Cywilizacja

Turcja tysięcy meczetów. Koniec republiki „dwóch pijaków”

Nowa rola Hagii Sofii nie jest jedyna. Takie same zmiany objęły również inne bizantyjskie kościoły, które po osmańskim podboju stały się meczetami, a za republiki – muzeami. Dwa z nich, pod takim samym wezwaniem Mądrości Bożej, w miastach Iznik i Trabzon – czyli w dawnej Nicei, znanej jako miejsce soborów, i Trapezuncie – w ostatnich latach również wróciły do roli meczetów.

Nic nie mogło przypominać chrześcijańskiej przeszłości świątyni. Nie w dniu, gdy po 89 latach w murach kościoła Hagia Sofia znowu miały rozbrzmiewać słowa modlitwy muzułmańskiej. Wspaniałe bizantyjskie mozaiki i malowidła starannie więc zasłonięto, na posadzce rozłożono barwne dywany. Cztery wielkie tablice z inskrypcjami z Koranu, mihrab (nisza wskazująca kierunek, w którym znajduje się Mekka) i minbar (kazalnica) pozostały oczywiście na miejscu.

Na piątkowe modły w miejscu, gdzie zwracali się do Boga sułtani i dostojnicy osmańskiego dworu, teraz zebrali się notable Republiki Turcji – ministrowie, deputowani, urzędnicy wysokiego szczebla. Do ostatniej chwili nie ujawniano tylko, czy wśród obecnych będzie sam prezydent Recep Tayyip Erdogan. Kancelaria szefa państwa nie zdradzała jego planów, a media udawały, że jej milczenie biorą poważnie. Ale jak by mogło go nie być w chwili, która była pewnie jedną z ważniejszych w jego życiu? „Kiedy byliśmy młodzi, przekształcenie Hagii Sofii w meczet było naszym największym marzeniem”, zdradził parę dni temu.

Nic dziwnego zatem, że dekret o przywróceniu funkcji sakralnych Hagii Sofii Erdogan podpisał natychmiast, gdy tylko Rada Stanu – najwyższy sąd administracyjny Turcji – uchyliła decyzję Mustafy Kemala Atatürka z 1934 roku, na mocy której świątynia przestała być meczetem i stała się muzeum. Było to 10 lipca. Poza emocjonalnym, a pewnie także politycznym zaangażowaniem Recep Erdogan miał też inny powód do pośpiechu. Pragnął mianowicie, by pierwsze modły odbyły się w świątyni już 15 lipca, w czwartą rocznicę zamachu stanu, z którego szczęśliwie dla siebie wyszedł zwycięsko.


Ale 24 lipca to także ważna data, dla państwa tureckiego o wiele zresztą ważniejsza. Tego dnia w 1923 roku w Lozannie podpisano traktat kończący wojnę grecko-turecką. Niezależnie od tego, jakie były jego szczegółowe postanowienia (ustalenie granic, status cieśnin tureckich, wymiana ludności z Grecją) i jak przebiegała później ich realizacja, najistotniejsza była wymowa samego faktu: Turcja – spisywana na straty, rozdarta, zagrożona przez sąsiadów i mocarstwa – zdołała obronić się jako państwo. Trzy miesiące później, 29 października, w Ankarze ogłoszono powstanie republiki.

