Rozmowy

Babcia, która śpiewa reggae

Jestem przykładem boskiego cudu, który spowodował, że po wielu modlitwach odstawiłam alkohol i już więcej po niego nie sięgnęłam. To stało się nagle. Nie leczyłam się, nie chodziłam na spotkania grup anonimowych alkoholików. Gdy opowiadam o tej sile modlitwy, to ludziom bardzo pomaga – wyznaje Stanisława Celińska.

Wciąż gra w serialu „Barwy szczęścia” , w teatralnej sztuce „Grace i Gloria” i od 50 lat wciela się w postać Iwony Rączkowej w słynnych radiowych „Matysiakach”. Ale dziś aktorstwem jest już znudzona – zajęła się śpiewaniem. Mając 68 lat nagrała pierwszą płytę, a po pięciu latach wydaje już czwartą, pt. „Jesienna”. –Jestem głodna muzyki, głodna świata – mówi.

TYGODNIK TVP: Ostatnie miesiące to był dla nas wszystkich trudny czas. Jak znosiła pani pandemię i izolację?

STANISŁAWA CELIŃSKA:
Miałam o tyle ułatwione zadanie, że przez chwilę byłam w stolicy, a potem wybrałam się na swoją podwarszawską działkę, gdzie jest przyroda i gdzie byłam daleko od zalewu informacji na temat tego, co dzieje się na całym świecie w związku z koronawirusem. Ten czas spędzałam więc spokojnie, w odosobnieniu i ciszy. Przygotowywałam się i nadal zresztą przygotowuję do koncertów. Uczę się na pamięć tekstów z nowej płyty. Na okoliczność pandemii napisałam jeszcze jeden, nowy utwór zatytułowany „Zatrzymani w czasie”. Można go znaleźć na moim profilu na Facebooku.

Może ten czas epidemii był i wciąż jest dla nas szansą na nową odsłonę naszego życia, na dostrzeżenie siebie, bliskich, tego, czego do tej pory nie widzieliśmy? Na odnowienie związków, rodzin, a co za tym idzie – miłości w tych rodzinach? Taki czas byłby dla nas błogosławiony, gdyby nie było związane z nim choroba i śmierć. Mam nadzieję, że mimo tego smutnego aspektu, niektórym udało się przyjrzeć swojemu życiu, coś w nim zmienić, a może coś postanowić.

Zatrzymani w czasie - słowa Stanisława Celińska, muzyka - Maciej Muraszko

Opublikowany przez Stanisława Celińska Piątek, 3 kwietnia 2020


Myśli pani, że to nie stało się bez powodu? Żyliśmy za szybko, nerwowo, pędziliśmy na oślep?

Wydaje mi się, że taki czas był i nam samym, i światu od dawna potrzebny. Tak jak powiedziałam: niestety towarzyszy temu śmierć i choroba, ale inaczej to by się nie wydarzyło. Świat by się nie zatrzymał. Teraz trzeba to, co przeżywamy, wykorzystać na plus. To, za czym tak pędziliśmy do tej pory, okazało się nieważne. Ważniejsze jest, i to warto doceniać każdego dnia, zdrowie, miłość, to, że mamy wokół siebie bliskich nam ludzi. Najważniejsze jest, by skupić się na tym, co jest blisko człowieka, na co do tej pory nie miał czasu, bo właśnie gdzieś gonił i zapominał o tym drugim, który mieszka obok, albo trochę dalej i warto się do niego odezwać, zadzwonić, napisać.

Kiedy otwiera się książeczkę dołączoną do pani płyty, na jej pierwszej stronie zamieszczone jest zdjęcie pisklaka grubodzioba, znalezionego na pani działce. Jaki ten azyl spokoju jest?

Poznałam kiedyś panią, która właśnie w tych okolicach ma działkę. Opowiadała mi o tym, jak tam jest przyjemnie i zapraszała, żebym wpadła, zobaczyła. Byłam tak zagoniona, że nigdy nie miałam na to czasu. Ale któregoś dnia pojechałam, zobaczyłam i zakochałam się w tym miejscu. Urzekło mnie to, że choć jest blisko Warszawy, to oddalone od głównej drogi, pełne zieleni. Zwłaszcza teraz, w dobie pandemii, zdało egzamin.

