Kultura

Wino, spaghetti i krew. Koniec mitu „Ojca Chrzestnego”

W kinach „Zdrajca” Marco Bellocchio. W TVP Kultura serial „Gomorra”. Oba mocno uderzają w wizerunek włoskiego gangstera stworzony przed laty przez popkulturę. Czy to koniec romantycznej legendy mafioza, który wykreowali Francis Ford Coppola i Mario Puzo?

Sagę „Ojciec chrzestny” (1972-1991) kończy ujęcie samotnie umierającego na spalonej słońcem Sycylii Michaela Corleone. Biega przy nim tylko pies. Dawny król Newady i Nowego Jorku ma w ostatnich latach życia rozdarte serce po śmierci córki, która na schodach Teatro Massimo w Palermo zostaje przypadkowo zastrzelona w zamachu na Dona Corleone. To kara za grzechy Michaela. Obiecał przecież (chyba Bogu?), że nie będzie więcej zabijał. Oddał władzę w ręce bratanka Vincenzo i wsparł jego wojnę o rodzinną spuściznę. Jednak za bratobójstwo zawsze przyjdzie zapłata.

Kuchnia i mafia

Francis Ford Coppola i Mario Puzo „Ojcem chrzestnym” naznaczyli całe kino gangsterskie szekspirowsko-romantycznym sznytem. Obraz włoskiego mafioza był w ich arcydziele na tyle silny, że sami gangsterzy zaczęli naśladować zachowanie i elegancję Don Vito Corleone oraz jego syna Michaela. Coppola i Puzo stworzyli mityczny świat, w którym obowiązywał zakaz zabijania kobiet i dzieci oraz sprzeciw wobec handlu narkotykami, świat podlany Szekspirem w trzeciej, najmniej cenionej i najbardziej kontrowersyjnej części.
Drugi włosko-amerykański twórca mafijnej legendy Martin Scorsese poszedł w inną stronę. Jego gangsterskie „Ulice nędzy” (1973) były również poszukiwaniem duchowym. O ile katolicyzm był u Coppoli ornamentem, albo nawet maską diabła (rzeź wrogów Michela rozgrywa się podczas chrztu jego syna, gdy on wyrzeka się szatana), to w tej wczesnej filmowej perełce Scorsesego wiara jest próbą ratunku dusz bohaterów.

To znamienne, że Scorsese wrócił do tematu odkupienia gangstera w „Irlandczyku” (2019), czyniąc pokutę w wymiarze katolickim klamrą swoich mafijnych opowieści. To reżyser, który przez całą karierę wadzi się z wiarą (w końcu jest twórcą „Ostatniego kuszenia Chrystusa”), do rozważań na temat katolicyzmu powrócił w „Milczeniu” (2016). Jednak w najciekawszy sposób religijne tematy pojawiają się właśnie w jego kinie gangsterskim. Odkupienie i zdrada są przecież także tematem przewodnim jego „Chłopców z ferajny” (1990) i „Kasyna” (1995).

Czy można powiedzieć, że Coppola i Scorsese pokazali atrakcyjny wizerunek mafii? Czy mogli przyciągać widza do stworzonego przez Luckiego Luciano i Mayera Lansky’ego syndykatu zbrodni? W pewnym sensie tak, jeżeli wierzymy, że serce podbija się przez żołądek, jak mówi stare przysłowie. To ci dwaj filmowcy połączyli włoską kuchnię z wizerunkiem mafioza. Tony Clemenza uczący Michaela Corleone gotować w czasie wojny mafijnej, Paul Cicero, czyli Paulie Vario z Rodziny Lucchese, krojący w więzieniu cienko czosnek na patelnię by sos pomidorowy był smaczny – te obrazy weszły do historii gatunku.

Kolejne mutacje filmów Scorsese i Coppoli były już przesiąknięte mieszanką wina, spaghetti i krwi. Nie jest to obraz nieprawdziwy. Przecież w opartych na faktach „Bugsym” (1991) Barry’ego Levinsona czy „Donnie Brasco” (1997) Mike’a Nicholsa elegancja i zamiłowanie do najlepszej kuchni gangsterów nie były wymysłem scenarzystów.

Dla odmiany Sergio Leone w „Dawno temu w Ameryce” (1984) opowiadał o żydowskiej mafii wpisując w swoją opowieść monumentalność włoskiej opery. Jednak z legendy zrywał maskę. Nie miał żadnych złudzeń, że omerta i lojalność zostały zmitologizowane.