Kościół, meczet, muzeum

Dlaczego właśnie teraz? Takie pytanie zadaje sobie wielu obserwatorów tureckiej sceny politycznej. Pomysł przywrócenia Hagii Sofii funkcji meczetu nie jest przecież nowy. Występowali z nim zarówno deputowani Partii Sprawiedliwości i Rozwoju (AKP) – ugrupowania Erdogana – jak organizacje i stowarzyszenia. Sam Erdogan też chętnie do tego nawiązywał, zwłaszcza przed wyborami. Ostatni raz przed rokiem przy okazji wyborów samorządowych, podczas których polem zaciętej walki stał się właśnie Stambuł.
Hagia Sofia ponownie meczetem. Spełnione marzenie Recepa Tayyipa Erdogana. Fot. TUR Presidency Murat Cetinmuhurdar/Anadolu Agency via Getty Images
Do tej pory jednak sądy zawsze wnioski odrzucały. Fakt, że tym razem stało się inaczej, zrodził spekulacje, że sprawa ma tło polityczne. Recep Erdogan potrzebuje czegoś, co poprawi jego pozycję w sytuacji, gdy gospodarka przeżywa kryzys, a AKP zaczyna tracić poparcie. Ubiegłoroczne wybory samorządowe były poważnym ostrzeżeniem, bo partia, która od 2002 roku wygrywała wszystkie wybory, straciła Ankarę i Stambuł.

Jest w tym pewnie trochę racji. Turecki prezydent jak zwykle wypowiada się ostro i jak zwykle bezwzględnie zwalcza przeciwników, ale potrzebuje też czegoś, co społeczeństwo przyjmie z uznaniem. Kij jest taki jak zawsze: w ostatnich kilku tygodniach zatrzymano kolejnych dziennikarzy, zamknięto też jedną ze stacji telewizyjnych i stambulski uniwersytet Sehir, z którym związany jest Ahmet Davutoglu, niegdyś premier i współpracownik, a obecnie wróg Erdogana. Hagia Sofia natomiast powinna sprawdzić się w roli marchewki, bo aż 73 proc. Turków chce, by znów, jak za czasów Osmanów, była meczetem.

Klub nocny, warsztat, hotel. Co można zrobić z kościoła

Tylko we Francji od roku 2000 zburzono blisko 50 kościołów, w Kanadzie w ciągu najbliższych 10 lat zamkniętych ma być blisko 9 tys. świątyń katolickich i protestanckich.

zobacz więcej
Przypomnijmy: kościół Mądrości Bożej został zbudowany w VI wieku na polecenie bizantyjskiego cesarza Justyniana Wielkiego. Konsekrowany w 537 roku, przez wiele wieków był największą świątynią na świecie. Jej ogrom – potężne mury, olbrzymia kopuła – do dziś robi wrażenie. W 1453 roku, gdy Turcy osmańscy zdobyli Konstantynopol, chrześcijański kościół przekształcono w meczet; była to jedna z pierwszych decyzji sułtana Mehmeda II Zdobywcy. Po 478 latach, w 1931 roku świątynia została zamknięta, poddana konserwacji i w 1935 roku otwarta. Jako muzeum, zgodnie z dekretem wydanym przez Kemala Atatürka, twórcę republiki.

85 lat, czyli tyle, co nic

Czas, gdy Ayasofya, jak nazywana jest w Turcji, była tylko muzeum to w jej długich dziejach tylko krótki przerywnik, który należy po prostu wziąć w nawias – zauważył przy okazji ostatnich dyskusji jeden z tureckich historyków. Nad wzięciem w nawias można dyskutować, ale wobec 1483 lat istnienia 85 lat bez funkcji sakralnych to właściwie tyle, co nic.

Ale przecież nie o czas tu chodzi. Uczynienie ze świątyni muzeum miało wymiar symboliczny, stanowiło bowiem widome przypieczętowanie kemalistowskich reform. Fakt, że osmański meczet przestał być meczetem, pokazywał czarno na białym, że rządy sułtanów i imperium bezpowrotnie odeszły w przeszłość. Laickość państwa była jednym z fundamentów, na jakich Kemal Atatürk oparł budowę nowej Turcji, republikańskiej i zorientowanej na Zachód. Skoro turecki sułtan był zarazem kalifem – duchowym zwierzchnikiem wspólnoty muzułmańskiej – likwidacja sułtanatu pociągała za sobą konieczność zniesienia kalifatu.

