Historia

Organ prasowy Karnawału

Wielka dama dziennikarstwa pojechała zbierać materiał do reportażu o strajku włókniarek w Pabianicach. Po powrocie powiedziała, że „te prządki nic nie rozumieją”. Powiedzieliśmy jej, że po prostu nie potrafi rozmawiać z prządkami.

Ukazywał się krótko w czasie solidarnościowego Karnawału, bo zaledwie kilka miesięcy: od 3 kwietnia 1981 roku do 13 grudnia, kiedy wprowadzono stan wojenny. Miał jednak ogromne znaczenie dla Polaków. Jak mówi Tygodnikowi TVP Krzysztof Wyszkowski – ówczesny sekretarz redakcji – było to „pismo ludzi wolnych, skierowane do ludzi wolnych; trybuna o znaczeniu mickiewiczowskim; źródło – między Warszawą a Władywostokiem – nieprawdopodobnej siły moralnej”.

„Tygodnik Solidarność”, bo o nim mowa, był oficjalnym, ogólnopolskim pismem NSZZ „Solidarność”. Jedynym periodykiem związkowym o takim zasięgu, w dodatku ogólnodostępnym, który można było kupić w kiosku. O ile oczywiście miało się szczęście, bo rozchodził się jak ciepłe bułeczki. Zapotrzebowanie kilkukrotnie przekraczało możliwości wydawnicze (nakład był limitowany). – Zdarzało się, że niektóre komisje zakładowe „Solidarności” prenumerowały większą liczbę egzemplarzy, a następnie kolportowały ją wśród członków związku na terenie swojego zakładu pracy – mówi Tygodnikowi TVP prof. Andrzej Paczkowski, historyk z ISP PAN.
Druk pierwszego numeru "Tygodnika Solidarność" w Zakładach Graficznych RSW Prasa Książka Ruch. Fot. PAP/Ireneusz Radkiewicz
– To właściwie pierwsze tak niezależne pismo – choć oczywiście można dyskutować, co to znaczy „niezależny” w PRL-u – od końca lat 40., kiedy pozamykano wszystkie pisma legalnej opozycji powojennej, m.in. PSL-u – ocenia dla Tygodnika TVP prof. Rafał Habielski, historyk i prasoznawca z Uniwersytetu Warszawskiego. I wspomina, że od momentu, w którym Solidarność się ukonstytuowała, prowadziła rozmowy z władzą dotyczące dostępu do środków masowego przekazu, które się przedłużały. Najpierw zresztą się domagała, by mogła założyć dziennik, lecz komuniści się nie zgodzili. Ostatecznie stanęło na tygodniku.

Pół miliona egzemplarzy

W czasie tzw. karnawału Solidarności ukazywało się kilka niezależnych pism oficjalnych, objętych cenzurą, lecz były one pismami regionalnymi. Na przykład tygodnik „Jedność”, dystrybuowany głównie w Szczecinie. – Poza tym rozkwitł drugi obieg, czyli pisma, które nie poddawały się cenzurze. Ukazywały się one jako wydawnictwa związkowe. Dawało to możliwość, by tłumaczyć władzom, że nie ma sensu oddawać takiego pisma do cenzury, bo jest ono wewnętrzne, tzn. przeznaczone jedynie dla członków danego związku – opowiada prof. Paczkowski.

I dodaje, że czasem wykorzystywano parasol ochronny związku nie tylko dla uniknięcia cenzury, ale i po to, by szerzej takie pismo rozpropagować. – Tak było w przypadku „Związkowca”, dystrybuowanego w Hucie Katowice w nakładzie 25 tys. egzemplarzy. Oczywiście był on czytany nie tylko przez członków Solidarności w Hucie Katowice – mówi historyk, który zarazem podkreśla, że to „«Tygodnik Solidarność» był głównym ośrodkiem całej prasy solidarnościowej, ukazującej się przed stanem wojennym”, jak i „odpowiedzią Solidarności na podstawowe problemy dotyczące Polski”.

