Cywilizacja

Prezydent nie zamierza oddać stanowiska. Jak będzie trzeba, to wyprowadzi czołgi

Przed rozpisanymi na 9 sierpnia 2020 wyborami prezydenckimi na Białorusi sytuacja staje się dramatyczna. Za kratami jest już dwóch głównych opozycyjnych kandydatów i rozliczni ich współpracownicy.

– Uwięzienie głównego rywala Łukaszenki, Wiktara Babaryki, dowodzi, że te wybory w najmniejszym nawet stopniu nie będą demokratyczne i uczciwe – mówi Tygodnikowi TVP Waler Karbalewicz, znany białoruski politolog.

Czy wystarczy jeździć na traktorze?

Tak nie było od lat. Na ulice Mińska i wielu innych miast wychodzą ludzie, chcący wesprzeć opozycyjnych kandydatów. W białoruskiej stolicy ustawiał się „żywy łańcuch”. Wszystko to pod hasłem „My – 97%”.

Skąd takie hasło? Władze zabroniły organizowania niezależnych badań opinii publicznej – a były wcześniej przeprowadzane przez różne pisma internetowe. W mediach społecznościowych stworzono więc, trochę na wzór polski, „bazarek” (przypomnijmy, że u nas, podczas ciszy wyborczej, funkcjonowały m.in. „pistacje”, „kolendra” czy „lawenda”).
Aleksander Łukaszenko 19 czerwca 2020 w Mińsku gościł szefa MSZ Rosji Siergieja Ławrowa. Fot. Maxim Guchek\TASS via Getty Images
Łukaszenko to „Traktor”, a jego konkurenci: Wiktar Babaryka – „Dranik”(czyli „Placek Ziemniaczany”, taka jest nazwa po białorusku i nie ma żadnych negatywnych konotacji), Siarhiej Cichanouski – „Klapek”, Waler Capkała – „Hi-tech” (czy też wprost „Wysokie Technologie”). „Traktor” dostawał najwyżej 3,5 proc., a zwyciężał „Dranik” uzyskując 39-46 proc.

– Do Łukaszenki przylgnęła już łatka „Sasza 3%” (Sasza to zdrobnienie imienia Aleksander – red.) – mówi Tygodnikowi TVP lider opozycyjnej Zjednoczonej Partii Obywatelskiej Anatol Labiedźka. – Obiektywnie rzecz biorąc, urzędujący prezydent nie znajduje się nawet w pierwszej trójce najbardziej popieranych kandydatów i gdyby głosy były liczone obiektywnie, nie znalazł by się w drugiej turze – dodaje.

Niechęć wobec Łukaszenki ma różne przyczyny. Przez lata gwarantował stabilizację, choć na dość niskim poziomie. Inaczej niż w sąsiedniej Rosji czy na Ukrainie, na Białorusi w domach zimą zawsze było ciepło, a emeryci regularnie, co miesiąc, dostawali wypłaty. Co więcej, Łukaszenko w jakiejś mierze gwarantował niezależność od Rosji i dawał pewność, że białoruscy żołnierze nie zostaną wysłani na jakąś wewnętrzną czy zewnętrzną, rosyjską wojnę.

Ale sytuacja gospodarcza kraju się pogarsza, opór Łukaszenki przez naciskami Kremla słabnie, a kroplą, która przelała czarę goryczy, była jego reakcja na epidemię koronawirusa – dowodził, że jest niegroźna, że wystarczy jeździć na traktorze, pić wódkę i chodzić do sauny, by pozostać zdrowym. Codziennie, w kraju blisko cztery razy mniej zaludnionym od Polski, przybywa 600-700 zarażonych, podczas gdy w naszym kraju tylko 300-400.

Ale prezydent już odpowiedział, że władzy nie odda. Podkreślił, że jego oponenci „kraju nie dostaną”. – Żeby z niego szydzili? Aby go każdego dnia destabilizowali, rozdzierali na kawałki i komuś oddawali?

