Cywilizacja

Arabowie mają ropę, Polska ma mleko. Biznes w mniejszym mieście

Co dziesiąta krowa w UE jest znad Wisły. Średnio każda z nich „produkuje” w ciągu roku ponad 6 tys. litrów mleka. Polska jest w pierwszej piątce największych producentów we Wspólnocie. Więcej mleka od nas skupują jedynie Niemcy, Francja, Holandia i Włochy. Choć z Włochami bardzo często walczymy o czwartą pozycję.

Już trzeci rok prokuratura bada sprawę upadłości Rypińskiego Okręgowego Towarzystwa Rolniczego (ROTR). W tle są setki poszkodowanych rolników, dziesiątki oszukanych firm i potężne miliony złotych z niezapłaconych faktur. I kontrowersyjny prezes, który zarabiał niebotyczne sumy, a jak udało się nam dowiedzieć, po bankructwie spadł na cztery łapy do innej spółki. Sprawdziliśmy. Do dziś nikt nie poniósł odpowiedzialności za zostawionych na lodzie ludzi.

Zalicza się do nich chociażby pan Marcin spod Rypina. Na współpracy z ROTR-em stracił ponad 60 tys. zł. Miał 35 krów. Miesięcznie do mleczarni odstawiał 15 tysięcy litrów mleka. Ale pieniędzy za nie nigdy nie zobaczył.

Sprawdziliśmy, jak zarabia się pieniądze na trudnym, ale interesującym rynku mleczarskim. Co ciekawe, jako jeden z nielicznych opiera się zachodniej konkurencji. Mleczarstwo to branża, gdzie polski kapitał wciąż dominuje, choć trapią go wszystkie możliwe patologie.

Rocznie w Polsce produkuje się aż 14 mld litrów mleka. Jesteśmy piątym producentem w UE. Gdyby to zmagazynować w jednym czasie i miejscu, musielibyśmy zalać 4,5 tys. Stadionów Narodowych. Co trzecia szklanka naszego mleka trafia za granicę. Cały rynek nabiału jest wart ponad 20 mld zł, czyli ok. 16 proc. całego spożywczego FMCG (skrót od ang. fast-moving consumer goods, czyli produkty szybkozbywalne, do których należą także spożywcze – przyp. red.).

W ciągu ostatnich lat dorobiliśmy się profesjonalnie zarządzanych gigantów takich jak Mlekpol czy Mlekovita. Ta ostatnia była nawet w stanie odkupić zakłady od światowego potentata – Hochlandu. Eksportuje swoje produkty do ponad 160 krajów na całym świecie i jest mlecznym liderem w Europie Środkowo-Wschodniej z przychodami w wysokości 5 mld złotych rocznie.

Olbrzymia większość sektora to jednak niewielkie spółdzielnie. Ich właścicielami są sami rolnicy. OSM-ów w Polsce jest ponad 160! Średnio znajdują się w co drugim mieście powiatowym. I zazwyczaj obracają one setkami milionów złotych. Przykładowo: Okręgowa Spółdzielnia Mleczarska (OSM) z 10-tys. Włoszczowy ma przychody na poziomie niemal pół miliarda zł! To pięciokrotnie więcej niż budżet miasta.
Produkcja masła w zakładzie przetworów mlecznych Spółdzielni Mleczarskiej „Bieluch" w Chełmie. Fot. PAP/Wojciech Pacewicz
Z drugiej strony małe OSM-y często są niedoinwestowane. Brakuje im kapitału, know-how i nowoczesnych technologii. Nierzadko są też siedliskiem korupcji, nepotyzmu, niejasnych operacji finansowych. I jedna po drugiej padają jak muchy. Jednocześnie rękoma i nogami bronią się przed konsolidacją.

Dwa miliony polskich krów

– Arabowie mają ropę naftową, a my mamy mleko. I to jest nasze narodowe bogactwo – przekonuje w rozmowie z Tygodnikiem TVP Dariusz Sapiński, prezes zarządu Grupy Mlekovita.