–„Tygodnik Solidarność” był istotny przede wszystkim dlatego, że „Solidarność” nie miała dotąd dostępu do najważniejszych oficjalnych mediów. Wprawdzie istniała prasa nieocenzurowana, ale jej nakład nie przekraczał kilku-, kilkudziesięciu tysięcy egzemplarzy. Tymczasem nakład „Tygodnika” wynosił pół miliona egzemplarzy. A jesienią 1981 roku, podczas zjazdu „Solidarności”, milion egzemplarzy – zauważa dr Jan Olaszek z IPN i ISP PAN, który specjalizuje się w historii opozycji w PRL.

Pismo łagodzące nastroje

„Tygodnik Solidarność” był niezwykle wszechstronny pod względem tematycznym. Poruszano na jego łamach tematykę związkową, polityczną, społeczną. Pisano o kulturze i historii najnowszej. W redakcji znajdował się także dział listów. Jan Olaszek podkreśla, że miał on duże znaczenie, gdyż dzięki niemu „ludzie dojrzeli możliwość załatwienia swoich spraw”, i podkreśla, że w przekroju całej redakcji „był odrębnym fenomenem”.

Azyl dla opozycyjnych dziennikarzy. Pismo, które dało zarobić zwolnionym publicystom

Maziarski, Kalabiński, Fikus, Łojek, Bratkowski, Łukasiewicz… Usunięci z państwowych mediów, znaleźli pracę w niszowym miesięczniku, pod skrzydłami partyjnego prezesa.

zobacz więcej
– Nie był to tygodnik jedynie polityczny, ani jedynie związkowy, ani jedynie społeczno-kulturalny. Był wszystkim tym jednocześnie. Drukował komunikaty władz „Solidarności”, materiały przedstawiające działalności związku. Na jego łamach prowadzono debaty, te najważniejsze dotyczyły spraw gospodarczych i społecznych – opowiada prof. Paczkowski, który w 1981 roku opublikował na łamach pisma duży artykuł o Stanisławie Mikołajczyku.

Publikacje miały przeważnie charakter wstrzemięźliwy, zachowawczy. – Trzeba pamiętać, że pismo było czymś w rodzaju organu politycznego związku. Dlatego było stonowane. Jego celem było raczej łagodzenie nastrojów, aniżeli walka i dążenie do kompromisu, a nie do zwarcia. W związku z tym biuletyny zarządów regionów czy biuletyny zakładowe często były znacznie ostrzejsze – mówi w rozmowie z Tygodnikiem TVP dr Józef Maria Ruszar, filolog i filozof, dyrektor Instytutu Literatury, a w czasach PRL opozycjonista i dziennikarz „Tygodnika Solidarność”.

Z kolei Krzysztof Wyszkowski przyznaje, że zarówno on, jak i Tadeusz Mazowiecki mieli poczucie, iż nie należy doprowadzać do starcia z władzą, lecz „starać się wykorzystać do maksimum, czy wręcz przedłużyć czas ograniczonej wolności”. Mieli oni świadomość, że każdy kolejny dzień, miesiąc tej co prawda ograniczonej, ale jednak wolności, jest zyskiem dla narodu i samoświadomości społecznej. Dlatego trzeba było się ograniczać.

W słowach Wyszkowskiego z jednej strony można wyczuć dumę, że udało się stworzyć tak ważne pismo, którego był częścią, jednakże z drugiej strony – gorycz. Jego zdaniem redakcja nie wykorzystała w pełni potencjału, swojej szansy. Zastanawia się, czy mimo ograniczeń nie powinna być bardziej krytyczna wobec władzy. – Może jednak trzeba było przekazywać więcej prawdy? Można było pójść dalej. Trudno… – mówi z nostalgią.

