Cywilizacja

Pożegnanie z prezydentem? Jego następcą może być zwolennik ochrony wszelkich mniejszości

4 listopada tego roku – dzień po wyborach odbywających się tradycyjnie w pierwszy wtorek po pierwszym poniedziałku miesiąca – powinniśmy wiedzieć, kto został prezydentem Stanów Zjednoczonych. U progu wakacji coraz więcej znaków wskazuje na to, że 20 stycznia przyszłego roku przysięgę będzie składał 78-letni wówczas Joe (Joseph) Biden.

Jeśli wierzyć badaniom opinii publicznej, gdyby wybory odbyły się na początku lipca, urzędujący prezydent USA Donald Trump przegrałby z kretesem. Więcej, pociągnąłby za sobą kandydatów Partii Republikańskiej tak, że oprócz Białego Domu straciliby także kontrolę nad Senatem. Notowania Trumpa są tak złe, że media głównego nurtu zachowują się niemal tak, jakby rzeczą pewną było, iż Biden zostanie 46. prezydentem USA.

Nie mówią prawdy ankieterom

Według ośrodków badania opinii publicznej Joe Biden prowadzi niemal wszędzie. W ogólnokrajowych sondażach z reguły wyprzedza Trumpa o 7-9 proc, choć zdarza się i przewaga 10-punktowa. Co ważniejsze – bo przecież formalnie wyborów prezydenta dokonuje Kolegium Elektorów na podstawie wyników w poszczególnych stanach, gdzie obowiązuje zasada „zwycięzca bierze wszystkie głosy elektorskie przypadające stanowi” – kandydat Partii Demokratycznej zdecydowanie prowadzi w kilku tzw. stanach wahadłowych (nie głosujących zawsze na tę samą partię), które dały nikłe zwycięstwo Trumpowi cztery lata temu – Pensylwania, Michigan, Wisconsin, a nawet na Florydzie i w Arizonie.

Prezydent Trump – według Instytutu Gallupa – cieszy się aprobatą zaledwie 38 proc. rodaków, co oznacza aż 11-punktowy spadek w porównaniu do rekordowych dla całej kadencji 49 proc. z początków maja. Jeśli popatrzeć głębiej, obecny lokator Białego Domu traci wśród najwierniejszego elektoratu: białych mężczyzn, osób starszych, mieszkańców Południa.
"Prezydenckie" bluzy na wystawie sklepu w Wildwood w New Jersey. Fot. Mark Makela/Getty Images
Jedyną grupą, w której Trump prowadzi są biali bez studiów wyższych (57 proc.), choć i tutaj widać tąpnięcie w porównaniu do średniej od stycznia do maja (66 proc.). Komentarz Instytutu Gallupa powinien być kubłem zimnej wody dla sztabowców Trumpa: „spadek notowań Trumpa stawia go w jednym rzędzie z Jimmy'm Carterem i George’em H. W. Bushem (seniorem), ostatnimi jednokadencyjnymi prezydentami, którzy również notowali aprobatę poniżej 40 proc. w czerwcu, w roku kampanii reelekcyjnej”.

Czy wszystko jest zatem już rozstrzygnięte? Do wyborów prawie 120 dni, biorąc pod uwagę dynamikę zdarzeń w 2020 roku, naprawdę wszystko może się zdarzyć. Sztabowcy obecnego prezydenta podkreślają, że latem 2016 r. także wszystkie sondaże i analizy zdawały się wskazywać, że kandydat Trump dostanie wyborcze baty od Hillary Clinton. Przełomowa okazała się jesień, a zwłaszcza październik tamtego roku, więc sztabowcy kampanii reelekcyjnej liczą na powtórkę. Dodatkowo – przekonują – sondaże nie są miarodajne, ponieważ część ludzi nie mówi ankieterom, że będą głosować na Trumpa.