Jest w tym stwierdzeniu sporo racji. Bo Polska jest – dosłownie – krainą mlekiem płynącą. Od wejścia do UE produkcja mleka zwiększyła się aż o jedną czwartą. Do 14 mld litrów rocznie. Jesteśmy w pierwszej piątce największych producentów we Wspólnocie. Więcej mleka od nas skupują jedynie Niemcy, Francja, Holandia i Włochy. Choć z Włochami bardzo często walczymy o czwartą pozycję. W produkcji globalnej zajmujemy 12. miejsce.

Pogłowie krów mlecznych w Polsce na koniec 2019 roku wynosiło ponad 2 mln sztuk. Co dziesiąta krowa w UE jest więc znad Wisły. Średnio każda z nich „wyprodukowała” w ciągu roku ponad 6 tys. litrów mleka. To zdecydowanie mniej niż średnia UE, ale zdecydowanie więcej niż jeszcze 10 lat temu. Efektywność tego biznesu rośnie, bo rolnicy stawiają na nowe technologie, nowoczesne żywienie zwierząt i profesjonalizację gospodarstw.

Rzuciła Wall Street, żeby robić ser w Tyliczu. Amerykanka za granicą mówi, że jest Polką

Jestem samotna, żyję w obcym kraju i jakimś cudem sobie radzę – mówi Beth Macatee.

zobacz więcej
Tyle że ich struktura ciągle jest bardzo nieatrakcyjna ekonomicznie. – W Polsce mamy niemal ćwierć miliona gospodarstw mlecznych – tłumaczy Dorota Śmigielska, analityk rynku mleka z Polskiej Federacji Hodowców Bydła i Producentów Mleka. – Niestety, mamy też bardzo duże rozdrobnienie produkcji. Około 70 proc. stanowią małe gospodarstwa utrzymujące do 9 sztuk. Duże gospodarstwa, czyli takie od 100 sztuk i więcej stanowią niecały procent.

Dlatego rolnicy, by przetrwać, od czasów II RP tworzyli spółdzielnie mleczarskie. Wspólnymi siłami stawiali zakład produkcyjny i przetwarzali mleko. W zdecydowanej większości na pierwotne produkty, typu ser, twaróg czy serwatka. Spośród siebie wybierali prezesa, zarząd i rady nadzorcze. Każdy z nich jest udziałowcem, a więc współwłaścicielem. W taki sposób w całej Polsce powstało kilkaset OSM-ów.

– Ich rozdrobnienie wynikało z faktu, że mleko było produktem, którego nie dało się wozić w długie trasy – tłumaczy Marcin Hydzik, prezes Związku Polskich Przetwórców Mleka. – Dlatego rolnicy tworzyli lokalne spółdzielnie. Poza tym jego przetwórstwo wymaga potężnych nakładów finansowych. Linie produkcyjne to dziesiątki milionów złotych. Nawet największy hodowca sam nie uruchomi produkcji – dodaje prezes.


Spółdzielczość w takiej formie przetrwała do dziś. Oczywiście poszerzył się zakres dostępnych produktów i ich jakość. Ale pojawiła się również międzynarodowa konkurencja. OSM-y nie wytrzymują rywalizacji ze światowymi korporacjami. Co roku słyszymy o spektakularnych bankructwach. Nieudolnym zarządzaniu. I aferach na setki mln zł. Dość powiedzieć, że w 2015 roku było 177 OSM-ów, a w 2019 – 163.

– Rolnik nie jest księgowym, ekonomistą, marketingowcem i handlowcem w jednym. On chce po prostu produkować mleko i dostawać za to pieniądze. Liczy więc, że jego sprawy załatwiać będzie spółdzielnia. A nawet mała spółdzielnia w kilkutysięcznym miasteczku obraca dużymi pieniędzmi – tłumaczy Hydzik.

Dla niejednego prezesa takiej firmy to potężna pokusa, by uszczknąć trochę z tego dla siebie.