Marksista za kamerą

Natomiast włoscy twórcy – ci zamieszkujący we Włoszech, a nie w USA – o zorganizowanych grupach przestępczych z Sycylii, Neapolu czy Kalabrii opowiadali w kinie w sposób specyficzny. Robili to raczej przez czarny śmiech („Mafiozo” Alberto Lattuady i „Johny Wykałaczka” Roberto Benigniego) niż grozę, szli w kryminał („Corleone” Pasquale Squitieriego czy seriale „Ośmiornica” i „Komisarz Montalbano”) albo w filmy paradokumentalne („Salvatore Guliano” Francesco Rosiego, „Kamorysta” Giuseppe Tornatore).
W bohaterów "Chłopców z ferajny" Martina Scorsese wcielili się (od lewej) Ray Liotta, Robert De Niro, Paul Sorvino i Joe Pesci. Fot. Warner Brothers/Getty Images
Wejście do tego gatunku 80 letniego weterana Marco Bellocchcio jest kolejną ważną zmianą. „Zdrajca” miał mieć premierę w Polsce w marcu tego roku, ale przez pandemię COVID-19 było to niemożliwe. Kina zostały otwarte i wspaniały film Bellocchcio w końcu można podziwiać na dużym ekranie.

To zdumiewające, że twórca „Pięści w kieszeni” (1965) zabrał się za ten temat dopiero teraz. Bellocchcio jest ostatnim z wielkich włoskich filmowców ze złotej ery włoskiego kina w latach 60-ych. Przeżył Viscontiego, Felliniego, Rosseliniego czy Bertolucciego i nadal żwawo kręci filmy społeczne i polityczne. Przyjaźnił się z Pierem Paolem Passolinim i nazywał sam siebie marksistą.

Dziś odcina się od polityki, jego zdaniem bezideowej, choć z listy koalicji socjalistów startował w 2006 roku do Parlamentu Europejskiego. Ten dawny radykalny lewicowy buntownik nieoczekiwanie zainteresował się historią Tomasa Buscetty, najsłynniejszego „skruszonego” gangstera w historii Italii. Reżyser przyznaje w wywiadach, że chciał opowiedzieć o związkach włoskiej polityki i mafii, ale wydaje się, że wrażliwego społecznie twórcę musiało przyciągnąć coś jeszcze.

Buscetta był 14. dzieckiem biednego szklarza z przedmieść Palermo. – Byłem mafiosem z natury. Kiedy przyjęto mnie do klanu z Porta Nuova w 1945 r., to sam z siebie wiedziałem to, czego zamierzali mnie dopiero uczyć – mówił potem w jednym z wielu wywiadów, które udzielał chętnie jako gwiazda mediów. Podkreślał też, że mógł wybrać jedynie drogę gangstera, by wyrwać się z biedy.

Podobnie o swojej młodości opowiadał Martin Scorsese. Twierdził, że na jego ulicy w nowojorskiej Małej Italii można było zostać księdzem, albo gangsterem. Ale on sam został filmowcem.

Ciekawe, że socjalista Bellocchio tego wygodnego usprawiedliwienia Buscetty wcale nie eksploatuje. On wie, że można było wybrać inną drogę.

Opowieść o transakcji

„Zdrajca” nie przez przypadek zaczyna się sceną wesela. Nie tylko nawiązuje w ten sposób do „Ojca chrzestnego”, ale to też okazja, aby pokazać opływającego w bogactwa, obwieszonego złotem w typowy dla nuworyszy sposób Buscettę (absolutnie wybitna rola Pierfrancesco Favino).

Tommaso Buscetta nie jest eleganckim Don Vito, który na weselu córki pomaga przyjaciołom, jednocześnie czyniąc z nich swoich dłużników. Na marginesie dodać trzeba, że dokładnie tak działała Cosa Nostra w czasie spowodowanego COVIDEM włoskiego lockdownu, pomagająca zwykłym mieszkańcom w codziennych sprawach. On jest zdrajcą, który otworzył drogę w walki z sycylijską Cosa Nostrą.
Buscetta był pierwszym, który złamał sycylijską omertę. Dzięki jego zeznaniom doszło do tzw. maksiprocesu, który doprowadził do skazania 362 bossów Cosa Nostry. Z jednej strony wystąpił przeciwko własnym przyjaciołom, stawiając się po stronie zdrajców, ale z drugiej przekonywał, że to Cosa Nostra zdradziła zasady, jakie leżały u jej podstaw.

Wyobrażam sobie, że Coppola z tej historii wyciągnąłby cały szekspirowski potencjał. Bellocchio ucieka przed taką manierą. „Zdrajca” jest opowieścią o transakcji, jaką z gangsterami zawarły organa ścigania pod wodzą Giovanni Falcone (zamordowanego później, w 1992 roku przez mafię w zamachu bombowym).

