I powiem, że taryfy ulgowej nie było absolutnie żadnej. Koledzy traktowali mnie po szarmancku, nie powiem, ale jeśli chodzi o działalność, o zakres obowiązków i trudy, jakie ponosiliśmy, to nie było zupełnie żadnej różnicy. Natomiast jeśli chodzi o skalę zaangażowania kobiet, to przynajmniej w moim regionie to było pół na pół.

Grażyna została zatrzymana w gdańskim w hotelu Monopol w nocy 13 grudnia 1981 roku i wywieziona do Pruszcza Gdańskiego. – Pamiętam, jak staliśmy pod ścianą i pamiętam wymierzone w nas karabiny. Jacek Kuroń siedział przy kaloryferze, wszędzie zomowcy, a Kuroń wtedy do mnie: „Witam. Siedziałem już wiele razy, ale koedukacyjnie jeszcze nigdy”– wspominała.

W Gołdapi opowiadała m.in., jak rodziła się Solidarność w szpitalu wojewódzkim w Płocku i w ogóle w regionie płockim, gdzie pracowała, o swoich obowiązkach w Komisji Krajowej, ale równie barwne były jej opowieści jako lekarza sądowego.
Miała kojący wpływ na poszarpane nerwy zamkniętych osób. Na zdjęciu: Lipiec 2016 r. Prezes IPN Łukasz Kamiński odznacza Grażynę Przybylską-Wendt Krzyżem Wolności i Solidarności. Fot. IPN
– Słuchałam jej trochę jak wyroczni, budziła mój respekt, była kimś ważnym – wspomina Ewa Józefowicz. – Miała inną perspektywę, ale bez narzucania czegokolwiek, bez niepotrzebnych emocji. To była jedna z najbardziej świetlanych postaci, jakie znałam. No i te jej opowieści z pracy, to było coś niebywałego. Była prawdziwą damą, zawsze elegancka, która bez strachu mówiła, na czym polega jej zawód, a przecież na co dzień obcowała z nieboszczykami.

Ja zaś pamiętam taką opowiadaną przez nią historię, która wtedy nas w Gołdapi jednocześnie zmroziła i rozbawiła. W czasie bodaj pierwszej swojej ekspedycji zawodowej, Grażyna już jako medyk sądowy wyruszyła z milicjantami w lasy koło Płocka, gdzie odnaleziono zwłoki leżące od kilku tygodni w bunkrze. Milicjanci zapytali, czy nie będzie chciała czegoś na wzmocnienie, bo oni na pewno tak. Przytaknęła, a „czysta” wypita z przeciętego na pół kiszonego ogórka, zastępującego kieliszek, okazała się zbawienna.

Esbecy przywożą dokumenty i ...maszynę do pisania

Grażyna Wendt-Przybylska była rzeczywiście prawdziwą damą, miała kojący wpływ na poszarpane nerwy zamkniętych osób. Poza tym nie zadzierała nosa, nie wymądrzała się, wierzyła w dobry obrót spraw, ale bez tandetnego optymizmu. Wskazywała na Opatrzność – tego się trzymała i innym bez jakiejkolwiek nachalności też proponowała takie spojrzenie. A wiara w innych i zaufanie nie były powszechne w tym zamkniętym więzieniu bez krat, w którym esbecja, niestety czasem z powodzeniem, rozsiewała dezinformacje i podsycała podejrzliwość.
O tym, jak bardzo była potrzebna zawodowo jako lekarz sądowy świadczy fakt, że przywożono jej do Gołdapi dokumenty ze śledztwa z toczących się spraw w Płocku, bo jej opinia jako anatomopatologa była niezbędna do kolejnych etapów prac czy rozpraw sądowych. Grażyna postawiła warunek: zażądała maszyny do pisania, bez której, stwierdziła, nie może pracować. Maszynę przywieziono i służyła potem też zupełnie innym celom – konspiracyjnym.

Do Płocka wróciła 27 marca 1982 r. – Przyjęli mnie z powrotem do szpitala, ale na innych zasadach, fatalnych finansowo – wspomniała wiele lat później. W jednej z relacji mówiła: – Gdybym miała wybierać po raz drugi, nie zmieniłabym swoich decyzji. Cieszę się z tego, co osiągnęliśmy jako związek i cieszę się, że dołożyłam do tego swoją małą cegiełkę.

Po wyjściu z internowania dalej działała w podziemnych strukturach Solidarności, w latach 1986-89 przewodniczyła podziemnemu Zarządowi Organizacji Regionu Płockiego „S”. W 1989 roku była przeciwniczką kompromisu zawartego przy Okrągłym Stole, wstąpiła do ZCHN.

