Rozmowy

Zorganizowano fetę dla Wałęsy. Byliśmy krytyczni. Uważaliśmy, że to lizusostwo

KOR przejął rząd dusz w Solidarności. Miał większy wpływ na Wałęsę oraz na związek niż „Prawdziwi Polacy” – pierwszy zjazd Solidarności wspomina Janina Jankowska, dziennikarka radiowa, działaczka opozycji demokratycznej w PRL.

TYGODNIK TVP: We wrześniu 1981 roku, w okresie tzw. Karnawału Solidarności, odbył się I Zjazd NSZZ „Solidarność”.

Janina Jankowska
: Obsługiwałam ten Zjazd jako dziennikarka. W owym czasie mieliśmy w Polskim Radiu redakcję Radia Solidarność Region Mazowsze i właśnie ta redakcja wysłała mnie do Gdańska. Zjazd odbywał się w dwóch turach z trzytygodniową przerwą, a trwał w sumie 16 dni.
I Krajowy Zjazd NSZZ "Solidarność" w gdańskiej hali Olivii. Fot. PAP/Stefan Kraszewski
Cała nasza redakcja dostała akredytację, non stop nagrywaliśmy obrady – począwszy od mszy i homilii księdza Józefa Tischnera, a skończywszy na ostatniej wypowiedzi delegata. Po czym to montowaliśmy i przegrywaliśmy na kasety magnetofonowe, które następnego dnia sprzedawaliśmy delegatom. Szły jak woda.

Sprzedawaliście kasety z nagraniami obrad?

Nie dla zarobku. Musieliśmy je sprzedawać, bo przecież czystych kaset nikt nie dawał nam za darmo. Nasze nagrania były przeznaczone do użytku wewnątrzzwiązkowego. Świetnie też prosperowała agencja fotograficzna, która robiła zdjęcia z obrad i portrety delegatów. One również znakomicie się sprzedawały.

Jakie było pani pierwsze wrażenie gdy stanęła pani w Hali Olivii w Gdańsku?

Prawdę mówiąc nie było jakieś nadzwyczajne (śmiech). Miałam już za sobą dziesiątki pomniejszych zebrań w całej Polsce, podczas których wybierano delegatów na Zjazd Solidarności, dlatego znałam tych ludzi i atmosferę jaka towarzyszyła obradom. Widziałam jak ludzie nabywają umiejętność debatowania, organizowania się w strukturach. To była wielka szkoła demokracji. Sam Zjazd był wielkim świętem. Obrady poprzedził Przegląd Piosenki Prawdziwej „Zakazane Piosenki”, zatem to wszystko odbywało się w atmosferze takiej fety.

Wyświetlano też film Andrzeja Wajdy „Człowiek z marmuru”.

Ludziom się podobało, że nasz etos został zarejestrowany na taśmie filmowej. Bardzo ważne na Zjeździe były też codzienne msze, a przede wszystkim homilie ks. Tischnera, które moim zdaniem odegrały ogromną rolę. Ksiądz Józef Tischner mówił np. o wspaniałym polskim młynie, w którym miele się biała, polska mąka. Jego homilie uwznioślały Zjazd i wyznaczały nam punkty etyczne.

Historycy opisują, że podczas zjazdu składano bardzo dużo wniosków mniejszości, uwag, projektów uchwał i wszystkie były starannie rozpatrywane, żeby nie pojawiły się zarzuty, iż obrady były niedemokratyczne. Ale z tego też powodu ciągnęły się w nieskończoność.

To prawda, z niesłychaną pieczołowitością przyjmowało się każde zdanie odrębne. Uważano, że to jest dowód demokracji, skoro nie lekceważy się żadnego wniosku, żadnej uwagi itd. Nasza ekipa dziennikarska robiąc podsumowanie dnia także starała się odnotować wszystkie wnioski. Oprócz tego robiliśmy wywiady z delegatami, którzy w danym dniu się wypowiadali.

Jaka była atmosfera zjazdu?

