Cywilizacja

Trysnęło szambo. Powróciła plemienna wojna

Najdroższa rakieta tenisowa świata warta jest milion dolarów. Zdobi ją 1700 brylantów, jest inkrustowana złotem. Można nią robić wszystko, tylko nie grać, bo waży 8 kilogramów.

Odmrażanie sportu w pandemii następuje pod nadzorem. Jednym z warunków rozgrywania imprez są prawie puste albo częściowo puste trybuny. Stadiony bez kibiców to raczej lodówki. Na pewno nie piece rozpalone emocjami.

Pandemia nam uświadamia, że widz nie jest świadkiem ale uczestnikiem widowiska. Niby oczywista oczywistość, bo o tym wiemy. Lecz czym innym jest wiedza, a czym innym doświadczenie. Pustka na trybunach działa przygnębiająco.

Poluzowanie rygorów sanitarnych częściowo rozwiązuje problemy finansowe klubów . Ale tylko częściowo, ponieważ odpadają spodziewane wpływy za bilety, a sponsorzy trzymają się za portfele, bo brakuje im ważnego zawodnika w zawodach.

Sportowcy potrzebują swoich fanów, a fani potrzebują sportowców. Kibice oczywiście mogą sobie popatrzyć przez szkiełko tak, jak mogą sobie polizać cukierka przez papierek. To nie ten sam smak, nie te wzruszenia, nie to poczucie bezpośredniego udziału w akcji.
Kibice Legii Warszawa palą race podczas meczu grupy mistrzowskiej piłkarskiej Ekstraklasy z Cracovią, 11 lipca 2020. Fot. PAP/Leszek Szymański
Tak to rozumiemy dzisiaj. Jednak nie zawsze tak było. Sport przechodził przemiany wraz z rozwojem cywilizacji. Zmieniało się także pojęcie kibica i jego rola. Od przypadkowego świadka do uczestnika wydarzeń minęły tysiące lat.

Ludowa zabawa

Człowiek najpierw musiał zbierać i polować, zanim zaczął orać i hodować. W tym pierwszym okresie sport zapuszczał korzenie, w drugim – stawał się społecznie użyteczny. Lud go stworzył jako zabawę. Wrócił do ludu jako przetworzony produkt.

Nie znamy imion pierwszych dwóch, którzy rzucili sobie wyzwanie. Roboczo można ich nazwać sportowcami. Nie znamy imienia tego pierwszego, który się temu przyglądał, bo to go bawiło. Roboczo można go nazwać kibicem.

Jednak sport w czystej postaci wyrósł z ducha rywalizacji. Nie został wymyślony dla kibiców. Służył porównaniu sił i sprawności jednostek. Może podczas ćwiczeń w rzucaniu kamieniem lub dzidą. Umiejętności łowieckich należało się przecież nauczyć.

Ktoś robił to lepiej a ktoś gorzej. Różnice ujawniały się w sposób naturalny. Pewnie wtedy, może z ciekawości, podjęto próby sprawdzenia, kto rzuci najdalej i najcelniej. Chyba tak narodził się sport.

Trochę to trwało zanim uzyskał status ludowej rozrywki. Im większa liczba członków plemienia nabierała ochoty, by sprawdzić swoje siły, tym bardziej duch rywalizacji umacniał ducha wspólnoty plemiennej. Sport został uspołeczniony.

To był kluczowy mement w historii. Nie da się określić dokładnej daty, kiedy sport przeniknął do plemiennych społeczności. Ale ten plemienny motyw przypomina o sobie do dzisiaj w reakcjach czy rytuałach kibiców.

Wymyślanie dyscyplin sportowych zajęło jeszcze więcej czasu. Ten proces nie jest zakończony, ciągle powstają nowe. Niektóre przetrwały całe wieki, chociaż po gruntownych przemianach.

