Cywilizacja

To Demokraci porównywali Murzynów do małp. O prawa mniejszości walczyli Republikanie

Nawet Jacek Kuroń był przekonany, że Republikanie i Demokraci zawsze byli tacy sami. Ci bronili pierwsi wolnego rynku i interesów kapitału, ci drudzy optowali za aktywną polityką społeczną. Nie chciał mi wierzyć, że było inaczej.

To wielki paradoks. Potężna fala historycznych rewindykacji w USA (które ja uważam zasadniczo za barbarzyństwo) uderzyła w dwóch polityków, którzy nienawidzili się za życia jak mało kto. Pomnik Republikanina Theodore’a Roosevelta, prezydenta z lat 1901-1909, w Nowym Jorku przed Muzeum Historii Naturalnej został już usunięty z woli władz miasta.

Z kolei Demokrata Woodrow Wilson, prezydent z lat 1913-1921, który pozostał we wdzięcznej pamięci Polaków jako orędownik ich niepodległości, przestał być patronem dwóch szkół wchodzących w skład Uniwersytetu Princeton, choć był tu profesorem.

Wilsona oskarżono o rasizm. I rzeczywiście, jako południowiec z pochodzenia pozwolił swoim ministrom na wprowadzenie zasad segregacji rasowej w federalnych instytucjach w Waszyngtonie. Nie obowiązywała ona skądinąd za poprzednich republikańskich prezydentów, w tym Roosevelta, który starał się o poprawne relacje z czarną społecznością.

Ale z kolei Roosevelt był orędownikiem ekspansji poza kontynent, w tym zajęcia odebranych Hiszpanom Filipin. To oburzało Demokratów. Bronili segregacji w Ameryce, ale krytykowali zabijanie Filipińczyków.
Prezydent USA Woodrow Wilson. Fot. Tony Essex/Hulton Archive/Getty Images
Stanowisko w sprawie kolonii wystarczy, aby Roosevelta uważać dziś za rasistę. Dodam, że obaj, Roosevelt i Wilson, mieli ogromne zasługi zarówno dla jak najszerzej pojmowanych społecznych reform, jak i obrony amerykańskiego interesu narodowego, choć pojmowali go na różne sposoby. Ale to dziś jak widać nie wystarczy aby utrzymać się w narodowym panteonie.

Skrwawiona koszula

Ale coś tu się jakby nie zgadza. Jak Demokraci mogli być rasistami, skoro z ich ramienia ciemnoskóry Barack Obama sprawował w latach 2009-17 prezydenturę? W roku 2014 w wywiadzie dla „Gazety Wyborczej” Roman Giertych powiedział wprost: – To Demokraci znieśli w Ameryce niewolnictwo.

Niestety mecenas okazał się powierzchownie oczytany, bo tego, że Abraham Lincoln (1861-1865), pogromca niewolniczego Południa, był Republikaninem, uczą nawet w polskich szkołach. No, ale ta pomyłka jest poniekąd logiczna. Choć świadcząca o tym, jak bardzo nie rozumiemy amerykańskiej historii.

W istocie Partia Republikańska powstała kilka lat przed wojną secesyjną jako partia antyniewolnicza. Wcześniej amerykańscy politycy dzielili się na Demokratów i Wigów. Lincoln i jego koledzy nie żądali nawet zniesienia niewolnictwa, a jedynie zgody, aby nowopowstające na Zachodzie stany mogły go zabraniać, nie dopuszczając do przywożenia czarnych niewolników na swoje tereny. Pod tym hasłem zgrupowano w nowym ugrupowaniu część Wigów (ta partia się rozsypała) i część Demokratów antyniewolniczych.

