Rozmowy

Czeka nas kilka fal zidiocenia i histerii

We współczesnym kinie mamy przewidywalne ekranizacje komiksów ugotowane w ciężkim sosie bezustannych efektów specjalnych. To bastardyzacja mitologii i pornografia efektów specjalnych – mówi Lech Majewski, reżyser „Doliny Bogów”. Polska premiera filmu odbędzie się 21 sierpnia 2020.

TYGODNIK TVP: Pańskie ostatnie filmy jak „Młyn i krzyż” czy „Onirica” były przesiąknięte metafizyką. Obok Terrence’a Malicka jest Pan w tej chwili jedynym reżyserem pracującym z wielkimi amerykańskimi gwiazdami, który patrzy na świat przez optykę chrześcijańską. Jednak „Dolina Bogów” odbija od treści stricte religijnych. Mamy opowieść o zderzeniu dwóch mitów. Mitu bogactwa i mitu indiańskiego.

LECH MAJEWSKI:
W moich filmach często płynie podziemna rzeka łącząca tematy z religią. Tym razem sięgam do mitu Indian Nawaho, którzy żyją w Navajo Country. To spory obszar będący poza jurysdykcją stanową i federalną USA. Indianie żyją tam w archaiczny sposób – nie mają ani kanalizacji, ani elektryczności. Żyją w lepiankach z gałęzi i gliny na pustyniach, które zafascynowały mnie wiele lat temu, gdy przygotowywałem się w studiu Davida Lyncha do kręcenia filmu „Ewangelia według Harry’ego". Część zdjęć miała powstać właśnie tam. Od tego czasu myślałem, by nakręcić film na jednej z tych niesamowitych przestrzeni. Zainteresował mnie też tajemniczy mit sprzed pięciu tysięcy lat o rosnącej skale w hetyckiej Anatolii. Podobny mit znalazłem u Indian Nawaho. To mit archetypiczny.
Reżyser Lech Majewski z aktorem Josephem Runningfoksem na planie "Doliny Bogów". Fot. Galapagos Films/materiały prasowe
I właśnie ten mit zderza Pan z mitem bogactwa, uosobionym przez mieszkającego w zamku człowieka o twarzy Johna Malkovicha. Oni żyją zgodnie z naturą. Nie mają nawet prądu. On w środku swojego zamku ma kort tenisowy. Wystrzeliwuje dla zabawy luksusowe samochody za pomocą katapulty.

Celowo zderzam archaizm egzystencji Nawaho z superkonsumpcyjnym mitem współczesności. W USA bogactwo jest ostentacyjne. Chodzi o to by mieć takie pieniądze, by pozwolić sobie na realizację każdego marzenia i każdej zachcianki. Człowiek grany przez Malkovicha jest najbogatszym człowiekiem na świecie. Buduje sobie Europę zamknięty we własnej kapsule czasu. To takie jego europejskie Las Vegas, gdzie ma wszystko bez wychodzenia z domu, Rzym i Paryż, Barok i Gotyk.

Szczęścia mu to nie daje.

Nie jest w stanie uniknąć smutku. Przypomina mi sytuację z imprezy Gildii Reżyserów Amerykańskich, wiele lat temu w Los Angeles. W pewnym momencie do sali weszła Liz Taylor. Wszystkie flesze wystrzeliły, uwaga była skupiona wyłącznie na niej. Miałem wrażenia, że wybuchła bomba atomowa. Przez pierwsze 5 minut wszyscy ją fotografowali. Byłem tam z kolegą producentem, który notabene produkował filmy Altmana, i patrzymy, że nagle ona stoi tam sama. Mój kolega mówi do mnie, że może wypadałoby by podejść do pani Taylor i chociaż przynieść jej drinka! Tak bardzo wydawała się nam bezradna, samotna i opuszczona.

Maska szczęścia, a za nią pustka.

Kiedy wydaje się, że wszystko już osiągnęliśmy, to nagle stajemy się zbędni.

Pana „Onirika” była jednym z najgłębszych filmów o stracie i próbach poradzeniu sobie z jej przeżyciem. W pańskim najnowszym filmie też motyw straty jest bardzo wyraźny. Obserwujemy go nie tylko na przykładzie postaci bogacza, ale też pisarza, w którego wciela się Josh Hartnett.

