Historia

Jaruzel wyje melancholijnie

Na zdjęciach, robionych przemycanymi do cel aparatami, widać uśmiechniętych brodaczy, czasem w dezabilu (upał), czasem w swetrach nad kubkiem z „czajem”. Trochę grypsery, trochę hymnu, ot, życie między „My, internowani”, a „Micha, kima i dnia nima”. Ale była też ciemna strona: pacyfikacje cel całych oddziałów (systematyczne pobicia więzionych, nieraz powodujące trwałe kalectwo), przymusowe karmienie (wybite zęby, rozerwane przegrody nosowe, pokaleczony przełyk), zawały, załamania nerwowe…

Na skalę kraju była ich garstka. Z przywoływanych w każdym wyliczeniu „dziesięciu milionów członków Solidarności” internowano jedną dziesiątą promila: w sumie 9 736 osób. Trafiających zresztą do „ośrodków odosobnienia”, jak określano je w oficjalnej terminologii, rotacyjnie: najwięcej internowań, mających za cele sparaliżowanie oporu, to grudzień 1981, kiedy to w celach przebywało ponad pięć tysięcy osób. Już na święta Bożego Narodzenia miały miejsce pierwsze zwolnienia, ich fala ruszyła na wiosnę, wielu wyszło w amnestii na 22 lipca, choć nowi cały czas przybywali.

Skład od początku był mieszany: ludzie przedsierpniowej opozycji, członkowie KOR, KPN czy drukarze stanowili nie więcej jak jedną czwartą internowanych. Reszta to byli działacze NSZZ „Solidarność” i innych struktur czasu „karnawału”, dla których często był to pierwszy poważny kontakt z aparatem represji i inwigilacji PRL.

Reprezentatywność list internowania stała zresztą pod dużym znakiem zapytania. Owszem, do cel trafiła większość „krajówki” (poza tymi członkami Komisji Krajowej „S”, którym udało się uciec lub ukryć), doradcy Związku, opozycjoniści o legendarnych nazwiskach. Już jednak na poziomie władz regionalnych, a tym bardziej zakładowych „S”, o internowaniu często decydował przypadek lub pech: internowani wspominają kilku nastolatków, którzy trafili do obozów wiosną 1982 roku, np. za udział w manifestacji trzeciomajowej. Ideę „prewencji” zastąpiła – mówiąc najkrócej – koncepcja „karania pozasądowego”.

Trochę grypsery, trochę hymnu

Obozów internowania było, według obliczeń historyka Grzegorza Majchrzaka, 67. Niemal wszystkie z nich to więzienia, wyjątek stanowiły ośrodek wypoczynkowy w Gołdapi, gdzie trafiły internowane kobiety, oraz rządowe pensjonaty z najbardziej znanym Arłamowem w Bieszczadach, w którym umieszczono Lecha Wałęsę.
Załęże koło Rzeszowa, 27 sierpnia 1982. Internowani w stanie wojennym w swojej celi. Na pierwszym planie Józef Ruszar, w głębi Bolko Skowron. Fot. Michal Bukojemski/Forum
Niektóre z tych ośrodków powszechnie kojarzą się z internowaniem – wśród nich przede wszystkim podwarszawska (wówczas) Białołęka, kilka pamiętających jeszcze czasy rozbiorów, legendarnie ciężkie więzienia w rodzaju Strzelc Opolskich, Sztumu czy Bydgoszczy, albo placówki, które miały szczęście do kronikarzy lub bodaj twórców pieczątek z linoleum, jak Potulice, Mielęcin czy Załęże. O Łowiczu czy Włodawie jako „internatach” mało kto dziś pamięta.

Pobyt w obozie internowania jest dziś oczywiście tytułem do chwały, a obraz odmalowany w licznych wspomnieniach, świadectwach i albumach – trochę sielski, trochę buńczuczny, a trochę monotonny. Co zachowało się w muzeach, co zdołali wynieść na pamiątkę internowani w lipcu 1982 lub w pół roku później? Aluminiowa miska, zwykle z wyrytymi inicjałami („na dnie miski wyryję jot ka”), ręcznie malowana, misternie wykończona talia kart, odbita z linoleum pocztówka z kotwicą, orłem i drutem kolczastym, i zaciekiem chałupniczo wytwarzanego tuszu z sadzy i smalcu. Na zdjęciach, robionych przemycanymi do cel aparatami, widać uśmiechniętych brodaczy, czasem w dezabilu (upał), czasem w swetrach nad kubkiem z czajem. Trochę grypsery, trochę hymnu, ot, życie między „My, internowani”, a „Micha, kima i dnia nima”.