Ci którzy w Partii Demokratycznej zostali, akceptowali niewolnictwo – i na Północy i na Południu. Skądinąd dziś nawet Lincolna atakuje się za to, że ważniejsza od całkowitej abolicji była dla niego jedność kraju. Uderzył na stany niewolnicze dopiero wtedy, kiedy to one się zbuntowały tworząc na początku roku 1861 Konfederację

Po tej wojnie wojska Północy okupowały Południe, tamtejsze władze były tworzone głosami Murzynów, nielicznych południowców „kolaborujących” z okupantem i przybyszów z Północy próbujących się tu dorobić. Byli oni skupieni w eksportowanej na te tereny Partii Republikańskiej. Większość konfederatów pozbawiono prawa głosu. Podział polityczny miał przez kilkanaście lat naturę wojenną.

– Pamiętajcie, że każdy człowiek, który strzela do żołnierza Unii to Demokrata. Człowiek, który zabił prezydenta Lincolna to demokrata. Każda rana na heroicznych ciałach żołnierzy Unii została zadana przez Demokratów! – krzyczał republikański pułkownik Robert Ingersoll.

Policja w USA znacznie częściej zabija białych

1200 Amerykanów ginie rocznie w wyniku interwencji policji. Wśród nich jest 250 czarnoskórych, w tym tylko 17 nieuzbrojonych.

zobacz więcej
Demokraci także pokazywali swoje wojenne rany i oskarżali rządy republikańskie o tyranię i korupcję. Tą politykę nazywano polityką „skrwawionej koszuli”.

Rum i duch rebelii

Nota bene pomnik republikańskiego prezydenta Ulyssesa Granta, który najpierw pokonał Południe, a potem zarządzał jego okupacją, także został zwalony przez aktywistów Black Lives Matter. Bo jako wojskowy walczył z Indianami.

Zarazem Partia Demokratyczna się konsolidowała. Na Południu była partią oporu całego regionu. Na Północy szli do niej ci, którzy różnych powodów nie akceptowali polityki republikańskiej. Czasem bo byli za rozmaitymi reformami, a czasem bo na przykład reprezentowali „gorsze narodowości” – Irlandczyków, w niektórych regionach nawet Niemców, także najnowszych imigrantów, łącznie z Polakami.

W ogniu kampanii 1884 roku pewien Republikański pastor nazwie ją partią trzech „r”: rumu, romanizmu i rebelii. Irlandczycy pili i byli katolikami. Ducha rebelii przechowywali południowcy.

Nim ta wypowiedź padła, doszło do znamiennego kompromisu. W roku 1876 kandydat republikański na prezydenta Rutheford Hayes wygrał tylko dlatego, że w kilku stanach południowych, gdzie Partia Demokratyczna już się odrodziła, zakwestionowano wybór demokratycznych elektorów.

Demokraci uważali ten werdykt za republikański szwindel, grozili, że zorganizują milionowy zajazd na stolicę w dniu inauguracji zwycięzcy. Republikanie obiecali im więc ostateczne wycofanie wojska z tych stanów południowych, gdzie jeszcze stacjonowały. To oznaczało nie tylko zgodę na wygraną Demokratów na całym Południu, ale też rezygnację z obrony Murzynów.

Południe stało się jednolicie demokratyczne. Ostatniego republikańskiego gubernatora wygnano z Północnej Karoliny po przegranych wyborach w roku 1890. Demokraci wprowadzali stopniowo prawem stanowym segregację rasową i odsuwali Murzynów od urn wyborczych.

Robiono to konstruując odpowiednie przepisy (np. wprowadzając testy wyborcze – ostatnio zwolennicy Trzaskowskiego zalecali je w internetowych debatach dla wyborców Dudy), ale też czasem zastraszając wyborców. Organizacje republikańskie przetrwały w 11 byłych stanach Konfederacji na ogół jako gremia złożone z tamtejszych Murzynów.

Partia murarzy

Jeszcze w roku 1924, kiedy w Południowej Karolinie oddano 1100 głosów na republikańskiego prezydenta Calvina Coolidge’a, tamtejszy demokratyczny gubernator wyraził zdziwienie, że ktoś w ten sposób głosował, a ktoś inny w ogóle to głosy policzył.