Po katastrofie smoleńskiej w 2010 roku brała udział w pracach mających wyjaśnić przyczyny tej tragedii – poprosił ją o to Antonii Macierewicz. Podjęła się tego zadania, choć zdrowie zaczynało już mocno szwankować. Przygotowała na ten temat rzetelną analizę jako anatomopatolog, wskazując na co, jej zdaniem, należy zwrócić uwagę przy dalszych badaniach.

Państwo zapomniało

Przed V edycją Festiwalu Filmowego NNW w Gdyni w 2013 roku, podczas którego zorganizowany został panel o kobietach, Grażyna pytana była, czy zostały one należycie docenione za wysiłek włożony w działalność opozycyjną. Odpowiedziała: – Uważam, że nie w takim stopniu, w jakim powinny. Niektóre kobiety naprawdę były mocno zaangażowane i ponosiły z tego tytułu ogromne konsekwencje.
Wystawę "Kobiety internowane Gołdap 1982" otwarto w 2008 roku w IPN w Białymstoku. Fot. PAP/Artur Reszko
Wyraziła też opinię na temat tego, czy pomoc, która jest udzielana weteranom opozycyjnym jest wystarczająca: – Absolutnie nie i nie mówię tutaj o sobie. Znam sytuację moich koleżanek i kolegów z tamtego okresu, którzy finansowo i standardem życia odstają od średniej krajowej. Jest wiele osób, które żyją w ciężkich warunkach. To nie uczucie żalu, bo trudno to tak nazwać – przecież podejmując działalność, nikt nie liczył ani nie myślał o tym, że coś za to dostanie czy coś z tego będzie miał.

Mówiła także o roli Lecha Kaczyńskiego. – Gdy prezydentem był Lech Kaczyński, to doceniał kombatantów, zarówno tych z lat wcześniejszych, jak i działaczy solidarnościowych. Byli odznaczani i nagradzani. Ale generalnie rzecz ujmując, ludzie, którzy kiedyś poświęcili bardzo wiele, dziś nie dostają zbyt dużej pomocy od państwa.

Według różnych statystyk do października 1982 r. sądy powszechne i wojskowe skazały ponad 5 tys. osób z powodów politycznych, a przeszło dwa razy tyle internowano. Z powodu działalności opozycyjnej pracę straciło prawie 56 tys. osób. Liczbę zabitych w różny sposób podczas stanu wojennego, historycy szacują na ok. 50, a tzw. „Raport Rokity” mówi nawet, że liczba ofiar śmiertelnych była dwa razy wyższa.

•••


Uwierzyły, że można żyć i pracować godnie, żyć w suwerennym kraju, według zasad aprobowanych przez miliony Polaków. Uwierzyły, że można przezwyciężyć wszechogarniająca biedę, szarość i beznadziejną socjalistyczną rzeczywistość. (…) Wierzyły, wtedy może jeszcze nieliczne, że uda się odzyskać suwerenne państwo – pisał we wstępie do unikalnej publikacji „Kobiety internowane” Gołdap 1982” , wydanej w 2009 r, dr hab. Janusz Kurtyka, prezes Instytutu Pamięci Narodowej, który rok później zginął w katastrofie smoleńskiej wraz z prezydentem Polski Lechem Kaczyńskim, jego małżonką i 94 osobami na pokładzie Tupolewa.

Piękne słowo „niezależność”

Dziesięciomilionowy związek był taranem pod osłoną którego działać mogły inne środowiska.

zobacz więcej
W tej samej publikacji ocenił, być może zbyt patetycznie i kto wie, czy po myśli, przynajmniej części uczestniczek tamtych zdarzeń, ale na pewno nie tracąc z oczu historycznej perspektywy polskich losów:

Postąpiły jak pokolenia Polek przed nimi. Wiedzione tradycją lub w spontanicznym odruchu, wszystkie z potrzeby serca, zaangażowały się w solidarną walkę ze zniewalającym systemem. Wstąpiły na drogę powstańczych emisariuszek i łączniczek partyzanckich oddziałów. Czerń stroju i patriotyczną biżuterię zastąpiły związkowym znaczkiem i wpiętym w bluzę „opornikiem”. Tym razem – w dniach stanu wojennego – system komunistycznego bezprawia nie skazał ich na syberyjską zsyłkę, nie wyprawił ich w drogę ostatnio przebytą przez żołnierzy Polskiego Państwa Podziemnego. Transporty zatrzymywały się w Gołdapi, kilkaset metrów od granicy państwa. Poddane presji psychicznej, oderwane od rodzin, dezinformowane i pozbawione wieści od najbliższych oraz wiadomości o sytuacji w kraju, miały wyrzec się ideałów, skończyć z dotychczasową działalnością społeczną, miały zapomnieć o marzeniach. Wyemigrować lub karnie stanąć w szeregu – pisał rok przed swoją tragiczną śmiercią prezes Kurtyka.

