Kultura

Odciął się od korzeni, zwodził, mylił tropy. W pogoni za Freddiem

Gości wita zdjęcie patrona we fraku. Reklama sprzed wejścia mówi, że Freddie po wyjeździe z Zanzibaru wracał do Mercury House i mieszkał w jego podwojach, ale to nie jest prawda. Wystarczy jednak, żeby skusić naiwnych.

Queen powstał 50 lat temu i wciąż koncertuje, ale żaden z zastępczych wokalistów nie może równać się z Freddim Mercury’m, który pierwszy raz z zespołem wystąpił 18 lipca 1970 roku.

Nie przyznawał się do tego, nie wspominał słowem, ukrywał w nielicznych wywiadach, nie poznawał ludzi z dawnych czasów albo udawał, że ich nie pamięta. Odciął się od korzeni raz na zawsze. Nawet jego muzyka nie zawiera śladów pochodzenia. Właściwie do śmierci Freddiego Mercury’ego nikt poza przyjaciółmi nie wiedział, że w 1946 roku urodził się on jako Farrokha Bulsara w szpitalu Mnazi Mmoja w Stone Town, Mieście Kamienia, stolicy Zanzibaru, tanzańskiej wyspy na Oceanie Indyjskim.

Miasto zachwyca eklektyzmem, mieszaniną wpływów afrykańskich i arabskich w architekturze i kulturze, zasmuca brudem, smrodem i ubóstwem. To przy jednej z takich ciasnych uliczek mieszkali państwo Bomi i Jer.

Bulsarowie byli Parsami z Indii wyznającymi zoroastryzm. Ojciec – dobrze uposażony kasjer w brytyjskim sądzie kolonialnym – wpajał synowi, że liczą się dobre myśli, dobre słowa i dobre czyny. Wiedli dobre życie. Farrokha budził służący ze szklanką świeżego soku z pomarańczy, potem chłopiec biegł na plażę. W wieku pięciu lat wysłano go do szkoły prowadzonej przez zakonnice. Trzy lata później zamknięty w sobie Farrokh popłynął do Indii do szkoły z internatem, gdzie nabrał pewności siebie, nazwał się Freddiem i założył swój pierwszy zespół Hectics (Rozgorączkowani). Wrócił na Zanzibar w 1962 roku jako nastolatek, by dalej uczyć się w szkole przy katedrze św. Józefa.

Gdzie mieszkał? Dumną nazwę Mercury House nosi żółta kamienica przy ulicy Kenyatta 139, na ścianie frontowej zawieszono gabloty ze zdjęciami muzyka i jego życiorysem. Co i rusz ktoś przystaje, aby zrobić zdjęcie. Nic dziwnego, że w 2002 roku powstał tam hotel, który kusi wanną z hydromasażem, balkonem z widokiem, częścią wypoczynkową w stylu arabskim, bezpłatną wodą pitną i obowiązkową moskitierą, aby zatrzymać się na dłużej. Gości wita zdjęcie patrona we fraku. Reklama sprzed wejścia mówi, że Freddie po wyjeździe z Zanzibaru wracał do Mercury House i mieszkał w jego podwojach, ale to nie jest prawda. Wystarczy jednak, żeby skusić naiwnych.
Na parterze budynku Mercury House w Stone Town, 24 listopada 2019 roku otworzono poświęcone mu muzeum. Fot. Andrew Aitchison / In pictures via Getty Images
Podobnie rzecz ma się z muzeum, które na parterze budynku Mercury House otworzono 24 listopada 2019 roku, w dniu rocznicy śmierci muzyka. Szczyci się, że jest pierwszą na świecie placówką poświęconą Freddiemu i współpracuje z Queen Productions Ltd. w Wielkiej Brytanii, skąd zaczerpnięto zdjęcia pokazujące młodość chłopaka z Miasta Kamienia. Do zobaczenia są także okładki licznych płyt Queen, do tego fortepian i żółta kurtka mistrza. Koszt: 10 dolarów, co każe odwiedzającym narzekać na marną relację jakości i ceny, więc niewielu poleca to miejsca i radzi pieniądze wydać inaczej. „The show must go on” głosi napis przy wejściu.