Wolny duch zniewolony

Zmrożone krowie łajno służyło za krążek pionierom hokeja. Europejscy mnisi, którzy wymyślili tenis, uderzali piłkę dłonią. Pierwsze piłki do futbolu wypychano ptasimi piórami. Ta gra wywodzi się z Chin. Urodziny Żółtego Cesarza celebrowano turniejami już z licznym udziałem publiczności.

Dzisiaj sport ma własne miejsce. Zasadniczo zmieniła się jego funkcja. Rywalizacja pozostaje treścią sportu, lecz nie jako cel sam w sobie. Celem sportu stały się pokazy dla widzów. I temu podporządkowana jest cała reszta.

Od kodyfikacji reguł, rozwoju technologii, po globalny handel widowiskami i gwiazdami aren. Tym samym wolny duch spontanicznej rywalizacji został poniekąd zniewolony. Wykorzystany w działaniach, które generują zysk.
Zawody łucznicze w Chinach w XIX wieku. Fot. Mansell/The LIFE Picture Collection via Getty Images
To zmieniło sposób postrzegania sportu. Ważne jest nie tylko to, że kto pierwszy ten lepszy, ale wszystkie kotwice emocjonalne. Ludzie kupują emocje. Im większe emocje, tym więcej kupców. Sport to sektor obrotu towarowego.

Emocje go nakręcają, ale sprzedają się nie tylko one. Gadżety klubowe, sprzęt sportowy, prawa telewizyjne czy witaminy są w tym pakiecie handlowym i to nie wszystko. Różne gałęzie przemysłu zarabiają na sporcie dzięki potężnej turbinie emocjonalnej.

Silne emocje uzależniają. Niekoniecznie tylko dobre, także i złe. Sport zaspokaja różne potrzeby, wyzwala skrajne reakcje. Od łez radości po ślepą furię. Czasem bywa przykładem heroizmu i pokory, a czasem misterium pychy i próżności.

Najdroższa rakieta tenisowa świata warta jest dzisiaj milion dolarów. Należy do Amelie Mauresmo, która wygrała Australian Open. Zdobi ją 1700 brylantów, jest inkrustowana złotem. Można nią wszystko, tylko nie grać, bo waży 8 kilogramów.

Krowie łajno na lodzie służyło prostej rywalizacji. Brylantowy bajer służy jałowej demonstracji zbytku. Dobrze ilustruje to, jak niewinną zabawę ludu przetworzono w opium dla ludów, a narody przekształcono w konsumentów.

Anglik dostrzegał, Francuz zagadywał

Sport jako produkt handlowy w czasach, kiedy wszystko jest na sprzedaż, mało kogo bulwersuje. Dużo trudniej zdefiniować pojęcie kibica, wyjaśnić fenomen kibicowania. Rozdarty między skrajnościami dobra i zła. Podlegający zmiennym ekspozycjom. Raz święta sportu, raz świętej wojny.

Można przybyć na stadion i cieszyć się widowiskiem? Można. Można głęboko przeżywać dramaturgię wydarzeń? Można. Podziwiać mistrzostwo zawodników, szanować ich wysiłek? Można.

A można bić brawo, kiedy zwycięża najlepszy? Można. Nie buczeć i nie gwizdać, bo nie wygrał nasz? Można. Czy można pękać z dumy, płakać jak bóbr, gdy nasi stają na podium? Można. Wszystko to można, ale można też inaczej niestety.

Stadiony generują różne energie. Emisje tych dobrych są większe. Emisje niedobrych silniejsze. Kibice pozytywnie nastawieni przeważają w całym sporcie. Kibice nastawieni wrogo, kojarzą się głównie z futbolem. Dlaczego?

Bo tam najczęściej dochodzi do burd, zdarzają się nieszczęścia. Futbol jest najbardziej popularny, ma największą liczbę fanów, więc statystycznie jest najbardziej narażony na takie incydenty. Jednak tego zjawiska nie da się wyjaśnić statystyką.