Warto tu przypomnieć, że w Stanach Zjednoczonych wybory, także federalne, organizowali i głosy liczyli urzędnicy stanowi. Jedynie w Teksasie, Północnej Karolinie i Tennesee Partia Republikańska była ważną, ale jednak mniejszością. Niechęć do republikanów mieszała się białym południowcom z niechęcią do Murzynów.
Prezydent Ulysses Grant najpierw pokonał Południe, a potem zarządzał jego okupacją. Fot. Valery Sharifulin\TASS via Getty Image
Zarazem rola kwestii rasowych w polityce słabła. Kiedy w roku 1875 abolicjonista i republikanin Wendell Phillips krzyczał w cywilizowanej, republikańskiej Filadelfii o mordowanych czarnych wyborcach Luizjany, ktoś mu odkrzyknął: – To się przeżyło!

Kiedy w roku 1896 Sąd Najwyższy uznawał za uprawnioną segregację pasażerów na kolei, robił to również głosami sędziów republikańskich. Każdy, kto wzywał do pojednania obu części kraju, robił to zawsze kosztem praw czarnych.

Tyle że republikanie wpisywali do swoich kolejnych platform wyborczych potępienie linczów i obiecywali Murzynom prawną opiekę. W roku 1890 i 1922 próbowali uchwalić federalne prawo pozwalające karać za samosądy i pogromy, na które lokalne władze przymykały oczy, a które zwłaszcza na Południu dotyczyły głównie czarnych.

W tym drugim przypadku prawie wszyscy republikańscy kongresmeni byli „za”, a prawie wszyscy demokratyczni „przeciw”, także ci z Północy. Za każdym razem projekty blokowała obstrukcja południowców w Senacie.

Theodore Roosevelt, polityk republikański z Nowego Jorku, nazwał Partię Demokratyczną pogardliwie „partią murarzy, rzeźników, szynkarzy, handlarzy tytoniu”. Tak naprawdę ludzi tych zawodów można było znaleźć w obu partiach, ale ludowi trybuni spośród demokratów często kokietowali także na Północy swoich biedniejszych wyborców rasizmem, nieskrywanym, bo za to nie wypadało się z polityki.

Determinacja słabła

Północni republikanie, często reprezentujący lokalne elity, przeciwnie, brzydzili się taką argumentacją. Uważali się za zbyt oświeconych na uprzedzenia i nawet jeśli nie kochali czarnych, chcieli im pomóc. Nic też dziwnego, że w stanach północnych czarni wyborcy głosowali niezmiennie na nich.

„Która partia odwołuje się do ignorancji i uprzedzeń wyborców? Która jest najsilniejsza w slumsach wielkich miast i w najbardziej zacofanych rejonach Unii, gdzie jest najmniej szkół? Demokraci” – pisał republikański dziennikarz George W. Curtis. Tyle że z biegiem czasu determinacja republikanów, aby coś naprawdę dla czarnych zrobić, słabła.

Nawet na samym Południu, gdzie rządząca Partia Demokratyczna dzieliła się nieuchronnie na frakcje, jeśli ktoś czasem bronił Murzynów przed złym traktowaniem, byli to na ogół demokraci konserwatywni, zamożni dżentelmeni, akceptujący segregację, ale nie brutalność.

Tacy jak gubernator Alabamy Emmet O’Neal, który odmówił ułaskawienia białego skazanego za zabicie Murzyna. Polityk ten przegrał wybory, a obserwując z przerażeniem na początku lat 20. wieku XX eksplozję agresji drugiego Ku Klux Klanu powiedział: – Wielka idea rasowej segregacji staje się osłoną dla barbarzyństwa.

Francja ulega muzułmanom. O czym nie wolno głośno mówić

Organizacje LGBT walczące z seksizmem i homofobią, siedziały cicho, gdy nastolatce grożono gwałtem i gdy wyzywano ją od „brudnych lesbijek”.

zobacz więcej
Bardziej typowi byli inni południowi demokraci, jak jednooki senator z Południowej Karoliny Ben Tillman, który na forum Senatu porównywał w roku 1899 Murzynów do małp. Inny polityk z Alabamy Tom Heflin w roku 1908 jako kongresmen postrzelił w waszyngtońskiej kolejce murzyńskiego pasażera.

