Historia

Władza chciała „wziąć w kamasze” Lecha Kaczyńskiego i Donalda Tuska

Po starciach w Lubinie w ścianach budynków i sklepowych witrynach były dziury po kulach. W nocy je likwidowano, by zatrzeć ślady. Komuniści nie wahali się, by rozprawić się z Solidarnością sięgając po broń. Po wprowadzeniu stanu wojennego katalog represji był obszerny.

– Było koło pierwszej w nocy. Tak uderzali w drzwi, że widziałem jak się wysuwają wkręty od zamków. Zanim wpadli wyskoczyłem na balkon – opowiadał mi przed dwoma laty Alfred Bondos, zmarły niedawno działacz świdnickiej Solidarności. – Z trudem uporałem się ze sznurkami do suszenia prania, po czym zeskoczyłem na ziemię. Milicjanci wpadłszy do mieszkania świecili latarką w dół, wołając: „Tu jest! Tu!” Kiedy zbiegali schodami, ja już uciekałem w kierunku zachodnim.

W nocy z 12 na 13 grudnia ruszyła akcja „Jodła”. Milicja w całym kraju załomotała do drzwi tych opozycjonistów, których miała na liście wyznaczonych do internowania. Jeśli ktoś nie otwierał wchodzili razem z drzwiami.

Alfred Bondos po tym jak wyskoczył przez balkon mieszkania biegł do swojego zakładu pracy – WSK Świdnik. Tak się wcześniej umówili z załogą. Wielu działaczy Solidarności jeszcze przed 13 grudnia czuło, że władza coś szykuje. W zakładach pracy powstawały plany na wypadek gdyby spróbowała działań wymierzonych w związek.

Zabite okna, zaspawana brama

Załoga WSK Świdnik, otoczona przez milicje i wojsko, strajkowała przez trzy dni. Straż zakładowa z bronią pilnowała bram. W końcu czołgi wjechał na teren zakładu wyważając płot.
Podczas pacyfikacji strajku w Kopalni Węgla Kamiennego "Wujek" doszło do masakry. Śmierć poniosło 9 górników, a kilkudziesięciu innych zostało rannych. Fot. PAP/Marek Janicki
Strajkowały zakłady w całym kraju. W Stoczni Gdańskiej do strajku przystąpiło 5 tys. osób. Stanęła i Huta im. Lenina, i Zakłady Azotowe w Tarnowie. Do największego górniczego strajku na Dolnym Śląsku doszło w kopalni „Rudna”. Pracownicy zabili deskami okna, zaspawali główną bramę. Na płocie wywiesili kable i tabliczki z napisem „uwaga wysokie napięcie”. Puścili też plotkę, że zakład jest podminowany i jeśli ZOMO spróbuje ruszyć strajkujących, to wszystko wyleci w powietrze.

Najtragiczniej zakończył się strajk okupacyjny w kopalni „Wujek”. 16 grudnia ZOMO otworzyło ogień do górników. Dziewięć osób zginęło. Ci, którzy strajkowali w innych zakładach wspominają, że moment kiedy z „Wujka” doszła informacja o zabitych górnikach i trzeba było ją przekazać załodze był jednym z najtrudniejszych. Nikt nie miał już cienia wątpliwości, że władza nie cofnie się przed niczym.

Najdłużej strajkowali górnicy w kopalni „Piast” w Bieruniu. Do protestu, który odbywał się 650 metrów pod ziemią przystąpiło 2 tys. górników. W kopalni spędzili dwa tygodnie. Pod ziemią obchodzili Boże Narodzenie, mimo że wstrzymano dostawy żywności. ZOMO miało problem, bo trudno spacyfikować protest, który toczy się pod ziemią. Zomowcy planowali zjazd pod ziemię, użycie gazu. Ostatecznie górnicy przerwali protest 28 grudnia. Do jego końca dotrwało tysiąc górników. Uzyskali gwarancje bezpieczeństwa od władz, ale okazały się one nic niewarte. Po tym jak wyjechali na powierzchnię czekały ich represje, podobnie jak strajkujących w innych zakładach – internowania, akty oskarżenia, zwolnienia z pracy.

Jezu, na wschód jadą!

– Wojsko na ulicach, godzina milicyjna, internowania a także aresztowania i wyroki, to były te najbardziej widoczne represje po wprowadzeniu stanu wojennego – mówi nam historyk dr Marcin Zwolski.