Kemal, który sam zresztą nie zaliczał się do ludzi religijnych, uważał przy tym, że właśnie religia i powiązanie Turcji ze światem islamu były jedną z przyczyn jej zapóźnienia cywilizacyjnego. Te więzy musiały zostać zerwane. I na tym polu kemalistowskie reformy były naprawdę wszechstronne. Zlikwidowana została instytucja sędziów islamskich, zakazano działalności bractw religijnych, wezwanie na modlitwę nie mogło być w języku arabskim, a dzień świąteczny przeniesiono z piątku na niedzielę. Nowa rola Hagii Sofii podkreślała tylko, jak wielką metamorfozę przeszła Turcja.
Dawny kościół bizantyjski, dziś meczet, Hagia Sofia w Izniku. Fot. Ali Atmaca/Anadolu Agency/Getty Images
Stambulska świątynia nie byłą zreszta jedyna. Takie same zmiany objęły również inne bizantyjskie kościoły, które po osmańskim podboju stały się meczetami, a za republiki – muzeami. Dwa z nich, pod takim samym wezwaniem Mądrości Bożej, w miastach Iznik i Trabzon – czyli w dawnej Nicei, znanej jako miejsce soborów, i Trapezuncie – w ostatnich latach równieeż wróciły do roli meczetów.

Trudno oprzeć się wrażeniu, że było to jak próba generalna przed zmianami w najważniejszej ze świątyń. Mają one bowiem wymiar równie symboliczny jak to, czym niegdyś kierował się twórca republiki. Atatürk chciał zamknąć czas imperium. Erdogan, choć nie mówi o tym otwarcie – i nawet nie musi, bo wszystko jest jasne – chce zamknąć czas kemalizmu. A także, w jakiejś mierze, zwrócić Turcję ku czasom osmańskim, o których mówi chętnie, często i z przejęciem. Z tego punktu widzenia zmiany dotyczące Hagii Sofii są zatem jak klamra, spinająca początek i koniec epoki Atatürka.

Pobożny muzułmanin

Czy to znaczy, że kemalistowskie reformy w sferze religijnej zostały definitywnie odrzucone? Na pewno nie wszystkie i nie w warstwie formalnej. Konstytucja nadal mówi, że Turcja jest państwem świeckim, choć Ismail Kahraman, przewodniczący parlamentu w poprzedniej kadencji, w swoim czasie apelował o opracowanie nowej ustawy zasadniczej, o charakterze religijnym, „na miarę państwa islamskiego, jakim – podkreślał – jest przecież Turcja”.

Odwrócił sojusze, spacyfikował wojsko, zburzył fundamenty republiki. Niebezpieczny jubileusz

Dobrze się czuje w roli nowoczesnego sułtana. Ale może bardziej jeszcze odpowiadałby mu tytuł kalifa – zwierzchnika religijnego świata islamu?

zobacz więcej
Wszystko to jednak prowadzi do fundamentalnego pytania, czy pod rządami Recepa Erdogana i AKP, trwającymi przecież już blisko 18 lat, Turcja przechodzi proces reislamizacji. Wiele za tym przemawia, choć obraz (o czym dalej) wcale nie jest jednoznaczny. Erdogan jest gorliwym, pobożnym muzułmaninem, i samo to w dużej, choć nie decydującej mierze wpływa na jego działania. Ale nawet popularny przywódca, jakim mimo wszystko jest on nadal, nie jest w stanie kierować procesami społecznymi po swojej myśli.

Początkowo, zanim zdołał spacyfikować wszystkie siły opozycyjne, wśród których najsilniejszą była armia, Erdogan postępował nadzwyczaj ostrożnie. Podkreślał swe przywiązanie do idei kemalizmu, zwłaszcza do świeckości państwa, i szacunek dla samego Atatürka. Wraz z umacnianiem się Erdogana u władzy te zapewnienia zaczynały blednąć. Atatürk i Ismet Inönü, jego najbliższy współpracownik i następca, stawali się „dwoma pijakami, którzy stworzyli republikę”. Dzień Republiki, 29 października, już niekoniecznie był wart świętowania, a wśród promowanych wartości na czoło coraz wyraźniej wysuwał się islam.