Znakomita. Toczyły się naprawdę świetne debaty. Ludziom, którzy przyjechali do Gdańska chodziło o to samo ale czasem różnymi drogami próbowali dochodzić do celu. Przedstawiane były różne pomysły ekonomiczne. Był taki poznański ekonomista, który prezentował zupełnie inne poglądy na gospodarkę niż np. Ryszard Bugaj. Koncepcje socjaldemokratyczne ścierały się z koncepcjami rynkowymi, choć myśmy wtedy tego tak nie nazywali.
I krajowy Zjazd Solidarności. W środku Lech Wałęsa. Fot. PAP/Stefan Kraszewski
Jeżeli chodzi o pomysły na politykę społeczno-gospodarczą, to sporą rolę odegrała Sieć Wielkich Zakładów Pracy czyli taka struktura wewnątrz Solidarności, która była też bardzo aktywna na etapie przygotowywania materiałów przedzjazdowych.

Zainteresowanie gospodarką, pomysł na powołanie Społecznej Rady Gospodarki Narodowej, która miała być czymś w rodzaju obowiązkowego konsultanta rządowego w obszarach ekonomicznych, było w ogóle ważnym dorobkiem Zjazdu. Chodziło o to, żeby związek miał wpływ na decyzje gospodarcze władz.

Poza tym na Zjeździe zostały wytypowane grupy związkowców do rozmów z rządem dotyczących aktualnych problemów gospodarczych kraju m. in. związanych z brakami na rynku. Miały się rozpocząć w listopadzie.

Doszły do skutku?

Tak, doszły do skutku, ale stan wojenny ogłoszony 13 grudnia wszystko zaprzepaścił. W drugiej części Zjazdu przyjęta została koncepcja Rzeczypospolitej Samorządnej. To był najistotniejszy dorobek tych obrad – pomysł na trzecią drogę między socjalizmem, a kapitalizmem.

Wtedy wydawało nam się to fantastyczne, że opracowaliśmy zupełnie nową koncepcję ustrojową, tym bardziej, że spotkała się z ogromnym zainteresowaniem zachodnich dziennikarzy. Pamiętam też, że na obrady został zaproszony minister ds. cen Zdzisław Krasiński.

Ten który zapowiadał, że w Polsce po reformie cen będzie można kupić codziennie chrupiące bułeczki na śniadanie?

Ten sam. Zjazd miał taką siłę, że urzędujący politycy przyjmowali zaproszenie i odpowiadali na pytania delegatów.

Jednak najwięcej emocji wywołało posłanie do ludzi pracy Europy Wschodniej, wzywające robotników z innych krajów, żeby walczyli o prawo do zrzeszania się.

Autorem tekstu tego posłania był prokurator Bogusław Śliwa z Kalisza. Byłam z nim zaprzyjaźniona, bo w czasach opozycji często do nich jeździłam. Pokazał mi tekst, ja z nim poszłam do Janka Lityńskiego, który go zaakceptował.

Podczas dyskusji ujawniły się pierwsze podziały – grupa radykałów parła do tego, żeby za wszelką cenę tekst został przyjęty i ujrzał światło dzienne. Bardziej zachowawczy delegaci, którzy bali się Związku Radzieckiego uważali, że to jest nieodpowiedzialne. W tej drugiej grupie byli Lech Wałęsa i Tadeusz Mazowiecki.

W Moskwie uznano ten tekst za niebezpieczny i prowokacyjny.

To prawda. Gdyby to zależało od Wałęsy, to by to przesłanie nie przeszło. A że zostało uchwalone, to tylko dowodzi, że Wałęsa nie miał wtedy decydującego głosu. Ludzie chcieli tego przesłania i niezbyt się przejmowali Związkiem Radzieckim.
Hala Olivii w czasie obrad I Zjazdu Solidarności. Fot. PAP/Stefan Kraszewski
Wałęsa wypowiadał się otwarcie przeciwko przesłaniu?

Nie, on miał taki sposób mówienia: „dobrze robicie chłopaki ale trzeba uważać, żeby ten tygrys się nie obudził”. Taki był ostrożny, a że miał swoje Biuro Informacji Prasowej Solidarności, to docierał do wielu delegatów. To Biuro Prasowe konkurowało z nami na Zjeździe – robiło własne nagrania, dla regionu gdańskiego, a my dla całego związku.