– Związek realizował to, co zostało nazwane samoograniczającą się rewolucją. Dlatego na łamach tygodnika na przykład sprawy międzynarodowe były na marginesie. Niektórych tematów w ogóle nie podejmowano, takich jak Związek Sowiecki czy Katyń. Byłoby to bez sensu ze względu na cenzurę, i podważałoby pomysł polityczny, jakim była Solidarność – komentuje prof. Paczkowski.

Boje z cenzurą

Wiele kłopotów w życiu codziennym redakcji sprawiała cenzura. – Walczyłem z nią, robiłem co mogłem, ale to było trudne. Czasami szantażowaliśmy władze, że nie wydamy numeru, co mogłoby skutkować reakcjami natury politycznej. Ale to były słabe narzędzia nacisku... – wspomina Krzysztof Wyszkowski.
Przed siedzibą redakcji "Tygodnika Solidarność" przy ulicy Batorego 14. Fot. PAP/Ireneusz Radkiewicz
W październiku 1981 roku weszła w życie nowa ustawa o cenzurze z 31 lipca 1981. Umożliwiała ona redakcjom zaznaczanie ingerencji cenzorskich. Niewiele pism jednak z tej możliwości korzystało. „Tygodnik Solidarność” zaliczał się do tej mniejszości.

Poza tym „zdarzyło się dwa albo trzy razy – mówi nam prof. Habielski – że redakcja tygodnika wniosła sprawę do Naczelnego Sądu Administracyjnego” o to, że „cenzura zajmowała teksty niezgodnie z prawem. Na pewno w jednym przypadku NSA uznał rację redakcji”.

Pismo, jak zostało już wspomniane, było stonowane, niemniej można było znaleźć na jego łamach tematy, których nie poruszano w peerelowskiej prasie. Mowa zwłaszcza o tych z zakresu najnowszej historii Polski. – Ukazał się na przykład tekst o Czerwcu ‘56, w związku z 25. rocznicą wydarzeń w Poznaniu. A w ostatnim numerze, który częściowo został skonfiskowany, tzn. nie wszedł już do dystrybucji przed stanem wojennym, był tekst o Grudniu ’70. O takich tematach w ogóle nie pisano; ani w podręcznikach do historii, ani w prasie – podkreśla prof. Habielski.

Chrapka na tygodnik

Proces tworzenia pisma nie były łatwy, a do tego przedłużał się w czasie. Rozpoczął się jesienią 1980 roku, ale pierwszy numer ukazał się dopiero 3 kwietnia 1981. Tuż po tzw. kryzysie bydgoskim z marca 1981, przez który rozumie się największe od Sierpnia ’80 napięcie w relacjach między „Solidarnością” i peerelowskimi władzami – spowodowane siłowym usunięciem delegacji „Solidarności” z posiedzenia Wojewódzkiej Rady Narodowej w Bydgoszczy. Podczas interwencji MO związkowcy zostali pobici, najbardziej dotkliwie – Jan Rulewski.

Przez kilka miesięcy trwała batalia różnych środowisk o fotel redaktora naczelnego „Tygodnika Solidarność”. – Redaktor naczelny ogólnopolskiego pisma, z nakładem 500 tys. egzemplarzy, miał ogromny wpływ na cały związek. Toteż była ostra walka polityczna o to, kto będzie rządził redakcją – tłumaczy Józef Maria Ruszar.

Jednym z kandydatów na to stanowisko był Konrad Bieliński z Komitetu Obrony Robotników – miał doświadczeniu z okresu wydawania biuletynu strajkowego w stoczni. Później popierany przez hierarchów kościelnych Andrzej Micewski, który jednak nie miał wystarczającego zaplecza, by stworzyć redakcję. Potrzebował do realizacji tego celu doświadczonych ludzi. – Micewski zwrócił się z propozycją do Komitetu Obrony Robotników, a także do Klubu Inteligencji Katolickiej. Ale mu odmówiono, bo KOR i KIK również walczyły o to stanowisko – mówi dr Ruszar, który również był wtedy członkiem warszawskiego KIK.