George Orwell pisał: „Sport…to wojna minus strzelanie”. Pierre de Coubertin deklarował: „Stop wojnom! Idzie gołębica!”. Między tymi koncepcjami toczy się historia sportu i miotają się miliardy mieszkańców planety, nazywani kibicami.
Kibice FC Basel przed stadionem St. Jakob Park w 2006 roku po meczu piłkarskiej ekstraklasy Szwajcarii z FC Zurich. Fot. PAP/EPA/Patrick Straub
Sport rzeczywiście zawiera potencjał wybuchowy, który Anglik dostrzegał, a Francuz próbował zagadać. Ten ładunek wrażliwie reaguje na okoliczności towarzyszące. Na wysoką temperaturę emocji czy napięć społecznych, które może przypadkowo zdetonować.

Już za czasów cesarza Justyniana…

13 stycznia 532 roku na hipodromie w Konstantynopolu wybuchły zamieszki kibiców. Tłum ruszył na lożę cesarza Justyniana, który musiał uciekać do pałacu. Rozruchy przeniosły się na ulicę miasta (skąd my to znamy). Były sztylety, były ofiary, były zniszczenia.

Dopiero po paru dniach Justynian opanował sytuację. Podczas zamieszek zginęło 30 tysięcy osób. Zrujnowano wiele budynków, włącznie z katedrą Hagia Sophia. Wydarzenia nazwano powstaniem Nika (po grecku – „zwyciężaj”), bo tak skandowali kibice.

Wielki finał poprzedził rodzaj eliminacji trzy dni wcześniej i także na hipodromie. Kibice przybyli na wyścigi tęgo nabuzowani. Justyniana zapowiedział nowe podatki, na swoją kolejną, kretyńską wojenkę, jak uważali obywatele, więc zegar tykał.

Na widowni pojawili się fani czterech stajni. Każda grupa identyfikowała się inaczej. Byli Niebiescy, Zieloni, Biali i Czerwoni. Konie wystartowały a kibice zaczęli się tłuc bardzo ostro, gdyż byli solidnie wkurzeni.

Gwardia cesarska monitorowała burdę. Czujnie namierzyła prowodyrów, sprawnie ich zwinęła i zamknęła w więzieniu, gdzie mogli spokojnie ochłonąć przed egzekucją. Jednak dwaj uciekli z aresztu i ukryli się w kościele.

Ale gwardziści i tam ich znaleźli. Wywlekli ze świątyni, łamiąc zwyczajowe prawo azylu w Domu Bożym, co uznano za obrazę Pana i jego ludu. Obwiniono za to Justyniana, więc gdy znowu przybył na wyścigi, zaczęła się zadyma, która skończyła się powstaniem.

Wszystko to działo się prawie 1500 lat temu. Równie dobrze mogło się wydarzyć wczoraj. Może nie na hipodromie i bez udziału cesarza, lecz starożytny model przebiegu wydarzeń odpowiada współczesnemu.

Elementy składowe są proste. Duże zgromadzenie, podminowana publiczność, rosnące pobudzenie wyścigami. Ładunek zostaje uzbrojony, dochodzi do eksplozji. Tak było wtedy i tak bywa obecnie.

Wojny futbolowe

15 czerwca 1969 roku drużyny Salwadoru i Hondurasu rozgrywały mecz w ramach eliminacji do mundialu. Piłkarze Hondurasu przegrali spotkanie 3:0. Na trybunach rozpętało się piekło. Zadyma kibiców doprowadziła do konfliktu zbrojnego.

Podobnie jak za czasów Justyniana grunt był zaminowany. Między państwami narastało napięcie polityczne. Osadnictwa salwadorskich chłopów przy granicy z Hondurasem nie akceptował tamtejszy rząd ani właściciele ziemscy.
Hondurańscy żołnierze podczas wojny z Salwadorem w 1969 toku. Fot. Gettyimages/ Bettmann
Honduras chciał ich wysiedlić, Salwador nie chciał ich przyjąć w obawie, że zorganizują partyzantkę. Sytuacja wzmacniała nacjonalizm i nienawiść w obu krajach. A kompromitująco przegrany mecz piłki nożnej zdetonował bombę.