Przebudzenie Józia

Są jednak dwa problemy z tym rozumowaniem. Po pierwsze, Joe Biden jest o wiele silniejszym rywalem niż pani Clinton, za którą ciągnęła się pamięć o skandalach i niejasnych sprawkach jej samej i jej męża, byłego prezydenta Billa Clintona, a wielu Amerykanów odstraszała także myśl o kolejnej – po Bushach – prezydenckiej dynastii. Na tym tle Joe Biden się wyróżnia – szersza publika nie kojarzy go jak dotąd ze skandalami, a raczej z tym, że był przez osiem lat wiceprezydentem u boku Baracka Obamy, który u ludzi o lewicowych poglądach w Ameryce wciąż cieszy się statusem wielkiej gwiazdy. Po drugie, Trump ma ze sobą bagaż 3,5-letnich rządów, których obiektywną ocenę często uniemożliwiała ostra retoryka stosowana przez obecnego lokatora Białego Domu.

Jeszcze w lutym amerykańska gospodarka była niczym dobrze naoliwiony silnik: bezrobocie na wyjątkowo niskim, ledwie 3,5-procentowym poziomie, a giełda w Nowym Jorku biła wszelkie rekordy. Trump, pomimo mocnego stylu wydawał się płynąć ku reelekcji niczym pełnomorski jacht z wiatrem w żaglach.

Odbierany jako główny rywal do Białego Domu były wiceprezydent Joe Biden, nazywany przez prezydenta „Przysypiającym Józiem” (Sleepy Joe) wydawał się być w (wyborczym) lesie. Słabo prezentujący się na wyborczym szlaku, niemrawy i pozbawiony energii 77-letni kandydat nie potrafił poradzić sobie z demokratyczną kontrkandydaturą Berniego Sandersa. Ten otwarcie deklarujący swoje socjalistyczne poglądy 78-letni senator ze stanu Vermont, któremu ledwie parę miesięcy temu wszczepiono w serce tzw. stenty, wyglądał o wiele lepiej, niesiony entuzjazmem setek tysięcy wolontariuszy i aktywistów będących prawdziwą „armią Berniego”.
Prezydent Donald Trump 8 lipca 2020. Fot. Al Drago/Bloomberg via Getty Images
Establishment Partii Demokratycznej wpadł w panikę, że entuzjastyczna, socjalizująca młodzież wybierze na kandydata w listopadowym starciu o prezydenturę zdeklarowanego lewicowca, co znacznie ułatwiałoby zadanie Trumpowi już gotowemu do starcia pod hasłem „socjalistom mówimy nie”. Wszyscy politycy Partii Demokratycznej stojący na prawo od Sandersa zmobilizowali się, a i Biden znacznie polepszył i zaostrzył swoją kampanię.

Trzy miesiące „w piwnicy”

Efektem było spektakularne zwycięstwo w prawyborach w stanie Karolina Południowa, pierwszym (po prawyborach w Iowa, New Hampshire i Nevadzie) stanie Południa. To tam Biden pokazał się jako sprawny i energetyczny kandydat, który potrafił rozpalić wyborców, zdobywając 48 proc.głosów. Wśród czarnoskórych wyborców wręcz zdeklasował rywali, uzyskując 61 proc. głosów. Zwycięstwo w Karolinie Południowej zadziałało niczym katapulta: w kolejnych prawyborach, będąc najbardziej umiarkowanym z kandydatów, Biden pokonał rywali, jeszcze przed wybuchem pandemii koronawirusa zapewniając sobie nominację na kandydata Partii Demokratycznej.

A potem przyszedł wirus z Chin i właściwie od połowy marca aż do końca maja niemal zupełnie zatrzymał życie w Stanach Zjednoczonych. Ze względu na restrykcje dotyczące podróży oraz wieców wyborczych Biden ograniczył się do występów telewizyjnych i internetowych ze swojego domu w Wilmington, w stanie Delaware. I te trzy miesiące „w piwnicy” wzmocniły go. Przede wszystkim nie dały mu szans na popełnianie gaf, które wcześniej zdarzały mu się nader często.

Na pierwszej linii frontu znalazł się za to prezydent Donald Trump. A przecież to był okres największego kryzysu związanego z pandemią (który spowodował stratę, przynajmniej czasowo, nawet 40 milionów miejsc pracy oraz śmierć – w momencie, gdy piszę te słowa – co najmniej 130 tysięcy Amerykanów). Był to czas zamieszek i burd na ulicach po zabiciu przez białego policjanta, czarnoskórego George’a Floyda. W ten sposób to Trump zaczął kojarzyć się z kryzysem i upadkiem Ameryki, co jego przeciwnikom dało asumpt do używania określenia „recesja Trumpa”. Biden zastosował starą jak świat zasadę: jeśli twój polityczny przeciwnik dokonuje samozagłady, nie wolno mu w tym przeszkadzać.