Turystyka – najmniej kontrowersyjna forma globalizacji. Jak będzie wyglądać po koronawirusie?

Jak będzie wyglądała turystyka po koronawirusie? Kogo wpuszczać, a kogo nie? Straty sektora szacowane są nawet na 400 mld euro.

zobacz więcej
A jaka była historia z tym pisklakiem?

Pewnego dnia przyjechałyśmy na tę działkę z moją przyjaciółką, skonane zupełnie, z tobołami. Nie zdążyłyśmy wejść do domku, kiedy zobaczyłyśmy siedzącego na krzaczku małego pisklaka z czupurkami na głowie. Okazało się, że nie potrafi fruwać i moje pieski były dla niego niebezpieczne. Nie wiedziałyśmy, co to za gatunek, dopiero potem dowiedziałam się, że to właśnie grubodziób. Udało nam się go złowić i zawieźć do ptasiego azylu. Trzeba było go uratować, bo inaczej by nie przeżył.

Kiedy tak jechałyśmy z nim w pudełku, zrobiłam mu zdjęcie i pomyślałam, że to będzie ptaszek, który zilustruje moją płytę. Poza tym zdjęciem pisklaka, na początku książeczki pojawił się mój ulubiony wiersz Emily Dickinson.

Ten wiersz zaczyna się od słów:
„Jeśli zaleczę choć jedno serce
Nie będę żyła na próżno”.
Pani tym, co śpiewa, również leczy serca?


To jest dla mnie niezwykle piękne, że znalazłam taką drogę do serc ludzi przez piosenki. Zawsze im życzę, żeby wychodzili z koncertów podniesieni na duchu. Sama po sobie wiem, ile dla człowieka znaczy dobre słowo.

Dzięki śpiewaniu i muzyce polubiła pani ludzi. Przynajmniej tak pani powiedziała kiedyś.

Gdy grałam w teatrze, kończył się spektakl, wszyscy rozchodzili się do domów. Rzadko kiedy były rozmowy z publicznością. Teraz, gdy koncertuję, ten kontakt jest. Po występie ludzie przychodzą, są rozmowy, często łzy. To spowodowało niesamowite zbliżenie między mną a moim odbiorcą. Mogę to śmiało nazwać miłością do tych ludzi i chęcią dania im siebie jak najlepiej, najmądrzej, najtrafniej.

Myślę, że ja sama stałam się dzięki temu lepszym człowiekiem. Czuję, że mam pewną misję do spełnienia. Jeśli ludzie chcą od ciebie dobra, uspokojenia, to człowiek sam musi nad tym pracować, nie kłamać. Mieć w sobie czystość i starać się, by była ona krystaliczna.
Stanisława Celińska, 25.12.2016
Być prawdziwym w tym, co się robi?

Tak. Gdy zaczynam ludzi okłamywać, coś przed nimi gram, udaję, to do niczego nie prowadzi. Jeśli natomiast jestem sobą, tak jak oni mam swoje problemy, ułomności, do których się przyznaję, to jestem z nimi.

Często to wygląda tak, że ci ludzie siedzą naprzeciwko mnie i myślą sobie: „To jesteśmy my, a tu taka Stasia. Niby taka wybitna, niesamowita, a ona jest taka jak ja. Skoro ona się uporała z tym albo z tamtym, to ja też mogę”. To jest moja forma pomocy tym ludziom.

Dzięki temu, że miałam te różne swoje problemy, zrozumiałam, jak łatwo w nie popaść i jak ludzi trzeba przed tym chronić, bo bardzo niewielu z nich wierzy w siebie tak do końca. Właśnie tę wiarę trzeba w nich rozbudzać, jak w tej mojej piosence, trochę w klimacie reggae:
„Nie jest za późno
Cieszyć się życiem
I mądre słowa
Zbierać jak liście.
Na świat popatrzeć
Z głową otwartą
Zacząć na nowo
Zawsze jest warto”.

