Cywilizacja

Turystyka – najmniej kontrowersyjna forma globalizacji. Jak będzie wyglądać po koronawirusie?

Gorzkie żale, jakie pod adresem Niemców kierowali przez ostatnie lata przywódcy Włoch i Grecji, ulotniły się. Jest o co zabiegać, bo turystom z Niemiec nie brakuje pieniędzy i jest ich wielu. Dlatego szef włoskiej dyplomacji apelował w niemieckim dzienniku „Bild”: „Przyjeżdżajcie na wakacje. Przywitamy was z uśmiechem na ustach. Wszyscy przecież jesteśmy takimi samymi Europejczykami”.

Angielskie słowo „staycation” powinno stać się słowem roku. Nie jest wprawdzie nowe, bo wymyślono je już kilkanaście lat temu, ale właśnie teraz weszło do powszechnego użycia. Ten awans zawdzięcza koronawirusowi. Gdyby nie pandemia, pozostałoby pewnie zwyczajną językową zbitką, jakich w elastycznym języku angielskim jest bez liku. Najbardziej w ostatnim czasie popularna to brexit – kombinacja słów „Britain” i „exit”, czyli „Brytania” i „wyjście”; zrobiła nie tylko oszałamiającą karierę, ale dała też początek serii nowych, analogicznych terminów.

Czy ze „staycation” może być podobnie? Możliwe, bo angielski sam zachowuje się jak najbardziej zaraźliwy wirus. Skoro rozprzestrzenił się „lockdown” (zamknięcie), termin dość toporny i u cudzoziemca nie budzący żadnych skojarzeń, czemu by nie „staycation”?

To połączenie dwóch słów: „stay” i „vacation”, czyli „pozostawać w miejscu” i „wakacje” – oznacza wakacje, które spędza się tam, gdzie się mieszka, albo też niedaleko, a już na pewno we własnym kraju. Czyli przeciwieństwo dalekich wojaży, które podczas pandemii są niemożliwe, a i po niej raczej niewskazane. A także zalecenie w sam raz na czas epidemii.
Litwa, 23 czerwca 2020. Plaża w centrum Wilna. Władze miasta stworzyły ją na lato na placu Łukiskim, obok muzeum KGB – około 300 metrów sześciennych piasku zajmuje powierzchnię 1660 metrów kwadratowych. Fot. PAP/Valdemar Doveiko
Czy jednak ludzie, przyzwyczajeni do krótkich wypadów weekendowych i urlopów pod palmami, masowo i tanio sprzedawanych przez biura podróży, zechcą zrezygnować z turystycznych rozkoszy? Za wcześnie, by to ocenić. Z pewnością po paru miesiącach obowiązywania restrykcji, spragnieni są odmiany i świeżego powietrza, czego najlepszym dowodem tłumy, jakie podczas niedawnych gorących weekendów wyległy na plaże bałtyckie, śródziemnomorskie i atlantyckie. Ludzie tłoczyli się, jak gdyby zbiorowo ogłuchli na apele, by nadal zachowywać dystans wobec innych. I nawet można to zrozumieć.

Słońce na sprzedaż

Niełatwo jest też oprzeć się działaniu sił, dla których odrodzenie turystyki do miejsc odległych stanowi po prostu rację bytu, a „staycation” – wymierne zagrożenie. Biura podróży, agencje turystyczne, hotele, platformy wynajmu mieszkań, takie jak Airbnb, linie lotnicze, szczególnie tanie, i oczywiście te państwa, dla których turystyka stanowi potężne źródło dochodu – wszyscy namawiają i przekonują, że o żadnym zagrożeniu nie może być mowy. Wszystko, od lotnisk po hotele, czeka na turystów – przygotowane, wysterylizowane, zaopatrzone w środki sanitarne, przemyślane w najdrobniejszych szczegółach.