Spółdzielcza piramida finansowa

Modelowym wręcz przykładem wszystkich możliwych patologii, które trapią rolniczą spółdzielczość jest sprawa Rypińskiego Okręgowego Towarzystwa Rolniczego.

Do „wystawionych” przez prezesa ROTR Mariusza Trojakowskiego zalicza się nawet sam minister rolnictwa Jan Ardanowski. – Przywiozłem tutaj posłów z komisji rolnictwa. Wydawało mi się, że spółdzielnia jest w przyzwoitym stanie. Gdybym wiedział w jakim jest, wstydziłbym się ją pokazywać posłom z całej Polski. Pan prezes był bardzo przemądrzały, wszystkie rozumy pozjadał. Może i były możliwości ratowania spółdzielni parę lat temu, ale tam wesoło było jak na Titanicu – w tak dosadnych słowach o prezesie wypowiadał się minister Ardanowski w czasie, gdy wiadomo już było, że ROTR jest na skraju bankructwa.
Spółdzielnie mleczarskie masowo zaczęły powstawać w II RP. Na zdjęciu: Spółdzielnia Mleczarska w Brzeźnicy. Fot. NAC/IKC
Spółdzielnia założona zostało w 1926 r. Przetrwała II wojnę światową, okres PRL-u, przemiany ustrojowe lat 90. Przez lata należała do ścisłej mlecznej czołówki regionu, a surowiec dostarczali jej rolnicy z obszaru 5 województw i 27 powiatów. W najlepszych czasach przerabiała około 600 tys. litrów mleka na dobę. Nie wytrzymała dopiero prezesury Mariusza Trojakowskiego.

Jak można przeczytać na jego profilu Linkedin, prezesem był od 1993 r. do 2018 r., czyli 25 lat. Nam udało się ustalić, że jego średnie miesięczne wynagrodzenie wynosiło ponad 26 tys. zł brutto. Inni członkowie zarządu też do biednych nie należeli. Otrzymywali ponad 15 tys. zł. Były prezes w rozmowie z Tygodnikiem TVP zaprzecza. Twierdzi, że stawki nie były aż tak wysokie, sam zarabiał „po kilkanaście tysięcy zł miesięcznie”. Tyle że w kujawskim miasteczku liczącym 17 tys. mieszkańców, dla większości pracowników taka kwota jest wręcz niewyobrażalna.

Zwłaszcza że mówiło się tu wręcz o „mlecznej piramidzie finansowej”. Po załamaniu się rynku wschodniego (Rosja w 2014 r. wprowadziła embargo na polski nabiał), mleczarnia nie znalazła innych rynków zbytu. Nastąpiło załamanie finansów. Od 2014 r. spółdzielnia przynosiła straty.

Jesteście patriotami? To zaciśnijcie zęby i pracujcie dla Polski

Roman Kluska: Gdyby Polacy mieli takie regulacje prawne jak Anglicy, to nikt w Europie nie miałby z nami szans. Polacy są innowacyjni i pracowici.

zobacz więcej
Prezes kupował więc mleko od dostawców, ale płacił im z wielomiesięcznym opóźnieniem. Jednocześnie swoje produkty sprzedawał w ramach przedpłat, by mieć na bieżące zobowiązania. Czyli po o wiele niższych cenach. Oznaczało to, że w niektórych przypadkach za surowiec mógł płacić więcej niż za ostateczny produkt na sklepowej półce otrzymywał. Coroczny ujemny bilans finansowy nie mógł trwać w nieskończoność. Zastosowano więc tzw. kreatywną księgowość.

