Historia

Świdnicki kotlet, lubelski lipiec. Rok 1980 w „mieście PKWN”

Podczas poprzednich zrywów, w Poznaniu czy Ursusie, sukcesem było zatrzymanie jednej czy dwóch lokomotyw w nadziei, że nieregularny ruch na kolei pomoże w poinformowaniu świata. Tu stanął piąty co do wielkości węzeł komunikacyjny w Polsce, zablokowano kilkadziesiąt lokomotyw, ruch pociągów pasażerskich (wakacje!) i dostawczych – z węglem z miejscowego zagłębia.

W ciągu „polskich miesięcy” lipiec nie gości na równych prawach z Sierpniem, Grudniem czy Majem – przez lata pojawiał się przy okazji proklamowania Manifestu PKWN, ale po 1989 roku z ulgą z tego zrezygnowano. A jednak teza, że „bez Lipca nie byłoby Sierpnia” jest nie tylko kalendarzową oczywistością, lecz i zjawiskiem, nad którym od lat łamią sobie głowy historycy czasów najnowszych: czy rzeczywiście lubelscy kierowcy pokazali gdańskim tramwajarkom, że można po prostu nie wyjechać z zajezdni?

Oczywiście same fakty nie zostały zapomniane, funkcjonują na poziomie Wikipedii i potwierdzane są przez onomastykę: maturzysta powinien pamiętać, że początek całemu cyklowi wydarzeń dał przestój w pracy, do jakiego doszło 8 lipca na Wydziale Obróbki Mechanicznej w Państwowych Zakładach Lotniczych w Świdniku; przez korki w Lublinie najłatwiej przemknąć, jadąc Rondem Lubelskiego Lipca ’80; a fascynaci przeszłości skupieni wokół miejscowego Teatru NN zgromadzili kilkadziesiąt relacji mówionych uczestników tamtego zrywu, których szczegółowości mogą zazdrościć dziejopisowie „Solidarności” z Trójmiasta i Warszawy.
Członkowie i sympatycy "Solidarności" podczas uroczystego przemarszu i poświęceniu ronda Lubelskiego Lipca'80, 17 lipca 2015 r. PAP/Mirosław Trembecki
Szczegółów zresztą nie brakuje w całej opowieści o Lubelskim Lipcu, która jest mocno – by użyć modnego słowa – „zdecentralizowana”. Bo przecież zryw w województwie lubelskim nie rozszerzał się tak, jak na Wybrzeżu w miesiąc później, gdzie po przesileniu 17 sierpnia i ogłoszeniu strajku solidarnościowego liczba przyłączających się zakładów każdego dnia rosła. Nie: pracownicy WSK Świdnik podpisali porozumienie w piątek 11 lipca o godzinie 17:35, i chociaż to poważny tytuł do chwały (było to prawdopodobnie pierwsze pisemne porozumienie zawarte między władzami PRL a strajkującymi), strajk w „kolebce” tym samym się skończył.

Tyle, że wysiłek podjęły inne zakłady: w ten sam piątek o szóstej rano zaczęły strajkować dwa wydziały Fabryki Samochodów Ciężarowych (FSC), dołączył Agromet, Zakłady Azotowe Puławy, Lubelskie Zakłady Przemysłu Skórzanego… Świdnik dwukrotnie zresztą uruchomił jeszcze w lipcu gotowość strajkową, solidaryzując się z innymi zakładami.


Całe zaś dzieje lubelskiego zrywu przypominają nie tyle rozchodzącą się falę uderzeniową, jak w Trójmieście, co serię lokalnych erupcji. Albo wręcz – gdyby porównanie to nie było tak niestosowne – znaną z amerykańskich komedii grę we „Whack the mole”: na miejscu jednego wygaszonego strajku rozpoczynały się w sąsiednich zakładach trzy inne, Komitet Wojewódzki PZPR nie nadążał z wysyłaniem najpierw agitatorów, a potem negocjatorów, tym bardziej, że każdą decyzję – o dodatku drożyźnianym, o uśrednieniu płac, o zwiększeniu dostaw masła do bufetu zakładowego – negocjować musiał z Warszawą.