„We the People”. Człowiek, którego głosem przemówił Wałęsa

Zatrzymał się na środku Marienplatzu i zaczął się rozglądać z zadumą. – Wiesz, tylu ludzi się tu kręci, a nie spotkałem ani jednego Murzyna – rzucił.

zobacz więcej
I relacjonuje dalej, że chrapkę na objęcie sterów „Tygodnika Solidarność” miało tzw. lewicowo-laickie skrzydło KOR-u, czyli m.in. Adam Michnik i Jacek Kuroń, mający za sobą ludzi doświadczonych, którzy wydawali prasę korowską – zaliczali się od nich choćby Helena Łuczywo, Jan Lityński, Anna Dodziuk czy Joanna Szczęsna. Podobnie plany mieli działacze KIK, na czele z Tadeuszem Mazowieckim, Bohdanem Cywińskim czy Andrzejem Wielowieyskim.

– Misja Micewskiego nie powiodła się. Wtedy Lech Wałęsa zwrócił się do Bohdana Cywińskiego: „Zostanie pan redaktorem naczelnym”. Ale Cywiński, który zawsze był człowiekiem niezwykle lojalnym, odpowiedział: „Ja zawsze pracowałem pod kierownictwem Tadeusza Mazowieckiego, dlatego zostanę jego zastępcą”. Wałęsa na to przystał – opowiada o kulisach wyboru redaktora naczelnego Józef Maria Ruszar.

Dodaje, że z punktu widzenia związku była to dobra decyzja, gdyż Mazowiecki był wtedy jedną z najważniejszych postaci warszawskiego środowiska intelektualnego, cieszącym się dużym autorytetem w różnych środowiskach i był w stanie zorganizować najszersze zaplecze intelektualne dla związku.

Przemawiało za nim również doświadczenie, jako że przez wiele lat pełnił funkcję redaktora naczelnego miesięcznika katolickiego „Więź”.

Ślepa kuchnia

Redaktorzy musieli się zmagać z problemami natury logistycznej. Był m.in. problem z siedzibą redakcji. – Na początku przygotowywaliśmy pismo w różnych mieszkaniach. Pod koniec stycznia, w lutym, spotykaliśmy się na politechnice. Później w baraczku przy Madalińskiego, a następnie w baraczku przy Batorego. Była to prowizorka – mówi Krzysztof Wyszkowski. Po chwili dorzuca, że część nakładu trzeba było drukować w Łodzi. – Przecież to absurd. To były ciągłe warunki frontowe. Władza nieustannie usiłowała podstawić nam nogę – wspomina.

Miejsce przy Polu Mokotowskim, w którym mieściła się redakcja, w 2011 roku zostało upamiętnione tablicą: „Tu, przy ul. Batorego 14 w 1981 roku mieściła się redakcja «Tygodnika Solidarność», pierwszego po 1945 roku, niezależnego od władz komunistycznych pisma, powstałego na mocy Porozumień Sierpniowych 1980, kierowanego przez Tadeusza Mazowieckiego” – czytamy.

Józef Maria Ruszar opowiada, że w początkowym okresie działalności tygodnika, jego siedziba mieściła się „na parterze willi przy Puławskiej”. Znajdowały się tam dwa niezbyt komfortowe pomieszczenia, jedno przypominające salon, a drugie, mniejsze i bez okien, ślepą kuchnię. – Tam odbywały się pierwsze spotkania. W pokoju bez okien głównie siedział Tadeusz Mazowiecki z zastępcami, Bohdanem Cywińskim i Kazimierzem Dziewanowskim, i przyjmowali kolejnych ludzi na rozmowy. Tak naprawdę to nie dało się tam pracować – mówi dyrektor Instytutu Literatury, przyznając ponadto, że w tamtym czasie zebrania działu informacji związkowej, którego był członkiem, odbywały się w jego mieszkaniu, oddalonym o 500 metrów od redakcji.
Bohdan Cywiński, zastępca redaktora naczelnego "Tygodnika Solidarność" podczas omawiania pierwszego numeru pisma w siedzibie redakcji przy ul. Batorego 14. Fot. PAP/Ireneusz Radkiewicz
Po miesiącu od wydania pierwszego numeru, z redakcji odszedł Kazimierz Dziewanowski, który specjalizował się w tematyce międzynarodowej – w latach późniejszych był m.in. ambasadorem RP w Stanach Zjednoczonych (1990-1993). Stanowisko jednego z zastępców Mazowieckiego objął wtedy ekonomista Waldemar Kuczyński.