W starym atelier

Wątpliwości, czy Freddie rzeczywiście mieszkał przy kamienicy przy Kenyatta, nie ma tylko właściciel interesu, bo przewodniki i biografie tego nie potwierdzają. Wersji jest kilka, więc sam Freddie byłby zachwycony, bo uwielbiał zwodzić i mylić tropy. Owszem, pisze się o Kenyatta, ale też budynku koło starej poczty Sinclaira, działającej od ponad stu lat, kamienicy schowanej za hotelem Shangani, nawet o tym, że dom Bulsarów został zburzony, a rodzina kilka razy przeprowadzała się i bądź tu mądry… „Bla bla bla dla turystów” – kwituje Rameha Oza, który ulicę Kenyatta obserwuje spod zardzewiałego szyldu Capital Art Studio, czyli zakładu fotograficznego odziedziczonego po ojcu Ranchodzie.

Punk rock. Ostatnia rewolucja w świecie dobrobytu

Krytyka rządów sprzed 1979 roku, która utorowała Margaret Thatcher drogę do władzy, współbrzmiała z głosami muzyków punkowych.

zobacz więcej
W środku nie czuć brudu i uryny, pachnie kadzidłem. Właściciel opowiada o tapecie w atelier, która nigdy nie była zmieniana: od lat można sfotografować się z białą kolumną na pierwszym planie i wypłowiałym pejzażem z jeziorem i górami w tle. Rameh robi zdjęcia analogowe i czarno-białe, zupełnie jak kiedyś, bo cyfrowe i kolorowe mody go nie interesują. Co prawda islam niechętnie patrzy na uwiecznianie dzieła stworzenia, bo nie można zastępować Allaha, ale Rameh pochodzi z Indii, więc mu wolno. W witrynie eksponuje najlepsze ujęcia swoje i ojca: główne miejsce przypadło ulicy Kenyatta z dwoma wielbłądami na uwięzi, wielcy tego świata odwiedzający Zanzibar są w małym formacie.

Nigdzie nie ma jednak zdjęcie młodego człowieka z górami i jeziorem, które w 1947 roku zrobił założyciel studia Ranchod Oza. Mama zabrała wówczas Freddiego na pierwszą w życiu sesję: pulchny bobas pozował w damskiej sukience, z czego dorosły Freddie zapewne także byłby zadowolony, bo lubił się przebierać… Rameh nie eksponuje jednak tych zdjęć, zapewne z powodu praw autorskich, ale akurat ma nieodebrane przez kogoś odbitki sesji sprzed lat i może je sprzedać po 25 dolarów za sztukę. Odpowiednio wycenia także zdjęcie zrobione naszym własnym aparatem, bo prosimy o pamiątkowy kadr w tym samym miejscu, co Freddie. „Praca musi kosztować” – mówi.

W Stone Town do Freddiego nawiązuje jeszcze bar Mercury’s nad brzegiem oceanu z widokiem na port. W środku kilka zdjęć muzyka i zespołu, puszczana jest też muzyka Queen. Kuchnia przyzwoita, choć smaczniej karmią uliczne stragany. W 2006 roku bar chciał uczcić 60. rocznicę urodzin patrona, ale Stowarzyszenie na Rzecz Mobilizacji i Propagowania Islamu zakazało imprezy, bo grzesznik i utracjusz nie wart jest takich honorów, choć plombować drzwi wejściowych nikt nie zamierzał. Freddie nie zrobił nic dla zanzibarskiej społeczności, która odpłaciła mu tym samym. Nawet miejscowa prasa przemilczała wydarzenie. Nie odstrasza to turystów, największych fanów muzyka, którzy krążą po Stone Town w pogoni za Freddiem.