W „Dolinie Bogów” wszyscy tracą. Indianie tracą świętą ziemię, bohaterowie tracą bliskich, ukochane kobiety. To jest film o próbach pogodzenia się ze stratą. Jednak Indianie, którym swój film pokazałem uznali, że to pierwszy film robiony z ich perspektywy. Nie jest to perspektywa białego człowieka, ale ich perspektywa. Nazwali to „magicznym okiem”.

Ale już mit bogactwa jest mitem białego człowieka. Jest to też jeden z najważniejszych mitów kina, naznaczony „Obywatelem Kane'm” Orsona Wellesa. John Malkovich gra jego nowe wcielenie?
Berenice Marlohe i Josh Hartnett w "Dolinie Bogów" Lecha Majewskiego. Fot. Galapagos Films/materiały prasowe
W filmie jest nawet cytat z „Obywatela Kane’a”. Co ciekawe koproducent „Doliny Bogów”, Filip Rymsza produkował ostatni film Orsona Wellesa „Druga strona wiatru”. Film ten przez lata nie był ukończony. Orson Welles nie mając pieniędzy na realizację filmu płacił udziałem z zysków kolejnym zatrudnianym przez siebie aktorom i członkom ekipy filmowej. Gdy umarł to ci wszyscy ludzie z kawałkami praw do ostatniego filmu Wellesa nie mogli dojść do porozumienia. Filipowi udało się po 20 latach walk prawniczych pogodzić wszystkie zwaśnione strony i ten film ukończyć. Motyw samotnego miliardera rodem z „Obywatela Kane’a” był w moim scenariuszu już od początku. Potem w projekt wszedł Filip. Przypadek? Moje życie jest wyszywane niezwykłymi zbiegami okoliczności.

Skąd pomysł by obsadzić w tak ambitnym, poetyckim i niełatwym filmie jak „Dolina Bogów” Josha Hartnetta, czyli aktora kojarzonego do niedawna z repertuarem bardziej komercyjnym? To gwiazda kilku tzw. blockbusterów hollywoodzkich jak „Helikopter w ogniu” Ridleya Scotta czy „Pearl Harbor” Michaela Baya.

Hartnett od dawna mnie intrygował. W jego twarzy widać ślad indiańskich korzeni. Gdy spotkaliśmy się, Josh oznajmił, że on wychował się na filmie, do którego napisałem scenariusz i go wyprodukowałem czyli „Basquiat – Taniec ze śmiercią” Juliana Schnabla. Wspaniały film ze śmietanką aktorską na czele z Davidem Bowie, który zagrał tam Andy’ego Warhola. Z kolei John Malkovich powiedział, że chciał u Pana zagrać, bo wielkie wrażenie zrobił na nim pański „Młyn i krzyż”. Hartnett i Malkovich to niejedyne duże nazwiska z pańskiego filmu. Obok nich mamy Johna Rhys-Davisa znanego z „Władcy pierścieni” czy grającą w „Skyfall” dziewczynę Bonda Bérénice Marlohe. „Dolina Bogów” to jednak kino bardzo autorskie i opowiedziane specyficznym, lirycznym językiem. Czy trudno było namówić do udziału w filmie tak znanych aktorów?

Dla nich mój film ma potencjał nie tylko artystyczny, ale też komercyjny. Jest na świecie spora grupa „niezagospodarowanych” widzów. To ludzie o innej wrażliwości niż odbiorcy masowej popkultury. To widzowie nie trawiący tej coraz mocniej zalewającej ich komercji. Od lat w światowym box office królują dosyć przewidywalne ekranizacje komiksów ugotowane w ciężkim sosie bezustannych efektów specjalnych, więc sporo widzów czeka na inną głębię ekranu.

Komiksy to też mitologia. Może właśnie takiej dziś potrzebujemy?

To bastardyzacja mitologii i pornografia efektów specjalnych. Ja też stosuję wizualne efekty – ożywiłem przecież obraz w „Młynie i krzyżu”. Widzę owe niezwykłe techniczne możliwości, które mogą wzbogacić kino. W „Cahiers du Cinéma napisano”, że „Młyn i Krzyż” to wręcz czwarty wymiar kina. Pewnie to przesada, ale wiele razy słyszałem, że w moich filmach pierwszy raz użyto efektów w „inny” sposób.