Logo za 22 mln zł

– Jeszcze w 2014 r. zaksięgowano kwotę 107 tys. zł w pozycji „wartości niematerialne i prawne” – wylicza Tomasz Ślęzak, dziennikarz Tygodnika Rolniczego, który zajmował się sprawą upadłości spółdzielni. – Złożyła się na nią wartość licencji i programów elektronicznych. W 2015 r. ROTR kolejny raz zanotował stratę: 641 tys. zł. Faktycznie zaś zarząd podał, że „Podstawową pozycją w przychodach operacyjnych był przychód z wyceny znaku towarowego na kwotę 15,9 mln zł”. Władze spółdzielni postanowiły, że dodadzą wartość znaku towarowego „ROTR”, „Delikt” i „Delikt Blanco”, co pozwoliło zamaskować faktyczne jej straty. Nie podano jednak, jaka była metodologia określenia wartości słabo rozpoznawalnych marek – tłumaczy Ślęzak.

W kolejnych latach sytuacja się powtórzyła. Wartość składników niematerialnych i prawnych oszacowano na kwotę ponad 22 mln zł! Absurdalna wycena nikomu nieznanego logo miała pozwolić zarządowi trwać jeszcze przez jakiś czas. Trojakowski broni się, że to nie on doprowadził do kuriozalnej wyceny logotypów.

– To nie ja podejmowałem decyzję. Prezes i zarząd nie mieli nic do powiedzenia – mówi były prezes. Twierdzi, że kontrowersyjne decyzje podejmowali „przedstawiciele właścicieli”, a zatwierdzali je biegli rewidenci. Przedstawiciele właścicieli to walne zgromadzenie. Były prezes bardzo chętnie powołuje się na prawo spółdzielcze. Na niemal każde nasze pytanie o ROTR odsyła nas właśnie do niego. Niestety biegła znajomość prawa spółdzielczego nie uchroniła spółdzielni przed upadkiem.

Na nasze stwierdzenie, że firma mogła być nieprawidłowo zarządzana, Trojakowski odpowiada, że to wyłącznie nasz pogląd. – Ja sobie mam wiele do zarzucenia, ale nie mam ani potrzeby, ani ochoty o tym z panem rozmawiać. I tak robię uprzejmość, że z panem rozmawiam – usłyszeliśmy, gdy zapytaliśmy o poszkodowanych rolników i kontrahentów. Były prezes chłodno przyznaje, że „spółdzielnia zostawiła niespłacone zobowiązania”. Zupełnie jakby nie zdawał sobie sprawy z tego, że kryją się za tym ludzkie dramaty.

Dowiedzieliśmy się także, że Trojakowski „nigdy nie miał, nie ma i nie będzie mieć zarzutów prokuratorskich” związanych ze sprawą ROTR-u.

Suchej nitki na fikcyjnej wycenie logotypów nie zostawia za to syndyk masy upadłościowej Sylwester Zięciak. Uważa, że jedynie największe podmioty gospodarcze w Polsce mogłyby określić wartość ich marek na ponad 20 mln zł. Na pewno nie lokalna spółdzielnia mleczarska. A to nie jedyne zaniedbania w ROTR.

Do tego dochodził przerost zatrudnienia. W kluczowym okresie w spłódzielni pracowało 290 osób. Koszty utrzymania zarządu również były niebotyczne. Najgorszym zaniedbaniem był jednak brak inwestycji w linie technologiczne.

Zakład nie był atrakcyjny dla potencjalnych inwestorów. Zwłaszcza gdy był już na skraju bankructwa. Prezes Sapiński z Mlekovity również nie był zainteresowany jego ofertą. Inny prezes z branży mlecznej, chcący pozostać anonimowym był bardziej dosadny: „To jest dzisiaj nic nie warte. Nikt nie wyłoży za Rypin nawet złotówki” – stwierdził.
Pokaz bydła mlecznego na terenie Międzynarodowych Targów Poznańskich podczas Narodowej Wystawy Zwierząt Hodowlanych w 2019 roku. Fot. PAP/Jakub Kaczmarczyk
Jego słowa się potwierdziły. Syndyk masy upadłościowej nie sprzedał w całości zakładu nikomu.