W czasie trwania stanu wojennego internowanych zostało ogółem blisko 10 tysięcy osób: 8728 mężczyzn i 1008 kobiet. Wiele z tych internowań miało dramatyczny przebieg. Działacze Solidarności opowiadali, że obawiali się wywiezienia na Wschód. „Powiedzieli, że jedziemy do Iławy, a ja zauważyłem, że skręcili przez most na Track. Mówię: »Jezu, na wschód jadą!« – wystraszyłem się – opisywał tamte wydarzenia Tadeusz Kisły, działacz olsztyńskiej Solidarności w monografii „Solidarność olsztyńska w stanie wojennym i w latach następnych, 1981–1989”. „Nie wiedziałem, że tam jest jakaś baza. W samochodzie starali się nawet stworzyć klimat koleżeńskości. Narzekali, że bieda, że to, że tamto. Kiedy wjechaliśmy na plac koło milicyjnych garaży, był on rzęsiście oświetlony. Tam była już inna atmosfera. Były psy, wołanie »ruszaj się«, popychanie” – opisywał Kisły.

Gdy milicjanci przesłuchiwali Yoshiho Umedę, krzyczał do nich: „Wy nie jesteście Polakami!”

Jako Japończyk uważał, że wobec władzy trzeba być lojalnym. W PRL zrozumiał, że to nie jest słuszna postawa.

zobacz więcej
Doktor Zwolski zaznacza, że SB umiejętnie grała internowaniami. – To była najbardziej spektakularna represja, ale władze szybko zorientowały się, że może ona posłużyć także do skłócenia opozycji. Internowani byli w pewien sposób „nobilitowani”. Czasem jednak większą represją było nieinternowanie jakiegoś działacza czy przewodniczącego Solidarności w jakimś mieście, regionie, bo ludzie zaczynali się od niego odwracać, posądzać go o współpracę z SB. To była bardzo niebezpieczna broń, esbecy potrafili tym grać – mówi historyk.

Zakłady pracy militaryzowano, wysyłano do nich wojskowych komisarzy w efekcie pracownicy strategicznych z punktu wodzenia państwa zakładów mieli de facto status żołnierzy. Strajk w takim zakładzie oznaczał odmowę wykonania rozkazu w czasie wojny, a w konsekwencji wyrok i więzienie. Najsurowszy wyrok usłyszała Ewa Kubasiewicz. Od 14 do 16 grudnia strajkowała w Wyższej Szkole Morskiej. Była jedną z autorek ulotki nawołującej do oporu wobec władzy. Aresztowana 20 grudnia usłyszała wyrok Sądu Marynarki Wojennej w Gdyni. Nie chciała nawet, by ktokolwiek prosił o jej ułaskawienie.

Jan Raczycki, działacz opozycji demokratycznej w Bydgoszczy, jeden z założycieli Solidarności w zakładzie Zremb-Makrum został aresztowany i skazany przez Sąd Pomorskiego Okręgu Wojskowego na rok bezwzględnego więzienia za działalność wydawniczą. Po wprowadzeniu stanu wojennego wydawał i rozprowadzał podziemną gazetkę „Być sobą”.

– 13 marca 1982 r. czterech esbeków podjechało fiatem pod moje mieszkanie. Wpadli do środka bez żadnego nakazu. Zaczęli pytać gdzie mam tusze, maszynę do pisania, ulotki. Zaczęli przetrząsać dom. Uważałem na to, żeby nic takiego w domu nie trzymać. Znaleźli tylko bibułę sprzed 13 grudnia. W zakładzie prowadziłem bibliotekę książek drugiego obiegu, udało mi się zebrać tysiąc woluminów. Część z nich miałem w szafie. Dzięki żonie do tej szafy nie zajrzeli – opowiada nam Raczycki.

Esbecy zabrali go na komisariat. – Mówili, że chodzi o podpisanie protokołu. Trafiłem jednak do celi. Okazało się, że kolega mnie obciążył. Powiedział, że dawałem mu materiały do przepisywania na maszynie – opowiada. W areszcie spędził trzy miesiące. – Naciskali, żeby sam się przyznał. Straszyli, że dostanę 10 lat, że żona mnie zostawi. Wysłali jej nawet papiery rozwodowe. To były sowieckie metody – wspomina.