Chłopiec z wielkim zgryzem

Latem 2019 roku na Zanzibar wybrał się także Brian May, gitarzysta Queen. Towarzyszyła mu żona Anita Dobson. Spędzali czas nad oceanem, zjedli kolację na plaży, ale przede wszystkim szukali śladów Freddiego. Ich przewodniczką była jego młodsza siostra Kashmir. Widzieli szpital, szkołę i dom. „Pielgrzymka! Marzyłem od tym wielu lat” – komentował May. „Lubimy spędzać cały dzień myśląc o tym małym chłopcu z wielkimi marzeniami. Ten młody człowiek stał się bratem Rogera, Johna i moim przez 22 lata. Nieśmiały chłopak, z którym łączyła nas niemożliwa wręcz do zrealizowania wizja tworzenia muzyki zmieniającej świat. Nie odważyliśmy się uwierzyć, że tak się stanie” – przyznał i pokazał w sieci zdjęcia z Zanzibaru, w tym małego chłopca z wielkim zgryzem.
May wracał z Zanzibaru liniami Oman Air. „Świetne filmy w tym samolocie!” –żartował i wybrał „Bohemian Rhapsody”, czyli filmową biografię zespołu z 2018 roku. Zna fabułę i formę na wylot, bo wpływał mocno na kształt filmu: May razem z perkusistą Rogerem Taylorem pracowali jako konsultanci na planie i mocno walczyli, aby opowiedziana historia dotyczyła nie tylko Freddiego, ale wszystkich członków grupy. W samolocie do Omanu chciał zaś sprawdzić, w jaki sposób dzieło okaleczono na muzułmańską modłę: zabrakło męskich pocałunków, wyznania Freddiego, że jest gejem, wątki homoseksualne zostały rozmyte, bo w szariacie to nie uchodzi i podlega karze. „Do końca czułem, że wiele z przesłania filmu zaginęło. To mnie zasmuciło” – ocenił May.

Film podpisany jest nazwiskiem Bryana Singera, choć reżyser nie dokończył obrazu, bo zbyt często brakowało go na planie i został zastąpiony przez Dextera Fletchera. Mimo to „Bohemian Rhapsody” dostało w 2019 roku cztery Oscary dla najlepszego aktora (Rami Malek – zagrał rzeczywiście znakomicie, choć zbyt wiele uwagi poświęcał swojej dorobionej szczęce), za najlepszy dźwięk, najlepszy montaż, najlepszy montaż dźwięku. Nominowany był również sam film. W historii na ekranie Freddie rodzi się zera do bohatera, który co prawda upada, ale powstaje z godnością, by w wielkim finale zagrać na odtworzonym ze szczegółami koncercie Live Aid w 1985 roku na stadionie Wembley.

Ludziom spodobała się opowieść, uznana nawet na za najlepszy biograficzny film o muzyce, choć naraziła się na niskie oceny krytyków, bo próżno szukać kontrowersyjnych faktów z biografii Freddiego, scenariusz ledwie się po nich prześlizguje. Chodzi właśnie o rzeczy, które zraziły zanzibarczyków i zamazały pamięć po muzyku w Stone Town: deklarowany homoseksualizm, rozwiązłość obyczajową, nadużywanie mocnego alkoholu i jeszcze mocniejszych narkotyków. Co na dodatek doprowadziło go do zguby! Film oczywiście to pokazuje, ale oszczędnie, bo najbardziej liczy się muzyka. Widać, że ekipa wielbiła Freddiego i uczyniła go świętym po śmierci, „Bohemian Rhapsody” stało się hagiografią.