Jeszcze w latach 40. XX wieku senator z Missisipi Theodore Bilbo nawoływał aby całą murzyńską ludność wysiedlić na powrót do Afryki. Na głos oburzenia senatora republikańskiego z Północnej Dakoty, zaproponował: – Mogę ich wszystkich oddać do pana stanu.

W roku 1946 po odzyskaniu po wielu latach większości w Senacie republikanie próbowali wykluczyć demagoga Bilbo za straszenie czarnych obywateli, aby nie chodzili do wyborów. Umarł, zanim cokolwiek postanowiono.

Warto tu powiedzieć kilka słów o naturze obu partii nie tylko w stosunku do kwestii murzyńskiej. Wiele lat temu pospierałem się o to z Jackiem Kuroniem. Był on przekonany, że republikanie i demokraci zawsze byli tacy sami. Ci pierwsi jego zdaniem bronili wolnego rynku i interesów kapitału, byli więc zwolennikami słabego rządu federalnego. Ci drudzy przeciwnie – optowali za aktywną polityką społeczną i większą centralizacją.

Tradycje, nie doktryny

Tak jednak nie było. Więcej racji miał bystry brytyjski obserwator amerykańskiej rzeczywistości lord James Bryce: „Żadna z partii nie opiera się na jakiejkolwiek doktrynie. Obie mają tradycje. Obie zdają się mieć tendencje. I obie mogą wszystko porzucić, oprócz urzędu lub nadziei na niego”.

Patrząc na cały proces dziejowy trafnie opisał to prof. Jan Żaryn, nota bene na promocji pierwszego tomu moich dziejów USA w XX wieku: – Każde kolejne pokolenie Amerykanów na nowo definiowało oblicze swoich partii.

W XIX wieku sławny republikański senator Henry Cabot Lodge tak opisywał różnice: „My mówimy o amerykańskim narodzie, oni o suwerennych stanach”. Republikanie byli wtedy większymi centralistami i także reformatorami, zależało im na integracji Ameryki wzmacnianej cłami protekcyjnymi i wsparciem rządowym dla kolei. Demokraci woleli maksymalnie słaby rząd, i to paradoksalnie nie tylko południowcy.

Kiedy republikanie przebąkiwali o powołaniu federalnego departamentu edukacji, imigranci popierający demokratów bali się że będzie im narzucało programy szkolne w jankeskim duchu, a może i uderzy w katolickie czy luterańskie szkolnictwo parafialne.

Jeszcze w latach 20. to republikanie byli w większym stopniu zwolennikami takich nowinek jak zakaz pracy dzieci, obowiązek szkolny czy wsparcie dla matki z dzieckiem. Demokratom (poza południowymi) centralizacja kojarzyła się też ze znienawidzoną prohibicją.

Zarazem partie były wielkimi konglomeratami, gdzie na co dzień nic niczego nie uzgadniał. Spotykano się jedynie raz na cztery lata, przy okazji konwencji. W Kongresie nie obowiązywała dyscyplina, bo jego członkowie uważali się w większym stopniu za reprezentantów swoich okręgów lub stanów niż partii.
Demokratyczny senator Theodore Bilbo chciał całą murzyńską ludność wysiedlić na powrót do Afryki. Fot. Thomas D. Mcavoy/The LIFE Picture Collection via Getty Images
Te niejednorodność wzmocniła jeszcze reforma wprowadzana w różnych stanach od końca lat 90. – prawybory. Miała ona oddzielić politykę od władzy pieniądza, ale efekt był taki, że to wyborcy decydowali o obliczu każdej z partii w swojej małej ojczyźnie.

I tak jeszcze w latach 20. w dość już wtedy nachylonej ku wielkiemu biznesowi Partii Republikańskiej, organizacja w stanie Północna Dakota miała nastawienie bez mała socjalistyczne.