Do niczego się nie przyznał, ale grypsy, które wysyłał do kolegi z sąsiedniej celi przez podstawionego – jak się potem okazało – człowieka udającego księdza posłużyły prokuraturze w obciążeniu go. – Drukowaliśmy podziemną gazetkę, bo chodziło nam o prawdę, o ujawnienie kogo internowano, gdzie są przetrzymywani. Tymczasem zostałem skazany za próbę obalenia ustroju PRL – mówi nam Raczycki. Od wyroku się odwołał, bezskutecznie. Z aresztu trafił do więzienia w Inowrocławiu, gdzie celę dzielił z pospolitymi przestępcami. Po odrzuceniu apelacji przewieziono go do Potulic, gdzie był już osobny pawilon przeznaczono dla więźniów politycznych.
Stan wojenny, grudzień 1981, Szczecin. Fot. PAP/Jerzy Undro
Dziury po kulach

Protesty przeciw stanowi wojennemu nie skończyły się wraz ze stłumieniem strajków w zakładach pracy, do których doszło 13 grudnia i w dniach następnych. Polacy wychodzili na ulice w pokojowych manifestacjach – w Warszawie, Gdańsku, Krakowie, Nowej Hucie, Lublinie, Poznaniu, Kielcach. Władze brutalnie tłumiły te protesty.

W Lubinie w pierwszą rocznicę porozumień sierpniowych działacze opozycji zorganizowali pokojową manifestację. Jednak ZOMO otworzyło ogień do zgromadzonych, którzy w otwartym terenie byli bezbronni, trudno było uciec przed ogniem. Zginęły trzy osoby, jedenaście zostało rannych. Wydarzenia przeszły do historii pod nazwą zbrodni lubińskiej. Edward Wóltański, uczestnik tamtych wydarzeń, od 1980 r. działacz Solidarności, a od 1982 r. organizator Solidarności Walczącej w Zagłębiu Miedziowym wspomina: – Zwołaliśmy tę pokojową manifestację, by pokazać, że wciąż jesteśmy, upominamy się o NSZZ Solidarność, o więźniów i internowanych. Prosiliśmy mieszkańców żeby każdy, kto czuje odrobinę solidarności z nami przyszedł i przyniósł kwiatek. Wyznaczyliśmy miejsca na rynku, w których układaliśmy kwiaty w znak krzyża chcąc nawiązać w ten sposób do krzyży z kwiatów układanych po wprowadzaniu stanu wojennego w Warszawie i nieustannie niszczonych przez ZOMO. Zaplanowaliśmy, że ułożymy krzyż z kwiatów, odśpiewany hymn i się rozejdziemy.

Jednak ZOMO otworzyło ogień. – To nie był jakiś pojedynczy strzał, ale całe serie. Kule odbijały się od ścian, od asfaltu. Można było także dostać rykoszetem. Tak właśnie na mostku zginął mój kolega Michał Adamowicz, a na chodniku przy poczcie Andrzej Trajkowski i Mieczysław Poźniak. Dziury po kulach były w murze obok wejścia do kościoła, na ścianach okolicznych budynków, w szybach sklepowych witryn. W nocy je likwidowano, by zatrzeć ślady zbrodni – opowiada nam Edward Wóltański.

Bitwy z milicją trwały trzy dni, bo 1 i 2 września mieszkańcy Lubina znów wyszli na ulice. – 31 sierpnia było nas około 5 tysięcy. 1 września około trzy razy więcej. Kiedy odwiedzam szkoły opowiadając uczniom o wydarzeniach tamtych dni proszę by podziękowali rodzicom, a dzisiaj już dziadkom za ten znakomity solidaryzm – zwłaszcza 1 września. Przyjść wtedy na to zgromadzenie, to była największa odwaga. Ludzie już wiedzieli, że poprzedniego dnia padły strzały, że byli zabici. Wiedzieli, że wychodząc z domu też mogą zginąć, a mimo to przyszli – mówi Wóltański.

Świdnicki kotlet, lubelski lipiec. Rok 1980 w „mieście PKWN”

Tu rozpoczęła rządy „władza ludowa” i tu zaczął się upadek systemu, wraz z podpisaniem pierwszego porozumienia i zgodą na wybory niezależnej od partii Rady Zakładowej.

zobacz więcej
Zaznacza, że strzały z ostrej amunicji tamtego dnia to nie był żaden przypadek. – Ostrą amunicję wydaje się z magazynu na rozkaz. To nie był przypadkowy milicjant, który akurat miał ze sobą ostre naboje i zaczął strzelać. Wszystko było wcześniej zaplanowane. Mnie nawet krótko przez tamtą manifestacją ostrzegał pewien milicjant: „Panie Edku, niech pan wyjedzie z Lubina” – mówił mi. Nie miałem zamiaru nigdzie wyjeżdżać. Właśnie urodził mi się syn, córka szła do pierwszej klasy – wspomina Edward Wóltański i dodaje, że otwierając ogień do manifestantów władze chciały zastosować wobec mieszkańców Lubina terapię wstrząsową, sprawdzić międzyludzką solidarność i odegrać się za grudzień 1981 r.