Celebryci płaczą, a studia filmowe szykują się na wojnę

„Nie czas umierać” miał być najważniejszą premierą wiosny 2020. Przez pandemię została ona przeniesiona na listopad i o sukces będzie trudno.

zobacz więcej
Jak bardzo pandemia COVID-19 wpłynęła na premierę „Doliny Bogów”? Wiem, że trasa promocyjna po USA musiała zostać przełożona.

Nie tylko po USA, ale i po Dalekim Wschodzie. Miałem zaplanowane tournée promocyjne na Tajwanie, w Południowej Korei i w Japonii. Teraz wszystko jest w poczekalni lub w zamrażalniku. Ale powoli kina otwierają się. Za dwa tygodnie czeka mnie sesja promocyjna w Holandii i Belgii.

Pandemia pokazała nam jak krucha jest nasza gospodarka. Kilka tygodni tzw. lockdownu i świat zachodni czeka największy kryzys finansowy od 100 lat. Z drugiej strony uderzający był widok samotnego papieża Franciszka na Placu św. Piotra. Czy ta pandemia zmieni zachodnią cywilizację duchowo czy tylko materialnie?

Materialnie na pewno, ale czy duchowo? Raczej nie tak szybko. Zanim to nastąpi czeka nas kilka fal zidiocenia i histerii. Aczkolwiek uświadomienie sobie faktu kruchości naszej egzystencji może mieć dobry wpływ na przyszłą duchowość. Owo „memento mori” chociaż przeraża, to jednak zawsze pomaga w duchowym rozwoju.

Czy kino może zainteresować się tematem pandemii pod kątem eschatologicznym i duchowym? A może kino zachodnie jest już zupełnie wykastrowane z duchowości?

Duchowość zawsze jest, może przywalona gruzem materii, ale ona jest nie do zniszczenia, gdzieś przecież zapuszcza już bezcielesne korzenie i po cichu rośnie, by przebić się do nas.

– rozmawiał Łukasz Adamski

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy


Lech Majewski – malarz, poeta, prozaik, reżyser. Urodzony w Katowicach, studiował malarstwo na Akademii Sztuk Pięknych. Absolwent Wydziału Reżyserii PWSFTViT w Łodzi. Jego filmy, m. in.: „Rycerz”, „Pokój Saren”, „Wojaczek”, „Angelus”, „Ogród rozkoszy ziemskich”, „Szklane usta”, „Młyn i Krzyż” oraz „Onirica” prezentowane były na najważniejszych festiwalach filmowych świata. W 2006 roku nowojorskie Museum of Modern Art uhonorowało jego twórczość́ organizacją indywidualnej retrospektywy. Jego wideoarty i instalacje były pokazywane w Luwrze, Tel Aviv Museum of Art, National Gallery w Londynie, Prado w Madrycie, w Muzeum Narodowym w Krakowie oraz na 54. weneckim Biennale. Majewski jest również wykładowcą na wielu uczelniach świata; od Canterbury University w Nowej Zelandii, poprzez Harvard i Berkeley w USA, po Uniwersytet w Pizie i Akademię Sztuk Pięknych w Rzymie. Jest członkiem Amerykańskiej Gildii Reżyserów oraz Amerykańskiej Akademii Filmowej.
Zdjęcie główne: John Malkovich w "Dolinie Bogów" Lecha Majewskiego. Fot. Galapagos Films/materiały prasowe
Zobacz więcej
Rozmowy Najnowsze wydanie
Półkopek był srebrny, tymf mało warty, a złotym płacimy od 1924
Bank Polski powstał jako instytucja prywatna, niezależna od administracji państwowej. Historia pieniądza i bankowości.
Rozmowy Najnowsze wydanie
U nas inwencja reżysera sprowadza się do wywołania skandalu
Antoni Libera: Wielka literatura nie polega na choćby najcelniejszej myśli czy prognozie. Polega na pięknie.
Rozmowy Poprzednie wydanie
Alergie wypełniły niszę zwolnioną przez choroby zakaźne
To cena płacona za „westernizację” modelu życia. Nie mamy gdzie nauczyć się, „kto swój, a kto wróg”.
Rozmowy Poprzednie wydanie
Czym cap odstraszał zarazę?
Wszystko leczyło laudanum, czyli opium zmieszane z winem w wersji dla kobiet, lub z wódką – dla panów.
Rozmowy Poprzednie wydanie
Modlą się ze mną łąki. W góralskiej gwarze
Co jest najlepsze na uroki? I czym jest pijowecka, madziar, albo śtajerek?