Nie unikali przemocy wobec dziennikarzy

Zarzucano im, że pogardliwie i wulgarnie traktują kobiety, że szydzą z idei równouprawnienia płci pięknej.

zobacz więcej
Do tego w filmie występuje cały szereg niedokładności: członkowie grupy poznali się w innych okolicznościach, piosenki powstają w innej kolejności, zaś Freddie Mercury dowiedział się o chorobie dużo później. „W tak zrealizowanym obrazie nie ma oczywiście miejsca na jakąkolwiek prawdę. Singer i spółka dość swobodnie traktują fakty, dlatego też osoby znające biografię Mercury'ego na wylot, będą miały spore problemy z zaakceptowaniem tego, co przedstawiono na ekranie” – pisał Marcin Pietrzyk, krytyk z branżowego portalu filmweb.pl, który siły filmu upatrywał jedynie w tym, że wykorzystano wiele przebojów i one porywają serca.

Odpowiedział mu Brian May: „To film biograficzny, nie dokument. Przedstawiasz 20 lat w ciągu dwóch godzin na ekranie. Masz historię, którą chcesz opowiedzieć o emocjonalnej i duchowej podróży mężczyzny w kontekście rodziny i przyjaciół oraz o całym jego życiu. Chcesz ją opowiedzieć uczciwie, przyzwoicie, nie unikając ważnych problemów, ale bez zbędnych lubieżnych szczegółów. Chcesz, aby miało to sens dla ludzi wszystkich ras i kolorów skóry, skłonności seksualnych i grup wiekowych. I najważniejsze, aby to było zabawne, inspirujące emocje”.

I dalej: „Pomyśl o ogromnej liczbie sytuacji i milionach słów wypowiedzianych w ciągu tych 20 lat. Nie ma sposobu, aby opowiedzieć tę historię bez kompresji czasu, przenoszenia wydarzeń, łączenia wielu rozmów prowadzonych przez lata w pojedyncze sceny, łączenia postaci i POZOSTAWIENIA 99,9 procent tego, co faktycznie się wydarzyło! Kilku kanapowych krytyków uważa, porównując narrację filmu ze skrawkami, które wybrali z opowiadań prasowych, nieautoryzowanych biografii itp., że widzą »błędy«? Mogę was zapewnić, że ani jedno słowo, akcja, emocja w »Bohemian Rhapsody« nie jest przypadkiem”.

I gwiazda, i leganda

„I am going to be a star. I am going to be a legend”– mówi napis na muzeum w Stone Town. Tego nikt nie wiedział zwłaszcza w 1963 roku, gdy Zanzibar zaczął dążyć do uzyskania niepodległości od Wielkiej Brytanii, więc wraz ze wzrostem niepokojów społecznych rodzina Bulsarów – pracująca na rzecz kolonizatora – przeprowadziła się do Londynu. Freddie uczył się tam ilustracji graficznej w Ealing Art College, bo miał też talent do malowania, i pracował na lotnisku Heathrow jako bagażowy, bo miał też krzepę.
Zespół Queen w 1985 roku. Od leweej do prawej: John Deacon, Roger Taylor, Freddie Mercury i Brian May. Fot. Dave Hogan/Getty Images
Po godzinach chadzał na studenckie imprezy, gdzie poznał zespół Smile (Uśmiech) z gitarzystą Brianem Mayem i perkusistą Rogerem Taylorem. W 1970 roku dołączył do nich, gdy poprzedni wokalista wybrał inną drogę do sławy. Szukali jeszcze basisty, sprawdzili kilku, do zespołu pasował John Deacon – małomówny i niekonfliktowy, błyskotliwy w komponowaniu („Another one bites the dust”) i znających się na elektryce. Razem stworzyli zespół Queen (Królowa), którego barokowe logo zaprojektował Freddie.