Skomplikowana „gra w okręty”

Da się więc, oczywiście, pokazać „ścieżkę prochową”, którą gniew biegł od zakładu do zakładu, ale lektura chronologicznego opisu wydarzeń rychło zaczyna przypominać kartkowanie książki telefonicznej. Oto mała próbka: „9 lipca do strajku przyłączyła się Fabryka Maszyn Rolniczych »Agromet«, potem Lubelskie Zakłady Naprawy Samochodów, Fabryka Samochodów Ciężarowych, Lubelskie Zakłady Przemysłu Skórzanego, Zakłady Mięsne, Lubelska Fabryka Wag, Zakłady Jajczarsko-Drobiarskie, »Herbapol«, Drzewno-Chemiczna Spółdzielnia Inwalidów. Szesnastego lipca do strajku dołączyła Lokomotywownia Pozaklasowa w Lublinie. (…) Czynnie do protestu włączyły się załogi: Lubelskiego Przedsiębiorstwa Budownictwa Mieszkaniowego, Lubelskiego Przedsiębiorstwa Budownictwa Przemysłowego, Przedsiębiorstwa Robót Inżynieryjnych, PTHW, Transbudu, Elektrociepłowni, »Cefarmu«, »Polfy«, Zakładu Remontowo-Energetycznego, Spółdzielni Pracy Niewidomych, MPK, WPHW, Spółdzielni Transportu Wiejskiego, Fabryki Domów, MPO, CPN, PKS, Zakładów Kuśnierskich, Spółdzielni Zabawkarskiej »Bajka«”.

Żądali obniżenia wieku emerytalnego do 50-55 lat. Oraz wprowadzenia kartek na żywność

Władze wpuściły ekspertów do stoczni. Mieli hamować radykalizm strajkujących.

zobacz więcej
Nie sposób z tego wiele zapamiętać – tym bardziej, że wiele ze strajkujących podmiotów to spółdzielnie, filie dużych fabryk, zakłady remontowe. Oczywiście pokazuje to odwagę i determinację załóg (z kilkunastoosobowymi zespołami o ileż łatwiej sobie poradzić!), ale uniemożliwia zapamiętanie wszystkich.

Marcin Dąbrowski, historyk najbardziej zasłużony dla rekonstrukcji pamięci o Lipcu, w jednej ze swoich książek zamieścił wkładkę – długą na trzy łokcie tabelę, przedstawiającą 154 zakłady biorące udział w strajkach (wraz z filiami) – zaznaczając na niej na czarno dni, w których stanął dany zakład. Z daleka rozłożona na stole tabela wygląda jak zapis bardzo skomplikowanej gry w okręty, z jednym ciągnącym się przez większość pola superlotniskowcem: w piątek 18 lipca strajkowało aż 79 zakładów. Poza tym jednak cały lipiec przypomina pole bitwy morskiej: są tu kutry (w podlubelskich miejscowościach niektóre, osamotnione zakłady strajkowały tylko przez jeden dzień), są pościgowce (najdłużej, bo przez 9 dni nieprzerwanie, strajkował PKS Puławy), są zgrupowania pancerników (w pierwszej fazie, od 8 do 14 lipca, strajkuje kilka największych fabryk Lublina). Jak to opisać?