Opowiadał też, jak były prezydent Uzbekistanu Isłam Karimow „zdławił w Andiżanie zamach stanu, rozstrzeliwując tysiące ludzi. Wszyscy go potępili, a kiedy umarł, upadli na kolana, szlochając i płacząc. Nie przeżyliśmy tego, więc nie chcemy tego rozumieć”.

Te słowa są bardzo znaczące. Karimow wysłał w 2005 r. siły specjalne przeciw antyrządowym demonstrantom w mieście Anidżan – wg. danych oficjalnych zginęło 187 osób, a nieoficjalnych – do 1500.

Bez zwolenników Europy

– Specyfiką tych wyborów jest brak wyrazistego kandydata proeuropejskiego czy proeuroatlantyckiego – mówi Labiedźka.

I faktycznie. W poprzednich wyborach naprzeciwko Łukaszenki stawali przede wszystkim kandydaci, którzy swój program budowali na współpracy z Europą. Sam Labiedźka zamierzał kandydować w 2015 r., ostatecznie wycofał się z wyborów, bo nie zdobył wymaganej liczby podpisów.
Funkcjonariusze OMON pracujący na ulicach Mińska 29 czerwca 2020. Fot. Natalia Fedosenko\TASS via Getty Images
Pięć lat wcześniej, w 2010 r., proeuropejskich kandydatów było kilku: Uładzimir Niaklajeu, lider kampanii społecznej „Mów prawdę!”; Jarosław Romańczuk, wiceszef Zjednoczonej Partii Obywatelskiej (i, o czym warto pamiętać – Polak urodzony w Sopoćkiniach pod Grodnem); Andrej Sannikau, lider kampanii „Europejska Białoruś”. Wg. oficjalnych wyników, pierwsi dwaj uzyskali poniżej 2 proc., a Sannikau 2,4 proc. głosów, choć przedwyborcze sondaże dawały im o wiele więcej.

Niaklajeu został ciężko pobity tuż po głosowaniu; później, pod koniec rozpędzonej przez milicję opozycyjnej demonstracji, spotkało to Sannikaua. Obaj trafili do aresztu – pierwszy skazany został na dwa lata więzienia w zawieszeniu na 2 lata, drugi – na pięć lat kolonii karnej, ale ostatecznie wypuszczono go w 2012 r.

– Nie tylko reżim ale i opozycja jest w poważnym kryzysie – mówi Tygodnikowi TVP Aleksander Milinkiewicz, jeden z liderów demokratycznej opozycji i kandydat na prezydenta w 2006 r. – Demokraci, częściowo ze swojej winy, a częściowo z powodu wieloletnich represji, są zmarginalizowani. Dla nich jedyną szansą było wyłonienie wspólnego kandydata od centrum do prawicy. Ale to się nie udało. Na Białorusi niezależne badania socjologiczne są zabronione, lecz rozumiemy że Łukaszenko w sprawiedliwych wyborach już nie zwycięży w żaden sposób. Społeczeństwo jest zmęczone 26 latami jego władzy, chce zmian i reform, jest zapotrzebowanie na nowe twarze, nowe hasła – dodaje.

Czy to oznacza, że kandydaci opozycyjni są prorosyjscy? W Polsce pojawiają się głosy, sugerujące, że ci najbardziej znani albo są agentami Putina, albo przynajmniej Kreml ich popiera. Skoro tak, entuzjastyczne wspieranie opozycjonistów oznaczałoby w istocie rzeczy działanie na rzecz integracji białorusko-rosyjskiej.