„Bidenski” z Delaware

Kim jest Joe Biden? Urodzony w 1942 r. w Scranton (Pensylwania), Biden niemal całe życie związany jest ze stanem Delaware. Prawnik, w 1973 r. został reprezentantem Delaware w Senacie USA, stając się w wieku 31 lat jednym z najmłodszych senatorów w historii. Wybierany łącznie siedem razy, był senatorem do 2009 r., gdy zrezygnował po zaprzysiężeniu na urząd wiceprezydenta USA (w latach 2009-17 u boku prezydenta Baracka Obamy, z którym w duecie wygrał wybory prezydenckie 2008 i 2012). Jako senator pełnił m.in. funkcję przewodniczącego Komisji Stosunków Międzynarodowych.
Barack Obama i Joseph Biden jeszcze jako senatorowie w 2005 roku. Fot. Mark Wilson/Getty Images
Zawsze raczej życzliwy wobec Polski (lubił żartować, wabiąc miejscowych wyborców o polskich korzeniach, że jego prawdziwe nazwisko to „Bidenski”), czemu dał wyraz, popierając aspiracje Polski, Czech i Węgier do przystąpienia do NATO i oddając głos „za” w 1999 r.

Biden dwukrotnie bez powodzenia startował w prawyborach prezydenckich Partii Demokratycznej (1988 i 2008 r.). Wydawał się naturalnym następcą Obamy w wyborach w 2016 r., ale nie zdecydował się na start, głównie za sprawą zakulisowych nacisków ze strony sztabu Hillary Clinton, dla której był najpoważniejszym rywalem w walce o nominację.

W tym wizerunku typowego polityka gabinetowego, który całe zawodowe życie spędził, żyjąc na koszt podatnika, są dwa wątki, które czynią postać Bidena nieco bardziej atrakcyjną dla przeciętnego wyborcy. Bo pokazują go jako człowieka, który sam będąc częścią elity, musiał walczyć z przeciwnościami losu, jak ów przysłowiowy Joe, hydraulik z małego miasteczka.

Napić się piwa i pogwarzyć

Oba wiążą się z rodzinnymi tragediami. 18 grudnia 1973 r. zaledwie kilka tygodni po wyborze Bidena na senatora, w wypadku samochodowym zginęła żona Neilia oraz roczna córeczka Naomi, a dwóch synów: 4-letni Beau oraz 3-letni Hunter odnieśli obrażenia. Wcześnie owdowiały Biden musiał łączyć karierę waszyngtońskiego polityka z obowiązkami ojca. Przez prawie pięć lat (aż do ślubu z obecną żoną, Jill) samotnie wychowywał dzieci. Aby być z synami, każdej nocy codziennie odbywał 90-minutową podróż pociągiem do Waszyngtonu i z powrotem do Wilmington w stanie Delaware.

W maju 2015 r., kiedy był wiceprezydentem, w wieku 46 lat zmarł jego syn Beau, który kilka lat chorował na raka mózgu. Przedwczesna śmierć drugiego dziecka była wielkim ciosem, tym bardziej, że to właśnie Beau był kontynuatorem politycznych tradycji rodzinnych. Przez osiem lat był prokuratorem generalnym stanu Delaware i gdyby nie przedwczesna śmierć, zostałby pewnie wybrany na gubernatora. W międzyczasie jako oficer stanowej Gwardii Narodowej przez rok służył w czasie wojny w Iraku.