– Grażyna Raszkowska

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy

Bez kobiet nic by nie było. Nie przetrwalibyśmy

W 2013 roku w ramach V Festiwalu Filmów Dokumentalnych „Niepokorni, niezłomni, wyklęci” odbył się panel poświęcony roli kobiet w konspiracji i opozycji antykomunistycznej. Grażyna Raszkowska była moderatorem dyskusji, którą spisał portal wpolitcye.pl.

Dyskusje toczyły: Weronika Sebastianowicz , prezes Stowarzyszenia Żołnierzy AK Białoruś, Lidia Lwow-Eberle, sanitariuszka V Brygady Wileńskiej AK oraz opozycjonistki z czasu PRL: Grażyna Przybylska-Wendt, Ewa Kubasiewicz, uczestniczka strajku okupacyjnego w Wyższej Szkole Morskiej w grudniu 1981 r.; aresztowana 20 grudnia, w lutym 1982 skazana przez Sąd Marynarki Wojennej w Gdyni na karę 10 lat pozbawienia wolności, Jolanta Wiśniewska , po wprowadzeniu stanu wojennego pozostawała w ukryciu; działała w podziemnych strukturach Armenii RKW Mazowsze oraz Bożena Rybicka-Grzywaczewska , w opozycji od 1977 r.; w sierpniu '80 uczestniczka strajku w Stoczni Gdańskiej; po wprowadzeniu stanu wojennego kilka miesięcy w ukryciu.

Weronika Sebastanowicz: Wtedy, podczas wojny przyszło nam walczyć ramię ramię z mężczyznami. I walczymy do dziś, choć dziś chyba nie o to, czy dzisiaj, czy jutro, czy za rok odzyskamy wolność i naszą ojczyznę. Dzisiaj walczymy o godność człowieka, o godność Polaka, którą się tak bardzo niszczy na naszych Kresach. Ale mamy nadzieję, że z Bożą wolą uda się nam to wywalczyć.

Lidia Lwow-Eberle: W konspiracji byłam od sierpnia 1943 roku do marca 1948 roku. Wraz ze mną w V Brygadzie Wileńskiej AK było nas sześć kobiet. Bo w każdym plutonie była jedna sanitariuszka. Żyłyśmy i walczyłyśmy tak, jak chłopcy, tylko bez broni. Bo myśmy opatrywały rannych i byłyśmy w każdej akcji, którą podejmowali chłopcy. Życie sanitariuszek wyglądało tak, jak chłopaków, ciągle zmienialiśmy miejsce postoju. W 1947 roku było już bardzo ciężko, nia dało się poruszać po terenie. Ja chciałam iść do zakonu, żeby jakoś polepszyć swoje życie. Ja przez pięć lat prawie się nie rozbierałam, rzadko zdejmowało się buty, myłam się, gdzie popadnie. Chodziłam i spałam w tym samym ubraniu. Gdyby trzeba było nadal walczyć o Polskę, to nadal bym walczyła. Może w moim wieku już nie, ale sercem i duszą jestem za Polską. Kocham Polskę!

Grażyna Przybylska-Wendt: Rzeczywiście zostałam wybrana do zarządu krajowego Solidarności jako jedyna kobieta, przyszło mi działać w męskim gronie, zarówno w regionie moim, jak i w komisji krajowej. I powiem, że taryfy ulgowej nie było absolutnie żadnej. Koledzy traktowali mnie po szarmancku, nie powiem, ale jeśli chodzi o działalność, o zakres obowiązków i trudy, jakie ponosiliśmy, to nie było zupełnie żadnej różnicy. Natomiast jeśli chodzi o skalę zaangażowania kobiet, to przynajmniej w moim regionie to było pół na pół. Ale zgadza się także to, co panie powiedziały wcześniej, że zauważalny był podział w obowiązkach, co innego robili mężczyźni, co innego robiły kobiety.
Ewa Kubasiewicz: Kobiet w Solidarności było sporo, choć zawsze jest tak, że kobiety mają dużo obowiązków w domu i bardziej eksponowane stanowiska zajmują mężczyźni. Nie chciałabym żadnego z panów, broń Boże dotknąć, ale wydaje mi się, że w swojej masie kobiety są często jakby odważniejsze. Przepraszam panowie, ale tak mi się wydaje. I widać, że to zaangażowanie kobiet często jest bardzo głębokie, bardzo silne. Najlepszy dowód, że panie działacie jeszcze do tej pory. (…) Kobiety z mojej generacji były dzielne i wspaniałe, robiło się bardzo wiele i także się narażało, ale to narażenie się nie było w ogóle współmierne do tego, czym paniom Eberle i Sebastianowicz groziła ich działalność. Bo i czasy były inne, i więzienia stalinowskie... To w ogóle nie ma porównania. W czasach Solidarności też oczywiście były ofiary, ale to był jednak inny wymiar tej ofiary.