– W prawie każdych wyborach prezydenckich na Białorusi Kreml miał swoja strategię – twierdzi Milinkiewicz. – Cele zawsze były podobne: skłócenie reżimu z Zachodem, podzielenie opozycji proeuropejskiej i zastraszenie Łukaszenki, żeby zgadzał się na szybszą integrację z Moskwą. W tej kampanii po raz pierwszy Rosja będzie próbowała zamienić białoruskiego lidera na „lepszego Łukaszenkę”, bo widać, że stosunki między prezydentami obu krajów są coraz gorsze. Na pewno Kreml ma kilka planów i różnych ich wykonawców. Ale dowiemy się o tym nieco późnej – podkreśla. Waler Karbalewicz mówi natomiast krótko: – Nie ma żadnych oczywistych śladów ingerencji Rosji w tę kampanię wyborczą.
Prezydent Aleksander Łukaszenko 25 kwietnia 2020 roku pomagał sadzić drzewa w Prypeckim Parku Narodowym w Obwodzie Homelskim. Fot. Maxim Guchek\TASS via Getty Images
Jedno jest pewne: o ile Rosja jest niesłychanie wobec Białorusi aktywna, to szeroko rozumiany Zachód ogranicza się w zasadzie do wydawania oświadczeń. Co prawda te oświadczenia są przez Łukaszenkę i jego ludzi starannie czytane i analizowane, ale w istocie rzeczy ani Unia Europejska, ani USA czy Kanada nie znalazły w minionych latach żadnych możliwości poważniejszego wpływania na Białoruś.

Dwaj w areszcie, trzeci czeka

Jest trzech głównych przeciwników Aleksandra Łukaszenki. Ten cieszący się największym poparciem społecznym znalazł się w areszcie razem z synem, szefem grupy inicjatywnej – nie wiadomo, czy będzie mógł kandydować, choć zebrał wymaganą prawem liczbę podpisów. Drugi trafił za kraty wcześniej – i zamiast niego kandyduje jego żona. Gdy powstawał ten numer „Tygodnika”, trzeci wciąż znajdował się na wolności, ale władze na pewno miały już przygotowaną dla niego celę.

Cieszący się największą popularnością Wiktar Babaryka jest bankierem. Gdy nieoczekiwanie ogłosił, że chce wystartować w wyborach prezydenckich, kierowany przez niego Biełhazprambank (po rosyjsku Biełgazprombank) poinformował, że prezes „zwolnił się na własne życzenie”.

Babaryka pochodzi z Mińska, a w bankowości pracuje od 1995 r. Prezesem Biełhazprambanku (rosyjski Gazprom i Gazprombank mają w nim po 49,7 proc. udziałów) został w 2000 r. Głosi, że popiera neutralność Białorusi. Chce, by jego kraj opuścił „rosyjskie NATO”, czyli ODKB (Organizacja Układu o Bezpieczeństwie Zbiorowym), ale w nieokreślonym, odległym czasie. Zarazem nie wyklucza wprowadzenia wspólnej waluty z Rosją, ale też nieprędko.

18 czerwca został zatrzymany wraz z synem Eduardem, gdy wraz z zebranymi podpisami jechali do siedziby Centralnej Komisji Wyborczej. Trafił do aresztu KGB, postawiono mu zarzuty. Według Iwana Cierciela, szefa Komitetu Kontroli Państwowej, chodzi o „machinacje z wekslami na sumę ponad 60 mln dol., w efekcie których na zagraniczne rachunki w kontrolowanych przez grupę przestępczą strukturach wyprowadzono dużą sumę pieniędzy” oraz „schematy prania pieniędzy, w ramach których wyprowadzano duże sumy w walucie do banków zagranicznych”.

Kolejny kandydat, Siarhiej Cichanouski, to zupełnie inna postać – youtuber, czyli wideobloger. Ukończył uniwersytet w Homlu, był tam właścicielem klubów nocnych, organizował koncerty, nagrywał programy wideo. Posiada firmę Kompas Production w Moskwie, która robiła reklamy.