O dynamice zrywu trochę powiedziano już powyżej: choć lipiec (nie tylko kalendarzowy, lecz i „polityczny”) rozpoczął się wraz z wprowadzeniem przez władze od pierwszego dnia miesiąca podwyżki cen „niektórych gatunków mięsa i wędlin”, to Lubelski Lipiec zaczął się 8 lipca strajkiem w WSK Świdnik ponoć ze względu – jak przysięgają świadkowie – na skokowy wzrost ceny kotletów w stołówce: z 10 złotych 20 groszy na 18 zł 10 gr! W pierwszej fazie zastrajkowało kilkanaście największych zakładów Lubelszczyzny. Giganty: Agromet, Lubelskie Zakłady Naprawcze Samochodów (LZNS), Fabryka Samochodów Ciężarowych (FSC), puławskie „Azoty”. Już w tym czasie widać rozszerzanie się strajku na inne duże miasta województwa.
Uroczyste posiedzenie w PZL Świdnik Zarzadu Regionu NSZZ Solidarnosc w Lublinie w 16. rocznice Lubelskiego Lipca. Organizotorzy strajku w 1980 roku w WSK Świdnik (od lewej): Jan Lesnika,Alfred Bondos,Piotr Karwowski i Stanislaw Pietruszewski. Fot. PAP, Mirosław Trembecki
Kulminacja nastąpiła jednak – to jeden z wielu lubelskich paradoksów – w chwili, gdy w największych zakładach strajk wygasał, już to z powodu znużenia załóg, już to – zawartych doraźnie porozumień. W tym momencie jednak (jak silny był w tym element inspiracji „wielkich” i ambicji, a jaki – pragnienia uzyskania podobnych koncesji płacowych i pracowniczych?) ruszyła lawina strajkujących mniejszych zakładów: 16 lipca stanęło ich ponad 30, 17 lipca – 60, 18 lipca – 79! Co więcej – to drugi element efektu lawinowego – obok małych i średnich zakładów czy „gigantów”, o których przestoju wiedzieli tylko sami strajkujący i ich rodziny, władze lokalne i zaniepokojona „Warszawa”, tym razem stanęły struktury kluczowe dla funkcjonowania miasta i województwa: najpierw lubelska Lokomotywownia, następnie zaś cały lubelski węzeł PKP, w mieście zaś – MPK oraz zakłady transportu handlu wewnętrznego.

Apokalipsa z Lubelszczyzny

Tego nie sposób już było przegapić. Więcej, efekt był podobny, jak w przypadku strajku generalnego czy kataklizmu. Podczas poprzednich zrywów, w Poznaniu czy Ursusie, sukcesem było zatrzymanie jednej czy dwóch lokomotyw w nadziei, że nieregularny ruch na kolei pomoże w poinformowaniu świata. Tu stanął piąty co do wielkości węzeł komunikacyjny w Polsce, zablokowano kilkadziesiąt lokomotyw, ruch pociągów pasażerskich (wakacje!) i dostawczych – z węglem z miejscowego zagłębia. Wstrzymano ruch lokalny w Lublinie – w czasie, gdy samochodów osobowych było dziesięciokrotnie mniej niż współcześnie.

Wrażenie było apokaliptyczne. Żadne inicjatywy władz (obsługa linii miejskich kosztem linii lokalnych, „przejęcie” PKP przez węzeł lubelski) nie rozwiązały sytuacji: pociągi docierały tylko do stacji Motycz, miasto stało. Nie tylko zresztą Lublin, dzieje tamtego lipca to niezłe ćwiczenie z geografii regionalnej. Stanęły tego dnia: Puławy, Lubartów, Chełm, Poniatów, Opole Lubelskie, Biłgoraj, Radzyń Podlaski, Kock, Zamość, Leonów, Chodel, Siedliszcza, Ryki…
Na terenie byłej Lokomotywowni Lublin postawiono został Pomnik-Parowóz, który ma być symbolem "Lubelskiego Lipca 1980". Odsłonięcie nastąpiło w 37. roczncę fali strajków, 16 lipca 2017 r.Fot. PAP/Tomasz Koryszko
„Pierwszy dzień kompletnego paraliżu miasta – notuje miejscowy dziennikarz Stanisław Jadczak. – Oblężone postoje taksówek. Matki z dziećmi na rękach wędrują ulicami. Dzielnicę mieszkaniową LSM dzieli od FSC ponad 10 kilometrów. Tyle trzeba było przejść rano do pracy, potem do domu. (…) Poranna gazeta przynosi komunikat do mieszkańców miasta informujący o brakach zaopatrzenia w chleb. (…) Do transportu artykułów spożywczych, prasy, wykorzystywano »żuki« z »Polmozbytu«, nowiutkie, przeznaczone do sprzedaży. Chleb przywożono z piekarni wiejskich, mleko z Radomia, Zamościa, Warszawy. W osiedlach sprzedawano chleb i mleko z wojskowych ciężarówek. Przerażała pustka na ulicach. Rozpoczął się run na stacje CPN. Ci, co mieli jeszcze trochę benzyny w zbiornikach jechali do stacji benzynowych w pobliżu Lublina – do Lubartowa, Piask, Bełżyc, Bychawy”.