Z danych ONZ-owskiej organizacji turystycznej – United Nations World Tourism Organization (UNWTO) – wynika, że aż 80 państw z turystyki czerpie minimum 10 proc. dochodów. Dla Włoch jest to 13 proc., dla Hiszpanii 15 proc., dla Grecji, która ma za sobą bolesne lata kryzysu, aż 25 procent. Na szczęście one dysponują, mimo wszystko, innymi źródłami dochodów, co jednak mają począć Malediwy albo Seszele, dla których turystyka to podstawa bytu? Egzotyczne, niewielkie wyspy, tak modne w ostatnich latach, skutecznie wystawiają na sprzedaż słońce, plaże, ciepło, błękitne morze, atrakcje morskie i hotelowe wygody – bo poza tym nie mają nic innego do zaoferowania. Odwrót turystów to dla nich katastrofa.

Nic dziwnego, że sekretarz generalny ONZ Antonio Guterres apelował o wsparcie sektora turystycznego, sięgając nawet po argumenty pozaekonomiczne. Turystyka, jak dowodził, ułatwi przezwyciężenie skutków pandemii, ponieważ „wzmacnia solidarność i zaufanie –czynniki kluczowe dla pobudzenia powszechnej współpracy, tak bardzo dzisiaj potrzebnej”.

Prawie 40 milionów bezrobotnych. Jak tsunami COVID-19 zmiata gospodarkę USA

Już niemal 27 milionów Amerykanów, w tym 6 mln dzieci, straciło ubezpieczenie zdrowotne. Największe światowe supermocarstwo cofnęło się do lat 30. XX wieku, gdy Wielki Kryzys pożarł 25 proc. miejsc pracy w USA.

zobacz więcej
Że jednak każdy medal ma dwie strony, możliwym problemom ekonomicznym mogą towarzyszyć ewidentne korzyści ekologiczne. Już dziś wiadomo, że w wielu miejscach świata, nie deptanych przez masowego turystę od zaledwie kilku miesięcy, przyroda szybko zaczęła się odradzać. W kanałach Wenecji pojawiły się ryby, rafy koralowe zaczynają się regenerować, zniszczone plaże odzyskują formę.

Mamy więc, jeżeli nic się nie zmieni, perspektywę katastrofy gospodarczej i poprawy stanu środowiska naturalnego. Co przeważy, trudno ocenić, bo w tym równaniu kluczowe miejsce zajmuje wielka niewiadoma: ludzie i ich plany. Decyzja, czy na wakacje wyruszyć w świat, czy też raczej spędzić je we własnym kraju, jest wypadkową wielu czynników, w których, przynajmniej w obecnej sytuacji, niepoślednią rolę odgrywa zwykła ostrożność. Na pytanie, czy wyjazd za granicę jest bezpieczny, każdy musi odpowiedzieć sobie sam.

Marzenie o Ischii

– Nie mogę doczekać się powrotu na Ischię – tak, według portalu „Politico”, kanclerz Angela Merkel zakończyła swą niedawną rozmowę z Włochem Davidem Sassolim, przewodniczącym Parlamentu Europejskiego. Włoska wyspa to miejsce, gdzie od lat regularnie spędza z mężem wakacje. A Włochy to jeden z tych krajów, które najusilniej zabiegają o otwarcie drzwi przed turystami.