Niedaleko od Małej Moskwy

– W 1980 r. mieszkańcy Lubina nie byli szczególnie zżyci, nie mieli do siebie zaufania. Miasto było taką sypialnią, a tym którzy się tu sprowadzili zależało na tym żeby jak najszybciej mieszkanie i przyzwoicie zarobić. Ciężko było zorganizować strajk w 1980 r. ale okres szesnastu miesięcy działania Solidarności zupełnie odwrócił tę sytuację. Mogliśmy się dobrze poznać, wstąpił w nas optymizm. W efekcie w stanie wojennym w Lubinie stanęły wszystkie zakłady. To było cudo. Strajkowały nie tylko kopalnie, ale także np. fabryka instrumentów lutniczych Defil czy zakłady Elpo, w których szyte były słynne spodnie Odra. 99 proc. pracowników to były kobiety. W 1980 r. Lubińska ubecja dostała po nosie. A trzeba pamiętać, że naszymi ubekami rządziło także KGB. W końcu w Legnicy mieliśmy tzw. małą Moskwę. Sądzę, że właśnie ta porażka ubecji doprowadziła do tego, że w 1982 r. otworzono do nas ogień.

Wdowy po zabitych w Lubinie przez lata były nękane przez milicję. – W każdą rocznice przychodzili, pytali kto mi pomaga. Mówiłam: „Nie wasza sprawa, proszę odejść od drzwi”. Pogoniłam ich to przychodzili na cmentarz. W każdą rocznicę. Raz nas wylegitymowali – panią Adamowicz i mnie, wzięli nas do nyski. Dobrze wiedzieli kim jesteśmy. Dopiero w latach 90. miałam spokój. Wcześniej zrzucano z grobu kwiaty, wszystko niszczono – opowiadała w jednym z wywiadów Stanisława Trajkowska. Po śmierci męża została sama z trójką dzieci, czwarte dziecko było w drodze.
Wojskowe patrole od 13 grudnia 1981 kontolowały samochody na ulicach polskich miast. Na zdjęciu okolice Mostu Poniatowskiego w Warszawie. For. PAP/Wojciech Frelek
Ile było ofiar stanu wojennego? – Odpowiedź na to pytanie ile wcale nie jest taka prosta – mów dr Grzegorz Majchrzak, historyk z Biura Badań Historycznych IPN. – Liczba zależy od tego jaki okres bierze się pod uwagę – czy jedynie czas między 13 grudnia 1981 r. a 22 lipca 1983 r. kiedy formalnie obowiązywał stan wojenny, czy też do roku 1989 r., jak przyjmuje wielu działaczy opozycji. W tym drugim przypadku do jednych z ostatnich ofiar stanu wojennego należy zaliczyć księży Stefana Niedzielaka, Stanisława Suchowolca i Sylwestra Zycha. W przypadku wielu osób które zginęły nie ma dokumentów, niekiedy wręcz ślady zostały celowo zatarte. Nic zatem dziwnego, że czasem możemy się jedynie domyślać, na podstawie modus operandi, że nie była to przypadkowa śmierć tylko zamieszani są w nią tak zwani nieznani sprawcy, czyli po prostu funkcjonariusze SB. Tak jest właśnie w przypadku księży Zycha, Suchowolca i Niedzielaka – wskazuje Majchrzak.

Dodaje, że komisja powołana przez sejm kontraktowy do zbadania przestępczej działalności MSW pod lupę wzięła 122 przypadki niewyjaśnionych śmierci opozycjonistów. W 90 przypadkach uznała, że miały one związek z działaniami służb. – Tych niejasnych spraw było jednak dużo więcej. To, że dziś nie wiemy do końca ile było ofiar stanu wojennego, to jedno z zaniedbań po 1989 r. Kolejne pytanie dotyczy osób, które zginęły przypadkowo, albo są ofiarami bestialstwa milicji, której funkcjonariusze po 13 grudnia stracili hamulce. Takich przypadków – często bez świadków – nie brakuje. Czy to też są ofiary stanu wojennego? Czy należałoby też policzyć osoby, które zmarły ze względu na niedziałające telefony, bo nie można było na czas wezwać karetki pogotowia? Tu nie ma prostych odpowiedzi.