Jednak to nie biznes przyniósł Cichanouskiemu sukces. W 2019 r. uruchomił na YouTube wideoblog „Kraj do życia”, oglądany przez 140 tys. osób. Opowiada w nim o zwykłych Białorusinach i o przedsiębiorcach, którzy chcą „zbudować kraj do życia”. Najbardziej popularny materiał z maja opowiada o kobiecie z Głębokiego i o jej problemach – ma ok. miliona wyświetleń.
Mieszkańcy Mińska masowo popierali swoimi podpisami kandydatów opozycji. Fot. Natalia Fedosenko\TASS via Getty Images
Milicja zatrzymała go już w grudniu 2019 r. Skazany został na 2 tygodnie aresztu za rzekomy udział w nielegalnym wiecu przeciwko integracji z Rosją – on sam dowodzi, że wiec jedynie filmował. W styczniu znów go aresztowano. 7 maja oznajmił że chce kandydować na prezydenta. Wkrótce ponownie trafił za kraty.

Centralna Komisja Wyborcza odmówiła rejestracji jego grupy inicjatywnej, postanowiła więc kandydować jego żona Swiatłana. Szukając jakichkolwiek dowodów przeciwko Cichanouskiemu, śledczy przeszukali jego daczę – po trzech (!) usilnych rewizjach znaleźli tam 900 tys. dolarów…

Trzeci z opozycyjnych kandydatów Waler Capkała pochodzi z Grodna, ale nie ma żadnych związków z Polską; jak wielu innych za czasów ZSRR, jego rodzice urodzeni na Ukrainie zostali skierowani do pracy w tamtejszym, ogromnym przedsiębiorstwie „Azot-Grodno”.

Ukończył prestiżową uczelnię kształcącą dyplomatów, moskiewskie MGIMO; był I zastępcą MSZ Białorusi, ambasadorem w USA, doradcą Łukaszenki, a od 2005 roku – dyrektorem Białoruskiego Parku Wysokich Technologii. Zajmował się historią i filozofią religii, pisał prace o nacjonalizmie.

W kampanii wyborczej oświadczył, iż podstawowe przedmioty w polskiej szkole w Grodnie powinny być wykładane w "języku państwowym". To nie pierwszy jego jego ruch wyraźnie niesprzyjający Polakom na Białorusi - wcześniej odwiedził 97-latka, którego podpis widnieje pod decyzją o wysadzeniu w 1961 r. najstarszego kościoła w Grodnie - Fary Witoldowej.

Programy Capkały i Babaryki są bardzo podobne: liberalizacja gospodarki i modernizacja państwa. Obaj są bardzo ostrożni w swych wypowiedziach. Na pytanie, do kogo należy Krym, Capkała odpowiedział, że Białorusini kochają Rosjan tak samo jak Ukraińców, więc Białoruś powinna być pomostem, przez który Rosja i Ukraina będą się rozumieć. Cichanouski i jego żona mówią natomiast przede wszystkim o wolności i demokracji.

Podpisowa rewolucja

Władze, w tym sam Łukaszenko, w kampanii wyborczej wykorzystują te same schematy, co dawniej. Ze względu na pogorszenie się stosunków z Kremlem, niebezpieczeństwo ma tym razem nadciągać nie z zachodu, a ze wschodu. Babaryka, a nawet Cichanouski, mają być „marionetkami”, którymi posługują się nieokreśleni, rosyjscy oligarchowie. Tak czy inaczej, ludzie protestujący na ulicach przedstawiani są jako „zabawki w rękach zewnętrznych sił”.

Zgodnie z łukaszenkowską retoryką, wybory nie są zagrożeniem dla urzędującego szefa państwa, a dla Białorusi jako państwa. Tyle, że te hasła, mocno już zużyte, niespecjalnie kogokolwiek przekonują. Ogromne kolejki do składania podpisów pod kandydaturami Babaryki, Cichanouskiego czy Capkały, dowodzą, że ludzie chcą zmiany (mówi się nawet o „podpisowej rewolucji”).