Elity republikańskie przypominały początkowo namaszczonych, elitarnych działaczy Unii Wolności przekonanych, że prowadzą kraj ku postępowi. Potem rosnący wpływ biznesmenów zmieni ich w partię pieniądza, ale nigdy do końca. To z niej wyszedł w końcu wielki reformator Theodore Roosevelt.

Lincoln nie kandyduje

Z kolei wśród demokratów wolnościowe spojrzenie nie wykluczało walki z finansjerą z Wall Street i żądań ograniczenia monopolistycznych korporacji. Ale tak naprawdę każda z partii miała swoje progresywne i konserwatywne skrzydło, oraz mnóstwo polityków i działaczy „umiarkowanych”, często traktujących politykę aż nadto pragmatycznie.

To się zaczęło zmieniać po roku 1932. Wybory wygrał po kilku latach wielkiego kryzysu demokrata Franklin Delano Roosevelt, który w kampanii krytykował republikanów równocześnie z konserwatywnych i progresywnych pozycji. Ale którego program Nowego Ładu nie tylko stanowił odpowiedź na kryzys, ale i trwalszą ofertę przebudowy amerykańskiej świadomości.

Był to program doraźnie finansowania robót publicznych zmasowanym strumieniem pieniędzy, a perspektywicznie zwiększenia socjalnej ochrony. To wtedy wprowadzono ubezpieczenie od bezrobocia i emerytalne, wcześniej w wolnorynkowej Ameryce nieznane.

Wtedy też partie podzielił wreszcie klarowny spór, także ideologiczny: państwo bardziej opiekuńcze czy tradycyjne. Republikanie stali się ostatecznie antycentralistami. Zwolenników Nowego Ładu nazywano liberałami, oczywiście nie w europejskim znaczeniu. Nie zlikwidowało to skądinąd koalicyjnego kształtu samych partii. W latach 1938-1939 to konserwatywni demokraci, zwłaszcza z Południa, choć nie tylko, zablokują Nowy Ład.

To oznaczało zmianę w podejściu Murzynów do wyborów. Jeszcze w roku 1932 głosowali na republikanina Herberta Hoovera. Potem, ponieważ bezrobocie dotyczyło ich w dużo większym stopniu niż białych, opowiedzieli się za większym bezpieczeństwem socjalnym. Aparat robót publicznych dawał im pracę także na Południu. – Przypominam, że w tych wyborach Abraham Lincoln nie kandyduje – apelował w roku 1936 typowy murzyński agitator. I oto 9/10 czarnych zagłosowało na Roosevelta.

Turcja tysięcy meczetów. Koniec republiki „dwóch pijaków”

Aż 73 proc. Turków chce, by Hagia Sofia znów, jak za czasów Osmanów, była meczetem.

zobacz więcej
Tak będzie i w następnych wyborach, choć w 1940 na rzecz republikanów będzie przemawiał wielki czarny sportowiec Jesse Owens. Urażony, że po powrocie z olimpiady w Berlinie cztery lata wcześniej Roosevelt nie chciał się z nim spotkać – zupełnie jak Adolf Hitler.

Świetlice także dla czarnych

No właśnie, bo ten drugi, demokratyczny Roosevelt, kuzyn Theodore’a dawał Murzynom lepiej zarobić, za to unikał jak ognia takich tematów jak lincze i segregacja. Wiedział, że południowcy z jego partii sobie tego nie życzą. Jak opowiadano, w jego otoczeniu nie było nikogo, kto by lubił czarnych.

On sam pozował na człowieka Południa, miał nawet majątek w Georgii. Kiedy do Białego Domu przyszła delegacja czołowej murzyńskiej organizacji NAACP, południowa sekretarka spytała ich: – Czego tu chcecie chłopcy?

W tamtym regionie „chłopcem” był nawet 90-letni czarny.

Właściwie z takim dorobkiem Roosevelt jest także kandydatem do co najmniej inkwizycyjnego śledztwa, a może i wyrzucenia na śmietnik. Po pozbyciu się Wilsona, demokraci zrezygnowaliby z kolejnego swojego historycznego przywódcy. Ci z XIX wieku zostali już dawno poskreślani.