Wydaje mi się, że jeśli mówi to ktoś w pewnym wieku, kto coś przeżył, a jednocześnie żyje w taki a nie inny sposób, to można mu wierzyć. Często zadawane mi jest pytanie, dlaczego tak dużo ludzi przychodzi na moje koncerty. Nie wiem. To chyba ci ludzie musieliby odpowiedzieć. Ja mogę się jedynie domyślać, że potrzebny jest im ktoś wiarygodny.

Teksty o tych ważnych sprawach to jedno, ale pani płyta jest pełna bardzo melodyjnej muzyki.

Bardzo się cieszę, że udało mi się spotkać na swojej drodze Macieja Muraszko. To, że on komponuje tak, a nie inaczej, pozwala mi czasem napisać w tekstach mocniejsze słowa, bo wiem, że jego muzyka to złagodzi. Jest piękna i melodyjna, bywa, że taki delikatny przekaz działa mocniej i dogłębniej na słuchacza niż krzyk.

Czy raj położony był na księżycu?

Którego dnia i o której godzinie Adam i Ewa wzięli ślub?

zobacz więcej
Powiedziała pani, że ludzie panią złościli. Czym?

Może nie tyle złościli, co łatwiej mi było ich oceniać niż w tej chwili. Tak jak napisałam w piosence „Niech minie złość”:
„Nie chcę nikogo oceniać
Wszystkiego o nim nie wiem
Wolę pochylić się nad kimś
Niż rzucić w niego kamieniem”.

Dalej śpiewam o tym, że nie jestem od niego lepsza i nie jestem przecież bez winy. W każdym z nas jest chęć obmawiania i właśnie taka pewnego rodzaju złość na drugiego człowieka. To jest ludzkie, ale lepiej tego nie robić, bo nie wiemy wszystkiego o tym człowieku. To, że sama dostałam po głowie i miałam swoje problemy spowodowało, że inaczej patrzę na ludzi. Z większą wyrozumiałością. I staram się ich jak najmniej obmawiać, nie być sędzią. Choć to trudne.

Mówiąc o swoich problemach, nawiązuje pani zapewne do nałogu, który udało się pani pokonać. Nie ma pani czasem ochoty odciąć się od tamtego okresu? Zostawić go za sobą i być już tylko tą „nową Stasią”?

Od momentu, gdy uporałam się ze swoim alkoholizmem, minęło 30 lat. To szmat czasu, więc rzeczywiście można by już było o tym zapomnieć, zamknąć szczelnie w pudełku i skończyć temat. Jest jednak pewna rzecz, która w jakiś sposób mi na to nie pozwala i każe wciąż o tym mówić. Mam tu na myśli to, jak ten mój nałóg został mi odjęty.

Jestem przykładem boskiego cudu, który spowodował, że po wielu modlitwach, prośbach, odstawiłam alkohol i już więcej po niego nie sięgnęłam. To stało się nagle. Nie leczyłam się, nie chodziłam na spotkania grup anonimowych alkoholików. Wiem, że gdy opowiadam o tym, jak to się stało, o tej sile modlitwy, to ludziom to bardzo pomaga. Takich ludzi, jak ja, jest bardzo wielu.
Oczywiście nie zawsze chcę do tego wracać i nie zawsze jest sens, by to przypominać, ale są momenty, kiedy warto. Dawanie świadectwa ludziom chociaż w taki sposób i pokazywanie im, że jest możliwe, by przez modlitwę i oddanie się Bogu, pozbyć się problemu, jest częścią tej mojej misji.

A jaki jest ten Bóg Stanisławy Celińskiej?

Dobry, wyrozumiały, wybaczający, ale jednocześnie bardzo samotny.

Samotny?

Tak, bo potrzebuje naszej miłości.

Czuje pani, że na każdym etapie życia ta wiara jest dojrzalsza?

Kiedyś moja wiara była bardziej emocjonalna. Dziś, po wielu życiowych doświadczeniach jest głęboka, mądra, pełna, dojrzała i spokojniejsza. Mam wrażenie, że rozum połączył się z uczuciem. Na poziomie biologiczno-chemicznym i świeckim wierzę, że ta energia, która w nas jest, w coś przechodzi. Wierzę, że jak w piosence „Nasi nieśmiertelni”, którą napisałam na prośbę wdowy, kiedyś się spotkamy. Że ten czas do spotkania z tymi, którzy odeszli, wcale nie jest taki długi, a stanie się to gdzieś, gdzie będzie raj.