Szef państwa postanowił zadziałać wyprzedzająco i wymienił rząd. Na urzędzie premiera ekonomistę Siarhieja Rumasa zastąpił Raman Hałouczanka. Podobnie jak Capkała ukończył MGIMO, pracował m.in. w Administracji Prezydenta, a w 2009 r. był dyplomatą w ambasadzie białoruskiej w Polsce (podobno zna język polski!), a potem ambasadorem w Zjednoczonych Emiratach Arabskich.

Tu nie ma żadnego koronawirusa... Jak władze ukrywają epidemię

Za kilka miesięcy granicę Polski mogą zacząć szturmować zdesperowani – i zakażeni – uchodźcy.

zobacz więcej
W latach 2018-2020 kierował Państwowym Komitetem Wojskowo-Przemysłowym, co ma wskazywać na jego powiązania ze strukturami siłowymi, mającymi coraz większy wpływ na sytuację w kraju.

Ten rząd ma wspierać swego przywódcę i – jak to mówił on sam – już przed wyborami zapewnić, że będzie realizować jego program. A ten program nie jest specjalnie optymistyczny. – Dziś nie czas budować. Dziś trzeba ratować to, co zbudowano. Otwarcie mówię narodowi i wam: nie będziemy rozrzucać pieniędzy z helikoptera. Możemy uratować kraj i wydostać się z tej sytuacji tylko dzięki naszej dyscyplinie, zaciśniętym zębom, dzięki powściągliwości i nakierowaniu całego narodu na rozwiązanie problemów – mówił prezydent.

– Aleksander Łukaszenko jest najbardziej zmotywowany spośród wszystkich kandydatów – podkreśla Labiedźka. – Faktycznie sprywatyzował państwo. Ktokolwiek przyjdzie na jego miejsce, będzie chciał je znacjonalizować, tak, by parlament stał się na nowo parlamentem, a rząd – rządem. No i Łukaszenko może sam trafić za kraty, a tego na pewno nie chce. Uważam, że przed dniem wyborów areszty będą pełne, a na ulicach pojawią się czołgi, ludzie z bronią i „awtozaki” (samochody do przewozu więźniów – przyp. aut.).

Czy będzie aż tak źle, trudno przewidzieć. Antyprezydenckie protesty są zdecentralizowane, czyli nikt nie organizuje ich w skali kraju – raczej jest tak, że ludzie pojawiają się na wieść o kolejnych, represyjnych działaniach władz. Ale też od co najmniej dziesięciu lat nie było tak wielkiej, społecznej aktywności, wymierzonej przeciwko urzędującemu prezydentowi. Społeczeństwo chce zmian. Można je powstrzymać siłą, ale na jak długo?

– Piotr Kościński

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy


Autor jest wykładowcą na wydziale dziennikarstwa i komunikacji społecznej AFiB Vistula
Zdjęcie główne: Funkcjonariusze OMON wprowadzają zatrzymanych w Mińsku demonstrantów do więźniarki. Fot. Natalia Fedosenko\TASS via Getty Images
Zobacz więcej
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Auto samo zdecyduje, czyje życie ma narazić
Nadchodzi samochodowa sztuczna inteligencja.
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Jak to na wojence
Tu kawałek biustu, tam odsłonięte do połowy pośladki, ówdzie nagi tors (męski) lub dziewczęce loki – plus ciuch jakby jeszcze pachnący bitewnym znojem…
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Świat mniej zadeptany. W kanałach Wenecji znów pojawiły się ryby
Jak będzie wyglądała turystyka po koronawirusie? Kogo wpuszczać, a kogo nie? Straty sektora szacowane są nawet na 400 mld euro.
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Francja ulega muzułmanom. O czym nie wolno głośno mówić
Organizacje LGBT walczące z seksizmem i homofobią, siedziały cicho, gdy nastolatce grożono gwałtem i gdy wyzywano ją od „brudnych lesbijek”.
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Rewolucja młodych, wykształconych, z wielkich miast
Korzeni obecnych buntów należy upatrywać w roku 1968, kiedy marksistowskie hasła zagościły na amerykańskich uczelniach – twierdzi prof. Tomasz Żyro.