Wszystko to sprawia, że Biden uchodzi za człowieka bliższego „normalsom” z amerykańskich miasteczek, za takiego „Joe”, z którym każdy mógłby napić się piwa i pogwarzyć. W kontraście do Trumpa, który od zawsze był członkiem finansowej elity i żyjąc w przepychu, tylko udaje populistę oraz przyjaciela ludu. Słowem dobry, porządny i uczciwy człowiek – przynajmniej taki obraz stara się sprzedawać sztab kandydata.
Krajowa konwencja wyborcza Partii Demokratycznej w kwietniu 2008 roku. Na zdjęciu kandydat na wiceprezydenta senator Joe Biden z synem prokuratorem generalnym stanu Delaware Beau Bidenem. Fot. Justin Sullivan/Getty Images
Nie ma wielkich wieców

Zupełnie inny obraz wyłania się z przekazu Republikanów. Według nich Biden to „Przysypiający Józio”, ze względu na swój wiek mający kłopoty z ogarnięciem rzeczywistości i kojarzeniem faktów. Pada nawet określenie „maszyna do produkcji gaf”. Dodatkowo, jako polityk waszyngtońskiej elity od 1973 r. jest częścią problemu, a nie rozwiązaniem dla Ameryki. Należy do „politycznego bagna”, które w 2016 r. obiecał osuszyć Trump.

Problem polega na tym, że sztab Trumpa mimo wydania setek milionów dolarów na kampanię, będzie miał duży problem z takim przedstawieniem Bidena milionom wyborców. Pandemia koronowirusa sprawia, że nie ma wielkich wieców, podczas których można grać na emocjach elektoratu. Kampania toczy się głównie w internecie, a więc w środowisku znacznie łatwiejszym do kontrolowania przez oba sztaby, ale równocześnie dającym mniejsze szanse narzucenia nowej narracji.

Otoczenie Bidena zdaje się skwapliwie korzystać z okazji, starając się ograniczać jego wystąpienia, chroniąc go przed możliwością popełnienia błędu czy gafy. Już teraz zapowiedziano, że odbędą się najwyżej trzy debaty prezydenckie, pod warunkiem, że zostaną spełnione warunki ochrony sanitarnej. „Będę się stosował do zaleceń lekarzy, nie dla własnego dobra, ale dla dobra kraju. A to oznacza, że nie będzie wieców wyborczych” – zadeklarował niedawno Biden, podtrzymując narrację swojego sztabu: kandydat jest odpowiedzialny i kieruje się opinią fachowców, którzy w czasach pandemii zalecają zachowanie dystansu społecznego.

Żyć z wirusem

Wybór pomiędzy Bidenem a Trumpem to tak naprawdę spór o to, co jest albo raczej ma być „nową normalnością” w czasach kryzysu, w jakim znajduje się Ameryka na kilku frontach na raz. W wizji Bidena „normalność” to powrót do czasów sprzed Trumpa, gdzie kryzysy rozwiązuje się poprzez szukanie tego, co łączy i próbę – ewolucyjną – zmiany obowiązującego prawa czy wprowadzenia gwarantujących postęp ustaw.

Zwłaszcza jeśli chodzi o gorącą ostatnio kwestię – rzekomego czy realnego – „strukturalnego rasizmu”, na jaki narażeni są czarni mieszkańcy USA. „Historia tego kraju uczy nas, że nawet w najciemniejszych momentach rozpaczy, dokonywaliśmy największego postępu” – deklarował niedawno Biden, przekonując, że Ameryka „wciąż jest krajem Roosevelta i Eisenhowera, Rose Parks i Martina Luthera Kinga, Jonasa Salka i Neila Armstronga”, czyli Demokratów i Republikanów walczących o równe prawa czarnoskórych oraz dwojga zasłużonych białych obywateli: wynalazcy szczepionki na polio i pierwszego człowieka na Księżycu. Jednocześnie Biden oskarżył Trumpa o demontaż wszystkich „zabezpieczeń prawnych” chroniących amerykańską demokrację oraz umożliwiających dalszy postęp „ku jeszcze większej jedności” Amerykanów.

W bazie blisko Waszyngtonu czekają żołnierze z bagnetami na karabinach

Im szybciej zgromadzisz oddziały i zdominujesz pole walki, tym szybciej zagrożenie zniknie – mówił o strategii wobec zamieszek sekretarz stanu Mark Esper.

zobacz więcej
Generalnie Biden to typowy przedstawiciel Partii Demokratycznej: opowiada się za większą ingerencją państwa w życie obywateli, rozbudowę programów socjalnych, jest też ortodoksem, jeśli chodzi o ochronę wszelkiego rodzaju mniejszości.