Myśli o tym zresztą cała Unia. Od maja, gdy perspektywa wakacji zaczęła nabierać rumieńców, nie mijał dzień bez rozważań, co i kiedy należy zrobić. Jedna z kluczowych kwestii dotyczyła tego, jak traktować obywateli różnych krajów – bo to, kogo wpuścić, a kogo nie, w decydującej mierze zależy od tego, jak w różnych miejscach zaawansowany jest proces wychodzenia z pandemii. Stosować, bardzo przecież zniechęcający, obowiązek kwarantanny? Badania na lotniskach? Czy wpuszczać Anglików? Szwedów? Niemców? Amerykanów? Kto wie, co mogą przywlec z sobą ci, w których krajach choroba jeszcze nie wygasła. Prognozy mówią wprawdzie o nadciągającej drugiej fali epidemii, ale może nie należy przykładać do tego ręki?
Ryby w weneckim kanale, których dawno tu nie widziano, uchwycone przez fotografa 2 maja 2020 r. . Ponieważ koronawirus zamroził gospodarkę świata, w tym sektor turystyczny, nastąpiło raptowne ograniczenie emisji zanieczyszczeń, także tych lądujących w wodzie. Fot. Andrea Merola / Bloomberg via Getty Images
„Turystyka to najpopularniejsza i najmniej kontrowersyjna forma globalizacji” – pisał brytyjski tygodnik „The Economist”. To globalizacja ukształtowała ją taką, jaka dzisiaj jest. Skoro tak, jest oczywiste, że każdy poważny światowy kryzys pociąga za sobą kryzys w turystyce, z różnych zresztą powodów, takich jak spadek dochodów, lęk o własne bezpieczeństwo czy obawy o zdrowie. Tak było po zamachach z 11 września 2001 roku, a także po wybuchu kryzysu finansowego w 2008 roku. Ale kryzysu takiego jak obecny, wywołany przez pandemię, jeszcze, zdaniem specjalistów, nie było.

– Turystyka to pierwszy sektor, w który uderzył koronawirus, i jestem pewien, że w tej dziedzinie odrodzenie będzie postępowało najwolniej – mówił Thierry Breton, komisarz do spraw rynku wewnętrznego podczas wideokonferencji z Parlamentem Europejskim. Na poparcie swej opinii przytoczył prognozy: w 2020 roku liczba wyjazdów zagranicznych spadnie o 30 procent, a dochody całego sektora o 45-70 proc. w stosunku do roku ubiegłego. Właściciele samych tylko hoteli i restauracji powinni liczyć się ze spadkiem dochodów o połowę. Straty całego sektora są wstępnie szacowane na 275 – 400 miliardów euro.

Żale puszczone w niepamięć

Dlatego komisarz Breton uważa, że w unijnym programie ratowania gospodarki lwią część środków – przynajmniej jedną trzecią – należy przeznaczyć na ratowanie turystyki. Bo hotele, agencje turystyczne, restauracje czy firmy przewozowe to nie wszystko. Za tym, z czego korzysta turysta, kryje się ogromne, niewidoczne zaplecze, którego obecności nikt sobie nie uświadamia.

„Międzynarodowy przemysł, jakim jest turystyka, to suma rozmaitych działań – od konstruowania silników lotniczych w zakładach Rolls Royce’a, po sączenie kufla irlandzkiego piwa w pubie nad Montego Bay” – pisał dziennik „Guardian” w artykule o jednoznacznym tytule: „Koniec turystyki”.

Ratowanie życia to także ratowanie gospodarki

Śmiertelność na poziomie jednego procent populacji dla Polski oznaczałoby stratę „finansową” rzędu sześciu lat PKB – wylicza ekonomista Wojciech Paczos z Cardiff University.

zobacz więcej
Na potrzeby turystyki pracuje pośrednio o wiele więcej ludzi, niż by to wynikało z bezpośredniego zatrudnienia w usługach turystycznych. Ktoś musi wyprodukować meble, w które wyposażone są hotele, zastawę, na której podaje się posiłki, kafelki do basenów, paliwo do autokarów, wagoniki kolejek linowych itp. Jest to spektrum przeogromne. Czy w ogóle istnieje taka dziedzina, która choćby minimalnie nie zahaczałaby o potrzeby turystyki? Możliwe, że nie.

Być może z tego powodu tak wielkie są rozbieżności w szacowanej wysokości strat. W dodatku różne podmioty, badacze i instytucje biorą pewnie pod uwagę rozmaite aspekty. UNWTO na przykład wstępnie szacuje straty na 330 miliardów dolarów – czyli gdzieś pośrodku widełek unijnych – plus 120 milionów utraconych miejsc pracy. Jeżeli jednak potencjalni turyści nie posłuchają uspokajających zapewnień i przestraszą się możliwego nawrotu epidemii, może być jeszcze gorzej.