Z wielu środowisk

„Tygodnik Solidarność” skupiał bardzo dobrych autorów i redaktorów. Dr Jan Olaszek zwraca uwagę, że publikowała tam m.in. Hanna Krall, Ernest Skalski czy wspomniany ekonomista Waldemar Kuczyński; dział historyczny prowadził prof. Andrzej Friszke; na tematy historyczne pisała też prof. Krystyna Kersten, a na tematy prawne: Wanda Falkowska. – Z redakcją związani byli także dziennikarze młodszego pokolenia, na przykład Jarosław J. Szczepański, Mateusz Wyrwich czy Krzysztof Czabański – mówi historyk.

Według dr Ruszara budowa zespołu pierwszego „Tygodnika Solidarność” przypominała tworzenie inteligenckiego Sejmu. Tadeusz Mazowiecki świadomie bowiem dobierał współpracowników z wielu środowisk. Sprowadził Krzysztofa Wyszkowskiego z Wolnych Związków Zawodowych Wybrzeża; ludzi z klubu dyskusyjnego Doświadczenie i Przyszłość (jak zastępcę redaktora naczelnego Kazimierza Dziewanowskiego), skupiającego w dużej mierze rewizjonistów partyjnych, którego liderem był Stefan Bratkowski – „zresztą był on częstym gościem w redakcji, choć nie był jej członkiem” – czy działaczy Klubu Inteligencji Katolickiej. – Do „Tygodnika Solidarność” trafili też ludzie od Rakowskiego, z „Polityki”, choćby Wanda Falkowska, Ernest Skalski czy Wiesława Grochola [pierwsza żona Jerzego Urbana; matka pisarki Katarzyny Grocholi – przyp. red.] – mówi filolog.

I dodaje, że zespół „Tygodnika Solidarność” był tworzony przez Tadeusza Mazowieckiego w taki sposób, by składał się z ludzi reprezentujących cały wachlarz ówczesnej opozycji jawnej – „byli wśród nich również tacy jak ja, którzy przesiadywali już w więzieniach” – ale także liberałów partyjnych, różnego rodzaju „lekkich opozycjonistów”, w tym ludzi pracujących wcześniej w komunistycznych mediach – „nie było przecież innych” – takich jak „Kultura” czy „Polityka”.

Z „Tygodnikiem Solidarność” związana była Małgorzata Niezabitowska, która w późniejszych latach została rzecznikiem prasowym rządu Tadeusza Mazowieckiego, ale też m.in. Krzysztof Kłopotowski, który przyszedł do redakcji z tygodnika „Literatura”. Pierwsze dziennikarskie kroki stawiał tam Krzysztof Gottesman, w III RP wieloletni redaktor „Rzeczpospolitej”. Różnorodność dziennikarskich życiorysów była bardzo duża.

Najpopularniejszy tygodnik Peerelu, czyli twierdza poczciwych cyników

Eile starał się lawirować, lecz w okresie bierutowszczyzny poszedł na zbyt daleko idące ustępstwa.

zobacz więcej
Choć zdaniem Krzysztofa Wyszkowskiego: niewystarczająco duża, o czym – jak przekonuje – świadczy fakt, że z opinii funkcjonariuszy Służby Bezpieczeństwa, które przeczytał w materiałach z IPN, wynika, że to właśnie on był w redakcji największym radykałem. – A skoro ja nim byłem, dowodzi to, że nie było to środowisko radykalne. Mazowiecki zresztą dbał, by wyeliminować to, co on uważał za skrajne – mówi Wyszkowski.

