Cywilizacja

Rewolucja młodych, wykształconych, z wielkich miast

Protestujący od kilku tygodni to wcale nie czarni mieszkańcy najbiedniejszych dzielnic, ale, w większości, przedstawiciele nowej klasy wyższej: młodzi ludzie z dobrych domów, kończący prestiżowe uczelnie, wychowani na ultraliberalnych wartościach. – Bunt tli się od dawna. Śmierć Floyda przyspieszyła to, co musiało nastąpić – mówi prof. Tomasz Żyro i dodaje, że trwająca od lat rewolucja kulturowa jest faktem.

Czerwcowe protesty, które objęły wiele amerykańskich miast po śmierci czarnoskórego George’a Floyda, były dopiero drugą manifestacją w życiu dwudziestokilkuletniej Haley Mahon. Choć, jak przyznała w rozmowie z dziennikiem „Washington Post”, na terenie kampusu American University, gdzie studiowała, raz po raz organizowano jakieś marsze, ona nie była nimi zainteresowana; jedynie przed trzema laty dołączyła do marszu kobiet. Sytuacja zmieniła się w tym roku. Śmierć Floyda i fala oburzenia na brutalność policji, jaka ogarnęła Stany Zjednoczone, przelała także u niej czarę goryczy. Mahon zrezygnowała ze swoich planów – miała wyjechać na Haiti do pracy jako nauczycielka. Postanowiła zostać, bo jak twierdzi, edukacji bardziej potrzebuje amerykańskie społeczeństwo.

Dwudziestopięcioletni Jeffry Guererro z Gaithersburga (w stanie Massachusetts) czuł, że to początek rewolucji pokolenia, którego głosu – jak podkreśla – nikt do tej pory nie słuchał. Rok starszy Kenneth Hammond, także biorący udział w manifestacjach na terenie Lafayette Square w Waszyngtonie dał się ponieść atmosferze, o co nie było trudno: wokół niego jedni klękali, trzymając nad głową uniesioną prawą rękę, inni tańczyli przy dźwiękach głośnej muzyki, ogarnięci nieznaną dotąd euforią. – Jesteśmy szaleni jak diabli. Każde pokolenie ma swój czas i teraz jest nasz czas. Nie przestaniemy, dopóki się on nie skończy – tłumaczył Hammond dziennikarzom, próbując przekrzyczeć rozentuzjazmowany tłum.

Protestujący od kilku tygodni na ulicach amerykańskich miast to wcale nie czarni mieszkańcy najbiedniejszych dzielnic, ale w większości przedstawiciele nowej klasy wyższej: młodzi ludzie z dobrych domów, często kończący dobre uczelnie, wychowani na ultraliberalnych wartościach, z których bodaj najważniejszą jest tolerancja. Skąd w nich zatem tyle skłonności do przemocy i niezdolności do dyskusji z ludźmi o odmiennych poglądach?


Profesor Tomasz Żyro, politolog i znawca Stanów Zjednoczonych wykładający na UW wskazuje, że korzeni obecnych buntów należy upatrywać w roku 1968, kiedy dekonstruktywistyczne, marksistowskie hasła zagościły na stałe na amerykańskich uczelniach, zwłaszcza na tych najbardziej prestiżowych. Ta skrajnie lewicowa narracja nastawiona jest na radykalne przekształcenia społeczne. – Bunt tli się od dawna. Śmierć Floyda przyspieszyła to, co musiało nastąpić – mówi, dodając, że choć w warunkach amerykańskich nie należy spodziewać się wybuchu drugiej rewolucji październikowej, to trwająca od lat rewolucja kulturowa jest jednak faktem.

Przemoc usprawiedliwiona

George Floyd zmarł 25 maja podczas policyjnego aresztowania w Minneapolis (Minnesota). Dzień później w mieście rozpoczęły się manifestacje przeciwko brutalności policji, które z godziny na godzinę rozlewały się po kolejnych amerykańskich miastach, a także innych częściach świata, głównie w Europie i Australii.
Protesty gromadziły coraz więcej osób domagających się likwidacji policji, zaprzestania rasistowskich zachowań i końca „białej supremacji”, czyli przywilejów, którymi, ich zdaniem, cieszą się wyłącznie ludzie biali. Choć brakowało konkretnych postulatów – prócz dość ogólnikowego nawoływania do rozwiązania w całych Stanach Zjednoczonych policji (co część lokalnych władz, m.in. w Minneapolis czy San Francisco, potraktowała serio, przygotowując się do znacznego ograniczenia finansowania policji, a nawet obcięcia wielu etatów) – protesty przybierały na sile.

Obok części ludzi faktycznie poruszonych śmiercią Floyda, maszerowało wiele osób – zarówno białych, jak czarnych – które w ogólnym chaosie dostrzegły okazję do zmiany dotychczasowego porządku społecznego. Do protestujących od razu dołączyły lewicowe grupy i bojówki, na czele z, prezentującą się jako ruch antyfaszystowski, Antifą.