Ludzie z BIPS-u zorganizowali wielką fetę z okazji urodzin Wałęsy podczas drugiej tury Zjazdu. My w naszych materiałach byliśmy krytyczni wobec tej imprezy. Uważaliśmy, że obchodzenie urodzin Wałęsy na Zjeździe jest lizusowskie. Taka była między nami rywalizacja.

Jakie emocje towarzyszyły wyborom przewodniczącego związku? Czy pojawienie się kontrkandydatów dla Lecha Wałęsy było zaskoczeniem?

W żadnym wypadku. Przewodniczący regionów, którzy mieli silną pozycję byli naturalnymi kontrkandydatami i nikt się nie dziwił, że zostali zgłoszeni. Oczywiście Wałęsa cieszył się poważaniem delegatów, szczególnie od czasu strajków 1980 roku i podpisania porozumień sierpniowych, a później umocnił swoją pozycję podczas konfliktu bydgoskiego.

Chodziło o pobicie działaczy Solidarności w tym Jana Rulewskiego podczas sesji Wojewódzkiej Rady Narodowej w marcu 1981 roku.

No właśnie, Wałęsa w tych wydarzeniach odegrał ważną rolę, bo pod jego naciskiem Krajowa Komisja Porozumiewawcza Solidarności uznała pobicie za prowokację wymierzoną w rząd Wojciecha Jaruzelskiego. Chodziło o uniknięcie konfrontacji z tą częścią PZPR, która chciała rozprawić się siłowo ze związkiem. To, jak mówiłam umocniło pozycję Wałęsy ale dopiero wybór na przewodniczącego NSZZ „Solidarność” uczynił z niego niekwestionowanego lidera.

Trzeba pamiętać, że przez cały rok, od podpisania porozumień sierpniowych do Zjazdu, wybuchały w kraju rozmaite konflikty, w których właśnie wyłaniali się lokalni przywódcy. Wiele z tych konfliktów było prowokowanych przez władze. Począwszy od konfliktu związanego z rejestracją związku, gdzie piętrzono formalności. Władzy zależało, by nie dopuścić do powstania jednej ogólnopolskiej struktury lecz by działały samodzielne organizacje regionalne.

Pomagała w tym „Polityka" Mieczysława Rakowskiego, która próbowała wylansować niektórych bardziej umiarkowanych przewodniczących regionu. Chcieli nas podzielić. To się nie udało, bo w końcu został zarejestrowany jeden związek, ogólnopolski, z przewodniczącymi regionów, którzy spotykali się co najmniej raz w miesiącu jako Krajowa Komisja Porozumiewawcza i podejmowali decyzje dla całego związku.
I Zjazd NSZZ "Solidarność". Fot. PAP/Stefan Kraszewski
W wyniku tych spotkań, na których rozstrzygano konflikty, dali się poznać inni liderzy np. po konflikcie bydgoskim taki status miał Jan Rulewski, który na Zjeździe został jednym z kandydatów do fotela przewodniczącego. Kolejni kandydaci to byli: Marian Jurczyk ze Szczecina i Andrzej Gwiazda, który cieszył się dużym autorytetem.

Czy ci kandydaci występowali na zjeździe? Atakowali się?

Każdy z nich miał swoje przemówienie, ale jeżeli się ścierali to dość delikatnie. Ograniczali się do osobistych przytyków. Jurczyk nie był najlepszym mówcą ale cieszył się zaufaniem jako sygnatariusz porozumień sierpniowych. To go bardzo nobilitowało. Dużo lepiej przemawiał Jan Rulewski, ale w owym czasie reprezentował skrzydło najbardziej skrajne, nie krył swoich antyradzieckich poglądów, niektórym wydawał się więc niebezpieczny.

Na jego tle Lech Wałęsa wypadał jako kandydat umiarkowany. No i był też najlepszym mówcą, takim trybunem ludowym, miał ogromną umiejętność nawiązywania kontaktu z tłumem. Siłą rzeczy wypadł najlepiej i wygrał wybory, choć wydaje mi się, że nasza „warszawka” na niego nie głosowała.