Wyrzuceni z wilczym biletem

Doktor Marcin Zwolski, który badał historię Solidarności Regionu Pojezierze obejmującego dawne województwo suwalskie, podkreśla że represje wobec regionów, w których opozycja była mniej liczna i słabiej zorganizowana, były dużo dotkliwsze niż w dużych ośrodkach opozycyjnych. – Zwrócił na to uwagę nawet Bronisław Geremek mówiąc, że opozycjonistom w dużych miastach jest łatwiej. Represje władz były nagłaśniane przez podziemną prasę, obserwowane przez korespondentów zagranicznych mediów, więc SB czuło, że jest pod lupą. W ośrodkach, w których opozycja była silna łatwiej było się ukryć, ale też organizować opór wobec represji. We wsiach czy miasteczkach nie było zbyt wielu możliwości ukrycia się, a SB nie bało się tam niczego – mówi historyk.

W Regionie Pojezierze z racji tego, że nie było tam zbyt wielu zakładów przemysłowych w działalność opozycyjną angażowali się głównie nauczyciele, lekarze czy księża. – Represje jakie dotknęły w stanie wojennym opozycję w tym regionie, był nieproporcjonalne do jej działalności. Lokalne władze okazały się szczególnie gorliwe w zwalczaniu Solidarności – mówi dr Zwolski.

Życie bezkompromisowe. Fundamentalista Jan Zieja

Kościół katolicki na pewno zmierza od surowości ku miłości, ale tak daleko, jak ksiądz Jan w 1920 roku, nie zaszedł jeszcze do dzisiaj.

zobacz więcej
Zwraca uwagę, że poważną represją było wyrzucanie z pracy w stanie wojennym. – Choć internowanie był represją, która przysparzała ogromnego cierpienia nie tylko internowanym, ale także ich rodzinom, to Solidarność z czasem wypracowała formy pomocy bliskim internowanych. Zapominamy jednak, że bardzo wielu ludzi straciło w stanie wojennym pracę i dostało wilczy bilet w efekcie czego nie mogli znaleźć nowego zatrudnienia – mówi dr Zwolski.

Podaje przykład legendarnego działacza suwalskiej Solidarności Aleksandra Seredyńskiego, nauczyciela historii w Technikum Mechanicznym w Suwałkach. Seredyński organizował m.in. rocznicowe manifestacje patriotyczne, był mentorem młodzieży, którą wspomagał w działalności opozycyjnej. Został internowany w grudniu 1981 r., a po uwolnieniu mimo trzydziestosiedmioletniego stażu w zawodzie nauczyciela został zwolniony i dostał zakaz podejmowania pracy jako nauczyciel.

Alfred Bondos, który po stłumieniu strajku w WSK Świdnik ukrywał się przez rok – najpierw w kanałach zakładu, potem na wsi i w Lublinie, do pracy w Świdniku już nie wrócił. Został wyrzucony po 20 latach pracy. Zaangażował się w akcję „Wakacje z Bogiem”, w ramach której poza strukturami państwowymi we współpracy z Kościołem organizowano wypoczynek dla dzieci osób represjonowanych.

– Byliśmy za tę działalność ścigani i gnębieni – wspominał Bondos. – Kiedy zostałem bez pracy zapadła decyzja, że na potrzeby działalności opozycyjnej zostanie zakupiony samochód, a ja będę nim jeździł jako taksówka bagażowa i wykonywał też usługi transportowe dla związku. Żuka rozbili „nieznani sprawcy”, a władze zabrały mi prawo jazdy. Z tym wszystkim trzeba było sobie radzić.