Środowiskowa mieszanka

W redakcji zdarzały się nieporozumienia. Na przykład w kwestii obsady działu informacji związkowej. Tadeusz Mazowiecki złożył propozycję dołączenia do redakcji Helenie Łuczywo i Janowi Lityńskiemu. – Zgodzili się, ale pod warunkiem, że przyjdą całą swoją grupą, która utworzy dział informacji związkowej. Mazowiecki nie przystał na te warunki. Powiedział, że chętnie ich wszystkich zatrudni, ale pojedynczo, a nie tak, że Helenka zostanie szefową, będzie miała swoich ludzi i rządziła sama. Oni potem, razem ze Zbigniewem Bujakiem, zajęli się wydawaniem podziemnego „Tygodnika Mazowsze”, choć wcześniej w regionie też coś wydawali – wspomina Józef Maria Ruszar.

Redaktor naczelny po raz kolejny postawił na środowiskową mieszankę. Kierownikiem działu informacji związkowej został 30-letni Jarosław Szczepański, wcześniej pracujący w „Expressie Wieczornym”, a związany ze strajkiem w Hucie „Katowice”. Zespół tworzyli, poza dr Ruszarem z warszawskiego KIK, m.in. także Maciej Zięba, młody fizyk i wiceprezes wrocławskiego KIK, późniejszy dominikanin, czy Jan Dworak z Ruchu Obrony Praw Człowieka i Obywatela (ROPCiO), związany z podziemną „Opinią”.

Wszechstronny wachlarz autorów i redaktorów, wywodzących się z różnych środowisk, był niekiedy źródłem napięć. – Bo tam byli i „chłopcy z lasu”, tacy jak ja, i choćby wielka dama z „Polityki” Wiesława Grochola… A my byliśmy zupełnie innymi ludźmi. Pamiętam, jak pani Wiesława pojechała zbierać materiał do reportażu o strajku włókniarek w Pabianicach. Po powrocie powiedziała, że „te prządki nic nie rozumieją”. Powiedzieliśmy jej, że po prostu nie potrafi rozmawiać z prządkami – mówi Józef Maria Ruszar.

Wyniesione kserografy

Działalność pisma po wybuchu stanu wojennego została zawieszona. 13 grudnia internowano część redaktorów, na czele z Tadeuszem Mazowieckim. Według relacji prof. Andrzeja Friszke, najpierw w nocy z 12 na 13 grudnia internowano – oprócz redaktora naczelnego – Waldemara Kuczyńskiego, Krzysztofa Wyszkowskiego, Jana Dworaka oraz Małgorzatę Łukaszewicz.

Możliwe, że ich los podzieliłby Bohdan Cywiński, ale od jesieni 1981 roku przebywał, w celach naukowych, za granicą.
Konferencja prasowa redaktora naczelnego "Tygodnika Solidarność" Tadeusza Mazowieckiego w dniu wydania drugiego numeru pisma. Fot. PAP/Henryk Rosiak
Prof. Friszke pisał (w artykule „«Tygodnik Solidarność» 1981”), że po wybuchu stanu wojennego, oprócz internowania części zespołu: „kilku pracowników redakcji SB nachodziła w domu, niektórych przesłuchiwano, usiłując uzyskać deklaracje lojalności, względnie pozyskać do współpracy”. Do tego „parę osób ukryło się, gdyż nie sposób było się dowiedzieć, kogo poszukuje SB z nakazem internowania”. Zaś w następnych dniach „internowano jeszcze Wojciecha Brojera, Macieja Cisło i na parę dni niemłodą już Wandę Falkowską”.