14 lipca Salwador zaatakował sąsiada. W tej wojnie zginęło 2 tysiące ludzi. Walki nie trwały długo, ale napięcie między państwami utrzymało się do 1972 roku, a traktat pokojowy podpisano dopiero w 1980 roku.

Ryszard Kapuściński opisał tę historię w książce „Wojna futbolowa”. Pisarz także upatrywał przyczyn konfliktu w okolicznościach zewnętrznych, a nie w samym sporcie. Tyle, że miejscem zapłonu agresji i szału nie był salon towarzyski ani kościół tylko stadion.

W 1985 na stadionie Heysel w Brukseli doszło do kolejnej tragedii. To był finał Pucharu Europy między Juventusem a Liverpoolem. Angielscy kibice przedarli się przez ogrodzenie i zaatakowali Włochów. Mieli kastety, butelki, pałki.

Uciekający Włosi tratowali się wzajemnie. Gdy zawaliła się trzymetrowa ściana, wielu ludzi zginęło. Śmierć poniosło dokładnie 39 osób, a pond 600 odniosło obrażenia. Tym razem powód nie był polityczny. Nie miał też podtekstu gniewu społecznego.

Był czymś w rodzaju zemsty plemiennej. Rok wcześnie w Rzymie to Włosi zaatakowali fanów Liverpoolu pod Stadio Olimpico. AS Roma przegrał puchar, co rozjuszyło gospodarzy, także uzbrojonych i przygotowanych do burdy.

Reakcja działaczy UEFA była charakterystyczna. Wyrazy współczucia i oburzenia zmierzały raczej do wyjaśnienia, że przyczyną tragedii na Heysel była stara infrastruktura obiektu, a nie agresja kibiców. Motyw odwetu sprawnie pominięto. Podobnie jak wiele razy przedtem i potem. A bywało bardzo źle.

Zła energia

Burnden Park, Anglia -1946: napór rozjuszonych kibiców na barierki oddzielające trybuny powoduje ich złamanie. Ginie 36 osób.

Estadio Nacional, Peru – 1964: sędzia nie uznaje bramki dla gospodarzy, co powoduje wybuch wściekłości. Ginie 328 osób.

Kayseri Ataturk Stadium, Turcja – 1967: od rzucania kamieniami ginie dwoje dzieci. Z nożami i pałkami kibice ruszają na sprawców. Giną 44 osoby.

Estadio Monumental, Argentyna – 1968: po bezbramkowym meczu kibice przeciwnych drużyn ścierają się przy wyjściu. Ginie 71 osób.

Ohene Djan Stadium, Ghana: – 2001: po golu w końcówce meczu rozwścieczeni kibice wszczęli bitwę między sobą a potem z policją. Ginie 126 osób.

Port Said Stadium, Egipt – 2012: noże, kamienie, butelki i atak kibiców gospodarzy na kibiców gości zamkniętych w sektorze. Giną 74 osoby.
Podczas meczu w Wisłą Kraków w 2001 roku kibice klubu z Łazienkowskiej zdewastowali własny stadion. Fot. PAP/ Przemek Wierzchowski
Czarna lista jest znacznie dłuższa. Nie zawsze bezpośrednią przyczyną tragedii są burdy. Czasem chaos i nieszczęścia prowokuje zła organizacja wejść i wyjść ze stadionu. Jak w Hillsborough w 1989 (96 ofiar). Ludzie się tratują, spychają, duszą.

Jednak większość tych dramatów powodują ogniska agresji. Bo ktoś kogoś uderzył. Ktoś kogoś kopnął albo przewrócił. Zła energia roznosi się jak ogień i wybucha panika. Po takich doświadczeniach trudno uwierzyć, że „łączy nas piłka” oraz w to, że były to to tylko nieszczęśliwe wypadki.