Jan Raczycki opowiada, że po wyjściu z więzienia do własnego zakładu już wstępu nie miał. – Długo nie mogłem też znaleźć żadnej innej pracy. Pytali czy jestem karany i na tym kończyła się rozmowa. Nawet w zakładach, w których pilnie poszukiwano inżynierów mechaników i zachęcano, by składać dokumenty, po kilku dniach okazywało się, że to pomyłka, że wcale inżynierów mechaników nie potrzebują. Takie sytuacje powtarzały się kilkakrotnie. Był nawet moment, że myślałem o wyjeździ z kraju. Jak wychodziłem z więzienia to proponowani mi paszport w jedną stronę. „Lepiej dla was jakbyście opuścili ten kraj, nie będziecie już mącić” – mówili. Nie zdecydowaliśmy się na wyjazd, w Polsce miałem teściów, których nie chcieliśmy zostawiać. Pierwszą pracę załatwił mi kolega. Partyjny, ale bardzo porządny człowiek. Porozmawiał z dyrektorem i mnie przyjęli. W tym zakładzie pracowałem jednak poniżej swoich kwalifikacji i nie było szans na awans – wspomina Raczycki.
Krzyż z kwiatów i zniczy na dziedzińcu pod wieżą dzwonnicy kościoła Świętej Anny przy Krakowskim Przedmieściu był układany spontanicznie przez warszawiaków od grudnia 1981 roku, jako symboliczna forma sprzeciwu wobec stanu wojennego. Fot. PAP/Maciej Belina Brzozowski
Rana cięta na szyi

– Działacze Solidarności nie tylko tracili pracę, ale byli też w pracy degradowani. Tym ludziom trudniej było pomóc, a dziś nawet nie jesteśmy w stanie ocenić ile osób dotknęła tego typu represja. Wiemy ilu było internowanych, ile zapadło wyroków, ile było ukaranych przez kolegium ds. wykroczeń za nieprzestrzeganie prawa stanu wojennego, ale nie jesteśmy w stanie policzyć ile osób straciło pracę, ilu zmniejszono wynagrodzenie, inwigilowano, wzywano bez przerwy na przesłuchania, straszono rodziny, utrudniano życie. Nie ma z tego raportów. To represje, których wymiar jest w tej chwili niemierzalny – mówi dr Zwolski.

Do represji trzeba by też zaliczyć także wyrzucanie z uczelni czy szkół. Dr Majchrzak zwraca także uwagę na przymusowe wcielenie do wojska. – Nazywane było przez działaczy opozycji internowaniem w kamaszach, a przez Wojciecha Jaruzelskiego „inteligentną formą internowania”. Formalnie było to przeszkolenie wojskowe lub rzadziej zasadnicza służba wojskowa. Tej formie represji poddano około 1,5 tys. osób. Początkowo do wysłania w kamasze wytypowani przez SB byli m.in. Lech Kaczyński i Donald Tusk – mówi dr Majchrzak.

Represje dotykały nie tylko dorosłych działaczy opozycji, ale także zaangażowaną młodzież. Dr Marcin Zwolski zwraca uwagę, że cechą charakterystyczną regionów, w których opozycja była mniej obecna jest właśnie większe zaangażowanie młodzieży. – Tam gdzie podziemie było silne młodzież w stanie wojennym była zaangażowana w działalność propagandową – druk oraz kolportaż ulotek i prasy, czasem w malowanie napisów na murach. W regionach słabszych młodzież była radykalniejsza. Kilkuosobowe grupki młodych ludzi prowadziły działalność sabotażową, a nawet czasem paramilitarną. Młodzi ludzie podejmowali próby np. uszkadzania milicyjnych radiowozów, wytwarzali lub zbierali broń. SB w mniejszych regionach wykrywała i neutralizowała takie grupy. W Regionie „Pojezierze” kilkunastu chłopców stanęło przed sądami dla nieletnich, ale były też przypadki sądzenia ich jak dorosłych przed sądem wojskowym.

W Warszawie po wprowadzeniu stanu wojennego grupę konspiracyjną nastoletnich chłopców „Piłsudczycy” współtworzył Emil Barchański. Zginął w tajemniczych okolicznościach zanim skończył 17 lat. 10 lutego 1982 r. chłopcy przeprowadzili akcję oblania farbą pomnika Feliksa Dzierżyńskiego w Warszawie.

Po aresztowaniu Barchańskiego biciem zmuszano do składania fałszywych zeznań. Stanął przed sądem dla nieletnich i został skazany na dwa lata wiezienia w zawieszeniu i nadzór kuratora. Później jako świadek zeznawał w procesie kolegi. Według matki Emila, Krystyny Barchańskiej-Wardęckiej SB groziło jej synowi, że jeśli zmieni obciążające kolegę zeznania może wypaść z okna, utopić się albo zginąć w wypadku.