Każdy może być rasistą. Rewolucja hunwejbinów Zachodu

Tym, co najbardziej szokuje, jest ustępliwość władz, na wszystkich szczeblach i w najrozmaitszych instytucjach.

zobacz więcej
Sytuacja szybko wymknęła się spod kontroli, policja nie była w stanie poradzić sobie z nacierającym tłumem, na ulice wyszła Gwardia Narodowa, doszło do starć. W aktach zwykłego chuligaństwa rozbijano witryny sklepowe i restauracyjne, po czym je plądrowano. Z półek znikała biżuteria, elektronika i markowe ubrania. Wielu właścicieli zostało okradzionych z dorobku życia.

Według prof. Tomasza Żyro tolerancja dla przemocy jest znamienna. Nad ludźmi dokonującymi rabunków, część mediów oraz środowisk akademickich roztoczyła swoisty parasol ochronny, uznając ich działania za sprawiedliwe społecznie.

W całych Stanach, a później w Wielkiej Brytanii, Francji i innych krajach pod hasłem „Black Lives Matter” (BLM) zaczęto obalać pomniki białych. Bez znaczenia było, kogo na nim upamiętniono – czy był to podróżnik i odkrywca Krzysztof Kolumb, konfederacki gen. Robert Lee z amerykańskiej wojny secesyjnej, pierwszy prezydent USA George Washington czy polski i amerykański bohater Tadeusz Kościuszko – każdy z nich, według protestujących, nie zasługiwał na pamięć, tylko dlatego, że był biały. A więc uprzywilejowany.

Pomimo upływu tygodni, kolejne pomniki wciąż upadają. Od kilku dni mówi się o konieczności wysadzenia ładunkami wybuchowymi wizerunków czterech prezydentów wykutych w górze Rushmore, a nawet o obaleniu słynnej figury Chrystusa w Rio de Janerio. Jezus, który z racji swojego koloru skóry, także został uznany za białego suprematystę.

Zdaniem profesora Żyro to nowa sytuacja. Amerykanista określa ją jako redukcję pamięci społecznej. W praktyce sprowadza się ona do, często siłowego, wymazania tej części historii, która nie pasuje do obowiązującej narracji. – To sytuacja skrajnie niebezpieczna, w której społeczeństwo świadomie odrywa się od własnych korzeni – komentuje politolog w rozmowie z Tygodnikiem TVP.

Ciekawe swoją drogą, że tak mało (zaledwie w kilku miastach) solidarnościowych protestów odbyło się na kontynencie afrykańskim, którego mieszkańcy, jak mogłoby się wydawać, powinni najpełniej wspierać swoich dalekich krewnych w odległych krajach. Najboleśniej doświadczeni przez system kolonialny Afrykanie, Hindusi czy mieszkańcy południowej Azji i państw na Pacyfiku jednak nie protestowali.

To kolejny dowód na to, że w protestach po śmierci George’a Floyda chodzi nie o kwestie rasowe. A przynajmniej nie tylko o nie.

Nowy Trocki w strefie wolnej od policji

6 czerwca grupa aktywistów z luźno powiązanych ze sobą lewicowych grup, bez wyraźnego przywództwa, ogłosiła część miasta Seattle strefą autonomiczną, wyłączoną spod jurysdykcji władz amerykańskich, a nade wszystko, wolną od policji – Capitol Hill Autonomous Zone, w skrócie CHAZ.

W lewicowych mediach nie brakowało zachwytów nad współczesną komuną w centrum największej demokracji świata, do tego pod rządami znienawidzonego Donalda Trumpa. Jak się jednak szybko okazało, samozwańcze i określające się jako samowystarczalne nie-państwo w środku Seattle zaczęło mieć problemy już po kilku dniach i pierwszych próbach uprawy warzywnego ogródka.
Raper Raz Simone (z prawej), szef Capitol Hill Autonomous Zone w Seattle. Fot. REUTERS/Lindsey Wasson
Do tego, co do zasady wolne od policji i przemocy miejsce okazało się rajem dla wszelkiej maści przestępców, których do porządku postanowiła doprowadzić jedyna grupa posiadająca w CHAZ broń, której lider, czarnoskóry raper Raz Simone (okrzyknięty przez brytyjski dziennik „The Daily Telegraph” bohaterem na miarę Trockiego) szybko ogłosił się... przywódcą autonomii. Jego popularność, a przede wszystkim dzierżony w ręku AK-47 był ostatecznym argumentem do objęcia władzy, z którym nikt nie dyskutował.