Babcia była bardzo ważną osobą w pani życiu?

Tak. Babcia, która była macochą mojej mamy, miała bardzo ciekawą osobowość. Do tej pory przypominają mi się jej powiedzenia. Miała na wszystko receptę. Dużo przeżyła i choć skończyła tylko parę klas szkoły podstawowej pod zaborem sowieckim, to miała taką życiową wiedzę, potrafiła wyczuć ludzi. Wystarczyło, że na kogoś przez chwilę popatrzyła i mówiła: „Stasiulka, to jest twój zły duch”.

Zahartowała mnie życiowo. Wzbraniałam się przed tym, bo razem z mamą byłyśmy takie „zbolałe artystki” snujące się po tej ziemi, a babcia była kozakiem. Próbowała mnie wychować na silną, mocną i twardą osobę. W pewnej mierze jej się to udało.

Boże nie zabieraj mi pamięci. Ja chcę wiedzieć, że żyję

Gabriela Muskała: – Tkwi we mnie dzika dusza, siedzi gdzieś stłumiona asertywność, na której brak cierpiałam przez wiele lat.

zobacz więcej
Jakie były te jej powiedzonka?

Powtarzam je czasem na koncertach. Mówiła: „Stasiulka, nie pokazuj nigdy całej d…, tylko zawsze kawałek”. Drugie dotyczyło seksu: żeby wieczorem z mężem nie rozmawiać o problemach, tylko seks i spać. A porozmawiać można rano.

A jaką pani jest babcią?

Babcią zapracowaną, choć staram się jak mogę. Gdy moja wnuczka Lilusia przyjeżdża do mnie, to spędzamy czas w różny ciekawy sposób. Opowiadamy sobie różne rzeczy, ona słucha moich płyt. Lila pięknie rysuje. W książeczce do „Jesiennej” są jej rysunki oraz rysunki jej mamy, czyli mojej córki Aleksandry. To Maciej Muraszko wpadł na taki pomysł.

A wracając do pytania, staram się być taką babcią, która pamięta o tym, że sama była kiedyś dzieckiem. Gdy Lila bywa nieznośna, to przypominam sobie, że ja też taka bywałam. Staram się ją rozumieć, choć w tym wieku jest już czasem ciężko mieć tyle siły i cierpliwości, co wtedy, gdy byłam matką.

Chciałaby pani, żeby też wybrała artystyczną drogę?

Nie miałabym nic przeciwko temu, choć na pewno nie chcę wymyślać jej życia. Jeżeli okaże się, że ma w sobie wielką pasję, to chętnie jej pomogę. Moja córka, która ma zdolności aktorskie, jednak nie wybrała tej drogi. Została grafikiem, bo chciała pracować indywidualnie, nie w zespole. Lila, jak już wspomniałam, wspaniale rysuje. Myślę, że to będzie jej świat.

Bycie babcią wnuczki to zupełnie inne wyzwanie niż babcią wnuków?

Tak się złożyło, że z moimi dwoma wnukami – Filipem i Czarkiem – mam mniejszy kontakt, ale go mam i bardzo się z tego cieszę. Jeśli chodzi o Filipa to nie wiem, co będzie chciał robić w życiu, bo ma jeszcze nie do końca sprecyzowane plany. Za to Czarek interesuje się rapem. To dzięki niemu sama zaczęłam tego rapu słuchać i zrozumiałam, że on nie zawsze musi być byle jaki, jak mi się to kiedyś wydawało. Myślę coraz poważniej o tym, by na następnej płycie, jaką nagram, też coś zarapować.
Nowa Warszawa – projekt muzyczny Stanisławy Celińskiej i Bartka Wasika, nagranie w Studio 5 TVP z udziałem Royal String Qurtet . Na zdjęciu za aktorką skrzypaczka Izabella Szałaj-Zimak. Fot. TVP/Jan Bogacz
A wracając do tematu wnuków: uważam, że najważniejsze jest właśnie to, by mieli swoje pasje. Ta muzykalność chyba jest mocno osadzona w naszych genach, bo muzykował pradziadek, prababcia, muzykuję ja i mój syn Mikołaj, który gra na perkusji. Jeśli więc Czarek pójdzie też tą drogą, to oznaczać będzie, że rzeczywiście niedaleko pada jabłuszko od jabłoni. Niemniej jednak nic na siłę. Każdy musi sam wybrać swoją życiową drogę, która da mu prawdziwe szczęście.