Znamienne, że otwarcia granic i przywrócenia ruchu turystycznego domagają się nie władze miast, lecz rządy państw. Oto Luigi Di Maio, minister spraw zagranicznych Włoch, na łamach dziennika „Bild” tak wzywał Niemców: „Mój apel jest jasny i chciałbym, by za pośrednictwem waszej gazety dotarł do wszystkich: przyjeżdżajcie na wakacje do Włoch. Odwiedzajcie nasze plaże, nasze morze, nasze górskie doliny, cieszcie się naszą kuchnią. Przywitamy was z uśmiechem na ustach. Wszyscy przecież jesteśmy takimi samymi Europejczykami”.

Podobnie, również w mediach niemieckich, mówił Nikos Dendias, szef dyplomacji Grecji. „Po Grecji można dzisiaj swobodnie podróżować. Nasze hotele czekają gotowe, nasze plaże są znowu dostępne dla wszystkich, a miejsca archeologiczne otwarte dla zwiedzających” – zapewniał gorąco i z wiarą w dobry skutek.
Trudno o lepszy dowód, że gorzkie żale, jakie pod adresem Niemców kierowali przez ostatnie lata przywódcy Włoch i Grecji, ulotniły się jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Jest o co zabiegać, bo turyści z Niemiec są niezaprzeczalnie atrakcyjni: nie brakuje im pieniędzy i być może nie rozniosą wirusa, bo ich kraj radził sobie z epidemią lepiej niż inni. No i w dodatku – rzecz nie bez znaczenia – Niemców jest wielu.

Bez marihuany i czerwonych latarni

Na ten niewesoły dla branży obraz nakładają się dylematy, jakich doświadczają mieszkańcy najbardziej obleganych, a więc także najbardziej zatłoczonych miejsc świata: Wenecji (która na tym polu bezwzględnie dzierży palmę pierwszeństwa, bo przy 55 tys. mieszkańców ma do czynienia z napływem 30 mln turystów rocznie), Amsterdamu, Barcelony. Odetchnęli – bo dzięki pandemii zniknęły nieprzebrane tłumy, które od rana do nocy, a niekiedy od rana aż do rana zakłócają im spokój. Czas epidemii jest więc odbierany jako szansa jedyna w swoim rodzaju.

Mieszkańcy obleganych miast zastanawiają się, co zrobić, by tak już było zawsze. Nie mówią oczywiście o całkowitym zamknięciu przed turystami, odcięłoby to bowiem źródło dochodów, potrzebnych i miastu, i ludziom. Skoro Wenecja zarabia na turystach 1,7 mld euro rocznie, jest się oczywiście nad czym zastanawiać. Chodzi o takie zorganizowanie spraw, by codzienne życie mieszkańców i obecność turystów dały się ze sobą jakoś pogodzić.

To oznacza przede wszystkim, że ruch turystyczny należy utrzymać w rozsądnych granicach, eliminując to wszystko, co jest najbardziej uciążliwe. Za rozsądne mieszkańcy miast uważają na przykład zakazanie budowy nowych hoteli i nawet rozbudowy starych, a także nałożenie restrykcji na wynajem mieszkań.

Ale są też pomysły szczegółowe. W wypadku Amsterdamu chodzi o położenie kresu turystyce narkotykowej, która jest dla mieszkańców prawdziwym nieszczęściem. Wielu turystów przyjeżdża tu wcale nie dla Rembrandta, van Gogha czy uroczych kamieniczek nad wodami kanałów, lecz dla tzw. coffee-shopów, w których mogą legalnie nabyć marihuanę i haszysz.

Jak koronawirus zmieni świat? Czy fizyczny kontakt ograniczymy do minimum i więzi społeczne zaczną zanikać?