To zrozumiałe: tak pisze się wspomnienia z wygranej, było nie było, wojny. Trochę za sprawą samej pamięci, która wygładza wspomnienia i spowija je mgiełką nostalgii, trochę z poczucia obowiązku wobec sprawy i współtowarzyszy: obozy internowania były przecież, to jasne, gwałtem na sprawiedliwości i ciężką próbą, którą ogromna większość przeszła zwycięsko. Były też, to jasne, czasem w znacznej mierze monotonnym, by nie rzec – straconym: w rutynie dnia, w niekończącym się oczekiwaniu ratowano się albo czytaniem (ale trudno po latach odtwarzać dziennik lektur), albo graniem na nosie nielubianym władzom więziennym, demonstrowaniem wierności swoim poglądom bądź rzemiosłem artystycznym, i właśnie te trzy rodzaje aktywności wspomina się dziś najchętniej: pieczątki, misternie wyplatane krzyże, akademia trzeciomajowa, zagranie na nosie ubekowi…

„Ekstremistki” niczego nie żałują

Dziewczyny z mniejszych miejscowości były szykanowane i upadlane, również po wyjściu z internowania. Płaciły ogromną cenę – mówi dawna opozycjonistka Ewa Józefowicz.

zobacz więcej
To – plus, rzecz niebłaha, umiejętność poradzenia sobie w skrajnie trudnych warunkach, „szkoła przetrwania”, którą przejść musieli inteligenci ucząc się, jak zagrzać wodę, gdzie schować szlugi i w jaki sposób najlepiej naostrzyć łyżkę.

Tyle, że to ta jaśniejsza część obrazu. W ciemnej trzeba by zmieścić nie tylko pacyfikacje cel całych oddziałów (systematyczne pobicia więzionych, nieraz powodujące trwałe kalectwo, wyrzucanie lekko ubranych ludzi na zaśnieżony plac apelowy i niszczenie ich dobytku), nie tylko przymusowe karmienie (a w efekcie – wybite zęby, rozerwane przegrody nosowe, pokaleczony przełyk), nie tylko zawały, załamania nerwowe i „łamanie” internowanych perspektywą wolności lub przepustki. Życie ludzi stłoczonych na kilku metrach kwadratowych, oderwanych od rodziny, stale zagrożonych pobiciem i niepewnych jutra to również nużąca, wielu wyczerpująca gra urazów, pozorów, pychy, złośliwości i ambicji. Nikt nie opisał jej lepiej od Janusza Andermana, który „odbrązawiał” obozy internowania najpierw w wydawanych podziemnie opowiadaniach, potem w świetnym, niezrealizowanym nigdy scenariuszu filmowym „Choroba więzienna”, a po latach w powieści „Czarne serce”.

Kilku monografistów usiłowało opowiedzieć całą „historię internowanych”, jej wymiar prawny, polityczny, materialny i emocjonalny. Trzeba bowiem pamiętać, że chociaż Akcję „Jodła”, czyli zatrzymania osób wytypowanych do internowania, rozpoczęto już o 23 wieczorem 12 grudnia, prokuratorskie postanowienia o internowaniu często doręczano w kilka tygodni później.