Jolanta Wiśniewska: (..) Jak się ruszało 13 grudnia, to kompletnie nie wiadomo było, czego się człowiek może spodziewać. (…) Przez jakiś czas byłam wiceszefową takiej grupy Armenia, która była swoistą konspiracją w konspiracji. To były różne grupy specjalne, zadania mieliśmy różne. Od rozrzucania ulotek po podrzucanie gwoździ pod jadące samochody ZOMO. Mieliśmy także do robienia podziemne radio. Tam była zdecydowana większość chłopaków, siłą rzeczy, tak się stało ze względu na charakter tej grupy. Bo to była organizacja do zadań specjalnych. Kobiet było mało, to były głównie łączniczki albo panie, które udzielały schronienia konspiratorom. To było bardzo niebezpieczne, esbecja szalała, żeby odkryć takie miejsca i groziły za to wysokie wyroki. To naprawdę wymagało odwagi.

Bożena Rybicka-Grzywaczewska: Ja także chcę podziękować za możliwość siedzenia przy jednym stole z paniami, które walczyły w Armii Krajowej. Gdyby nie ten wzór bezdyskusyjnego patriotyzmu, to nie wiemy, jak by kolejne pokolenia i jakbyśmy my, nieco młodsze działały. Armia Krajowa to dla nas legendarne wzory, postawy. Ja nie odczuwam nigdy tego, że kobiet jest mało. Oczywiście, że mężczyzn zawsze było więcej. Pochodzę z licznej rodziny, miałam czterech braci i jestem nauczona tego, że trzeba walczyć o swoje i równać do mężczyzn w każdej sytuacji. Wydaje mi się jednak, że bez kobiet nic by nie było. Nie przetrwalibyśmy. Ja akurat w stanie wojennym się ukrywałam, ale cała pomoc, która była organizowana dla osób ukrywających się, to przecież były kobiety. Moje siostry, moje koleżanki. Mężczyźni byli albo aresztowani, albo ukrywali się. Mówiono już dzisiaj odwadze kobiet, trudno się licytować, czy kobiety były odważniejsze od mężczyzn, natomiast na pewno wybory kobiet były o wiele bardziej dramatyczne. Z tego względu, że one po prostu często miały dzieci. To były niejednokrotnie heroiczne wybory.

Autorka tekstu, Grażyna Raszkowska (z domu Łętowska) jest dziennikarką. Pod koniec grudnia 1981 roku została internowana. Jako studentka polonistyki była redaktorem naczelnym niezależnego pisma studenckiego „Immunitet”, ukazującego się w Toruniu. Wiceprzewodnicząca Niezależnego Zrzeszania Studentów na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika, współorganizatorka studenckich strajków. Po wprowadzeniu stanu wojennego zabezpieczała materiały wydawnicze, wywożąc je m.in. do Warszawy. Po wyjściu z internowania współdziałała ze środowiskiem podziemnym, m.in. organizując pomoc dla ukrywających się osób.
Zobacz więcej
Historia Poprzednie wydanie
Dla niego kelnerzy podsłuchiwali polityków. Najlepiej opłacany...
Kiedy zaczęły się obrady rządu, coś poruszyło się za kotarą. Odsunięto zasłonę i oczom zdumionych ministrów ukazał się…
Historia Poprzednie wydanie
Polskie Kresy wstępują do sowieckiego raju
Żeby był porządek na jeden mandat z okręgu był uzgodniony tylko jeden kandydat.
Historia Poprzednie wydanie
Mało biłam dzieci. Jeżeli je biłam, to tylko na polecenie
Zła, okrutna. Nigdy nie widziałam jej bez pejcza. Traciłyśmy przytomność – mówią jej ofiary.
Historia wydanie 16.10.2020 – 23.10.2020
Wywiesiliśmy proporce z barwami narodowymi i godłem. Jak...
Hydroplan z czarnym napisem U.S. COAST GUARD zrzucił mały, płócienny woreczek zawierający krótką wiadomość: „Are you O.K.?”
Historia wydanie 16.10.2020 – 23.10.2020
Nie tylko Haberbusch i Schiele. Jak Niemcy zostawali Polakami
Ojciec poety był weteranem powstania styczniowego, dziad – listopadowego. Ale prapradziad przybył z Turyngii.