Włosi mają specjalne słowo na ten układ – Trattativa. Transakcja była umową między państwem, a tzw. skruszonymi (pentiti), która na zawsze przetrąciła sycylijskim gangom kręgosłupy. Buscetta był najważniejszym skruszonym, bo złamał się już w latach 80-tych, gdy Cosa Nostra była potężna i dysponowała wpływami w świecie polityki. Szok, jakim było śledztwo „Czyste ręce” w 1992 roku i przemeblowanie przez nie włoskiej sceny politycznej, pokazało, że maski sycylijskiej ośmiornicy sięgnęły do samego Rzymu.

Siłą „Zdrajcy” jest jednak to, że Bellocchio nie skupia się tylko na polityce, co przecież – jako autor filmu o zabójstwie przez czerwonych terrorystów premiera Aldo Moro „Witaj, nocy” (2013) – mógłby zrobić. Geniusz spojrzenia Bellocchio polega na tym, że historię skruszonego mafioza wpisuje we włoską duszę. Duszę skomplikowaną i targaną sprzecznymi emocjami. Duszę naznaczoną z jednej strony katolicyzmem, a z drugiej akceptacją rządów Cosa Nostry, kalabryjskiej 'Ndranghety, neapolitańskiej Kamorry czy Santy Corona Unita z Apuli.

Sprzedawcy oliwy

Bellocchio korzysta z całej tradycji włoskiego kina o mafii. „Zdrajca” to brawurowy i energetyczny film, który mógłby wyjść spod ręki gniewnego 30-latka. A równocześnie zrealizowany z operowym rozmachem. Centralny punkt filmu, scena procesu, ma w sobie wszystko, co powinna mieć włoska opera.

Jest dramaturgia, patos, teatralne gesty gangsterów zamkniętych ze względów bezpieczeństwa w klatkach, w których rzucają się niczym zwierzęta. Jest główny bohater, czyli Buscetta, czarujący sędziego swoim wystudiowanym aktorstwem, nienagannym strojem, a równocześnie będący głównym wrogiem dla dawnych towarzyszy.

Zeznania są na przemian przerażające i zabawne. Sędzia nie może zrozumieć dialektu sycylijskiego, zeznający mafiozi teatralnie symulują jak piłkarze squadra azzurra na boisku.
W niczym nie przypominają ubranych w najdroższe garnitury gangsterów z amerykańsko-włoskich rodzin Gambino czy Genovese, które trzęsą wciąż Nowym Jorkiem (warto tu dodać, że Buscetta zeznawał też w słynnym amerykańskim procesie antymafijnym zwanym „Pizza connection”). Wyglądają raczej jak sprzedawcy oliwy z kalabryjskich zapyziałych gór.

Przy okazji tego procesu Włosi po raz pierwszy zobaczyli twarze legendarnych gangsterów. To był spektakl w każdym wymiarze. Od 10 lutego 1986 roku do 30 stycznia 1992 telewizja przygotowywała codzienne transmisje operetkowego show, który pokazał, że mafiozi to nie są nadludzie. Pokazał, że można skutecznie przeciwko nim wystąpić.

Marco Bellocchio nie jest pierwszym włoskim filmowcem, który pokazuje mafię bez pudru i mitologii. TVP Kultura emituje właśnie wybitny serial „Gomorra” , który w 2014 roku zmienił włoskie spojrzenie na świat przestępczy. Serial jest oparty na książce Roberto Saviano, który do dziś musi się ukrywać przez neapolitańską Kamorrą. W 2008 roku „Gomorrę” po raz pierwszy zekranizował Matteo Garrone. To specyficzny filmowiec, operujący własnym językiem, więc film nie stał się takim fenomenem jak serial.

Ubrać się na jak gangster

Twórcy serialu, który pokazuje TVP Kultura, weszli w sam środek neapolitańskiej dzielnicy La Scampia. Betonowa dżungla rządzi się swoimi prawami. Dzieci handlują tam narkotykami, kobiety przejmujące władzę po zamordowanych albo aresztowanych mężach są brutalniejsze niż mężczyźni, a synowie zabijają swoich ojców. Młodzi rzucają się do gardeł starszym, nie ma żadnych zasad, a z głośników zamiast arii z oper Verdiego lecą tłuste bity i wulgarny włoski rap.

Gangsterzy z „Gomorry” są obwieszeni złotem jak kreskówkowi Cyganie (konkurencyjny serial „Subburra” pokazuje zresztą współpracę romskich gangsterów z mafią w Rzymie), ich domy są urządzone bez smaku. Nie są nawet jak Tony Soprano, starający się jakoś balansować między ulicą prowincjonalnego New Jersey, a Małą Italią na Manhattanie. Oni swoim prostactwem się szczycą nawet wtedy, gdy wchodzą w duże biznesy w Rzymie.