Stadion to nie filharmonia

Socjologowie, psychologowie, a nawet filozofowie od dawna podejmują próby, aby zakuć to zjawisko w słowa. Zbudować spójną diagnozę. Starają się opisać rożne mechanizmy społeczne i psychologiczne, akcentują różne czynniki sprawcze. Jednak tzw. „teorii wszystkiego” nie udało się wypracować.

Sport jako taki raczej nie podlega analizom. Panuje zgodne przekonanie, że jest on ofiarą przemocy, nie ponosi za nią winy. I rzeczywiście nie ponosi. Tyle, że stadion to nie filharmonia, a widowisko sportowe to nie koncert symfoniczny.

Stadion jest areną walki, a sportowcy buzują agresją. Czasem nazywaną „sportową złością”, czasem po prostu „zdrową agresją sportową”, co nic nie zmienia. Żaden przymiotnik tej agresji nie wyeliminuje, bo ona jest niezbędna do walki i do wygrywania.

Nie tylko w boksie i innych sportach kontaktowych. Także w futbolu, lekkoatletyce, siatkówce itp. Celem agresji sportowca nie jest zabijanie rywala. Jest pokonanie konkurenta. Aby to zrobić, używa całej swej energii, którą wcześniej musi pobudzić.

Na czym to polega czasem widać jak na dłoni. Na przykład obserwując tyczkarza przed skokiem. Jego oczy robią się dzikie. Mimika twarzy, niekontrolowane gesty sugerują mordercze zamiary. Tymczasem gość się po prostu nakręca.

Podobnie biegacze, którzy przed startem uderzają się po twarzy, biją po klatce piersiowej. Oni też nie zamierzają nikogo rozdeptać na miazgę. Próbują podnieść stężenie adrenaliny. Wejść na maksymalny pułap gotowości.

Wyładowanie tej energii jest jak uderzenie w konkurentów, którzy w tej samej przestrzeni czasie eksplodują własną energią. W tym kotle energetycznym rządzą zasady, ale miesza siła. Wektory sił są skierowane na kolizję, więc walka ma cechy agresji. Lecz na tym nie koniec.

Agresja potrzebna do sportowej walki z rywalami nie była możliwa bez osobistej determinacji, będącej rodzajem autoagresji, której znaczenie trudno przecenić. Każdy sportowiec ćwiczy to na treningach i wykorzystuje w zawodach.
Usain Bolt przygotowujący się do startu w biegu na 200 metrów podczas lekkoatletycznych mistrzostw świata w Daegu w Korei Południowej w 2011 roku. Fot. sampics/Corbis via Getty Images
Agresja. Nie delikatnie, ale brutalnie

Ten rodzaj autoagresji służy przemocy nad własnym ciałem. „Dać z siebie wszystko” to nic innego jak złamać opory własnego organizmu. Nie delikatnie, ale brutalnie. Czasem z konsekwencjami dla zdrowia, nawet na granicy samozniszczenia.

Od tego zaczyna się sport i w tym obszarze funkcjonuje. Wayde van Niekerk, rekordzista świata na 400 m, podlega półgodzinnym reanimacjom po biegach. Omdlenia w maratonach, przypadki śmiertelne to także skutek tej przemocy.

Oba typy agresji, w mniejszym albo większym stopniu, emanują z aren sportowych. 22 piłkarzy na boisku to 22 uzbrojone ładunki. Nie muszą faulować ani kopać się po kostkach, aby widownia wyczuwała wewnętrzne napięcia.

Agresja skierowana do wewnątrz widowiska, może zmienić kierunek i zdetonować na trybunach. Gdyby tak było zawsze i bezwarunkowo, można by sugerować, że sport jednak nie jest bez winy. Ale to nie działa mechanicznie.