Dojrzałe osoby dzielą się dziś na dwie grupy. Jedna z nich mówi, że jest już stara i nie ma na nic siły, druga jest energiczna, ma jeszcze wiele do zrobienia i z bagażem doświadczeń podbija świat. Do której z nich pani by siebie zaliczyła?

Oczywiście, że jestem młodziutka (śmiech). A tak na poważnie, to mam w sobie taką energię, dzięki której czuję się młoda. Mam zaprzyjaźnionego bioenergoterapeutę, który jest starszy ode mnie i wciąż się czegoś uczy, ciągle się rozwija. U mnie kolejny życiowy zakręt sprawił, że poszłam świadomie w kierunku piosenki.

Miałam 68 lat, kiedy nagrałam płytę „Atramentowa”. Dla mnie otworzyła ona nowy rozdział, który nazywam „poważnie śpiewanym”. Wciąż chcę w to brnąć. Każda następna płyta to kolejny krok naprzód. Jestem głodna świata, głodna muzyki. Dlatego na „Jesiennej” pojawiło się reggae, a na kolejnej marzy mi się rap.

Nie wiem jeszcze, na jaki temat będzie ten rap, ale na pewno ani razu nie pomyślałam sobie: „Stasiu, ale tobie już nie wypada”. A dlaczego niby nie? Bo mam swoje lata? Ktoś powie wprost:, bo jestem stara? Właśnie, że wypada. Ale to wcale nie oznacza, że nagle mam założyć mini i wpiąć sobie kokardę we włosy, tylko chodzi o stan ducha.

Jak napisałam w piosence reggae „Nie jest za późno”:
„A teraz rusz
Ostro do przodu
Tak samo walcz
Jak byłeś młody
Masz w siebie wierzyć
Dopóki żyjesz”.

Policjantka z „Blondynki”, żona policjanta w „Ojcu Mateuszu”, śpiewa o miłości. Ewa Bułhak, polska Giulietta Masina

Opowieść o kobiecie porzuconej przy ołtarzu, a potem bujającej się pomiędzy nadzieją, wyznaniami spóźnionych miłości, buntem przeciw miałkości facetów, pogodzeniem się z własnym losem.

zobacz więcej
To wielka radość dla każdego człowieka wiedzieć, że niezależnie od tego, jak długo będzie żył, ma dużo do zrobienia. Ten mój zaprzyjaźniony energoterapeuta poradził mi kiedyś, żebym często zadawała sobie pytanie: czego ja chcę dla siebie teraz? Gdybym miała więcej czasu, wybrałabym się na uniwersytet trzeciego wieku. Pochodziłabym z chęcią na kursy malarskie, fotografii, pojeździła na wycieczki.

Przypomniało mi się, jak kiedyś po koncercie, na którym mówiłam do publiczności, że warto się odważyć, podeszła do mnie kobieta i stwierdziła, że ona zmienia swoje życie od dziś i już się nie boi. Uwielbiam obserwować, gdy ktoś nagle otrzymuje taki przypływ energii, ma swoje lata, ale się nie poddaje i walczy o swoje. To jest po prostu piękne.

Jak pracuje pani nad nowymi piosenkami? Najpierw powstaje tekst a potem muzyka, czy na odwrót?

Bywa różnie. Na płycie „Jesienna”, oprócz dwóch piosenek „Czekolada” i „Zatańcz ze mną”, najpierw był tekst a potem muzyka.

Jak te teksty powstają?

Czasem bywa tak, że coś przyjdzie mi do głowy i nie mam gdzie tego zapisać. Taka sytuacja dopadła mnie kiedyś na stacji benzynowej. Pamiętam, że zapisywałam tekst na papierowej torebce. Najbardziej lubię pisać wiecznym piórem. Zazwyczaj przychodzi mi do głowy pierwsza linijka refrenu i gdy już ją mam, to później obudowuję go zwrotkami i jakoś to idzie.