„Dramatyczne sceny miały też miejsce w szpitalach klinicznych – dodaje Jadczak. – Zastrajkowały pracownice kuchni szpitalnych, w efekcie pielęgniarki jeździły na targ na Podzamcze, tu za własne pieniądze robiły zakupy, wracały do szpitala i przygotowywały posiłki chorym dzieciom. Strajkowały pralnie szpitalne. (…) Trwały dyskusje salowych i pielęgniarek, obsługa pacjentów spadła częściowo na barki lekarzy – ci nie mogli strajkować i musieli robić zastrzyki, podawać baseny itd., gdy wszędzie w szpitalach spisywano postulaty załóg”.

Taki stan rzeczy nie mógł trwać wiecznie. 18 lipca na specjalnym posiedzeniu zebrał się Komitet Wojewódzki PZPR, zobowiązując lokalne władze partyjne do podjęcia rozmów ze strajkującymi i rozpatrzenia ich postulatów, informując o powołaniu przez Biuro Polityczne specjalnego zespołu partyjno-rządowego i uchwalając „Apel do mieszkańców miasta Lublina”.

Ten piątkowy wieczór był dramatyczny, szczególnie, gdy o 21 miejscowe radio zakomunikowało o nadawaniu komunikatu specjalnego. Obawy przed interwencją lub stanem wyjątkowym były bardzo żywe. Jak się okazało – około 21:30 poinformowano o posiedzeniu Biura Politycznego. Stanu wyjątkowego – lub czegoś bardzo doń zbliżonego – doświadczyło jednak kilkunastoosobowe grono współpracowników KOR. W „kotle” zorganizowanym przez SB w mieszkaniu wynajmowanym przez Agnieszkę i Wojciecha Onyszkiewiczów zatrzymano kilkanaście osób, z reguły na 48 godzin. W lokalu przeprowadzono też brutalną rewizję.
Uroczyste obchody 38. rocznicy Lubelskiego Lipca, czyli fali strajków, które latem 1980 r. przetoczyły się przez Lubelszczyznę. 15 lipca 2018. na terenie byłej Lokomotywowni Lublin. Fot. PAP/Tomasz Koryszko
Od 19 lipca napięcie w Lublinie zaczęło opadać, do czego przyczyniła się zorganizowany przez władze „super długi wekeend”: po sobocie i niedzieli 19-20 lipca władze zdecydowały się, bezprecedensowo, uznać za dzień świąteczny dla całego miasta również poniedziałek 21 lipca, potem zaś miało miejsce komunistyczne lipcowe święto… 23 lipca strajkowało już „tylko” 25 zakładów, następnego dnia – dwa. Przez dwa tygodnie trwał spokój, aż do pierwszych aktów solidarności ze strajkującymi na Wybrzeżu…

Dlaczego na ziemi „Lalka”?

Co wyróżnia Lubelski Lipiec? Bo przecież strajki na całkiem dużą skalę (mimo, że oficjalnie przez cały czas określano je mianem „przestojów w pracy”) wybuchały wcześniej.

Już 1 lipca, w kilka godzin po ogłoszeniu podwyżek, stanął na krótko Mielec, warszawski Ursus, poznański Pomet, Autosan, Tarnów… Lipiec i ogłoszenie podwyżek nie stanowią zresztą decydującej bariery: w pierwszej połowie 1980 roku w całej Polsce doszło do kilkuset przestojów: drobnych, kilkugodzinnych, zatuszowanych, ograniczonych do jednego wydziału lub zmiany.