Omówione wyżej przypadki wskazują na różne przyczyny. Jednak nad każdą areną sportową unosi się swoisty obłok feromonów antagonistycznych, które komunikują istnienie agresji, tworząc wybitnie podminowane klimaty.

Lecz i to nie rozwiązuje zagadki kibicowania. Nie daje pełnej odpowiedzi, dlaczego jedni reagują na stadionach z radosnym ożywieniem a inni napadami furii oraz aktami destrukcji.

Baron de Coubertin…

Baron Pierre de Coubertin był jednym twórców sportu współczesnego. Dostrzegał niebezpieczeństwa związane z komercjalizacją, z upolitycznieniem. Społeczną rolę sportu upatrywał w jego edukacyjnej misji dla całego świata. Marzyła mu się ludzkość wychowana na ideach pokoju, przyjaźni, szlachetnej rywalizacji, która uznaje czystą grę, a odrzuca czystą nienawiść. Wprowadził do sportu zasady, które miały wskazywać właściwą drogę. Chyba najsłabiej znał się na ludziach.

Toteż nie bardzo mu się udało. Idąc na stadion współczesny kibic nie oczekuje, że sportowcy będą się przytulać, głaskać po głowach, prawić sobie komplementy. Liczy na twarde wojowanie. Także kibic pokojowo i przyjaźnie nastawiony.

Respektowanie reguł gry nie oznacza zgody na zmianę formuły. Sport to ostra przyprawa do naszego życia, niekiedy trochę mdławego, nieco szarawego i tak ma być. Chodzi o fun, o taki a nie inny rodzaj rozrywki.

I to się da spokojnie wyjaśnić. Jednak pewnych zachowań kibiców nie sposób zrozumieć. Nie tłumaczy ich sam sport ani okoliczności. Nawet gdy klimat stadionu sprzyja kojeniu napięć, agresorzy przechodzą na swój ulubiony kanał.

… i baron kokainowy

Kibice Lecha Poznań podczas meczu z Legią urządzili tzw. oprawę. Rzecz jasna bez związku z ideami de Coubertina. Na trybunie pojawiła się twarz Pablo Escobara, a pod nią napis „Peleto o plomo”, czyli piłka albo ołów.
Pablo Escobar na stadionie Lecha Poznań. Fot. printscreen/ twitter.com/fotos_ultras/status/1279883442944126978
Była to parafraza znanej propozycji, jaką kolumbijski baron narkotykowy składał zazwyczaj policjantom i wojskowym w ramach ochrony własnych interesów. Pablo używał zwrotu „plata o plomo”, w wolnym tłumaczeniu – srebro albo kula.

Mecz rozgrywano w czasie pandemii. Kibice mogli wreszcie wejść na stadion. Na trybunach powinny raczej tryskać fontanny radości i sportowego entuzjazmu. Niestety trysnęło szambo.

Prasa sportowa zaczęła dociekać, o co chodzi. Może była to manifestacja nienawiści kibiców Lecha do Legii? Może sposób motywacji własnej drużyny? Ale czym oraz kim? Przykładem bandyty? Magnata kokainy i seryjnego mordercy?

Na pewno nie był to żaden spontan. Nie była to reakcja na widowisko. Oprawa została wcześniej przygotowana. Parafraza dokonana po lekturze źródłowej, napisana po hiszpańsku. Sporo zachodu kosztowała promocja czystego zła.

Nie wdając się w subtelne rozważania „co autor miał na myśli”, zasadne jest pytanie: czy wielbiciele Escobara to także niezbędni uczestnicy widowiska sportowego, czy grupa oderwana od kontekstu? Niestety chyba jedno i drugie.

W epoce Justyniana kibice mieli powody, żeby się wkurzyć. Kibice Lecha mieli powód, żeby się cieszyć zwłaszcza, że Lech wygrał spotkanie. „Cieszynka” była odlotowa i ponura, znaczy w oderwaniu od kontekstu.