Dla odmiany prezydent Trump obecnie postawił mocno na przekaz „prawo i porządek”, odwołując się do mitycznej „milczącej większości” Amerykanów. Podczas wystąpienia z okazji Dnia Niepodległości, przemawiając przed Górą Rushmore (gdzie wykuto w skale twarze prezydentów Waszyngtona, Jeffersona, Theodore’a Roosevelta i Lincolna), ostrzegał przed „lewicową rewolucją kulturową, która próbuje obalić Rewolucję Amerykańską”, a która przejawia się w „bezlitosnej próbie wygumkowania naszej historii, zbrukania naszych bohaterów, wymazania naszych wartości oraz indoktrynacji naszych dzieci”.

Trump namawia nie tylko do udziału w wojnie kulturowej, ale przede wszystkim zapewnia, że Ameryka powraca do normalności po niemal całkowitym zamrożeniu życia społecznego i gospodarczego w czasie pandemii, a Amerykanie muszą po prostu nauczyć „żyć z wirusem”.

Po czterech latach emocji

Na początku lipca wydaje się, że wybory będą niczym referendum i nie jest to dobra wiadomość dla Trumpa, którego osoby dotyczyć będzie najprawdopodobniej symboliczne pytanie referendalne. Jak trzeźwo zauważył były szef personelu Białego Domu Mick Mulvaney, jeśli wyborcy uznają, że to okazja, aby ocenić osobowość prezydenta Donalda Trumpa, to lokator Białego Domu będzie miał „pod wiatr” – czyli, innymi słowy, może przegrać. – Jeśli prezydent potrafi powrócić do zarysowania kontrastu pomiędzy nim a Bidenem, poradzi sobie bardzo dobrze. Powie bowiem wyborcom: jeśli mnie zatrudnicie, otrzymacie to i to. Jeśli wybierzecie Bidena, skończycie sami, bez pracy – mówił Mulvaney w wywiadzie telewizyjnym. Sęk w tym, że największym wrogiem Donalda Trumpa wydaje się być sam Trump. Zamiast z żelazną dyscypliną przypominać wyborcom „ekonomiczny przekaz” (na tym polu wyborcy wciąż ufają Trumpowi bardziej niż Bidenowi), że gospodarka się odradza, bo jej fundamenty są stabilne, że wybór Bidena oznacza nieuchronną podwyżkę podatków (choćby na sfinansowanie pomysłu powszechnej państwowej służby zdrowia oraz innych programów socjalnych), Trump uzbrojony w dostęp do Twittera raz po raz wypuszcza do obserwujących go 80 milionów ludzi komunikaty, które wywołują duże emocje zarówno wśród najtwardszych zwolenników, jak i najbardziej zaciekłych przeciwników.

Pytanie tylko, czy Amerykanie po czterech latach takich emocji, po kryzysie spowodowanym pandemią oraz zamieszkami na ulicach miast, nie wybiorą Bidena, który obiecuje nie tylko, że nie będzie używał Twittera w Białym Domu, ale także po prostu nieco więcej spokoju.

– Jeremi Zaborowski z Chicago

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy

Zdjęcie główne: Joe Biden podczas konferencji prasowej 25 czerwca 2020 w Lancaster w stanie Pensylwania. Fot. Joshua Roberts/Getty Images
Zobacz więcej
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Od milionera do zera. Czyli: czego nie życzymy Idze Świątek
Polska tenisistka na kortach zarobiła już grubo ponad 10 mln złotych. Ale musi pamiętać, że większość gwiazd sportu bankrutuje krótko po zakończeniu kariery.
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Kim są panie, które każą „wypier…”? Mapa polskiego feminizmu
Przyszłość polityki czy gwiazdy jednego sezonu?
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Wojna siedemdziesięciolatków. Czy o wyniku zdecydują „wstydliwi”?
Już wiadomo, kto przez najbliższe 4 lata będzie lokatorem Białego Domu: biały mężczyzna o w podeszłym wieku o jasnych włosach.
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Nowe zaburzenie w czasach pandemii: lęk przed odcięciem od lajków
Czy można zachować psychiczną równowagę, gdy zarówno nauka, czas wolny, jak i kontakty z rówieśnikami są on line?
Cywilizacja Poprzednie wydanie
Zrozumiały strach lekarzy. I jego możliwe tragiczne skutki
Dlaczego medycy „dezerterują” w czasie pandemii?