Proces prawnej emancypacji ludności murzyńskiej podjął za to kolejny demokratyczny prezydent Harry Truman. Pochodził z pogranicznego, a więc niewolniczego, choć nie konfederackiego stanu Missouri. Jeszcze w latach 30. tłumaczył kolegom, że podpisuje ustawy przeciw linczom (te których nie poparł Roosevelt, więc ugrzęzły), bo ma murzyńskich wyborców.

W Missouri, inaczej niż na klasycznym Południu, czarni głosowali. Ale w roku 1948 ktoś spytał południowego demokratę Stroma Thurmonda, dlaczego buntuje się przeciw Trumanowi, skoro ten mówi o czarnych mniej więcej to, co Roosevelt. – No tak, ale on w to wierzy – padła odpowiedź.

Truman podobno był wstrząśnięty przypadkami czarnych żołnierzy II wojny światowej, którzy wracali do południowych domówi i bywali przywoływani do porządku biciem, a nawet zabijaniem. Ale możliwe, że rozumiał niemożność podtrzymywania tradycyjnych stosunków przy coraz większej mobilności społeczeństwa i przy nieustannym sporze o stan praw obywatelskich z blokiem sowieckim.

W roku 1948 jego zaangażowanie na rzecz praw obywatelskich wywołało nawet chwilowy rozłam u demokratów. Przeforsował rzecz wielką: desegregację armii. Oddzielenie czarnych żołnierzy od białych było uświęcone tradycją. A jednak w roku 1950, w wojnie koreańskiej czarni walczyli już jako równoprawni partnerzy białych. Podczas II wojny światowej na Południu nie dawano im korzystać ze świetlic i kantyn, do których dopuszczano niemieckich jeńców.
Koncert dla amerykanskich żołnierzy w londynskim Royal Albert Hall w 1943. Fot. Kurt Hutton/Picture Post/Getty Images
Partyjne przetasowania

Ale emancypacja była do pewnego stopnia dziełem obu partii. Sąd Najwyższy nakazujący w 1953 roku desegregację szkół, otworzył wieloletni proces. Ale otworzył go pod przewodnictwem republikanina Earla Warrena, byłego gubernatora Kalifornii.

Dwie pierwsze ustawy o prawach obywatelskich z 1957 i 1960 roku były inicjatywą republikańskiej administracji Dwighta Eisenhowera. I to prawda, ten prezydent miał stokrotne wątpliwości, jako człowiek urodzony w Teksasie, i jako oficer przyzwyczajony do segregowanej armii. A jednak to on musiał wysyłać Gwardię Narodową, aby osłaniała czarne dzieci nie dopuszczane do integrowanej szkoły w Little Rock, w stanie Arkansas.

Kolejne inicjatywy dotyczące praw obywatelskich formułował po roku 1961 demokrata John F. Kennedy. Przywiązany do dawnych kompromisów w sprawach rasowych robił to miękko. Rzecz całą doprowadził dopiero w roku 1964 do końca jego następca Lyndon Baines Johnson, Teksańczyk, były lider demokratów w Senacie.

Stephen King w swojej powieści „Dallas 63” stawia kontrowersyjną dla amerykańskich liberałów tezę: gdyby przyszło się z tym zmagać Kennedy’emu, możliwe, że nie podołałby.

Dawny obrońca segregacji rasowej Johnson, zmieniony w narodowego przywódcę, przeforsował ustawę zakazującą różnych form „dyskryminacji prywatnej”, co w praktyce uchylało segregacyjne prawa stanów. Umiał przekonać liderów Południa aby zrezygnowali z obrony „południowego stylu życia” opartego na poczuciu wyższości wobec czarnych. W roku 1965 pod presją manifestacji ruchu pastora Luthera Kinga zabezpieczono też prawa wyborcze wszystkich obywateli.

W Kongresie liderzy demokratów i republikanów współdziałali przy przepychaniu tej ustawy, a hałaśliwą opozycję stanowili osamotnieni południowcy, i to nie wszyscy. Zarazem przeciw była też garstka republikanów na czele z senatorem Barrym Goldwaterem z Arizony, który twierdził, że rząd zanadto ingeruje we własność prywatną. W tym samym roku Partia Republikańska wystawiła go jako kandydata na prezydenta – przegrał jednak z Johnsonem.