Choć na ulicach kontrolowanych przez CHAZ widać głównie ludzi młodych, sympatię dla samozwańczej strefy „No Cop” wykazują nawet emeryci. Mieszkający opodal 72- letni Joe Hendrickson dziennikarzom „Seattle Times” powiedział, że gdyby nie obawa przez koronawirusem, sam dołączyłby do demonstrantów.

Antifa. Z kastetem ku lepszej przyszłości

Czy Donald Trump powinien ich uznać za terrorystów?

zobacz więcej
Na początku zarówno protestujący, jak władze miasta zapewniali, że nowopowstała autonomia nie stwarza dla nikogo zagrożenia, a odbywające się na jej obszarze manifestacje są pokojowe. W końcu jednak rada miasta Seattle, po ponad dwóch tygodniach, zaczęła nieśmiało przyznawać, że sytuacja wpływa destabilizująco na życie mieszkańców i funkcjonowanie biznesu. Oznajmiono więc, że CHAZ powinien zostać rozwiązany. Konkretnych kroków na razie jednak nie poczyniono.

Cenzura na uniwersytetach

Patrząc na docierające do nas ze Stanów obrazy, gdzie młodzi, dobrze sytuowani ludzie, pod szyldami wielkich uniwersytetów, wygrażają policjantom pięściami i wykrzykują w ich stronę obraźliwe słowa, można się zastanawiać, skąd bierze się w nich tyle rewolucyjnej determinacji.Zwłaszcza że amerykańskie kampusy nie od dziś są świadkami różnych manifestacji. Najczęściej skierowanych przeciwko osobom o konserwatywnych poglądach.

W 2017 r. na Uniwersytecie Kalifornijskim w Berkeley doszło do serii protestów, które zapoczątkowała planowana prelekcja prawicowego, brytyjskiego dziennikarza Milo Yiannopoulosa. Skandalista i zadeklarowany gej pozostaje jedną z najbardziej znienawidzonych przez zachodnią lewicę postaci, gdyż ostro sprzeciwia się ideologii, jaką narzucają ultraliberalne środowiska LGBT.
Protesty studentów elitarnego uniwersytetu w w Berkeley przeciwko zaproszeniu Milo Yiannopoulousa. "To jest wojna" - ogłosili demonstranci Fot. Tayfun Coskun/Anadolu Agency/Getty Images
Niepokoje na terenie kampusu nie ustawały przez kilka miesięcy, co spowodowało również odwołanie prelekcji „Powiedz »nie« marksizmowi”, jaką wygłosić miała amerykańska publicystka i prawniczka Ann Coulter, a po niej prawicowy komentator Ben Shapiro.

Władze Uniwersytetu Kalifornijskiego, uginając się pod presją lewicowych grup, w obawie o dalsze rozruchy, zdecydowały się na cenzurę prewencyjną.

Ofiarą lewackiej dyktatury na amerykańskich kampusach padł również prof. Charles Murray, członek konserwatywnego think tanku American Enterprise Institute i autor książki „Coming Apart. The State of White America, 1960-2010”. W marcu 2017 r. Murray miał wygłosić wykład w Middlebury College. Gdy tylko pojawił się na sali, gdzie miał przemawiać, został zaatakowany. Złożony z młodych ludzi tłum, popychając go, wyrzucił z budynku i porysował samochód, którym profesor próbował odjechać.

Middlebury należy do najdroższych college’ów w USA. I, jak na każdej tego typu prestiżowej uczelni, nie każdy może tu studiować. Zdobycie wykształcenia w takim college'u wiąże się z potężnymi kosztami, dlatego tylko stosunkowo nieliczni mają szansę na przyjęcie. Zatem to kuźnie przyszłych elit, „nowej klasy wyższej”.

Trump rośnie w siłę. Na tle radykalnych Demokratów staje się symbolem normalności

Program amerykańskiej lewicy: aborcja także po narodzinach, pochwała marksistowskich dyktatur, likwidacja wszystkich samochodów, samolotów i… krów.

zobacz więcej
Prof. Murray tak sprofilował tę „nową klasę wyższą”: urodzeni w bogatych dzielnicach, wychowani w liberalnych, kosmopolitycznych wartościach, kształceni na drogich, liberalnych uniwersytetach i całkowicie oderwani od reszty społeczeństwa.

Elitarność i jednostronna retoryka na uczelniach sprawiają z kolei, że studentom trudno zaakceptować odmienne poglądy. Ci, którzy prezentują inny punkt widzenia są wykluczani z dyskusji, w najlepszym razie uznawani za populistów, choć częściej po prostu za faszystów.

Na problem postępującej radykalizacji młodych ludzi zwrócił także uwagę amerykański psychiatra i twórca poczytnego bloga Slate Star Codex, Scott Alexander. W jego opinii, w protestach studentów na amerykańskich uniwersytetach takich jak Yale, Missouri i Evergreen nie chodzi o sprzeciw wobec norm lub wartości. Jego zdaniem, manifestanci domagają się raczej, aby społeczeństwo przyjęło jeszcze więcej norm i zaczęło surowo karać tych, którzy się im sprzeciwiają.