Przed Lublinem był Świdnik, ale przed Świdnikiem – jak zauważa Marcin Dąbrowski – był Tomaszów Lubelski, gdzie w drugiej połowie czerwca (dokładnej daty nie udało się ustalić) doszło do przestojów w pracy I i II zmiany Wydziału Narzędziowego, ze względu na informacje o obniżce premii. Cały wydział udał się na pobliską rampę, zebranych straszono desantem helikoptera ze Świdnika, wreszcie około 21 konflikt udało się załagodzić.

Tydzień solidarnego głodowania

Kiepskie przygotowanie, fatalny moment, słaby rezonans wśród Polaków – oceniano protest, jaki od 3 do 10 października 1979 roku prowadzili działacze opozycji.

zobacz więcej
A przecież i Świdnik nie był pierwszy: archiwa PZPR kryją tysiące skarg i postulatów, gromadzonych zresztą przez samą partię w ramach „dyskusji przez VIII Zjazdem”. Uderzająca jest analogia z Cahiers de doléances – „Zeszytami skarg”, gromadzonymi przez władze lokalne we Francji wiosną 1789 roku, w przeddzień zwołania Stanów Generalnych. I w jednym, i w drugim przypadku nikt ich nie przeczytał na czas…

Czemu akurat Lubelszczyzna? Nad tym też historycy głowią się od lat. Region miał swoje tradycje oporu: to tutaj, w podlubelskich Piaskach, został zastrzelony w październiku 1963 r. ostatni „Wyklęty”, wachmistrz Józef Franczak, ps. Lalek; to tutaj doszło do zamieszek „o kościół” w Kraśniku Fabrycznym (czerwiec 1959 r.); to tutaj funkcjonował „rozsadnik” niezależnego myślenia, jakim był Katolicki Uniwersytet Lubelski. Zarazem jednak w mieście ani w regionie nie podejmowano działań strajkowych ani w 1956, ani w 1970, ani w 1976 roku; pamięć o „Lalku” w gorącym lecie 1980 ograniczona zaś była do najbliższej rodziny.

Na pewno większe znaczenie miało istnienie kilku silnych ośrodków opozycyjnych w samym Lublinie, skupionych wokół ojca Ludwika Wiśniewskiego, Bogdana Borusewicza, aktywisty ROPCiO i KPN Zdzisława Jamrozika, niezależnego Towarzystwa Kursów Naukowych czy pisma młodych katolików „Spotkania”. Młodzi opozycjoniści mogli liczyć na cichy „parasol” części profesury i duchowieństwa. Częściej jednak docierali na podlubelską wieś, gdzie w Popowicach działał Jan Kozłowski, organizator Niezależnego Związku Zawodowego Rolników. Organizowano kolportaż „Robotnika”, akcje ulotkowe wzywające do bojkotu wyborów do Rad Narodowych lub przypominające o Katyniu.

A jednak: dlaczego Lublin, a nie Kraków, Warszawa czy Poznań, gdzie podobnych działań, entuzjastów i powielaczy było bez porównania więcej? Istnieje kilka hipotez. Jedna mówi o prężnie działającym „punkcie kontaktowym”, dzięki któremu informacje o strajkach przekazywano do Warszawy, a stamtąd – do wielu miast Polski i do RWE.
Przy Drodze Męczenników Majdanka, w miejscu, gdzie kiedyś znajdowały się zakłady napraw samochodów, w 30. rocznicę lipcowych strajków odsłonięto Pomnik Wdzięczności, wzorowany na drewnianym pomniku ustawionym w tym miejscu rok po wydarzeniach z 1980 roku. Fot. PAP/Wojciech Pacewicz
„Gdy na Lubelszczyźnie coś zaczęło się dziać, pościągali wszystkie informacje i zrobili specjalny numer Biuletynu [Informacyjnego KSS KOR] – wspomina poeta Leszek Szaruga. – Nikt wtedy nie myślał, że za chwilę wybuchną strajki na Wybrzeżu. To był szczególny moment, głównie dlatego, że były wakacje, ludzie wyjechali i w Warszawie było pusto. Drukarnie pracowały normalnie, ale brakowało lokali, w których moglibyśmy robić skład. Nie było gdzie składać ani jak kolportować – a ja należałem do składaczy »Biuletynu« od kilku lat. W panice zaczęliśmy poszukiwać mieszkań. Oczywiście nie mogliśmy składać we własnych, bo wszystkie były ponamierzane. W końcu zdobyłem mieszkanie Małgosi Braunek, u której zagnieździliśmy się bardzo fajną ekipą i przez całą noc składaliśmy »Biuletyn«. To była pierwsza poważniejsza, potężna publikacja dotycząca strajków w Lubelskim. Miała dwa albo trzy tysiące nakładu, a to niemało”.