Był to jednak sygnał partyjnych przetasowań. Niemal wszyscy południowi członkowie Kongresu byli jeszcze wtedy demokratami, jednak poza senatorem z Teksasu republikaninem Johnem Towerem. W roku 1965 barwy partyjne zmienił senator z Południowej Karoliny Strom Thurmond, który w roku 1957 przemawiał 25 godzin przeciw pierwszej ustawie o prawach obywatelskich. Został republikaninem.

Pierwsi niewolnicy w Nowym Świecie byli biali. Krótka historia niewolnictwa w czasach nowożytnych

Wyzwoleni Mulaci tworzyli podkastę w społeczności Południa i utrzymywali dystans do Murzynów nie mniejszy niż biali.

zobacz więcej
Nie chodziło tylko o kwestie rasowe, obecność Thurmonda w jednej partii z północnymi socjalnymi liberałami przypominała taką sytuację, gdyby w jednej polskiej partii Janusz Korwin-Mikke zasiadał obok Ryszarda Bugaja.

Rezygnacja z segregacji

Południowców niepokoił ambitny program Wielkiego Społeczeństwa, którym Lyndon Johnson chciał wesprzeć szkoły, służbę zdrowia czy ochronę środowiska wielkimi sumami. Wielu z nich broniło wolnego rynku i budżetowych oszczędności na równi z najbardziej konserwatywnymi republikanami.

W efekcie w roku 1968 tylko jeden stan południowy, Teksas przekonany przez odchodzącego z polityki Johnsona, głosował na demokratę Huberta Humphreya. Reszta poparła republikanina Richarda Nixona lub segregacyjnego kandydata George’a Wallace’a.

Nixon, choć unikał jakichkolwiek rasistowskich akcentów, pozyskiwał i południowców i mieszkańców Północy programem „prawa i porządku” wymierzonym w potężną falę zamieszek, w dużej części murzyńskich, choć i przeciw wojnie w Wietnamie (możliwe, że tą samą drogą chciałby dziś iść Donald Trump).

W następnych latach republikanie będą bardziej od demokratów sceptyczni wobec takich pomysłów jak busing (wożenie do szkół w tych samych autobusach uczniów białych i kolorowych). Owszem dopuśćmy dzieci do wspólnych szkół, ale w ich naturalnych miejscach zamieszkania – głosili.

Północni liberałowie chcieli używać wożenia uczniów do zintegrowanych placówek jako narzędzia społecznej zmiany. Republikanie twierdzili, że narzędziem stają się sami uczniowie, a wola ich rodziców przestaje cokolwiek znaczyć. Ten spór trwał wiele dziesięcioleci i trudno o jego definitywne podsumowanie.

To przyniosło zmianę Południa w region dwupartyjny. Miewało to różne skutki. W niektórych hrabstwach i stanach republikańscy politycy okazywali się bardziej rasowo elastyczni od starych rozżartych rasistowskich demokratów. W innych przejmowali ich program. W Georgii czy Missisipi to właśnie republikanie są dziś najbardziej konsekwentnymi rzecznikami konfederackich tradycji, wymierzonych kiedyś przeciw ich partii. Często są dziećmi demokratów lub przemalowanymi demokratami.

Zmiana niewątpliwie nadeszła. Symbolizowała ją rezygnacja takich polityków jak Strom Thurmond z obrony segregacyjnego dziedzictwa. Polityk ten okazał się na stare lata nieślubnym ojcem czarnoskórej dziewczyny, co ujawniło wątek hipokryzji towarzyszący obronie uświęconych południowych tradycji i obyczajów.