Przez cały czas, w jakim trwały internowania, toczyła się gra o wypuszczanie więzionych. Prowadzona była na różnych piętrach: na władze naciskali dyplomaci, Episkopat, Międzynarodowy Czerwony Krzyż, utytułowani profesorowie i rodziny, zaś w poszczególnych obozach komendantów urabiali goście, kapelani i najsłynniejsze aktorki polskie, wysyłane „w misjach” przez Prymasowski Komitet Pomocy Osobom Pozbawionym Wolności i Ich Rodzinom. W historii internowanych, która powinna kiedyś zostać napisana, nie może zabraknąć tego tła, biografii, dokumentacji z przesłuchań oraz bibliografii druków i grafik, powstałych za kratami.
„Jaruzel – pies rasy wilczur, służbę pełni na zmianę z »Kiszczakiem«, od którego jest bardziej melancholijny, często wyje” – notował anonimowy kronikarz z Białołęki. Psy stróżowały we wszystkich obozach internowania. Na zdjęciu strażnik z psem przy ogrodzeniu w zakładzie karnym w Załężu. Fot. Michal Bukojemski/Forum
Zamiary pojedynczego tekstu muszą być skromniejsze. Można w nim przedstawić, w jaki sposób internowani zaakceptowali warunki, rygory i kulturę materialną więziennego świata, do którego trafili. I w jaki sposób przekraczali lub obalali jego granice, nie tyle przy pomocy jawnego buntu, co wprowadzając do świata rygorów zachowania i rozpolitykowanie rodem z wolnego świata.

„Kabaryna” – czyli kara izolatki, „kipisz” – czyli przeszukanie

Więzienne były pomieszczenia, rygory i personel. Cele – zwykle kilkuosobowe, ciasne, z wydzielonym przepierzeniem toaletowym, z okutymi drzwiami, wizjerem, otworem na podawanie posiłków („tygrysówa”) i piętrowymi pryczami. Okna – różnie, niektóre zablindowane, czyli osłonięte z zewnątrz blachą, inne z widokiem na przestrzał; wszystkie okratowane („Za oknem siatka, potem masywna krata i dwie siatki. Za tym wszystkim kosz z blindą z sześciomilimetrowego szkła zbrojonego” – wspomina Andrzej Gwiazda). Więzienne były korytarze, spacerniaki, z czasem udostępniane „wspólne przestrzenie”. Więzienne były mury i wieżyczki, z wszechobecnym (przynajmniej w ikonografii internowanych) drutem kolczastym. Więzienny był też personel, z „klawiszami”, w większości funkcjonariuszami Służby Więziennej i regulaminy, które z czasem dopiero negocjowano.

„Odwilż” w świecie internowanych miała bowiem miejsce wcześniej niż amnestia. W większości zakładów już na wiosnę, gdy okazało się, że masowy opór spacyfikowano, a naciski na władze w sprawie internowanych zaczęły się mnożyć, w drodze negocjacji lub „ukazu” komendanta zezwalano na kolejne swobody: możliwość wyjścia z celi w ciągu dnia, dłuższe spacery lub wręcz „plażowanie” na spacerniaku, spotkania grup samokształceniowych, posiadanie w celi większej liczby należących do więźnia przedmiotów, w tym książek, jedzenia, a nawet szklanych naczyń. Z czasem władze zaczęły patrzeć przez palce na przemycane do cel aparaty fotograficzne czy radia. Weterani pierwszych grudniowych dni – gdzie bito za próby stawiania oporu, straszono „wywózką na białe niedźwiedzie”, odbierano lekarstwa ludziom poważnie chorym, a za przykrycie służyły koce – wynieśli więc inne wspomnienia niż wrogowie ustroju, którzy doczekali w celach upalnego lata 1982, które rozluźniło rygory.

Władza chciała „wziąć w kamasze” Lecha Kaczyńskiego i Donalda Tuska

Zastrzeleni, pobici, aresztowani, zwalniani z pracy. Ofiary stanu wojennego.

zobacz więcej
Więzienni byli strażnicy z ostrą amunicją i psy strażnicze, o różnych zresztą usposobieniach. „Jaruzel – pies rasy wilczur, spuszczany nocą z łańcucha. Służbę pełni na zmianę z »Kiszczakiem«, od którego jest bardziej melancholijny, często wyje” – notował anonimowy kronikarz w białołęckiej gazetce „Koniem przez świat”. Więzienne były kary („kabaryna”, czyli kara izolatki, „kipisz” – czyli przeszukanie, zwykle połączone z niszczeniem własności więźnia). I kuchnia – niesmaczna i mało pożywna, tyleż za sprawą ducha represji, co katastrofalnej sytuacji w kraju: królowały „pazurki” (zupa na mleku z otrębami) i „beton”, czyli danie typu eintopf z rozgotowanym grochem jako główną składową oraz rozgotowana kasza ze skórkami wieprzowymi.