Jeżeli pandemia potrwa dłużej, to miasta czekać będzie stopniowe wyludnianie.

zobacz więcej
Skutki łatwo sobie wyobrazić. W niektórych prowincjach Holandii coffee-shopy nie obsługują cudzoziemców i tak też, zdaniem mieszkańców, powinno być w Amsterdamie. Jest także pomysł, by atrakcyjną dla turystów płci męskiej dzielnicę czerwonych latarni wyprowadzić z centrum na obrzeża miasta.

Na własnych wyspach

Bolączką Wenecji są z kolei ogromne wycieczkowce. Z ich pasażerów miasto ma bardzo wątpliwy pożytek: tłum, hałas i napór na sklepy z tanimi pamiątkami, masowo produkowanymi nie na miejscu, lecz oczywiście w Chinach.

Wycieczkowce zresztą to osobna historia. Do tej pory, z opisanych powodów, miały nie najlepszą opinię wśród mieszkańców odwiedzanych miejsc, a to, co działo się podczas epidemii – wykrycie koronawirusa na kilku wielkich statkach, przymusowa izolacja pasażerów i związane z tym niedogodności – mogą skutecznie zniechęcić potencjalnych pasażerów. Choć armatorzy dokładali starań, również od strony finansowej, by temu zapobiec.

Czy rejsy, tak modna obecnie forma spędzania wakacji, wyjdzie z kryzysu bez szwanku, to się dopiero okaże. Ale to samo można powiedzieć o całej branży. Jedni sądzą, że pędu do podróży nic nie jest w stanie osłabić, bo, jak pisał wspomniany „Economist”, „dzięki turystyce świat jest bogatszy i szczęśliwszy”.

Inni uważają, że na tym polu coś musi się zmienić, bo masowa turystyka masowo niszczy świat. „Ludzie lepiej znają wyspy hiszpańskie niż wyspy szkockie” – ubolewał szkocki dziennik „Scotsman”. Po czym dodał: „Ale w tym roku większość z nas jest gotowa spędzić wakacje w Szkocji. I to, w powodzi złych wieści, naprawdę napawa optymizmem”.

Dzięki pandemii okazało się, że wojaże po dalekich krajach są ciekawe i przyjemne, ale trudno je uznać za konieczne czy obowiązkowe. Przynajmniej w tym roku.

– Teresa Stylińska

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy

Najdziwniejsze pomysły na turystykę w dobie koronawirusa
Zdjęcie główne: Co najmniej 1500 osób demonstrowało w Wenecji 13 czerwca 2020 r. przeciwko masowej turystyce w mieście. Po pandemii COVID-19 przemysł turystyczny w Wenecji upadł, ale wielu mieszkańców oczekuje nowych regulacji, które ograniczą ten ruch i sektor w przyszłości. W proteście wzięli też udział członkowie „Comitato No Grandi Navi” – przeciwnicy wielkich statków przybywających do Wenecji. Fot. Giacomo Cosua/NurPhoto via Getty Images
Zobacz więcej
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Kobieta, która stanęła przeciw Łukaszence
Przez lata żyła „przy mężu”. Dziś musi sprostać roli męża stanu.
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Jak zarobić na Białorusi. Polski biznes w państwie Łukaszenki
To kraj fantastycznie uporządkowany, nie ma tam szarej strefy, jak na Ukrainie czy w Rosji – mówią inwestorzy.
Cywilizacja Poprzednie wydanie
Dlaczego zarażeni Polacy rzadziej umierają w weekendy? Dziwne...
W czasie pandemii liczba zgonów spadła. Najbardziej na Lubelszczyźnie, Podlasiu i Podkarpaciu
Cywilizacja Poprzednie wydanie
Demokraci byli rasistami. Republikanie walczyli o prawa czarnych
Elity republikańskie przypominały namaszczonych elitarnych działaczy Unii Wolności przekonanych, że prowadzą kraj ku postępowi.
Cywilizacja Poprzednie wydanie
Życie na 500 procent normy
„Wtedy Bóg rzekł: Nie może pozostawać duch mój w człowieku na zawsze, gdyż człowiek jest istotą cielesną; niechaj więc żyje tylko 120 lat”.