A co dziś docenia pani bardziej niż kiedyś?

Na pewno spokój. Przez większość życia bardzo intensywnie pracowałam. Bywało tak, że zaczynałam rano próbą do spektaklu, potem miałam nagranie w telewizji, a wieczorem spektakle i kabaret, w którym śpiewałam piosenki. To była potworna gonitwa. Z miejsca na miejsce. Wydawało mi się, że wciąż coś muszę robić, bo jak nie robię, to jest źle.

Teraz potrafię sobie już inaczej zorganizować czas i ten spokój bardziej mi odpowiada niż to bieganie. Dokonuję selekcji tego, co robię, dokonuję wyborów. Potrafię się przyznać, że czegoś nie potrafię zrobić, a kiedyś za żadne skarby bym tego nie zrobiła. Chyba bardziej znam siebie.

Aktorstwo zeszło na drugi plan na rzecz śpiewania?

Powiedziałabym, że mój organizm jest przepracowany w tej dziedzinie, w tym byciu non stop kimś innym. Mało tego. Powiem nieskromnie, że to umiem. Człowiek bardzo często chce czegoś nowego, chce się czegoś uczyć, a ja już to umiem, znam ten proces, tok pracy z reżyserem, wchodzenia w postać. Teraz na poważne zajęłam się śpiewaniem i tego się uczę.

Uczę się pisać teksty, dokonywać wyboru, co znajdzie się na płycie, a co nie, jak to zinterpretuję. Nie jestem przy tym zagoniona, nie zabiera mi to za dużo czasu. To, co robię, jest w moim duchu. Nie zrezygnowałam całkowicie z grania, bo pojawiam się w serialu „Barwy szczęścia” , na deskach teatru w sztuce „Grace i Gloria” i proszę sobie wyobrazić, że od 50 lat gram postać Iwony Rączkowej w słynnych radiowych „Matysiakach”.

Była „Atramentowa”, „Malinowa”, a teraz jest „Jesienna”. Dlaczego tak?

Dlatego, że jedna z piosenek na płycie nosi tytuł „Jesienna zaduma”. Jesień to czas kolorowych liści, zadumy nad przeszłością, marzeń o przyszłości, a przede wszystkim na zbieranie owoców życia.

– rozmawiała Marta Kawczyńska

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy



Stanisława Maria Celińska-Mrowiec
urodziła się w 1947 r. w Warszawie. Zadebiutowała w teatrze w 1968 roku. Rok później ukończyła Państwową Wyższą Szkołę Teatralną w Warszawie pod kierunkiem Ryszardy Hanin. Grała w wielu warszawskich teatrach – Współczesnym, Nowym, Dramatycznym, Studio i Kwadrat – i dwa lata w Teatrze Nowym w Poznaniu. Brała udział w spektaklach Studenckiego Teatru Satyryków, działającego w latach 1954–1975, który dzięki odważnym żartom stał się niezwykle popularny w czasie odwilży gomułkowskiej. Dwukrotna laureatka Polskiej Nagrody Filmowej – Orła – za najlepsze drugoplanowe role kobiece w filmach „Pieniądze to nie wszystko” (2001, reż. Juliusz Machulski) i „Joanna” (2010, Feliks Falk).

Magiczny śpiew i koszmarne życie Kasi Sobczyk

Ten jeden rok, który spędziłem z moją matką, to nie było dużo. Ale rok to więcej niż nic – mówił jej syn Sergiusz. Skrzywdziła swoje dzieci i nie mogła o tym zapomnieć.

zobacz więcej
Otrzymywała laury za wybitne kreacje teatralne: w 2014 r. Nagroda im. Cypriana Kamila Norwida i Doroczna Nagroda Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego oraz w 2016 roku Wielka Nagroda Festiwalu „Dwa Teatry” (Festiwal Teatru Polskiego Radia i Teatru Telewizji Polskiej „Dwa Teatry” odbywa się co roku w Sopocie od 19 lat).