Ale ogólnie nastroje działały na rzecz Wałęsy?

Tak, ludzie uważali, że zasłużył na stanowisko przewodniczącego związku. Oczywiście tzw. gwiazdozbiór czyli grupa działaczy skupiona wokół Andrzeja Gwiazdy była przeciwko Wałęsie. Oni jeszcze przed Zjazdem chcieli odsunąć Lecha Wałęsę od związku. Uważali, że był dobrym przywódcą na czas strajków ale nie na czas gdy związek będzie legalnie działał.

Zapewne kombinowali też, że Wałęsa będzie krnąbrny, nie da sobą sterować, a sami mieli ochotę wpływać na związek. Później doszli do wniosku, że skoro nie ma szans na odsunięcie Wałęsy od władzy, to trzeba go sobie zjednać.

Jednym z ważnych punktów Zjazdu było pożegnaniem z Komitetem Obrony Robotników. W tej sprawie również doszło do rozbieżności wśród delegatów.

Bardzo dużych. Wtedy po raz pierwszy zarysowały się wyraźne podziały ideowe w Solidarności. Rozwiązanie KOR ogłosił prof. Edward Lipiński. Później odbyła się debata. Jednym z mówców był Jan Józef Lipski, ważna postać KOR. Pojawiły się głosy krytykujące jego wystąpienie.

Andrzej Rozpłochowski i cała grupa delegatów, których później nazywano „Prawdziwymi Polakami” oceniali krytycznie dokonania KOR. Byli przeciwko specjalnej uchwale i przyjęciu podziękowań dla KOR-u. Głównie dlatego, że była to organizacja lewicowa, w odróżnieniu od ROBCiO, czyli Ruchu Obrony Praw Człowieka i Obywatela, który był bardziej prawicowy.

A jednak zwyciężyła chęć uczczenia KOR.

Oczywiście. Uchwała o KOR nie została przyjęta jednomyślnie, ale zdecydowaną większością głosów. KOR był bez wątpienia najsilniejszą grupą opozycyjną, która przejęła rząd dusz w Solidarności. Miała większy wpływ na Wałęsę oraz na związek niż „Prawdziwi Polacy”.
Janina Jankowska z Andrzejem Gwiazdą podczas I Zjazdu NSZZ "Solidarność". Fot. PAP/Stefan Kraszewski
W kuluarach Zjazdu mówiono o „Prawdziwych Polakach” z politowaniem. Zresztą w czasach opozycji również ROBCiO był traktowany z lekkim politowaniem przez KOR-owców. To drugie środowisko zawsze cechowało poczucie wyższości wobec wszystkich, szczególnie wobec prawicowych opozycjonistów skupionych w ROBCiO i KPN.

Oczywiście gdy ludzie z KPN siedzieli w więzieniach, to wszyscy się z nimi solidaryzowali, lewicowi działacze też ale tak na co dzień ci prawicowi nie byli z „towarzystwa”.

Według historyków zjazd był infiltrowany przez agentów SB.

Nie miało to dla nas żadnego znaczenia. Wtedy SB-cy i ich agenci byli wszędzie. Jeden z działaczy bydgoskiej Solidarności rozpoznał w jednym z delegatów UB-ka, który zrobił mu kipisz w akademiku, w Poznaniu.

To był Eligiusz Naszkowski, pozostający na niejawnym etacie w SB. Poszłam z tym do Andrzeja Gwiazdy i mówię, że ten Naszkowski to jest UB-ek, poznał go jeden z naszych, na to Gwiazda odparł: myślisz, że to jedyny UB-ek w naszym środowisku?

Wszyscy wiedzieli, że jesteśmy infiltrowani ale nikt się tym nie przejmował. Uważaliśmy, że ta władza tak działa i trudno, żyjemy w takiej rzeczywistości. Jednak z opracowań historycznych wynika, że władza za pośrednictwem swoich agentów starała się wpływać na przebieg zjazdu. Kierować nim w taki sposób, żeby dominowała tematyka rozliczeń i konfrontacji wobec partii.