Skoro krążyły informacje, poszczególne zakłady dowiadywały się o już poczynionych koncesjach – a co ważniejsze, o trybie negocjacji, rodzajach postulatów, konieczności wyłonienia negocjatorów i wspólnego działania całej załogi. A może – to druga hipoteza – władze były wyjątkowo skłonne do ustępstw w „mieście Manifestu Lipcowego” ze względu na jego znaczenie symboliczne? Tu rozpoczęła swoje rządy „władza ludowa” – jak mogłaby je tu właśnie stracić?

Jeśli tak, oznacza to, że w historii symbole mają jeszcze większe znaczenie, niż zwykle się przyjmuje. A także ironia – bo przecież upadek systemu zaczął się w Lublinie, wraz z podpisaniem pierwszego porozumienia i zgodą na wybory niezależnej od partii Rady Zakładowej…

Nic nie oddaje tego lepiej niż dwa zdjęcia, które dzieli 36 lat. Na pierwszym, znanym każdemu, kto wychował się w PRL, mężczyzna w kaszkiecie i z kilkudniowym zarostem czyta z uwagą „Manifest PKWN”, ogłoszony 22 lipca 1944 roku, a świeżo rozlepiony na lubelskich murach – w tym mieście miał siedzibę Polski Komitet Wyzwolenia Narodowego.
22 lipca 1944, ogłoszenie Manifestu PKWN. Odezwa do narodu polskiego w rzeczywistośći została podpisana i zatwierdzona przez Józefa Stalina w Moskwie 20 lipca 1944 r., a następnie również tam ogłoszona. Uukazała się w formie obwieszczenia wraz z pierwszymi dekretami PKWN jako rządu tymczasowego. Fot. PAP/CAF- archiwum
Na drugim – to już zasługa Jana Trembeckiego z „Kuriera Lubelskiego” – zaaferowana kobieta w średnim wieku, niemal w identycznej pozie, czyta łzawy „Apel do mieszkańców miasta Lublina”, w którym I Sekretarz Komitatu Wojewódzkiego i przewodniczący miejscowego Frontu Jedności Narodu gorąco proszą o zaprzestanie strajków…

– Wojciech Stanisławski

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy

Przed sierpniem był lipiec
Zdjęcie główne: Mural upamiętniający Lubelski Lipiec'80 na dworcu PKP w Lublinie. Robotnicy w WSK PZL Świdnik zapoczątkowali w 1980 r. falę strajków, która objęła cały region, poprzedzając protesty na Wybrzeżu. Fot. PAP/Wojtek Jargiło
Zobacz więcej
Historia Najnowsze wydanie
Jak „zagranica” zmuszała Polskę do pokory
„Nie pozostawimy Polski w potrzebie i nie pozwolimy jej skrzywdzić” – zapowiedzieli sojusznicy.
Historia Najnowsze wydanie
Największa winiarnia Starego Świata. Odkryto ją w Izraelu
Tutejsze wino było zapewne codziennym napojem św. Hieronima, który stworzył Wulgatę.
Historia Najnowsze wydanie
Ściśle tajne. Jedyna prawdziwa gazeta w PRL
Kto miał w PRL władzę, ten miał BS. Lub jak kto woli, kto miał BS, ten był kimś.
Historia Najnowsze wydanie
Superszpieg z „Liceum”
Miała 24 lata i kierowała siatką wywiadowczą.
Historia Poprzednie wydanie
„Księża patrioci” PRL-u, czyli siodłanie hipopotama
Dziękują za dzwony i talony na sutannę, dzwonią przyznawanymi im Krzyżami Komandorskimi Orderu Odrodzenia Polski.