Wielokrotnie brała udział na Przeglądzie Piosenki Aktorskiej, zawsze pozytywnie oceniana przez krytyków m.in. za tubalny głos, osobowość i interpretację. W 2009 r. ukazał się jej singiel „Atramentowa rumba” w duecie z Los Locos, w 2012 r. wydała płytę „Nowa Warszawa” wraz z pianistą Bartłomiejem Wąsikiem i Royal String Quartet. W maju 2015 roku ukazał się jej własny album „Atramentowa...”, który zyskał status podwójnej platyny. Jego kontynuacją był album „Atramentowa... Suplement” (z tego samego roku), który również zdobył status platyny oraz „Świątecznie...” (status złotej płyty). W 2018 r. premierę miała kolejna płyta pt. „Malinowa” – rok później zdobyła ona nagrodę Fryderyka w kategorii „Album Roku Muzyka Poetycka” i status platynowej płyty podczas 56. Krajowego Festiwalu Piosenki Polskiej w Opolu

W czerwcu 2018 r. Stanisława Celińska wystąpiła w koncercie „Od Opola do Opola” – podczas tego festiwalu piosenki polskiej otrzymała Nagrodę TVP1. 10 listopada tego roku wzięła udział w Koncercie dla Niepodległej, a 2 czerwca 2019 – w koncercie z okazji 40. rocznicy pierwszej pielgrzymki Jana Pawła II do Polski.

Grała m.in. w filmach „Krajobraz po bitwie” (reż. Andrzej Wajda, 1970), „Nie ma róży bez ognia” (reż. Stanisława Barei, 1974 r.), „Zaklęte rewiry” (Janus zMjewski, 1975), „Noce i dnie” (dramat filmowy oraz serial – oba w reż. Jerzego Antczaka), „Panny z Wilka” (Wajda, 1979), „Galimatias, czyli kogel-mogel II jako Goździkowa” Roman Załuski, 1989), „Korczak) (Wajda, 1990), „Historia niemoralna” (Barbara Sass, 1990), „Straszny sen Dzidziusia Górkiewicza” (Kazimierz Kutz, 1993), „Faustyna” (Jerzy Łukaszewicz, 1994), „Spis cudzołożnic” (Jerzy Stuhr, 1994), „Panna Nikt” (Wajda, 1996), „Sława i chwała” (Kutz, 1997), „Katyń” (Wajda, 2007), „1920 Bitwa warszawska” (Jerzy Hoffman, 20110. A także w wielu serialach, m.in.: „Droga” (serial z 1973 r. w reżyserii Sylwestra Chęcińskiego), „Alternatywy 4” (Bareja, serial z 1983roku, emisja w 1986), „Zmiennicy” (Bareja, serial, 1986 ), „Złotopolscy” (1997-2003), „Bulionerzy” (2004-2006), „Na dobre i na złe” (2005), „Barwy szczęścia” (od 2014 roku jako Amelia Pająk-Wiśniewska).

Jej mężem był aktor Andrzej Mrowiec. Ma córkę Aleksandrę i syna Mikołaja.
odc. 2076
Zdjęcie główne: Teatr telewizji, „Żywot Józefa” według Mikołaja Reja, reżyseria Piotra Tomaszuka. Na zdjęciu Stanisława Celińska jako Diablica Achiza. Fot. TVP Jan Bogacz
Zobacz więcej
Rozmowy Najnowsze wydanie
Czy lewica może być chrześcijańska? Od Morusa do Mazowieckiego
Kościół, komunizm, dialog.
Rozmowy Najnowsze wydanie
Pan Jezus słucha punk rocka
O muzyku, który szukał lekarza, a został jezuitą i księdzem.
Rozmowy Najnowsze wydanie
Matematyka uczy myśleć, tylko źle jej uczymy
Matematyka nie jest dla dziewczynek? Stereotypy mają wyraźny wpływ na umiejętności dzieci.
Rozmowy Najnowsze wydanie
Ulubiony prawnik Stalina
Ma na sumieniu tysiące ludzkich istnień, wyróżniał się aktywnością w kreowaniu terroru.
Rozmowy Poprzednie wydanie
Szklanka wody z elektrowni atomowej nie zaszkodzi
Czy czeka nas za oknami krajobraz z migotającymi skrzydłami wiatraków i dudnieniem fal wytwarzanych przez kręcące się śmigła?