Więzienne były sposoby i taktyki na maksymalne wykorzystanie lokalnej przestrzeni i sprzętów do poszerzenia „obszarów wolności”. Część internowanych uczyła się tych technik od więźniów kryminalnych, część znała je z wcześniejszych doświadczeń penitencjarnych, część stanowiła wkład internowanych do kultury więziennictwa w Polsce. Stary jak świat był „telegraf” między celami – nadawanie alfabetem Morse’a lub innym systemem umówionych znaków, poprzez tłuczenie w ściany cel lub (znacznie lepiej!) w rury kaloryferów. Stare było przemycanie przedmiotów między celami za pomocą tzw. koni lub chabet, czyli patyków ze sznurkiem (na kształt wędki), do których przymocowane były cenne dobra (bibuła, gryps czy papierosy). Więzienie uczy zaradności na wielu poziomach: Michał Komar ze wzruszeniem wspomina, jak dobrze szło mu, po drodze na „rozmowę wychowawczą”, chowanie do kieszeni kurtki porzuconych przez służby remontowe wkrętów i śrubokrętów…

Stare jak świat było gotowanie wody na grzałkach, a dokładniej – „buzale”, czyli wykrojonych z puszki lub aluminiowej tuby na pastę do zębów wąskich, długich blaszkach, przedzielonych zapałkami i związanych nitką. Przewody (również najczęściej „darte” z tuby po paście), izolowane przy pomocy folii z reklamówek, podłączano wprost do kabli elektrycznych, do których „wkuwano się” przez tynk…
Czasem, jak notuje w „Dzienniku internowanego” Jan Mur (pod tym pseudonimem wydali swoją relację Andrzej Drzycimski i Adam Kinaszewski), konstrukcję z wykonanych rękodzielniczo kabli rozwieszano dodatkowo, np. dla przysmażenia wędzonki, na stelażu z metalowego stołka, będącego na wyposażeniu celi. A mimo to, wśród wielu przypadków drastycznego łamania praw człowieka w więzieniach PRL, annały nie odnotowały czyjejkolwiek śmierci spowodowanej użyciem krzesła elektrycznego. Widać, że internowani mieli potężnych patronów wśród świętych.

Co gotowano na „buzale”? Oczywiście, jak wszędzie w więzieniach, „czaj”, czyli niewiarygodnie mocną, działającą niemal narkotycznie herbatę. Ale też, bardziej elitarnie, wodę na kawę (gdy już zaczęto ją otrzymywać w paczkach), zaparzaną – żeby była mocniejsza – nie w kubkach, jak zwykłą „plujkę”, lecz w zakręcanych mocno i opatulanych swetrami słoikach. Przyświecano sobie w nocy „kopciuchami” ze stopionej margaryny. Wypruwano z koców nitki. Rzeźbiono w chlebie. „Cała ta praktyczna krzątanina, urządzanie się, wymyślanie i robienie sprzętów, jest podstawową obroną przed »świrowaniem«” – podsumowuje Gwiazda.

Dentysta w „Ambasadzie” i wąsy Lecha

Nie-więzienne były ambicje Służby Bezpieczeństwa, której ogromnie zależało na pozyskaniu wśród internowanych informatorów lub na złamaniu ich oporu. Oczywiście, TW lub pospolitych „kapusiów” Służba Więzienna pozyskiwała i wśród więźniów kryminalnych – ale to na Białołęce, w osobnym budynku zwanym „Ambasadą”, oficjalnie mieściła się rezydentura SB (w tym samym budynku znajdował się też więzienny dentysta, co narażało na poważne dylematy moralne opozycjonistów z niezaleczonymi ubytkami), mając zresztą swoje przedstawicielstwa („konsulaty”) na poszczególnych oddziałach. To tam zapraszano na „rozmowy” w jednym celu: uzyskania podpisu pod deklaracją lojalności wobec ustroju PRL, pieszczotliwie zwaną „volkslistą”.