Za to m.in. stwierdzenie, redakcja dziennika „New York Times” zaatakowała blogera, grożąc ujawnieniem jego prawdziwego nazwiska i przekazaniem jego danych klinice, w której pracuje, co równałoby się z wyrzuceniem go z pracy. Scott się ugiął i usunął zamieszczone wcześniej treści.

Na lewo od typowego czarnego wyborcy

Dodatkowym czynnikiem zachęcającym młodych ludzi do buntu jest powszechne rozczarowanie. Na ten problem zwrócił z kolei uwagę amerykańsko-rosyjski naukowiec Peter Turchin, określając go jako „nadprodukcję elity”. W największym skrócie chodzi o to, że w społeczeństwie jest zbyt wielu dobrze wykształconych ludzi, a zbyt mało prestiżowych stanowisk, które mogliby zająć. W ten sposób tworzy się duża klasa niezadowolonych elit.

Obserwacje te potwierdza prof. Żyro, którego zdaniem w ostatnich latach wśród klasy średniej zrodziło się poczucie niesprawiedliwości i frustracji; jest ona bowiem bezradna wobec podejmowanych „u góry” decyzji politycznych, co także jest przyczyną podatności na hasła rewolucyjne.

W 2019 r. bloger i dziennikarz Matthew Iglesias pisał: „W ciągu ostatnich pięciu lat biali liberałowie przesunęli się tak daleko w lewo w kwestiach rasowych i rasistowskich, że są teraz na lewo nawet od typowego czarnego wyborcy”.
Alexandria Ocasio-Cortez zaangażowała się w kamapnię lewicowego Berniego Sandersa, który ostateczni wycofał się z wyścigu o fotel prezydenta. Fot. John J. Kim/Chicago Tribune/Tribune News Service via Getty Images
Według sondażu przeprowadzonego przez Pew Center jeszcze w 2014 r., 46 procent badanych twierdziło, że nierówności społeczne pomiędzy białymi a czarnymi Amerykanami istnieją i powinny być niwelowane. Trzy lata później tego samego zdania było już 61 procent Amerykanów. Według amerykańskich komentatorów, nie wynika to z nagłego pogorszenia statusu Afroamerykanów, lecz ze zmiany narracji Partii Demokratycznej, która zaczęła podsycać takie nastroje. Demokraci twierdzą dziś, że w amerykańskim życiu społecznym istnieje systemowa dyskryminacja rasowa i stanowi to fundamentalny problem. Warto przy tym mieć na uwadze, że duża część głosujących na Demokratów to czarnoskórzy oraz wykształceni, młodzi ludzie z większych miast.

Choć od śmierci Floyda minął już ponad miesiąc, rozruchy w Stanach nie ustają. Kiedy i w jaki sposób się zakończą? Na ten temat zdania są podzielone, jednak zarówno prawicowi, jak lewicowi komentatorzy wskazują, że burzliwie na amerykańskich ulicach może być nawet do wyborów prezydenckich, które mają odbyć się listopadzie tego roku.

Jednak nawet, gdyby nadchodzące wybory wygrał kandydat Demokratów Joe Biden, nie należy oczekiwać uspokojenia nastrojów. Młoda i wykształcona klasa średnia, której twarzą jest dziś zasiadająca w Izbie Reprezentantów radykalnie lewicowa Demokratka Alexandria Ocasio-Cortez nie odstąpi od swoich haseł. Rewolucja kulturowa trwa.

– Anna Szczepańska

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy

Zobacz więcej
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Od milionera do zera. Czyli: czego nie życzymy Idze Świątek
Polska tenisistka na kortach zarobiła już grubo ponad 10 mln złotych. Ale musi pamiętać, że większość gwiazd sportu bankrutuje krótko po zakończeniu kariery.
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Kim są panie, które każą „wypier…”? Mapa polskiego feminizmu
Przyszłość polityki czy gwiazdy jednego sezonu?
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Wojna siedemdziesięciolatków. Czy o wyniku zdecydują „wstydliwi”?
Już wiadomo, kto przez najbliższe 4 lata będzie lokatorem Białego Domu: biały mężczyzna o w podeszłym wieku o jasnych włosach.
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Nowe zaburzenie w czasach pandemii: lęk przed odcięciem od lajków
Czy można zachować psychiczną równowagę, gdy zarówno nauka, czas wolny, jak i kontakty z rówieśnikami są on line?
Cywilizacja Poprzednie wydanie
Zrozumiały strach lekarzy. I jego możliwe tragiczne skutki
Dlaczego medycy „dezerterują” w czasie pandemii?