Szef działu historycznego „Tygodnika Solidarność” zwrócił uwagę, co może nieco dziwić, że w pierwszych dniach stanu wojennego siedziba pisma przy Polu Mokotowskim nie została zajęta przez milicję. Dzięki temu udało się wynieść z redakcji „kserograf (dobro wówczas rzadkie i poddawane ścisłej kontroli), maszyny do pisania, materiały redakcyjne”. A ponadto „ogromne archiwum listów wywieziono i ukryto w jednej z warszawskich parafii. Było to ważne nie tylko ze względu na jego wartość historyczną, ale również ochronę autorów listów, dzielących się z redakcją często bardzo antykomunistycznymi przekonaniami”. Prof. Andrzej Paczkowski opowiada, że redaktorzy „Tygodnika Solidarność”, którzy nie zostali internowani, otrzymywali pewną część pensji. – Byli zawieszeni, a prawo pracy nakazywało w takich sytuacjach coś im wypłacać – mówi historyk, po chwili dodając, że władze wyznaczyły kuratora, który zarządzał masą upadłościową redakcji.

Po wprowadzeniu stanu wojennego pismo wprawdzie nie było wydawane w podziemiu, jednak znaczna część dziennikarzy, która uniknęła internowania, zaangażowała się w działalność wydawniczą w drugim obiegu. – Spora grupa ludzi związanych z „Tygodnikiem Solidarność” znalazła się chociażby w „Tygodniku Wojennym”. A w latach późniejszych w „Przeglądzie Wiadomości Agencyjnych”. Przykładowo Mirosław Kowalski z działu kultury trafił do Niezależnej Oficyny Wydawniczej. Małgorzata Łukaszewicz była działaczką Komitetu Kultury Niezależnej. Można wskazać wiele inicjatyw podziemnych, w które zaangażowali się ludzie związani wcześniej z „Tygodnikiem Solidarność”. Jednym z nich był także Tadeusz Mazowiecki, który był jednym z najważniejszych doradców Lecha Wałęsy przez całą dekadę – mówi dr Jan Olaszek.

Odrodzenie

„Tygodnik Solidarność” odrodził się po obradach Okrągłego Stołu. Pierwszy numer po kilkuletniej absencji ukazał się 2 czerwca 1989, tuż przed częściowo wolnymi wyborami parlamentarnymi. Ale to już była całkowicie inna opowieść. Bo nadeszły inne czasy i inne okoliczności.

– Łukasz Lubański

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy

Zdjęcie główne: Pierwszy numer "Tygodnika Solidarność" już w kioskach. Fot. PAP/Ireneusz Radkiewicz
Zobacz więcej
Historia Poprzednie wydanie
Dla niego kelnerzy podsłuchiwali polityków. Najlepiej opłacany...
Kiedy zaczęły się obrady rządu, coś poruszyło się za kotarą. Odsunięto zasłonę i oczom zdumionych ministrów ukazał się…
Historia Poprzednie wydanie
Polskie Kresy wstępują do sowieckiego raju
Żeby był porządek na jeden mandat z okręgu był uzgodniony tylko jeden kandydat.
Historia Poprzednie wydanie
Mało biłam dzieci. Jeżeli je biłam, to tylko na polecenie
Zła, okrutna. Nigdy nie widziałam jej bez pejcza. Traciłyśmy przytomność – mówią jej ofiary.
Historia wydanie 16.10.2020 – 23.10.2020
Wywiesiliśmy proporce z barwami narodowymi i godłem. Jak...
Hydroplan z czarnym napisem U.S. COAST GUARD zrzucił mały, płócienny woreczek zawierający krótką wiadomość: „Are you O.K.?”
Historia wydanie 16.10.2020 – 23.10.2020
Nie tylko Haberbusch i Schiele. Jak Niemcy zostawali Polakami
Ojciec poety był weteranem powstania styczniowego, dziad – listopadowego. Ale prapradziad przybył z Turyngii.