Dopadniemy twojego syna…

Prywatna historia Grzegorza Przemyka i jego matki może szokować. Oglądamy rodzinę swobodną jak na tamte czasy. Matkę romansującą z kolegą syna i mało odpowiedzialną.

zobacz więcej
Działano, oczywiście, metodą prób i błędów: od pobić i zastraszania („wywiozą was na białe niedźwiedzie”), przez dawkowanie widzeń i paczek, po ustępstwa na planie zbiorowym i indywidualnym (internowani, w odróżnieniu od więźniów, uzyskali prawo do niedzielnych mszy świętych, wiosną 1982 poszło zaś za tym wspomniane już zelżenie więziennych rygorów). Zmierzających do „Ambasady” ubeków „wyklaskiwano”, skandując przez okno nieśmiertelne „Par-tia-Gie-rek!”, ale skuteczności nie można im odmówić: w pierwszym kwartale stanu wojennego SB pozyskała w „internatach” aż 866 osobowych źródeł informacji.

Nie-więzienny była oczywiście determinacja internowanych, która przekładała się na rozmaite formy oporu: od odmowy stosowania się do regulaminu i działań całkiem na serio, na pograniczu buntu w rodzaju oddziałowych lub rotacyjnych (cele) głodówek, aż po całą paletę manifestacji, żartów i gestów przekory, o których najszerzej może wspominają weterani. Dawały one, poza wszystkim innym, również ujście fantazji ludzi, których nagle, z dnia na dzień zatrzymano w gorączkowej dotąd działalności. Bracia Melakowie organizowali śpiewy w „miesięcznice” wprowadzenia stanu wojennego – z hymnem, „Boże, coś Polskę”, piosenkami strajkowymi. Już w pierwsze Święta pojawiły się też parafrazy kolęd, z najbardziej znaną „Bóg się rodzi, a rodacy po więzieniach rozrzuceni…”.

Stąd akty mniej lub bardziej nieszkodliwego wandalizmu (wybijanie wizjera, czyli „lima” w drzwiach, zasmarowywanie go tłuszczem lub zamalowywanie). Stąd prowokacyjne, lecz niewinne figle na spacerniaku, od lepienia bałwana w czarnych okularach (wątek znany wszystkim z ballady Kaczmarskiego, powtarza się we wspomnieniach z wielu obozów internowania) po parodię „defilady na Placu Czerwonym”. Wiktor Mikusiński, przed Grudniem współzałożyciel niezależnych związków zawodowych MO, zorganizował na spacerniaku wielotygodniowy „bieg sztafetowy na trasie Lwów-Wilno-Warszawa” – blisko tysiąckilometrową trasę ukończyło ostatecznie kilkanaście osób. W kilka tygodni później zorganizowano Olimpiadę w Białołęce, gdzie o puchary walczyły mocne kadrowo, choć nieznane dotąd szerzej kluby: Wrona Love Supreme, Czerwoni Łowcy Okoni, Black Wrona Killers i Kotwice. Zwolennicy konkurencji indywidualnych, jak Gabriel Janowski, rzucali w klawiszy śnieżkami.
Wiktor Mikusiński zorganizował na spacerniaku wielotygodniowy „bieg sztafetowy na trasie Lwów-Wilno-Warszawa”. Na zdjęciu internowanych na spacerniaku na Białołęce, od lewej: Wiktor Mikusiński, Andrzej Sadkowski, Józef Ruszar. Sierpień 1982. Fot. Michał Bukojemski/Forum
Najważniejsza była oczywiście działalność wydawnicza. W warunkach więziennych nie było mowy o offsecie ani ramkach – ale od czego odrywane z posadzki płytki linoleum i rylce z zaostrzonych łyżek lub wydłubanych ze ściany gwoździ? Pierwsze realizacje plastyczne – kartki na Boże Narodzenie – pojawiły się już po 10 dniach internowania. Dłuższe formy, jak gazetki, zwykle przepisywano w dwóch egzemplarzach. Było co przepisywać – pierwsze radio pojawiło się na Białołęce w lutym, w innych obozach niewiele później. W większym nakładzie (tuzin), jak wspomina Wojciech Borowik, wydano m.in. wiersze Jana Krzysztofa Kelusa. Andrzej Czuma wydawał „Kipisz codzienny”, Białołęcka Agencja Solidarności – „BASik”…

Do tego pieczątki, używane najczęściej na listach w funkcji dodatkowych „znaczków”. Transparenty. Dyplomy. Krucyfiksy (jeden z najpiękniejszych, jak wspomina Jan Mur, skręcono z włóczki). Imaginarium było stałe: krzyż, głowa Chrystusa, drut kolczasty, „S”, gdańskie Trzy Krzyże, kotwica Polski Walczącej, czołg, flaga, wąsy Lecha. To niezwykłe, jak mógł podnosić na duchu taki zbiór znaków, nawet jeśli po latach wydaje się powtarzalny.