Oglądając Tommasa Buscettę w „Zdrajcy” i rodzinę Savastano w „Gomorrze” trudno czuć pokusę bycia gangsterem. Buscetta musiał przejść operację plastyczną i ukrywał się z piętnem zdrajcy, wciąż obawiając się o swoje życie, w ramach amerykańskiego Programu Ochrony Świadków, aż do śmierci na Florydzie w 2000 roku. Choć wcześniej w latach 60-ych, gdy działał w USA, był potężny – uważany za szefa szefów, który rozdawał karty w rodzinie Gambino.

Kabina przemocy, swąd spalenizny. Cosa nostra znów rośnie w siłę, a turyści ruszają jej tropem

Dla chętnych nocleg w domu „Bestii”.

zobacz więcej
Bellocchio nie gloryfikuje Buscetty jako bohatera, którym stał się gangster występując jako jedyny sprawiedliwy. Reżyser przypomina, że mimo zasług, jakie miał w topieniu Cosa Nostry, był bezwzględnym mordercą. Twórcy „Gomorry” też nie oszczędzili antybohaterów swojej serii.

A jednak stali się oni wzorem dla młodych Włochów, którzy zaczęli ubierać się jak serialowy gangster Ciro Di Marzio i słuchać takiego samego jak on rapu. Grający tę rolę Marco D'Amore stał się wielką gwiazdą i na tyle zrósł z odtwarzaną przez siebie postacią, że nakręcił spinn-off serialu pt. „Nieśmiertelny”, który miał mieć kinową premierą w Polsce, podobnie jak „Zdrajca”, w marcu. Aktor miał nawet do Polski przyjechać. COVID-19 pokrzyżował plany.

To znamienne, że wzorami do naśladowania dla młodzieży stają się nawet tak jednoznacznie negatywni antybohaterowie, jak postacie z „Gomorry”. To dowód na to, że mit gangstera – fałszywy – niesłychanie mocno zakorzenił się w popkulturze. Szczególnie mafioza o korzeniach włoskich, choć i Tony Montana, kubański gangster z moralizatorskiego „Człowieka z blizną” Briana De Palmy jest dziś symbolem na T-shircie.

Cwaniak, a nie romantyk

W taki właśnie mityczny świat wkroczył Marco Bellocchio, który w wieku 80 lat nic nie musi nikomu udowadniać. Zrobił film dokładnie taki, jaki chciał. Opowiedział o człowieku, bez którego zeznań Falcone by nie poznał struktury Cosa Nostry, ale jednocześnie nie pokazał go jako postaci romantycznej. Buscetta w „Zdrajcy” to cwaniak, który poszedł na współpracę po konflikcie z klanem z Corleone. Cwaniak, który dorobił sobie legendę człowieka, który odszedł od mafii, bo ta złamała zasady i zaczęła zabijać kobiety i dzieci.

Tommaso Buscetta, budując tę swoją legendę, odwoływał się niewątpliwie do mitu „mafii sprawiedliwej”, którą stworzył Coppola w bajce o „Ojcu Chrzestnym”. Tyle tylko, że to mit fałszywy. Dlatego właśnie dzieło Marca Bellocchia i „Gomorra” są tak ważne w demitologizowaniu popkulturowego wizerunku mafioza.

– Łukasz Adamski

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy

Zdjęcie główne: Piaskowy pomnik Marlona Brando w roli Don Vita Corleone na plaży angielskim Weston-super-Mare w 2013 roku. Fot. Matt Cardy/Getty Images
Zobacz więcej
Kultura Najnowsze wydanie
17 mgnień wojny. Bitwa Warszawska w literaturze
A gdyby w wojnie bolszewickiej Polska poniosła klęskę? I czerwona zaraza zalała cały Stary Kontynent?
Kultura Poprzednie wydanie
Sylwia z Gibalaka
Wiesz, co zrobiono takiemu, co donosił? Obcięto nogi. Nożem. A potem zacisnęli drutem i po sprawie.
Kultura Poprzednie wydanie
Magia groźnych praktyk voodoo
W Paryżu Teresa Tyszkiewicz rozkręciła się artystycznie.
Kultura wydanie 24.07.2020 – 31.07.2020
Hollywood samo się cenzuruje. Dla Pekinu. Za pieniądze
„Top Gun”, „Piratów z Karaibów”, „Mission Impossible”, „Bohemian Rhapsody”… Te filmy zmieniono dla Chińczyków.
Kultura wydanie 24.07.2020 – 31.07.2020
Magiczny śpiew i koszmarne życie Kasi Sobczyk
Ten jeden rok, który spędziłem z moją matką, to nie było dużo. Ale rok to więcej niż nic – mówił jej syn Sergiusz. Skrzywdziła swoje dzieci i nie mogła o tym zapomnieć.