Queen święcił tryumfy. Nagrywał kolejne hity, które nieodmiennie stawały się hymnami. Wydawał płyty, które sprzedawały się w milionach egzemplarzy. Wyprzedawał koncerty na całym świecie, które gromadziły nawet 300 tysięcy widzów jak w Argentynie i Brazylii! Zespół nie bał się także eksperymentów: wcześniej albumy zawierały charakterystyczne „No Synthesisers!”, ale muzycy sięgnęli i po ten instrument. W „Bohemian Rhapsody” odwołali się do estetyki opery i nakręcili do tej piosenki pierwszy w historii teledysk – i to kilka lat przed powstaniem MTV!
Przechodzili i burzliwe chwile, gdy Freddie stawiał na karierę solową i zapominał się w hedonizmie, ale największą przeszkodą okazała się jego choroba: w sierpniu 1986 roku wystąpili po raz ostatni w Knebworth w Anglii. Rok później zdiagnozowano u Mercury’ego wirusa HIV, czego nie podał jednak do publicznej wiadomości. Do ostatnich chwil pracował, w tym nad piękną pieśnią „Barcelona”, którą miał wykonać ze śpiewaczką operową Montserrat Caballe na otwarcie igrzysk olimpijskich. Nie wykonał. Zmarł 24 listopada 1991 roku w swoim domu w Kensington na powikłanie po AIDS: odoskrzelowe zapalenie płuc.


Rok później Queen zagrał jeszcze koncert-hołd, po którym basista Deacon zapowiedział, że Freddiego nie da się zastąpić i nie będzie angażować się w dalsze projekty dwóch pozostałych członków grupy – Maya i Taylora. Tymczasem panowie zapraszali do współpracy wykonawców, w tym Eltona Johna, Georga Michaela i Davida Bowie, aby muzyka wciąż żyła. W 2004 roku zdecydowali się ruszyć w trasę koncertową z Paulem Rodgersem. Ustalili, że występ będzie opisywany jako Queen + Paul Rodgers, bo rzeczywiście nikt nie zastąpi Mercury’ego. To była ich pierwsza światowa trasa od 20 lat.

Taylor przyznał szczerze: „Nigdy nie myśleliśmy, że będziemy ponownie koncertować, Paul trafił się przypadkiem i wydawało się, że poczuliśmy chemię. Paul jest po prostu świetnym piosenkarzem. Nie próbuje być Freddiem”. Oficjalnie rozstali się już w 2009 roku, gdy w uszy Maya i Taylora wpadł charyzmatyczny Adam Lambert, finalista amerykańskiego „Idola”, który od tego czasu stał się „Queen + Adam Lambert”, niezależnie od solowej kariery. 7 lipca 2012 roku wystąpili na stadionie w Wrocławiu i wciąż jeżdżą po świecie. W tym roku koncertowali już w Japonii i Korei Południowej, następnie w Australii i Nowej Zelandii. Wiosną i latem w ramach „Rhapsody Tour” mieli wystąpić w Wielkiej Brytanii i kilku europejskich miastach, z których nam najbliżej byłoby do Berlina (24 czerwca) i Kopenhagi (1-2 lipca). Koncerty odwołano.