Przykładów jest pod dostatkiem. Najbardziej widocznym jest finansowanie instytucji religijnych i intensywna budowa wielkich meczetów, zresztą nie tylko w Turcji, religia stała się bowiem narzędziem prowadzenia polityki zagranicznej. Turcja stoi między innymi za ich budową muzułmańskich świątyń w Tiranie i w Kolonii, gdzie powstał największy meczet w Europie. Za przedsięwzięciami religijnymi, szczególnie w Afryce, idzie budowa szkół i szpitali, pomoc gospodarcza i kontrakty handlowe.

Wyzwanie na placu Taksim

W samej Turcji numerem jeden wśród nowych świątyń jest ogromny meczet zbudowany na wzgórzu w azjatyckiej części Stambułu. Przyćmi go jednak pewnie budowany właśnie meczet na placu Taksim w europejskiej części miasta. Nie wielkością, bo w tym miejsu giganta postawić się nie da, lecz – to kolejny taki przypadek – antykemalistowską wymową. Meczet w tym miejscu to otwarte wyzwanie rzucone kemalistom. Bo plac, w centrum którego znajduje się pomnik ku czci republiki i jej twórcy, to także jej symbol.
Prezydent Erdogan chciałby, żeby w Turcji wyrosło „pokolenie ludzi pobożnych”. Czy może się ono spełnić?. Na razie niewiele na to wskazuje. Na zdjęciu: stambulska ulica. Fot. Burak Kara/Getty Images
O postawieniu meczetu na Taksim mówiło się od dawna, ale jeszcze kilka lat temu każda o tym wzmianka wywoływała gwałtowne protesty, zresztą nie tylko opozycji z atatürkowskiej Republikańskiej Partii Ludowej (CHP). Ale Erdogan, nie bez pomocy islamistycznych władz Stambułu, jak zwykle zdołał przeprowadzić swój zamysł. I jest to dokonanie na miarę zwycięstwa nad kemalizmem.

Budowa meczetów leży w gestii Diyanetu, czyli urzędu do spraw religijnych, który zajmuje się także przygotowywaniem kazań na piątkowe modły i organizowaniem pielgrzymek do Mekki. Nic dziwnego zatem, że pod rządami Erdogana budżet tej instytucji wzrósł czterokrotnie w stosunku do czasów sprzed 2002 roku, ponad sumy przeznaczane dla zwykłych ministerstw. To zresztą prawdziwy paradoks: podporą islamisty Erdogana stała się instytucja powołana przez sekularystę Atatürka jako organ, który zapewniał państwu kontrolę nad sferą religii, rodzaj łącznika między świeckim państwem i muzułmańskim społeczeństwem.

Druga fala imigrantów. Autorskie dzieło Turcji

Grecja, która nie chce wpuścić tłumu imigrantów, tym razem jest przez UE chwalona. Kilka lat temu zasłużyłaby na naganę.

zobacz więcej
Kolejnym przejawem reislamizacji jest rozbudowa sieci szkół średnich znanych jako Imam Hatip, łączących kształcenie ogólne z nauczaniem religijnym. Szkoły te, niegdyś nie dające prawa wstępu na uczelnie, zrównano też w prawach ze świeckimi liceami. Prezydent otacza je szczególną opieką i nic w tym dziwnego, bo sam jest absolwentem Imam Hatip.

Dzwonek alarmowy

Religijne przekonania Recepa Erdogana stoją również za takimi decyzjami, jak zniesienie zakazu noszenia przez kobiety chust na uczelniach, w szkołach i urzędach (wojna o jego utrzymanie toczyła się przez kilka lat, ale kemaliści przegrali ją z kretesem) czy podniesienie podatków na alkohol. Sam prezydent nie tylko nie bierze alkoholu do ust, ale zaleca Turkom, by tak jak on zechcieli częściej sięgać po ajran, tradycyjny turecki napój mleczny. Wśród przeciwników czy tylko prześmiewców zyskało mu to złośliwy przydomek „Pan Ajran”.