Z drugiej strony sparaliżowany po zamachu George Wallace, który jako gubernator Alabamy nasyłał policję z psami na manifestacje pastora Kinga, przeprosił murzyńską społeczność w jej kościele. Były to gesty pojednania równych z równymi.
Rasistowski demokrata George Wallace w rozmowie z Murzynką. Fot. Steve Kagan/The LIFE Images Collection via Getty Images/Getty Image
Historia nie jest czarno-biała

Zarazem dwupartyjne już Południe zachowało swoje odrębności. W czasach Ronalda Reagana (1981-1989) demokratyczni kongresmeni stamtąd tak często głosowali z tym prezydentem, a przeciw swojej partii, w sprawach i ekonomicznych i zagranicznych, że nazwano ich Reagan Democrats.

Południowi liderzy demokratów, nawet przesuwający się mocno w lewo, bywali i tak nadal bardziej umiarkowani od północnych kolegów – przykładem i Jimmy Carter, i Bill Clinton.

Trudno się zresztą oprzeć wrażeniu, że przestrzenią nowych konfliktów rasowych stały się w o wiele większym stopniu północne metropolie. Choć i wielkie południowe miasta typu Atlanta. Republikanie bywali tu częściej rzecznikami tradycyjnej obrony „prawa i porządku”. Demokraci – socjalnych eksperymentów, czasem szlachetnych, czasem utopijnych. Dziś utopia prowadzi do decyzji o likwidacji policji zastępowanej socjalnymi programami. Dawni demokratyczni politycy byliby tym mocno zdziwieni. To Franklin Delano Roosevelt stworzył tak naprawdę potęgę FBI.

Od lat 80. obie partie są ideologicznie o wiele bardziej zwarte niż w poprzednich dziesięcioleciach – demokraci to przeważnie amerykańscy liberałowie, republikanie na ogół konserwatyści. W takiej sytuacji dużo trudniej szukać kompromisów we wszelkich sferach, także w tematach dotyczących relacji rasowych, które nakładają się na temat społecznych nierówności, a nie zależą już na ogół od samego prawa.

Trudno się jednak oprzeć wrażeniu, że wyżywanie się na pomniku Roosevelta czy wymazywanie pamięci o Wilsonie jest najgorszym rozwiązaniem. Udział republikanów i demokratów w rzeczach brzydkich i chwalebnych z przeszłości powinien uczyć, że historia, a więc i rzeczywistość, nigdy nie jest czarno-biała.

Ani mechaniczne klękanie demokraty Joe Bidena przed ciemnoskórą Ameryką (przy wszystkich jej realnych krzywdach), ani mało refleksyjne pohukiwania Donalda Trumpa nie są chyba najlepszą receptą na eksplozję tematów, które zdawały się przynajmniej w części zamknięte, a nie są. Może brak Ameryce lidera na miarę Trumana i Johnsona, a może czasy nie stwarzają zapotrzebowania na ten typ przywództwa. Ale to już oddzielna historia.

– Piotr Zaremba

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy

Zdjęcie główne: Barack Obama, były prezydent USA. Fot. Brendan Smialowski/Getty Images
Zobacz więcej
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Kobieta, która stanęła przeciw Łukaszence
Przez lata żyła „przy mężu”. Dziś musi sprostać roli męża stanu.
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Jak zarobić na Białorusi. Polski biznes w państwie Łukaszenki
To kraj fantastycznie uporządkowany, nie ma tam szarej strefy, jak na Ukrainie czy w Rosji – mówią inwestorzy.
Cywilizacja Poprzednie wydanie
Dlaczego zarażeni Polacy rzadziej umierają w weekendy? Dziwne...
W czasie pandemii liczba zgonów spadła. Najbardziej na Lubelszczyźnie, Podlasiu i Podkarpaciu
Cywilizacja Poprzednie wydanie
Życie na 500 procent normy
„Wtedy Bóg rzekł: Nie może pozostawać duch mój w człowieku na zawsze, gdyż człowiek jest istotą cielesną; niechaj więc żyje tylko 120 lat”.
Cywilizacja wydanie 24.07.2020 – 31.07.2020
Trysnęło szambo. Powróciła plemienna wojna
Budowanie tożsamości. W oddaleniu od cywilizacji.