Królowa jest tylko jedna

Niby nie ma co się martwić, istnieją godni naśladowcy Queen. W marcu do Polski chciał przyjechać czeski zespół Queenie, który planował zagrać koncerty w Warszawie, Wrocławiu i Poznaniu. To studenci z Pragi, którzy w 2006 roku skrzyknęli się, aby zgrać queenowe evergreeny – początkowy entuzjazm zastąpił kunszt i po latach pracy zespół stał się odnoszącym największe sukcesy tribute bandem Queen w Czechach i jednym z najlepszych na świecie. Michael Kluch, założyciel i frontman, dopieszczał aranżacje i zapewniał jakość techniczną wspieraną przez własnego inżyniera dźwięku. Queenie docenili krytycy i publiczność, co pokazuje tysiąc pokazów na kilku kontynentach. Zespół najbardziej szczyci się występem na oficjalnych urodzinach królowej Elżbiety II!
Rok 1987, Ibiza. Montserrat Caballe i Freddie Mercury razem na scenie. Fot. FG/Bauer-Griffin/Getty Images
31 maja w Warszawie planował zagrać Queen Symfonicznie na dwóch koncertach z pełną orkiestrą. Nieśmiertelna muzyka z symfonicznymi aranżacjami od kilku lat zachwyca fanów i pewnie także spodobałaby się Freddiemu. Zresztą muzycy w mniejszym składzie wystąpili na premierze filmu „Bohemian Rhapsody” w listopadzie 2018 roku. Koncert pierwotnie zaplanowany przez dyrygenta Jana Niedźwieckiego jako jednorazowy, przerodził się w wielką trasę koncertową: na ponad 200 koncertach pojawiło się już 150 tysięcy widzów! Dwugodzinny spektakl zawiera występ solisty wcielającego się we Mercury’ego: podczas poprzedniego koncertu w Filharmonii Warszawskiej miał on większe umiejętności aktorskie niż wokalne, ale rzecz i tak robiła wrażenie. Majowy koncert też odwołano, ale zostaje sierpniowy rejs po Bałtyku (Sztokholm – Helsinki – Tallin – St. Petersburg) z namiastką symfonicznego grania.

Tymczasem w rock’n’drollowym pubie na warszawskim Potoku, zagubionym gdzieś przy pętli tramwajowej, jeszcze przed epidemią, bawi się kilkadziesiąt osób w każdym wieku: skaczą, tańczą, tupią, klaszczą i śpiewają przeboje, które ze sceny wygrywa Queen Band z Lublina. Pomysłodawcą i założycielem jest Rafał Tudruj, gitarzysta współpracujący m in. z Budką Suflera, Izabelą Trojanowską i Urszulą, który dał upust swojej fascynacji Queen i Brianem Mayem – spotkał go zresztą kiedyś i poprosił o autograf, który potem wytatuował na prawym ramieniu.

Muzycy lubią siebie i wykonywaną muzykę, co ze sceny promieniuje na publiczność, ale Queen Band to jednak działalność hobbystyczna i zespół nie gra wielu koncertów. Jeszcze w grudniu szukał wokalisty, bo ludzie pojawiają się i znikają, choć zaproszony ad hoc Marek Majewski, mimo kilku pomyłek w tekstach, na Potoku spisał się znakomicie. Bawiliśmy się świetnie, lepiej niż w Stone Town, choć mój sześcioletni syn z zatyczkami w uszach zasnął podczas koncertu i nie porwało go nawet „We will rock you”, na które tak czekał.

Jakub Kowalski

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy

Queen
Zobacz więcej
Kultura Najnowsze wydanie
W Narodowym: o strasznym łańcuchu pokoleń
Piotr Zaremba: Czy przywoływanie klasycznego już scenariusza filmowego Ingmara Bergmana ma sens dziś – w obliczu pandemii, która niszczy wszystkim życie?
Kultura Najnowsze wydanie
400 iniekcji i prześwietlenie. Pacjentka z Jasnej Góry
Zastrzyki czy wlewki? Wosk czy klej? Jak podtrzymać „zdrowie” cudownego obrazu?
Kultura Poprzednie wydanie
Dla pielgrzymów, kupców, szpiegów i ...
„Przewodniki literackie” powstają dla ludzi, dla których literatura jest bardziej prawdziwa niż życie. A już na pewno równie ważna.
Kultura wydanie 9.10.2020 – 16.10.2020
Angielska klasyka, polska aktualność. Teatr czasów koronawirusa
Piotr Zaremba: Chodzę teraz na przedstawienia kilka razy w tygodniu. Chodzę w strachu, że uczestniczę w czymś nad wyraz kruchym, co lada dzień może się skończyć.
Kultura wydanie 9.10.2020 – 16.10.2020
Nazywam się Bond, James Bond. Jestem żywym trupem
Agent 007 przeżył 130 zamachów, a w jego stronę oddano 4622 strzały. Powalił go dopiero COVID-19.