Z drugiej strony byli na meczu. Wspierali drużynę, podreperowali kasę klubu w dobie pandemii. A sport, jak wiemy, musi się sprzedać. Z tych powodów byli niezbędni. No i dali twardy dowód swojego istnienia, co jest w tym być może najważniejsze.

Wspólnoty plemienne

Większość tzw. normalnych kibiców siedzi na krzesełkach, grzecznie klaszcze, czasem krzyczy. Oni są anonimowym tłumem. A o kim się mówi pisze najczęściej? O kibolach, o pseudokibicach…

Oni nie czują się anonimowi. I bardzo słusznie – bo nie są anonimowi dosłownie. Są anonimowi inaczej, gdyż słychać, że są i widać, że są. Tworzą osobliwe wspólnoty plemienne, które łączy jedno dążenie – być zauważonym, zaistnieć publicznie.

Stadiony to idealne miejsca do takich demonstracji. W końcu stworzono je do pokazów siły i sprawności

Skrócić, co się da, uprościć, co możliwe.
Romans sportu z telewizją

Połączył je wspólny cel: stworzenie produktu, który będzie się dobrze sprzedawał na rynku.

zobacz więcej
Dość daleko od lotów kosmicznych, nanotechnologii, cyberprzestrzeni, za to bliżej rytuałom pierwotnym i konwenansom jaskiniowym. Być może tak jest, a może nie do końca tak. Lecz nic dziwnego, że trudno to ogarnąć oraz zdefiniować.

Socjologom czy psychoterapeutom także nie idzie to łatwo, bo zjawisko podlega ciągłym transformacjom. Proste definicje jak – kibic to miłośnik sportu, nie wyczerpują zagadnienia. To zjawisko jest złożone i wielowątkowe.

Kiedyś pandemia odpuści. Kibice licznie wypełnią trybuny. Jedni przyjdą, żeby kochać i podziwiać sport. A inni, żeby się bić i nienawidzić. Jedni i drudzy będą uczestnikami widowiska. Ponieważ będą klientami tego sklepu z emocjami, za które zapłacili.

A swoją drogą jest sporo prawdy w powiedzeniu, że historia kołem się toczy. Mamy trzecie tysiąclecie nowej ery i renesans wspólnoty plemiennej na stadionach. Czy to w sporcie jest coś pierwotnego, czy może bardziej w nas? To pytanie jest otwarte…

– Marek Jóźwik

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy

Zdjęcie główne: 29 maja 1985 na stadionie Heysel w Brukseli przed finałowym meczem Pucharu Europy pomiędzy Juventusem a Liverpoolem doszło do starć między angielskimi i włoskimi kibicami, w wyniku których śmierć poniosło 39 osób. Fot. Gettyimages/David Cannon Collection
Zobacz więcej
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Kobieta, która stanęła przeciw Łukaszence
Przez lata żyła „przy mężu”. Dziś musi sprostać roli męża stanu.
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Jak zarobić na Białorusi. Polski biznes w państwie Łukaszenki
To kraj fantastycznie uporządkowany, nie ma tam szarej strefy, jak na Ukrainie czy w Rosji – mówią inwestorzy.
Cywilizacja Poprzednie wydanie
Dlaczego zarażeni Polacy rzadziej umierają w weekendy? Dziwne...
W czasie pandemii liczba zgonów spadła. Najbardziej na Lubelszczyźnie, Podlasiu i Podkarpaciu
Cywilizacja Poprzednie wydanie
Demokraci byli rasistami. Republikanie walczyli o prawa czarnych
Elity republikańskie przypominały namaszczonych elitarnych działaczy Unii Wolności przekonanych, że prowadzą kraj ku postępowi.
Cywilizacja Poprzednie wydanie
Życie na 500 procent normy
„Wtedy Bóg rzekł: Nie może pozostawać duch mój w człowieku na zawsze, gdyż człowiek jest istotą cielesną; niechaj więc żyje tylko 120 lat”.