Pewnie tak było. Na tej samej zasadzie można uznać, że przesłanie do ludów Europy też było rodzajem prowokacji i miało na celu skompromitowanie Solidarności. Ale co z tego, skoro byliśmy do tego tekstu przekonani. Wiedzieliśmy, że jesteśmy otoczeni wrogami, że mogą nas nagrywać, spisywać co mówimy, ale to w ogóle nie miało dla nas znaczenia.

Wie pani, że UB-kiem był facet który założył naszą redakcję radiową? Dowiedzieliśmy się o tym wiele lat później. Ale przecież normalnie pracowaliśmy, nagrywaliśmy kasety, robiliśmy swoje.

Czy Anna Walentynowicz jakoś zaznaczyła swoją obecność na Zjeździe?

Nie. Od czasu gdy popadła w konflikt z Wałęsą była coraz będzie marginalizowana.

Nagrałam kiedyś reportaż radiowy „Wojna legend czyli chwila zadumy nad życiem Anny Walentynowicz” o ich stosunkach. Ten konflikt zaczął się od starcia o nazwę pomnika Poległych Stoczniowców 1970. Wałęsa naciskany przez władze był gotów zgodzić się na zmianę nazwy na Pomnik Pojednania. Ania Walentynowicz zdecydowanie się temu sprzeciwiła. I zapłaciła za to, bo Wałęsa zaczął ją odsuwać od wszystkich ważnych wydarzeń.

Plakat z kowbojem to mój sukces

Największą głupotą, za którą odpowiada osobiście Lech Wałęsa, było rozwiązanie Komitetów Obywatelskich – mówi Janina Jankowska.

zobacz więcej
Już wcześniej nie chciał jej wziąć do składu delegacji do Watykanu. Wtedy jeszcze Ania była na tyle popularna, że nie miał wyjścia i pojechali oboje do Rzymu. Ania opowiadała mi, że kardynał Stanisław Dziwisz mówił do niej podczas tej wizyty: „pani Aniu, pani ma autorytet, musi pani wspierać Wałęsę, on jest najważniejszy”. Na co ona okropnie się oburzała. W każdym razie nie pamiętam, żeby na zjeździe przemawiała czy była fetowana.

Dwa miesiące po zakończeniu Zjazdu generał Wojciech Jaruzelski wprowadził stan wojenny w Polsce. Czy uważa Pani, że przebieg Zjazdu przyczynił się do podjęcia tej decyzji?

Nie sądzę. Władza i tak by wprowadziła stan wojenny. Zjazd jednak, bardzo skonsolidował związek. Był też pierwszym autentycznym demokratyczny parlamentem. Sądzę, że tego władza bała się najbardziej.

– rozmawiała Eliza Olczyk

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy

Zdjęcie główne: Janina Jankowska z Andrzejem Gwiazdą podczas I Zjazdu NSZZ "Solidarność"
Zobacz więcej
Rozmowy Najnowsze wydanie
Małżeństwo to nie umowa, którą można rozwiązać jak każdą inną
– mówi dr Tymoteusz Zych, rektor Collegium Intermarium, działacz Instytutu Ordo Iuris.
Rozmowy Najnowsze wydanie
Biorąc pod uwagę prestiż, Yamaha to Lexus, a Steinway: Maybach
Doskonały dźwięk ma swoją cenę. Fortepian koncertowy: 900 tys. zł. Półkoncertowy: 550 tysięcy. Więcej niż niejeden dom.
Rozmowy Najnowsze wydanie
Pokazali mi materiał spod wieży telewizyjnej. To była wojna
Sekretarz redakcji powiedział, że przysyłam zdjęcia, to pewnie żyję.
Rozmowy Poprzednie wydanie
Roślinny styl vintage. Moda na trzykrotki, paprotki, geranium...
W pandemii wydajemy na rośliny coraz więcej. Co zrobić, by przetrwały zimę?
Rozmowy wydanie 8.10.2021 – 15.10.2021
„Polskie Carcassonne”, gdzie kat cytował Homera
Była to terenowa rezydencja dla książąt i królów Polski.