Nie udało mu się natomiast przeprowadzić pomysłów takich jak likwidacja koedukacyjnych akademików czy wprowadzenie zmian legislacyjnych o proweniencji islamskiej, na przykład kary za cudzołóstwo czy przepisu mówiącego, iż mężczyzna ma sprawować opiekę nad kobietą jako istotą słabszą. Za to najnowszy legislacyjny pomysł, czyli oparcie inspekcji skarbowej na zasadach koranicznych, odebrano jako otwarty przejaw reislamizacji.

Najsławniejszą wypowiedzią Erdogana, zahaczającą o sferę religijną jest deklaracja, w której mówił o swym wielkim marzeniu: pragnie, by w Turcji wyrosło „pokolenie ludzi pobożnych”. Czy może się ono spełnić? Otóż, jak się okazuje, raczej nie. Badania przeprowadzone przez stambulską firmę badawczą KONDA przyniosły rezultaty, które przynajmniej dla prezydenta powinny stać się prawdziwym dzwonkiem alarmowym. Okazuje się, że między 2008 i 2018 rokiem – a był to, przypomnijmy, czas, gdy AKP, skutecznie rozbiwszy opozycję, miała już pełnię władzy – odsetek obywateli deklarujących się jako osoby religijne spadł z 55 do 51 proc., a osób przestrzegających obowiązkowych postów – z 77 do 65 proc. Odsetek kobiet okrywających włosy wzrósł, mimo wielkiej o to batalii, o zaledwie 1 punkt procentowy, z 52 do 53 proc. „Dzisiejsza Turcja może wydawać się bardziej islamska niż kilkadziesiąt lat temu, ale gdy patrzymy na tkankę i kształt społeczeństwa, okazuje się, że nadal jest ona krajem w głębi duszy świeckim” – mówił telewizji Al-Dżazira Ihsan Eliacik, określony przez nią jako liberalny teolog islamski. To oznacza, że marzenia rzadzących i oczekiwania rządzonych mimo wszelkich zabiegów jednak się ze sobą rozmijają.

Na parę dni przed „godziną zero” Recep Erdogan odwiedził świątynię Hagia Sofia, by osobiście ocenić stan przygotowań. Po wyjściu nie zwlekając udał się na plac Taksim, na budowę meczetu. Tak oto połączyły się ze sobą dwie sprawy o prawdziwie symbolicznej wymowie. O stanie ducha prezydenta mówi to więcej niż wszelkie deklaracje. Ale o przyszłości Turcji mimo wszystko niewiele.

– Teresa Stylińska

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy

Zobacz więcej
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Od milionera do zera. Czyli: czego nie życzymy Idze Świątek
Polska tenisistka na kortach zarobiła już grubo ponad 10 mln złotych. Ale musi pamiętać, że większość gwiazd sportu bankrutuje krótko po zakończeniu kariery.
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Kim są panie, które każą „wypier…”? Mapa polskiego feminizmu
Przyszłość polityki czy gwiazdy jednego sezonu?
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Wojna siedemdziesięciolatków. Czy o wyniku zdecydują „wstydliwi”?
Już wiadomo, kto przez najbliższe 4 lata będzie lokatorem Białego Domu: biały mężczyzna o w podeszłym wieku o jasnych włosach.
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Nowe zaburzenie w czasach pandemii: lęk przed odcięciem od lajków
Czy można zachować psychiczną równowagę, gdy zarówno nauka, czas wolny, jak i kontakty z rówieśnikami są on line?
Cywilizacja Poprzednie wydanie
Zrozumiały strach lekarzy. I jego możliwe tragiczne skutki
Dlaczego medycy „dezerterują” w czasie pandemii?