Pogrzeby specjalnej troski. Księża interesujący dla SB za życia i po śmierci

Grób ks. Jerzego Popiełuszki był obserwowany do 1989 r., a jego okolica „operacyjnie zabezpieczana”.

zobacz więcej
Nastolatek w sądzie oświadczył, że zeznania obciążające kolegę SB wymusiło na nim biciem. Dwa tygodnie później zaginął nad Wisłą, gdzie wybrał się z sąsiadem. Jego ciało odnaleziono pod dwóch dniach. Według zeznań sąsiada chłopak miał przepłynąć na drugą stronę Wisły.

Krystyna Barchańskia-Wardęcka twierdziła, że je syn bał się wody i nigdy do niej nie wchodził. Identyfikując ciało syna zobaczyła, że ma ranę ciętą na szyi – od ucha do połowy brody. Nie ma dowodów na udział SB w śmierci nastolatka, ale ze względu na okoliczności uznaje się go za najmłodszą ofiarę stanu wojennego.

Ubek groził, że mnie rozwali

Jan Raczycki zaznacza, że władze nie ustawały też w upadlaniu opozycjonistów. – Traktowali nas jak kryminalistów, a czasami nawet gorzej. W areszcie przy komendzie wojewódzkiej MO prycze były zbite z desek. Z toalety można było skorzystać dwa razy dziennie. Kąpiel przysługiwała raz na dwa tygodnie. O tym jak długo z rury leciała woda decydował strażnik. W celi znajdował się kubeł na odchody. Czasami śmierdziało niemiłosiernie. To był dla mnie szok. W Inowrocławiu zamknęli mnie z kryminalistami. W dwunastoosobowej celi było osiem łóżek – wspomina Jan Raczycki, ale dodaje, że gorsi od współwięźniów byli strażnicy. – Szczególnie nienawidzili więźniów politycznych, byli dla nas wyjątkowo wredni, pozbawieni ludzkich uczuć. Ciągle straszyli ścieżkami zdrowia. Chętnie by nas tam udusili za to, że śmieliśmy wystąpić przeciw władzy ludowej.

Edward Wóltański jeden z organizatorów strajku w kopalni miedzi ZG Rudna (14-17 grudnia 1981 r.) został aresztowany 28 grudnia 1981 r. – Zaraz po rozbiciu strajku pojawiłem się pod domem, ale nie nocowałem u siebie. Było pewne, że będą nas szukać. Nie siedziałem jednak w jednym miejscu, cały czas się przemieszczałem, załatwiałem różne sprawy. Jeździłem między miastami, żeby szukać mieszkań dla kolegów, z którymi zeszliśmy do tzw. podziemia, zdobyć żywność czy papier do drukowania bibuły. Pierwszą ulotkę udało się wydrukować i rozprowadzić już 19 grudnia. To właśnie dlatego, że ciągle działałem, udało im się mnie dorwać. 28 grudnia natknąłem się na kapitana Jana Sznabla, mieszkańca sąsiedniego bloku. To on mnie zatrzymał – opowiada nam Wóltański.

Na tak zwanym dołku przesiedział prawie dwa tygodnie. – To było nawet wbrew przepisom – wspomina. – Trzymali mnie w podłych warunkach, na takim pudle z pilśni, nie było tam nawet wody. Ale to i tak było lepsze niż cele w areszcie śledczym we Wrocławiu na Świebodzkiej 1. Tam dla Solidarności był przeznaczony oddział 2C. Przypadła mi cela nr 15, w której nie było szyb w oknach. Chłopaki przede mną poodmrażali sobie uszy – wspomina Edward Wóltański.
Obchody rocznicy uchwalenia Konstytucji 3 maja 1791 r. w 1982 roku w Warszawie. Fot. PAP/Teodor Walczak
Został skazany na 1,5 roku więzienia w zawieszeniu na 3 lata. Po wyjściu na wolność nie zrezygnował jednak z działalności opozycyjnej. W swoje pracowni plastycznej m.in. drukował bibułę i ulotki, projektował znaczki Solidarności, winiety do różnych gazetek podziemnych, wypisywał transparenty, organizował pomoc rodzinom represjonowanych. Internowany został dopiero we wrześniu 1982 r. Najpierw przetrzymywany był w Nysie, potem jako ekstrema Solidarności w Strzelinie, a następnie w Grodkowie. Na wolność wyszedł w grudniu 1982 r.