Paradoksalnie, chociaż izolowani i inwigilowani, internowani stali się ważnym ogniwem pierwszych struktur solidarnościowych konspiracji: do obozów trafiali, obok związkowej „drobnicy”, najbardziej kompetentni działacze „krajówki” i opozycji przedsierpniowej, którzy mieli tu okazję porozumieć się, poznać, przegadać różne warianty działania i uzgodnić różne kontakty.


A jednocześnie, mimo tej wspólnoty niełatwego doświadczenia i mimo, że wszyscy cieszyli się opinią „ekstremistów”, internowani nie stworzyli jednolitego środowiska politycznego. Blisko jedna ósma (najczęściej lokalni działacze, śmiertelnie zastraszeni, pozbawieni oparcia w środowisku) emigrowała – władze skwapliwie podsuwały tę opcję od pierwszych przesłuchań. Według danych Biura Paszportów MSW, zgodę na wyjazd (i „bilet w jedną stronę”) otrzymało 36 członków Komisji Krajowej, 229 członków zarządów regionów, ponad pół tysiąca działaczy komisji zakładowych…
Dla wielu internowanie oznaczało koniec przygody z polityką, zbyt duży był ciężar doświadczeń i lęk o najbliższych. Wybrali, jak większość pokolenia „karnawału”, smutną prywatność lat 80.: w weekend na ryby, fucha w zakładzie, jeśli zaangażowanie, to w kościelną służbę porządkową. A ci, którzy politykę i walkę z komuną mieli we krwi, rozeszli się w różne strony, jak Gwiazda z Wujcem, jak Kelus z Geremkiem.

Tym bardziej warto spojrzeć na prześwietlone zdjęcia, na których są jeszcze razem i uśmiechają się do przemyconego aparatu, czupurni brodacze w szortach (albo, co gorsza, gatkach): jest lato 1982 („w śledztwie lato się wlokło jak żal”), wrona orła nie pokona, wiosna, jeśli nie ta, to kolejna, będzie nasza, a tymczasem stemplujemy, stemplujemy, stemplujemy…

– Wojciech Stanisławski

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy

W tekście wykorzystałem m.in. relację Jana Mura J. Mur [A. Drzycimski, A. Kinaszewski] „Dziennik internowanego. Grudzień 1981 – grudzień 1982” (Gdańsk-Warszawa 1989); szkic Grzegorza Wołka „Ośrodki odosobnienia dla internowanych”, opublikowany w zbiorze „Encyklopedia Solidarności. Opozycja w PRL 1976–1989” (Warszawa 2010); album „My, internowani. Białołęka 1981-82” (Warszawa, 2016) oraz prozę Janusza Andermana i wiersze Jana Krzysztofa Kelusa.
Zdjęcie główne: Więzienie na Załężu w Rzeszowie, wrzesień 1982. Internowany w stanie wojennym Bolko Skowron przyozdabia swoją celę. Fot. Michal Bukojemski / Forum
Zobacz więcej
Historia Najnowsze wydanie
Czirakczi znaczy „dno piekła”
„Ty jesteś nasz tatuś” – powiedziała do mnie mama, gdy naszego taty zabrakło. Byłam z nas trzech najstarsza – miałam osiem lat.
Historia Poprzednie wydanie
Organ prasowy Karnawału
Był wszystkim jednocześnie. Pismem związkowym, a zarazem społeczno-kulturalnym i politycznym.
Historia Poprzednie wydanie
Korowcy, radykałowie, klerykałowie i „prawdziwki”
Przez cały okres Karnawału w związku trwała otwarta wojna na wielu frontach.
Historia Poprzednie wydanie
Zakłócenie porządku. Walki uliczne w stanie wojennym
Rezultaty uderzenia pałką goiły się w ciągu kilku tygodni.
Historia Poprzednie wydanie
Cała prawda o małym fiacie
Pierwszym posiadaczem fiata 126p został lekarz, lwowianin, więzień Pawiaka i powstaniec warszawski. O szczegółach jego biografii jednak nie poinformowano.