Felietony

Czy ocenzurowanie mowy może zmienić nasze myśli?

Wielu Polaków nie pojmuje w czym problem, bo terminu „Murzyn” używa od dziecka i nigdy im do głowy nie przyszło, że zawarte w nim było cokolwiek negatywnie wartościującego.

Niedawno Jarosław Flis, politolog z Uniwersytetu Jagiellońskiego, zwrócił uwagę, że w Polsce polityczna poprawność stosowana jest wybiórczo. Jego zdaniem, zapatrzone w wielki świat nadwiślańskie elity nie tolerują obraźliwych określeń pod adresem kobiet, mniejszości etnicznych i rasowych czy osób homoseksualnych, natomiast inaczej traktują polski plebs. Świadczy o tym choćby przyzwolenie polskiego patrycjatu na używanie w pejoratywnym tonie takich słów jak „prowincja” bądź „wieśniak”.

Flis zaleca zatem liberalnym wielkomiejskim grupom w Polsce autocenzurę. Ma na myśli rozszerzenie politycznej poprawności na polski lud. Tym samym byłby dawany odpór uprzedzeniom klasowym – analogicznie do zwalczania choćby seksizmu. A z rozważań politologa nasuwa się wniosek, że tak zwana warszawka mogłaby w ten sposób zdobyć przychylność warstw społecznych, które na razie nie mają o niej dobrego zdania, ponieważ czują się przez nią pomiatane.

Czy recepta Flisa ma sens? Na to pytanie nie ma jednoznacznej odpowiedzi.

Można banalnie stwierdzić, że każdemu człowiekowi należy się szacunek. A skoro tak, to eliminacja z debaty publicznej języka pogardy skierowanej w stronę którejkolwiek części społeczeństwa, jest jak najbardziej pożądana.
Poseł John Godson przez lata twierdził, że nazywanie go Murzynem nie jest uwłaczające. Potem zmienił zdanie. Fot. PAP/Grzegorz Michałowski
Powinno się jednak też uwzględnić efektywność podejmowanych działań. Zawsze warto przeprowadzać bilans zysków i strat. Podejmując jakąś szlachetną inicjatywę można przecież docelowo wylać dziecko z kąpielą. W dziejach XX stulecia wielokrotnie w imię uszczęśliwienia ludzkości wyrządzano straszliwą krzywdę na masową skalę.

A jak jest z poprawnością polityczną? Cenzura mowy – głównie w formie nacisku środowiskowego – ma w założeniu nie tylko zapobiegać jakiejkolwiek dyskryminacji, ale i wpływać na ludzi wychowawczo. Zwolennicy takiego rozwiązania liczą na to, że człowiek zastępując jedne słowa innymi (na przykład „homoseksualistę” – „gejem”) zacznie inaczej myśleć („homofobiczne” przekonania zostaną wyparte przez afirmatywne podejście do nieregularnych zachowań seksualnych).

Szkopuł w tym, że w wielu przypadkach obraźliwość słowa okazuje się przedmiotem sporów.

W Polsce określenie rdzennego mieszkańca Afryki mianem „czarnucha” ma bez wątpienia obrzydliwie rasistowski wydźwięk. Ale jeśli się powie: „Murzyn” – zaczynają się kontrowersje. Odzywają się wtedy teoretycy z zakresu nauk humanistycznych, którzy doszukują się w tym słowie jakichś ukrytych znaczeń mających świadczyć o tym, że jest ono poniżające.

A zarazem wielu Polaków nie pojmuje o co tu chodzi, ponieważ terminu „Murzyn” używali od dziecka i nigdy im do głowy nie przyszło, że zawarte w nim było cokolwiek negatywnie wartościującego.

Trzeba także wziąć pod uwagę, jak ludzie odbierają rozmaite cenzorskie zapędy. Polacy alergicznie reagują na wszelkie próby ich kneblowania, priorytetem jest dla nich wolność. Dlatego w Polsce – inaczej niż w krajach Europy zachodniej – polityczna poprawność chyba wciąż nie może się zadomowić. Z czego to wynika? Przypuszczalnie istotną rolę odegrała historia.

Szlachta polska przywiązywała do swoich swobód olbrzymią wagę. Sarmacka kultura polityczna nie godziła się na taki model rządów, jaki był udziałem europejskich monarchii absolutnych. Potem zaś ponad 120 lat zaborów oraz niemal pół wieku państwowości podporządkowanej Sowietom ukształtowało w duszy polskiej nieufność wobec wszelkiej władzy.

W naturze Polaków leżą buntownicze postawy. I można postawić tezę, że wywołują je u nich również współcześni inżynierowie społeczni, którzy roszczą sobie prawo do orzekania, jakich słów wypada używać, a jakich nie.

Dlatego objęcie w Polsce jakąś szczególną symboliczną ochroną plebsu przez patrycjat może nie przynieść pożądanych rezultatów. Przecież taka inicjatywa zadziała na wiele osób, jak płachta na byka. Tylko że tym razem będą to przedstawiciele liberalnych wielkomiejskich grup.

Kobiety w polityce. Komu są potrzebne? I po co?

Nie w każdej damie kandydującej na prezydenta kryje się nowa Margaret Thatcher.

zobacz więcej
I jeśli będą się oni uskarżać na polityczną poprawność (tyle że prawicową), to trzeba będzie im poniekąd przyznać rację. Żadna warstwa społeczna nie jest pozbawiona przywar. Polski lud nie stanowi tu wyjątku. Dlatego nie należy mu szczędzić krytyki.

Natomiast co do samej politycznej poprawności – psuje ona życie publiczne.

Czym innym bowiem jest wymaganie szacunku dla każdego człowieka, a czym innym narzucanie społeczeństwu wizji świata, w której pewnym ludziom nadaje się status „świętych krów”. I nie ma znaczenia, kogo się obdarza takim przywilejem. Ani dawny rasizm białych anglosaskich kolonizatorów w Ameryce Północnej, ani dzisiejsze okazywanie poczucia wyższości przez patrycjat plebsowi w III RP nie są powodem do tego, żeby kogokolwiek traktować na specjalnych – lepszych – warunkach.

– Filip Memches

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy

Zdjęcie główne: Chłopi polscy. Fot. Michael SERRAILLIER/Gamma-Rapho via Getty Images
Zobacz więcej
Felietony Najnowsze wydanie
Zainspirował Fukuyamę do napisania „Końca historii”
Za symbol przyszłości uważał kowbojski kapelusz Mołotowa.
Felietony Najnowsze wydanie
Wieczór
Komentarze Piotra Młodożeńca w Tygodniku TVP.
Felietony Najnowsze wydanie
Wyższość naszych
Satyra Andrzeja Krauzego w Tygodniku TVP.
Felietony Najnowsze wydanie
AAAA Pana z dopasowanym genomem poznam. Cel matrymonialny
Analiza „dopasowania genetycznego” jest znacznie prostsza niż analiza „dopasowania charakterów”.
Felietony Poprzednie wydanie
Wolność
Satyra Andrzeja Krauzego w Tygodniku TVP.