Kiedy podczas spotkań z młodzieżą szkolną jest pytany o to czy grożono mu bronią opowiada o swoim aresztowaniu z 1983 r. – Pojechałem do teściów do Wrocławia z bibułą. Okazało się, że w tej samej kamienicy w której mieszkali teściowie ukrywał się Józef Pinior (działacz wrocławskiej Solidarności – przyp. red.). Nie miałem o tym pojęcia, ale ubecy myśleli jednak, że to do niego przyjechałem. Kiedy szedłem od teściów na dworzec czułem, że ktoś mnie obserwuje. Jednak z autobusu wyciągnęli mnie dopiero w Środzie Śląskiej. W plecaku, który miałem przy sobie znaleźli tylko ziemniaki i fuksje, którą miałem posadzić na działce. Nie mogli uwierzyć. Kroili ziemniaki, bo widocznie myśleli, że coś jest ukryte w środku. To przy okazji tego zatrzymania i całodziennego klasycznego przesłuchania jeden z ubeków przyparł mnie do ściany i groził, że mnie utopi w fosie. Drugi wziął pistolet, wcisnął mi go w brzuch i straszył, że mnie rozwali. Na tym przesłuchaniu bito mnie tak, że straciłem zęby, miałem zmaltretowany brzuch. Sądzę, że moje dzisiejsze problemy zdrowotne, to efekt doświadczeń z tamtych lat. Rewizje w tornistrach dzieci

– Po 13 grudnia jedną z represji były tzw. działania specjalne (nękające) – zwraca uwagę dr Majchrzak. I przytacza historię Zygmunta Listkiewicza, aktora Teatru Nowego w Warszawie. – Do jego żony zadzwoniła funkcjonariuszka z informacją, że musi się on zgłosić do przychodni wenerologicznej, bo wskazała na niego kobieta chora na kiłę.

Alfed Bondos opowiadał, że w czasie kiedy on się ukrywał jego bliscy wiele przeszli. – Ciągle były rewizje w domu. Przedwcześnie żonie szron zabielił włosy. Dzieci śledzono, zaglądali im do tornistrów kiedy szły do szkoły – opowiadał działacz świdnickiej Solidarności.

– Nawet widzenia były okazją, żeby przysporzyć cierpień naszym rodzinom. Z żoną i dziećmi po raz pierwszy mogłem się zobaczyć dopiero po wyroku. Przyjechali z Bydgoszczy najpierw do Inowrocławia, potem do Potulic. Zasada była taka, że trzeba było stawić się na miejscu przed godz. 8, bo inaczej nie było szansy na widzenie. Żona z małymi dziećmi na widzenia czekała aż do 13. Bez powodu, to miało być takie dodatkowe cierpienie dla naszych rodzin – wspomina Jan Raczycki, który dziś kieruje Stowarzyszeniem Osób Represjonowanych w PRL „Przymierze”. – Jak zabierali mnie z domu syn miał pięć lat, córka dwa i pół roku. Kiedy wróciłem po roku, to córka mnie nie poznawała, początkowo nawet się mnie bała. To były bardzo trudne momenty.

– Agnieszka Niewińska

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy

Zdjęcie główne: Stan wojenny, grudzień 1981, Szczecin. Fot. PAP/Jerzy Undro
Zobacz więcej
Historia Poprzednie wydanie
Dla niego kelnerzy podsłuchiwali polityków. Najlepiej opłacany...
Kiedy zaczęły się obrady rządu, coś poruszyło się za kotarą. Odsunięto zasłonę i oczom zdumionych ministrów ukazał się…
Historia Poprzednie wydanie
Polskie Kresy wstępują do sowieckiego raju
Żeby był porządek na jeden mandat z okręgu był uzgodniony tylko jeden kandydat.
Historia Poprzednie wydanie
Mało biłam dzieci. Jeżeli je biłam, to tylko na polecenie
Zła, okrutna. Nigdy nie widziałam jej bez pejcza. Traciłyśmy przytomność – mówią jej ofiary.
Historia wydanie 16.10.2020 – 23.10.2020
Wywiesiliśmy proporce z barwami narodowymi i godłem. Jak...
Hydroplan z czarnym napisem U.S. COAST GUARD zrzucił mały, płócienny woreczek zawierający krótką wiadomość: „Are you O.K.?”
Historia wydanie 16.10.2020 – 23.10.2020
Nie tylko Haberbusch i Schiele. Jak Niemcy zostawali Polakami
Ojciec poety był weteranem powstania styczniowego, dziad – listopadowego. Ale prapradziad przybył z Turyngii.