Sęk w tym, że za doprowadzenie do bankructwa spółdzielni prezes Trojakowski nie poniósł dotąd żadnych konsekwencji. Mało tego. Jak udało się nam ustalić, dzisiaj jest dyrektorem generalnym w spółce Protech, która na swej stronie internetowej chwali się, że jest jedną z największych galwanizerni w Polsce. O sobie Trojakowski mówi, że „jest managerem z doświadczeniem i sukcesami w sektorze przetwórstwa rolno-spożywczego”.

Mleczny gang z Gostynia

– Kierowcy we współpracy z dostawcami samodzielnie przerabiali instalację do poboru mleka tak, by licznik nie ewidencjonował faktycznego poboru. Polegało to na wspawaniu dodatkowych zaworków z obejściem instalacji zliczającej pobrane mleko. W ten sposób okradani byli uczciwi dostawcy. Chociaż pobrane zostało 500 l, to przez dodatkowy zawór kierowca mógł oszukać dostawcę na 60 l. Ta nadwyżka była później zaliczana na konto dostawcy zamieszanego w oszustwo – tłumaczy mechanizm okradania SM w Gostyniu przez jej kierowców mecenas Karolina Wojtas.

Dzięki temu dniówka „przedsiębiorczego” kierowcy mogła wynieść nawet tysiąc zł. Dodatkowe 300 zł zarabiał jego wspólnik, czyli nieuczciwy rolnik. Kierowcy fałszowali również działania urządzeń pomiarowych. W taki sposób dostarczali mniej mleka, niż było w dokumentacji. A różnicę zostawiali sobie.

Prokuratura uważa, że proceder mógł być trwać od 2008 roku. Z jej wyliczeń wynika, że tylko przez 4 miesiące spółdzielnia straciła ponad 6 mln zł. W Gostyniu można było mówić o prawdziwej mafii mlecznej. Śledczy posunęli się nawet do założenia podsłuchów czterem najaktywniejszym oszustom. Dzięki tak zdobytym informacjom, poznali szczegóły procederu. Kierowcy wręcz chwalili się tym, kto ile w danym dniu ukradł mleka. Prokuratura postawiła zarzuty 50 osobom. Zarówno kierowcom, jak i dostawcom mleka. Przerobione instalacje odkryto w 18 cysternach.

Kogo mleko zabija, kogo uzdrawia? Komu szkodzi - i dlaczego są to Azjaci, Afrykańczycy, Latynosi oraz... Finowie

Fermentowanie mleka pozwala je lepiej trawić. A to nasi praprzodkowie dali tę technologię światu! Na Kujawach wytwarzano ser już 6 tys. lat temu.

zobacz więcej
I to nie jest odosobniony przypadek. Na początku czerwca OSM w Radomsku złożyła zawiadomienie do prokuratury, że padła ofiarą oszustów. Tam również kierowcy we współpracy z rolnikami mieli fałszować dane i dolewać wody do dostarczanego mleka. Kradzież mleka mogła mieć decydujący wpływ na podjętą przez zarząd decyzję o zamknięciu Zakładu Produkcji Mleczarskiej w Nowym Targu. Czyli filii OSM Radomsko.

100 proc. polskiego kapitału

– Takich przypadków jest zapewne więcej i pewnie zabrakłoby miejsca, żeby w reportażu je wszystkie opisać. Ale to nie oszuści czy nieudolni prezesi są najczęstszą przyczyną upadku lokalnych spółdzielni – tłumaczy Hydzik. – Zazwyczaj to przerost ambicji zarówno zarządu jak i rolników oraz ich niechęć do łączenia się w większe podmioty powodują, że OSM wypada z rynku – dodaje prezes Związku Polskich Przetwórców Mleka.

Bo rzeczywiście niechęć branży do konsolidacji jest niesłychana. Hydzik uważa, że lokalni menadżerowie wolą być prezesami małych zakładów niż dyrektorami w potężnym konglomeracie. Tyle tylko, że to poważny błąd. Bo spółdzielnie mają co prawda duże przychody, ale już z zyskownością jest u nich kiepsko.

OSM w Łowiczu ma przychody przekraczające miliard złotych. Ale zarówno za 2017 rok, jak i 2018 wygenerowała stratę. Mniejsze podmioty nie mają też takich zysków, by móc inwestować w najnowsze technologie i się rozwijać. A więc po prostu trwają na lokalnych rynkach, coraz bardziej odstając od światowych gigantów.

Dawno zrozumieli to prezesi podlaskich podmiotów. Grajewski Mlekpol i Mlekovita z Wysokiego Mazowieckiego oddalone są od siebie o 30 km. A łącznie mają przychód na poziomie niemal 10 mld zł.

Zwłaszcza Mlekovita stawia na konsolidację, inwestycje w linie produkcyjne, nowoczesne fabryki, sztuczną inteligencję i, przede wszystkim, eksport. Ponad 30 proc. jej sprzedaży idzie za granicę. Pod swoją marką połączyła już 20 zakładów produkcyjnych w całej Polsce. Zatrudnia 5 tys. pracowników, choć jej centrala znajduje się w mieście liczącym 8 tys. mieszkańców.
NAJWIĘKSZE MLECZARNIE W POLSCE:
* Spółdzielnia Mleczarska Mlekovita
* Spółdzielnia Mleczarska Mlekpol w Grajewie
* Danone
* Okręgowa Spółdzielnia Mleczarska w Łowiczu
* Okręgowa Spółdzielnia Mleczarska w Piątnicy


Firma nie przejada zysków. W przeciągu ostatniej dekady zainwestowała ok. miliard złotych! Sama budowa Fabryki Proszków Mlecznych pochłonęła 300 mln zł. Ale dzięki niej firma wytwarza produkty, które trafiają do ponad 160 krajów na świecie. Dzisiaj może pochwalić się ponad tysiącem artykułów. I siecią ponad 120 własnych sklepów.

– Mniejsze podmioty samodzielnie nigdy czegoś takiego nie zbudują. W związku z tym nigdy nie wyjdą poza swój region – przekonuje Hydzik. Ale też zbudowanie takich gigantów trwa latami. I wymaga współpracy oraz wzajemnego zaufania: rolników, producentów, przetwórców i managerów.

Do tego polskie podmioty miały o wiele trudniejszą drogę do sukcesu niż ich zachodni konkurenci. Na początku lat 90. Polska otworzyła swoje rynki. Zachodnie firmy miały nieograniczony wręcz kapitał i dostęp do o wiele tańszych linii kredytowych. A przede wszystkim do know-how. Doskonale wiedziały, jak sprzedać się marketingowo w postsowieckim kraju, jakim była Polska. W końcu były „z lepszego świata”. My mieliśmy za to hiper-inflację i radzieckie technologie. A mimo tych wszystkich przeciwności udało się nam „wyhodować” prawdziwe wizytówki Polski na świecie. Dziś na 5 największych mleczarni w naszym kraju, aż 4 mają w 100 proc. polski kapitał. – Cieszę się, że to właśnie nasza branża potrafiła skutecznie przeciwstawić się międzynarodowej konkurencji – mówi na koniec Sapiński.

– Karol Wasilewski

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy

Zobacz więcej
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Talibowie. Who is who. Przewodnik po władzach Afganistanu
Są w nich nie tylko terroryści, ale też uczestnik negocjacji z Donaldem Trumpem i… były współpracownik CIA.
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Ze skoczni na rower. Z nart na bieżnię. Z płotków na bobsleje
Primož Roglič i inni sportowcy wszechstronni.
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Eksperci – największa plaga Ameryki
Fachowcy od urządzania innym życia wedle naukowych metod.
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Dlaczego cukrzycy są bardziej narażeni na ciężki COVID-19?
Czwarta fala może być niewesoła, jeśli wziąć pod uwagę, że w otyłości dobiliśmy do statystyk USA!
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Eurokraci zgrzytają zębami. Francuz gorszy niż Polacy
Kandydat na prezydenta Francji zaatakował podstawy Unii Europejskiej, której przez dekady wiernie służył.